poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
DAGMARA SUMARA
Matka Boska Mlekiem Kapiąca, o smaku kawioru Bóg
[Justyna Machałowska, „Uda, na których śpią psy”, Studium Literacko-Artystyczne UJ, Kraków 2009] Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)
Justyna Machałowska
Uda, na których śpią psy
Studium Literacko‑Artystyczne UJ
Kraków 2009

Wiersze Justyny Machałowskiej, umieszczone w tomie Uda, na których śpią psy, już przy wstępnej lekturze wprawiają w zakłopotanie, które – jeśli się zastanowić – ma co najmniej dwa podłoża: Machałowska, co niezbyt częste u debiutantów, nie waha się mówić o rzeczach fundamentalnych, odbierając tym samym recenzentowi istotny punkt zaczepienia, tę sferę „drobiażdżków” intelektualnych oraz emocjonalnych, która zwykle kompromituje poetę, zanim recenzent zdoła dojść do meritum. Po drugie zaś, poetka – nie obawiając się rozpoczynać rzeczy, powiedzmy tak, od sedna rzeczy – nie boi się również, jak się zdaje, języka jako takiego. Nie ma względem niego kompleksów, a zatem nie czuje potrzeby, aby się krygować. Machałowska nie jest groźna, ani nawet dramatyczna, choć bywają dramatyczne jej utwory. Właśnie dlatego wprawia w zakłopotanie (co już samo w sobie jest cenne). 

Zapytać należy jednak: czy aby wycofanie, ściszenie, o których słusznie wspomina w posłowiu do tomu Wojciech Ligęza, to odrobinę nie za mało? A dalej – czy przypadkiem nie nazbyt łatwo prześlizguje się Machałowska po rzeczywistych problemach natury etycznej czy – nawet! – ontologicznej. Ostatecznie – czy sedno, o którym wspomniałam wcześniej, nie okazuje się (przy lekturze drugiej, trzeciej, czwartej) zaledwie powierzchnią, czubkiem góry lodowej, który poetka ledwo co – posługując się jej słownikiem cielesności – dotknęła, polizała, wyczuła? Możliwości są zasadniczo dwie: albo uznamy, iż zasadą, która powoduje tą poezją, jest bezgraniczna naiwność autorki, albo też przyjmiemy do wiadomości, że to nie naiwność Machałowskiej jest tutaj kluczowa, lecz – nasza podejrzliwość, nieufność wobec najprostszych rozwiązań i odpowiedzi. 

Uda, na których śpią psy to, w gruncie rzeczy, niezbyt skomplikowana historia, która skomponowana została „biegunowo”: autorka oscyluje pomiędzy obrazami życia i śmierci, przeszłości i przyszłości, dobra i zła, sacrum i profanum. „Obraz” to zresztą, jak się zdaje, słowo znaczące, jeśli idzie o poezję Machałowskiej – nota biograficzna podaje, iż autorka poświęca się też malarstwu. Na okładce widnieje obraz pędzla Machałowskiej, który doskonale wprowadza w treść tomu: na horyzoncie – postać „święta” (aureola okala jej głowę) ukrywa się za roślinnym parawanem, pierwszy plan zajmuje zaś nagie ciało kobiece. Kobieta nie ma twarzy, na jej kolanach śpi pies lub lis – trudno orzec. Trudno o lepszą egzemplifikację owej biegunowości: w wierszach Machałowskiej to, co cielesne, ludzkie, dotykalne, nieustannie spotyka się z tym, co boskie, duchowe, bezforemne, eteryczne. 

I właśnie w tym miejscu zachodzi komplikacja, jakże zresztą znamienna, mianowicie – w wierszach wspomniane bieguny okazują się tożsame, zlewają się w Istotę, zarzewie wszystkiego. W przeciwieństwie jednak do Ligęzy, który pisze, iż w poezji Machałowskiej: To, co nadprzyrodzone, odciska się w rzeczywistości somatycznej [ … ], uważam, iż właśnie rzeczywistość somatyczna jawi się autorce jako pierwotna, to ona JEST nadprzyrodzona. Innymi słowy, Machałowska pojmuje Istotę jako coś, co jest obecne, czego można dotknąć‑dociec. W jej wierszach Bóg jest Bogiem wyłącznie żywym, wyłącznie w żywym obecnym, co więcej – jest Bogiem żywym od zarania dziejów. 

Charakterystyczny okazuje się w tym kontekście wiersz Wykłady we wsi T. Poza występującym w większości wierszy Machałowskiej uświęceniem cielesności (Ligęza nazywa ów zabieg celebracją somatyzmu), widocznym na przykład we frazie: Podnieś ciało  /  święte żuchwy święte uda święte łydki, mamy tu do czynienia z jednym jeszcze przewartościowaniem o znaczeniu elementarnym – z somatyzacją ducha: autorka modyfikuje słowa Modlitwy Pańskiej (Święć się ciało Twoje!  /  Przyjdź Ciało Twoje!), modyfikuje również, zdałoby się – w subtelny sposób, znaczenie biblijnego wersu Na początku było Słowo. Pisze poetka: Gdzieś tam na początku  /  wpiły się w język  /  słowa żuchwy, łydki. Język‑narząd okazuje się pierwotny względem słów, które nie należą do człowieka całkowicie. Co interesujące, Machałowska stawia na – po trosze cieleśnie rozumiane – wnętrze (organizmu), które łączy ze swoistą integralnością świadomości jednostki, zamknięciem, a zatem – najwyższą formą bliskości z „ja”, ale również z tym, co znajduje się „poza‑mną” ([ … ] schować coś w sobie  /  szczelnie jak w monstrancji – z wiersza Kosztowności). Dopóki „ja” kieruje się do środka i kieruje do środka ową „zewnętrzność”, jest w stanie doznać pełni – jak w wierszu Język nie zrzuca wszystkich słów:

To Bóg – mówi do siebie
Jak srebrna szyna od pociągu
mówi w sobie

Słowa zostają jeszcze wewnątrz
język nie zrzuca ich wszystkich
nie umie
język pragnie.

Poezja Machałowskiej jest poezją pragnienia, które może zostać zaspokojone w prosty sposób. Autorka przyjmuje, iż podstawową potrzebą człowieka jest bliskość fizyczna kogoś drugiego. Przy czym – co ciekawe – odrzuca się tutaj zupełnie potencjalnie erotyczny kontekst owej sytuacji. W Manifeście powiada Machałowska: Ciepło  /  jest zawsze niewinne. Podobnie rzecz ma się wtedy, gdy do głosu dopuszcza poetka bohaterów, którym ciepła (bliskości, dotyku) odmówiono – w Ogłoszeniu czytamy: Szukam rąk  /  które będą mnie dotykać  /  wiek nieważny  /  płeć nieważna. Machałowska staje się swego rodzaju rzeczniczką pokrzywdzonych (por. zwłaszcza wiersze Owoce, Zadanie, Odnaleźć dotyk), skoro posiadła tajemną wiedzę o tym, co stanowi potrzebę pierwszą każdego z nas. Rzecz jasna, wspomniana fizyczność wiedzie ku kwestiom zupełnie innej natury. Łączy się ona z przywracaniem bliźniemu świadomości bycia potrzebnym, bycia na miejscu, w końcu – bycia wciąż żywym. Bohaterzy Machałowskiej cierpią z powodu swoistego od‑cieleśnienia, które zostało im wmuszone ([ … ] w pergaminowych poduszkach  /  pod moimi oczami  /  widzą tylko  /  przezroczystą zaróżowioną duszę). Z tego nie‑bycia dobywa się ich, desperackie momentami, mamrotanie, np.: [ … ] chciałbym żeby na tym łokciu  /  wyrosła mi pierś  /  jeśli nie dla ludzi  /  to może dla kotów  /  I żeby piły mnie co dzień  /  /  [ … ] A później niech leżą na tej piersi pleśnią  /  bo tę trudno oderwać (Zadanie).

Machałowska wielokrotnie wykorzystuje przejście pomiędzy starością – przedstawianą tu jako etap, gdy zmysłowość nie powinna odgrywać już znaczącej roli, na którym od starego człowieka wymaga się, by był już tylko pamięcią o przeszłości, jej reliktem – a starością‑ożywioną, czyli taką, której zwrócono życie. Mowa tu zarówno o metamorfozach, powiedzmy, ludzkich, ale również wszelkie przedmioty mogą zostać w ten sposób „ożywione” – jak gdyby cały świat cierpiał na niedobór ciepła; nawet, obciążone wszakże określonym znaczeniem, drewniane diabły potrzebują tego rodzaju pomocy (Lekcja renowacji). W wierszach Machałowskiej zło okazuje się brakiem dobra, lecz – równocześnie – brakiem, który łaknie (syk skrzypiącego drewna oznacza wypędzenie demonów, uzdrowienie). Podobnie wygląda to w Tęsknocie diabła. Szatan wypowiada tutaj wzruszającą pochwałę Boga: [ … ] słodki jak grdyka morwy połykająca  /  rozpieszczony do burgunda kawior  /  /  Nie do zdarcia  /  nie do zdeptania.

Należy jednak powtórzyć: powyższe rytuały, które da się odprawić z dobrym skutkiem, nie przyniosłyby efektu, gdyby u podstaw światopoglądu poetki nie legło przekonanie, iż Bóg istnieje w kontakcie z człowiekiem, jest najdoskonalszym spełnieniem (już nie Obietnicą) bliskości równej Życiu Prawdziwemu. Nie tylko zresztą Bóg, lecz wszyscy święci i aniołowie zapewniają Machałowską o swojej obecności. Począwszy od pierwszego wiersza tomu, w którym Stwórca objawia się w mleku ciężarnej kobiety, jest owym mlekiem (zachodzi tu tożsamość mleka jako symbolu płodności i życia oraz mleka jako pokarmu, który owo życie umożliwia), poprzez obraz piersi Matki Boskiej, na których kładzie się głowę (w ich wnętrzach  /  plantacje bawełny), a one zapewniają ukojenie i bezpieczeństwo, skończywszy na wspomnieniu z wędrówki, gdy podmiot liryczny PIJE Matkę Boską Mleczną do ostatniego skurczu piersi  /  do świtu.

Tym, co z pewnością przemawia na korzyść debiutantki, jest nie tylko jej niezwykle oryginalna, wręcz przeciekawa wyobraźnia poetycka (Wojciech Ligęza trafnie wskazuje na jej surrealistyczny rodowód), ale również fakt, iż w swoich wierszach zawarła autorka tak wielką dawkę życiodajności, że można by nią obdzielić z tuzin poetów. Mówiąc „życiodajność”, mam zaś na myśli nie tyle swoisty nadmiar energii, jakąś podejrzaną witalność, czy też aktywizm, lecz raczej ni mniej, ni więcej – antidotum na śmierć. Czym innym jest bowiem powszechna całkiem świadomość, że przyszło nam żyć w „zimnych krajach”, czym innym zaś chęć, czy nawet próba przełamania tej wiedzy. Machałowska odwołuje się do tego, co – jak wierzy – pierwotne, elementarne. Rozpoznaje zatem nową sytuację od korzeni i   – jak sama pisze – tuczy korzenie mlekiem (Żółw). Być może dlatego recenzent ma nieodparte wrażenie, że obcuje w przypadku Ud, na których śpią psy z coverem Pieśni nad pieśniami, w którym to, co boskie, łączy się najściślej z tym, co ludzkie; poza „tym” nie ma zaś niczego. Stąd wszystko wyrasta i w to miejsce powraca wszystko – wszystko, a więc również początkowe pytanie: naiwność autorki czy nasz grzech niewiary? Jeśli nie jest to pytanie na te czasy, tym mocniejsze brawa dla Machałowskiej; choćbyśmy mieli – wbrew temu, co prorokuje Wojciech Ligęza – już o niej nie usłyszeć.

Dagmara Sumara
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas