poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
GRZEGORZ KRZYMIANOWSKI
Podróż doliną śmierci
[Thomas Bernhard, „Zaburzenie”, Czytelnik, Warszawa 2009] Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)
  Thomas Bernhard
Zaburzenie
Czytelnik, Warszawa 2009


1
Że Thomas Bernhard to pisarz niestandardowy, nie trzeba przekonywać chyba nikogo, kto miał (nie)przyjemność przeczytania jednej z jego powieści. To twórca wyjątkowy co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że literatura oznaczała dlań samotność i odosobnienie, a to znaczy, iż nie należał do tej licznej czeredy literatów, którzy z mizdrzenia się do publiki uczynili sobie niejako drugi zawód. Po drugie zaś – bo traktował nielubiany przez siebie język niemiecki tyleż jak fortecę, skąd urągał światu, ile instrument, przy pomocy którego dokonywał – żeby posłużyć się cytatem z Zaburzenia – autopsji na ciele natury. Literatura bowiem była dla Bernharda formą filozofowania, a to znaczy zaglądania pod powierzchnię rzeczy, w mrok, który tam zalega. W zasadzie można by nawet powiedzieć, że nie tyle uprawiał literaturę, co – jak sam się kiedyś przyznał – jej morderstwo. Wielokrotnie ponawiane, rozpisane na kolejne tytuły, przeprowadzone na raty morderstwo.

Prawdopodobnie dlatego jego pisarstwo wymaga od odbiorcy niejakiej skłonności do samoudręki. Pisarz nigdy nie miał w zwyczaju oszczędzać czytelnika, ułatwiać mu czegokolwiek. Jednak w większości jego dzieł znajdują się przynajmniej elementy, które darowują odbiorcy chwile wytchnienia, kiedy to jadowite tyrady wyładowują się w jakimś groteskowym czy komicznym passusie. 

Takich zabiegów pozbawione jest Zaburzenie, jego druga, napisana w pierwszej połowie lat 60. powieść. Nawet pośród innych tworów najsłynniejszego po Hitlerze austriackiego mizogina stanowi ona wypadek szczególny: jest to najbardziej chyba przerażający, najciemniejszy z utworów pisarza. Zaburzenia się właściwie nie czyta – Zaburzeniem można się tylko przerażać. Bernhard uczynił w nim z literatury narzędzie odrazy – dostajemy do rąk dzieło potworne, makabryczne, odpychające. To posępne ujadanie na ludzkość, świat, byt, dobywające się gdzieś z krtani pełnej plwociny. Zagłębianie się w tę powieść to osuwanie się w szczelinę nieludzkiego, która powstaje między idealnie wyważonymi blokami kolejnych zdań i akapitów. 

2
Katastrofa zaczyna się od tego, że człowiek wstaje z łóżka, oświadcza jedna z postaci przewijających się przez Zaburzenie. Która z nich – narrator, jego ojciec, książę Saurau czy jeden z dogorywających na kartkach książki nieszczęśników – nie ma specjalnego znaczenia. Zaburzenie łatwo bowiem wyobrazić sobie jako partyturę rozpisaną na wiele głosów, które co i rusz powracają do jednego, podstawowego motywu książki – śmierci. To ona stanowi od początku główny, powracający temat powieści, jej linię melodyczną, ba – jeśli odważyć się na taką personifikację – śmierć staje się głównym bohaterem utworu.

Wzmianka o agonii nauczyciela z Salli otwiera powieść, a śmierć, wywołana przez Bernharda na pierwszej stronie, towarzyszy krok w krok bohaterom w ich upiornej wędrówce po alpejskiej krainie zmarłych. Uniwersum powieści wypełnia ludzkie robactwo [ … ] wybrakowani ludzie, którzy, unieruchomieni w swej cielesności, gniją za życia, szamocząc się z nią do ostatniego skurczu bólu. Narrator pielgrzymuje od trupa do trupa ze swoim ojcem‑lekarzem, który staje się tym samym przewodnikiem po przenikniętej fetorem gnijącej padliny dolinie Puschach. To peregrynacja podjęta, jak twierdzi ojciec narratora, w celach badawczych, jakby chodziło o dokładne przestudiowanie najpoważniejszej z chorób – kondycji ludzkiej. 

Jakie wyniki przynosi ta ekspedycja? Niestety – choć zwolenników pisarza to raczej nie zaskoczy – mocno przygnębiające.

Życie to katastrofa, onania rozpaczy, stan przewlekłej choroby. Świat jest zarażony śmiercią, ale w nie mniejszym stopniu zainfekowany jest kłamstwem. Prawda o nas, sugeruje Bernhard, znajduje się w śmierci – wszystko, co śmiercią nie jest, jest tylko mamidłem, błazeńskim trykotem. Śmierć to filtr, który odcedza nieistotne akcydensy ludzkiej natury, jej komiczne upierzenie od tego, co kryje się, czy raczej może się kryć, pod tym przebraniem. A skoro świat to miejsce absolutnie niemiłosierne, miejsce, w którym wszystko dzieje się w śmierci, życie natomiast jest szkołą, w której naucza się śmierci, jedyną postawą, którą człowiek może przeciwstawić się przemocy egzystencji, jest zachowywać się szczerze, czyli bezwzględnie. 

Trzeba się rozliczyć z fizycznością, twierdzi pisarz. Wrogość do ciała, awersja do fizjologii raz po raz dochodzi w Zaburzeniu do głosu. Ciało to siedlisko chorób, matecznik śmierci, naczynie wypełnione obrzydliwościami, skazane na rozkład i godne pogardy. Ta pogarda przywodzi na myśl manichejskie opozycje. Wprawdzie gnostycyzm to przydatny wytrych, którego nadużywa się w krytyce, jednak akurat w przypadku Zaburzenia posłużenie się tym kluczem nie wydaje się przesadą. W gnostyckich mitach kreacja jest związana z upadkiem. Powstanie materii jest bezpośrednim następstwem namiętności, co w gnostyckim ujęciu sprawia, że materia jest skażona u swych początków, a początek świata to pochodna preegzystencjalnej tragedii. Podobnie rzecz ujmuje w Zaburzeniu Bernhard, nazywając akt stworzenia [ … ] jedynie aktem potwornego wyczerpania. Oczywiście, u austriackiego pisarza mamy do czynienia ze specyficznym przypadkiem – to manicheizm umowny, pozbawiony wiary w wyzwolenie z cielesności, bo uwolnienie z ciała nie jest powrotem do prawdziwego istnienia, ale odwrotem od jedynej dostępnej człowiekowi formy istnienia. Jego wizję można by nazwać manicheizmem ateistycznym – można by, gdyby podobna ekstrawagancja była w ogóle do pomyślenia.

3
Bohater przemierza z ojcem wąwóz śmierci, by wreszcie podążyć wraz z nim ku górującemu nad okolicą zamkowi, w którym panują swoiste prawa naturalne Sauraua. Uniwersum powieści składa się z dwóch oddzielnych światów, dwóch systemów, pomiędzy którymi została zerwana łączność. W dole rozpościera się padół zgnilizny, tymczasem na wzgórzu zasiada zdetronizowany Namiestnik. 

Pan na Hochgobernitz postanawia znaleźć nowego zarządcę swych dóbr. Liczni kandydaci na stanowisko są jak zawiedzeni pielgrzymi: wspinają się po stromym zboczu tylko po to, by u kresu swojej wędrówki spotkał ich zawód. Nawet ci, którzy są dopuszczeni przed oblicze władcy, zostają odprawieni z kwitkiem. Saurau wyznaje: [ … ] obserwuję ich, zanim wreszcie – [ … ] większość po długim wahaniu – odejdą [ … ]. Jeden puka, ale nie zostaje mu otwarte. Ten specyficzny, bezosobowy ton podkreśla jedynie dystans dzielący Sauraua od ludzi z wąwozu. Przybywają, żeby wkraść się w jego łaski, lecz nie są nawet zdolni do sforsowania pierwszej przeszkody, zatrzaśniętych wrót prowadzących do zamku. Ich udziałem jest to samo puste, wyczerpujące dążenie, które charakteryzuje bohaterów Kafki. Literackie paralele są oczywiste: niewidoczny, chowający się w swym odosobnieniu Saurau wydaje się jednym z mieszkańców Zamku, do którego bezskutecznie usiłuje dostać się geometra K.

O zamku krążą w wąwozie legendy – niekiedy jeszcze niesie się po okolicy muzyka i śpiew, które przenikają strzeliste mury, gdy mają za nimi miejsce jakieś uroczystości. Ale dzieje się tak coraz rzadziej: Książę zamyka się coraz bardziej. 

Mamy tu prawdopodobnie do czynienia ze świadomą i zaskakują w kontekście innych powieści Bernharda aluzją do mistycznej koncepcji niewidocznego boga. Saurau to Deus Absconditus, bóg ukryty, przy czym – nie chodzi w końcu o chrześcijańskiego mistyka, lecz autora Wymazywania – jest to bóg, który usycha, martwieje, zaczyna wątpić o sobie samym. Wśród własnych ludzi czułem, że już dawno stałem się dla nich wszystkich niewidzialny [ … ]. Naraz w ogóle przestałem dla nich istnieć, w ogóle mnie tam nie było. 

Wiele wskazuje na to, że postać księcia celowo została spreparowana w taki właśnie sposób. Rzucane mimochodem, acz konsekwentnie wzmianki na temat Sauraua wskazują na jego boskie atrybuty. Sam nazywa siebie bez ogródek ojcem i dodaje na dokładkę, że widzi wszystkich jako niezwykle zróżnicowaną przedrzeczywistość, tę przedrzeczywistość, która jest ze mnie i z której ja jestem. Bez nadmiaru skromności – jak to bogowie mają w zwyczaju – zauważa też, że świat się zawali, kiedy mnie zabraknie. Jeśli Saurau jest wiarygodnym świadkiem we własnej sprawie, to jego natura różni się od natury innych, a jego udręka nie ma nic wspólnego z udręką ludzi. Jednocześnie jednak jego słowa sugerują jakiś rodzaj odkupicielskiego poświęcenia. Książę, mimo że wydalony [ … ] z tego co ludzkie, jest także udręczony jak nadużywana dla całej ludzkości membrana. A wedle relacji narratora nieomal wszystkie zdania, w które [ … ] wstrzykuje całą swoją udrękę, kończy wyrażeniem „dla całej ludzkości”.

W Jungowskiej Odpowiedzi Hiobowi Jahwe to Demiurg nieświadomy siebie i następstw swoich czynów. Podobnie skonstruowana jest postać Sauraua. Mówi ciągle słowami, które właściwie już w ogóle nie istnieją. Język, który niegdyś miał do dyspozycji, stracił swoją komunikacyjną moc. Słowotok księcia wypływa z trwogi, ale – paradoksalnie – im dłużej trwa jego monolog, tym mniej staje się zrozumiały i tym bardziej jest fragmentaryczny, rwany oraz bełkotliwy. Ostatecznie zamienia się w strumień sentencji, które mają z sobą coraz mniej wspólnego. Mimo że Saurau używa takich samych ordynarnych słów jak oni, takich samych nieporadnych zdań, nie rozmawia z odwiedzającymi go ludźmi, tylko do nich przemawia, nie słucha gości, lecz wygłasza kazanie, nie tyle opowiada, co naucza. To nie komunikacja, lecz solipsystyczny popis umacniającego się obłędu. 

4
W drugiej części książki narrator zostaje zdegradowany właściwie do roli skryby, spisującego ewangelię według Sauraua – opętańczą mowę pogrzebową, poświęconą sobie samemu przez boga, który puścił swe dzieło samopas z powodu ogarniającej go rezygnacji. Można by powiedzieć, że w przypadku księcia mamy do czynienia z jakąś poślednią wersją Kreatora, demiurga z wyraźnym deficytem sił i chęci. Starałem się stworzyć swoje odbicie [ … ] i w to odbicie kazałem zajrzeć im wszystkim. Po tym wysiłku wszak Saurau‑bóg jest zmęczony; z prawdziwym brakiem wdzięku zgorzkniałego emeryta utyskuje, że jedynie mój umysł jest tym, który musi rejestrować wszystko. Saurau to zatem bóg, który zwątpił i postanowił abdykować. Czasy świetności Hochgobernitz ma i tak za sobą; dolina, należąca dawniej do jego włości, stała się czymś obcym, zawłaszczanym stopniowo przez omnipotentne Państwo. 

Zaburzenie da się zatem odczytywać jako powieść o kryzysie starego i tryumfie nowego, o radykalnej i nieodwracalnej transformacji metafizycznej, która wywróciła świat na nice. Tę optykę wspierają zauważalne w książce reminescencje Nietzscheańskiego wrzasku na temat śmierci boga i świata oczekującego na przewartościowanie dotychczasowego ładu. Charakterystyka Księcia jako żywo przypomina wielką nowinę Zaratustry. Niejednokrotnie długo podnieca się myślą o niedostrzeżonej przez długi czas śmierci jego osoby. Niektóre postulaty Sauraua są żywcem wyjęte z Woli mocy: Jeszcze nie przezwyciężyliśmy świata w swoim myśleniu. Posuniemy się dalej dopiero wtedy, gdy w swoim myśleniu całkowicie zostawimy świat w tyle. W każdej chwili musimy umieć zlikwidować wszelkie pojęcia. Bernhard ustanawia sytuację jak z Nietzschego – rejestruje stan przejściowy, stan całkowitego zawieszenia pojęć i oczekiwania na to, kto pierwszy przekroczy ziemię, dokumentuje zmierzch starych bóstw i niepełnoletność nowych.

Rzecz jasna, autor Zaburzenia miesza szyki interpretatorom i robi wiele, żeby mylić tropy. Sugerując boskie atrybuty Sauraua, dba równocześnie, aby analogia nie wydała się zbyt oczywista, a nawet rozmywała się raz po raz w podejrzeniu, bynajmniej nie bezpodstawnym, że książę to nie żaden bóg, ale jedynie ogarnięty megalomanią i postępującym szaleństwem uzurpator. W końcu tajemnicze zabójcze szumy, które kotłują się w jego głowie, rozpraszając mu myśli i spokój oraz wywołując strach, nie są bagatelą w przypadku pretendenta do roli Demiurga. Tymczasem – jak wyznaje sam zainteresowany – wszystko było zawsze tymi szumami [ … ] te szumy ciągle są, ciągle były, ciągle będą, wskutek czego cudowny porządek w moim mózgu przerodził się nagle w odrażający chaos, w odrażający, zagłuszający chaos. Do tego, jakby na potwierdzenie tych domysłów, narrator nagle spostrzega bardzo wyraźnie, że książę jest obłąkany. 

5
Powyżej zasygnalizowanej wątpliwości rozstrzygnąć w zasadzie nie sposób, można jedynie, posługując się heglowskim instrumentarium, zaproponować syntezę: A jeśli Saurau to i wariat, i bóg w jednej osobie? A jeśli Bernhard skreślił portret boga oszalałego, skłóconego ze swoim dziełem, zrozpaczonego jego samowolą i rozkładem? Wizja Armagedonu, wizja, że powierzchnia ziemi staje się z wolna przestrzenią kompletnie pozbawioną powietrza, którą bawi swych gości książę, zyskuje wtedy, trzeba przyznać, dodatkowy trupi smaczek. Wyobrażenie ulic pełnych duszących się ludzi i zwłok nabiera proroczej wyrazistości. Koniec zaś nie jest jak u Eliota skomleniem, lecz niesamowitym hałasem, po którym następuje zgodny z naturą proces gnicia.

Grzegorz Krzymianowski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas