poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Czy warto czytać Drewniany różaniec?
[Natalia Rolleczek, „Drewniany różaniec”, Wyd. Korporacja Ha!art, Kraków 2009] Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)
  Natalia Rolleczek
Drewniany różaniec
Korporacja Ha!art, Kraków 2009

Moim zdaniem, nie warto. Ja czytałam go zresztą wtedy, gdy się ukazał, a może nieco później, i nie przypominam sobie żadnych specjalnych wrażeń związanych z tą lekturą. Ale oczywiście prawdą jest, że książka wywołała skandal, w którym autorka czuła się jak ryba w wodzie. Widziałam ją raz czy dwa w zaprzyjaźnionym domu moich rodziców, ale nie rozmawiano wtedy o Drewnianym różańcu. Autorka, czyli Tala, miała bowiem inny jeszcze, pociągający talent: genialnie naśladowała znane osoby. Tala, pokaż Jaroszewską, błagało towarzystwo – i Tala pokazywała Jaroszewską (bardzo wówczas znaną i cenioną aktorkę); albo pokazywała kogoś innego i zgromadzeni ryczeli ze śmiechu. Tala bowiem była znakomita, zaś jej upodobanie w mimikrze mistrzowskie.

Dzisiaj Natalia Rolleczek ma lat 90, a ponieważ znane wydawnictwo chce wznowić jej powieść (we fragmentach), znany redaktor odwiedza ją i przeprowadza wywiad, autorka wyraża zgodę na wznowienie. (Rozmowę z pisarką w jej domu w Tarnowie przeprowadził Piotr Marecki). Inny znany reportażysta pisze sążnisty reportaż, z którego wynika na pewno jedna konkluzja: sędziwa autorka zawsze, aż po dzień dzisiejszy, opętana była przez literaturę, ale tylko tę literaturę, która przynosi spektakularny sukces. Sława była jej bożkiem i dla niej nie wahała się opisać ohydy przytułku prowadzonego przez służebnice boże, siostry felicjanki w Zakopanem.

Dzisiaj nie obchodzi jej, w jakim celu zostaje użyta przez wydawcę o jasno zdeklarowanych, antyklerykalnych poglądach. No i słusznie. Kolejne życie jej książki wprawia ją w stan umiarkowanej euforii, ale liczy się tylko wznowienie.

Nie, nie chcę tutaj powiedzieć, iż Natalia Rolleczek jest i była osobą niemoralną. Zastanawiające jest naprawdę to, że pisanie było dla niej i pozostało zatrudnieniem, ale również powołaniem tak uzależniającym, iż dla trwania w tej błogiej narkozie gotowa była poświęcić wszystko: dobre imię własne, niektórych przyjaciół, imponderabilia środowiska, w którym się obracała, również dobry smak. Nie musiała w tym celu zapisywać się do partii.

Lubiłam to – wyznaje szczerze, mówiąc o spotkaniach z czytelnikami, którym niosła ideę swojej książki. Nie wygląda, że robiła to z ideowego przekonania; przyjemność, o to jej chodziło. Pieniądze były tylko dodatkiem, zresztą niespecjalnie ważnym, bo warunki życiowe miała znakomite.

Drewniany różaniec jest opowieścią realistyczną o tym, co przydarzyło się autorce w latach 30., gdy była ona jeszcze nastolatką. Z talentem napisana powieść przypomina do złudzenia podobne kawałki, które powstawały pod kobiecymi piórami w dwudziestoleciu, są w niej wszystkie niezbędne akcesoria: sieroctwo, uboga rodzina, dziewczyński świat poddany terrorowi surowych, ba, czasem nieludzkich zakonnic, sercowe dramaty i erotyczne przejścia (z poronieniem włącznie). Ale jest też dużo humoru, co wydaje się niezbyt stosowne w tak zdemoralizowanym świecie. Humor, powiedziałabym, zdradza Rolleczek.

Bowiem od czasu do czasu autorka‑narratorka nie wytrzymuje – miała opowiadać historię poważną i budząca litość, empatię w stosunku do uciśnionych małych bohaterek, miała przestrzegać podziału świata na czarny (zakonny) i skontrastowany z nim szaro‑biały świat dziewczynek, skazanych na wszelkie moralne i fizyczne upokorzenia, a tutaj – zaczyna być śmiesznie. Śmieszne są kazania, świadczące o nieuctwie kapłanow; śmieszne są nauki udzielane przez siostry; śmieszne, choć i straszne, są ich metody wychowawcze i tak dalej, i tak dalej. Narratorka to widzi i czasem niebacznie odsłania tę swoją wiedzę. 

Poczucie komizmu pozwala jej przestrzegać reguł, które dla siebie jako pisarki ustanowiła: ma powstać powieść‑moralitet, ale też oskarżenie wymierzone w stronę warstwy społecznie aprobowanej, czyli księży, zakonnic, kościoła.

Znając doskonale ten świat, Natalia Rolleczek, mistrzyni mimikry, używa pewnych chwytów pisarskich, których jest w pełni, jak sądzę, świadoma. Jej powieść wydaje się najlepsza wtedy, gdy jest satyrą na pewne środowisko, nie zaś jego realistycznym oskarżeniem.

Rolleczek rozminęła się ze swoim talentem, a miała go bez wątpienia. Trzeba było zmienić temat. Trzeba było nieco pocierpieć, pisząc, a nie zażywać przyjemności sukcesu. Ale właśnie powodzenie było w tym całym pisaniu najprzyjemniejsze.

W takim oświetleniu nieco inaczej rysuje się „nawrócenie” pisarski. Na dobrą sprawę ona nigdy od religii się nie odwróciła. I nigdy, przypominam, nie wstąpiła do partii.

Mniej więcej w tych samych latach pisała powieści Maria Jarochowska, wśród nich straszliwe w swojej nudzie Buraczane liście. Nikt jej dzisiaj nie chce wznawiać, bo też moralistyczny sos tej prozy byłby nie do zniesienia. Jak to w klasycznych dziełach socrealistycznych. Nie wznawia się też Władzy Konwickiego, choć właśnie ta powieść może posłużyć jako przykład nie tylko oddania ustrojowi, ale także znakomitego wobec niej kamuflażu.

Na reportażyście, o którym wcześniej wspominałam, porażające wrażenie zrobiła okładka książki: widzimy na niej zaciśniętą pięść ściskającą różaniec (czy drewniany, tego nie wiadomo). Ja na tę okładkę nie zwróciłam uwagi, a kiedy już spojrzałam, nie dojrzałam w niej nic porażającego. Czy to świadczy o mojej z kolei niskiej wrażliwości moralnej? Być może moje pokolenie uodporniło się wcześniej na moralizujące prowokacje i rysunki na okładkach książek nie pobudzają nadmiernie sumienia. To jednak jest mniej ważne.

Wywiad, jaki przeprowadził z Natalią Rolleczek Piotr Marecki, jest również na swój sposób śmieszny i pouczający. Czuje się wyraźnie, iż Marecki, człowiek znany z publicystycznej odwagi, znalazł się w miejscu (co rozumiem raczej symbolicznie niż dosłownie), w którym jest mu naprawdę niewygodnie. Nigdy wcześniej takich miejsc nie odwiedzał, ma rozmawiać z bardzo starą osobą o buńczucznym temperamencie, on sam też taki temperament posiada, a jednak nie bardzo mogą nawiązać „nić porozumienia”.

Marecki zapytuje więc, czy mała Rolleczek słyszała coś o zakopiańskiej bohemie szalejącej w latach, gdy ona, Natalka, była w  przytułku, nędznie odziana i głodna. Ta strona rzeczywistości interesuje Mareckiego, co rozumiem. Witkacy też nie przepadał za klerem. Zresztą Marecki dobrze wie, co artyści wówczas w Zakopanem porabiali. Rolleczek‑autorka też wie, więc jest to pytanie skierowane w próżnię.

Rolleczek onieśmiela swojego rozmówcę, bo jest stara, a jednak mniej więcej wie, co mówi, a mówi to, co zawsze mówiła. Że pisanie jest największą z dostępnych, legalnych rozkoszy, i że takie jest powołanie tego (tej), co chwyta za pióro. Osiągnąć przyjemność. Być powieściopisarką. Narkotyzować się udaną frazą, omdlewać, gdy słyszy się poklask.

Marecki jest nad wyraz uprzejmym rozmówcą, zaś apogeum tej uprzejmości zawiera się w pytaniu: Panie tam spały wszystkie w jednej sali? Panie to podopieczne zakonnic stłoczone ciasno we wspólnej przestrzeni. Ta wesoła niezręczność świadczy o jak najlepszej woli pytającego i ukazuje mimochodem, iż Marecki wkracza w świat tak dalece dla niego egzotyczny, że wiąże mu on język. Dokonuje odkrycia i jest nim tak oszołomiony, że nie znajduje innej, bardziej adekwatnej stylistycznie formy dla swojego pytania.

Drewniany różaniec to książka napisana z wewnętrznej potrzeby i na – że tak powiem – wewnętrzne zamówienie. Autorka utrafiła doskonale w cel, ale udało się jej to tylko raz. Dlatego mogłaby stać się doskonałym materiałem do rozważań nad skomplikowaną psychologiczną naturą impulsów, popychających potencjalnie twórcze charaktery do chwytania za pióro.

Myślę, że gdyby Rolleczek napisała niegdyś powieść o czymkolwiek innym, powiedzmy o nędznym losie lokatorów warszawskiej (bądź krakowskiej) kamienicy lub o gehennie zbieracza butelek, bądź o losie wyzyskiwanych krawcowych, osiągnęłaby podobny efekt artystyczny: jej niezawodna mimikra wzbudziłaby w nas empatię, gniew, a czasem śmiech. A że w tym wypadku padło na zakonnice – to właściwie jest bez znaczenia. Liczyła się strategia, w tym wypadku skuteczna, acz krótkotrwała.

Ustrój nie zjadł Natalii Rolleczek. Autorka spożyła się sama, ufając ponad miarę zasadzie przyjemności. Odradzam tę potrawę, bo zjedzona po raz drugi, nie będzie nam już smakować.

Marta Wyka

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas