poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR SOBOLCZYK
Genius loc. cit.
[Miron Białoszewski, „Chamowo”, PIW, Warszawa 2009] Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)

Miron Białoszewski
Chamowo
t. 11. Utworów zebranych
PIW, Warszawa 2009

Dotychczasowi czytelnicy Białoszewskiego mogli sądzić, że określenie „Chamowo” jako nazwa dzielnicy to jeden z językowych wynalazków Białoszewskiego. Fragmenty większej (o czym w chwili publikacji w roku 1980 nie było wiadomo) całości trafiły pod tym właśnie tytułem do Rozkurzu. W tomie wierszy Odczepić się poeta także wprowadził tę nazwę poza cytatem, utrudniając przypisanie jej konkretnej osobie:

PRZYSZŁA BERBERA
NA SWOJE MIESZKANIE

 – Pytam o tą twoją,
„My nie znamy, proszę pani,
takiej ulicy,
to po tamtej stronie”.
Tu jest Saska Kępa‑Chamowo.
 – To dobrze1.

W wydanym po trzydziestu paru latach pełnym, na ile pozwalały warunki edytorskie, Chamowie ta sama scenka została zapisana jednoznacznie:

 – Pytałam o tę ulicę. Na Saskiej Kępie. Odpowiedzieli „my takiej ulicy nie znamy. 
To jest za trasą, Chamowo”.
Le. powiedział
 – Masz wszystkie szanse.
Berbera mówi:
 – Kiedyś komuś zginął rower na Berezyńskiej, to najstarsza część Saskiej Kępy.
Powiedzieli: Na pewno znajdzie się na Chamowie. I się znalazł2.

Podobnie ze słynnym „mrówkowcem”, który „przykleił się” do samego Białoszewskiego, czy to jako jego wynalazek, czy też jako przykład jego znakomitej znajomości mowy potocznej i umiejętności przetwarzania jej (w Odczepić się najpierw pada słowo „zmrowili”, wprowadzające w rozłożoną na cały tom „sieć radialną” przekształceń tematu „mrow‑”)3; w Chamowie zapisał tak: Na ten mój dom Berbera powiedziała: – Mrówkowiec, co? (CH 38, podkr. moje – P.S). Wreszcie, tom Odczepić się jest oswajaniem nowej sytuacji urbanistyczno‑egzystencjalnej, ale wydaje się, że jako narracyjna całość nie kończy go szczególny happy end, oswojenie nie oznacza pokochania. W grudniu, a więc po upływie pół roku od wprowadzki, także po napisaniu większości wierszy (choć nie przed nadaniem im ostatniej redakcji: „brulion” ogłoszony w „Poezji” w 1976 roku znacząco różni się od wersji książkowej z roku 1978), pojawia się ton akceptacji, zakorzenienia, a może nawet czułości: Co tu dużo mówić, to wszystko swoiste, już. Rozszyfrowane po horyzont, bo i pola za Wisłą, drzewa, domki, i Siekierki z elektrownią, z kominami. Mam już tu wspomnienia, wspólne przeżycia z tymi zakamarkami, zmiany, świadkowanie. Już nie mogę się tego Chamowa wyprzeć. Ciekawe, czy tak naprawdę byłoby mi szkoda go, czy jednym machnięciem skwitowałbym cały żal.
Nazwa „Chamowo” na dobrą sprawę to tu nie tak znów pasuje. Malutko tego Chamowa, uporządkowane, zakończone, z polotami, z atrakcjami. Trasa, lotnisko, step, Wisła, dżungla, most, mostki, Saska Kępa. I to wszystko w kupie. Kto ma tyle naraz? (CH 294).

„Chamowo” oczywiście było Białoszewskiemu do czegoś potrzebne. Warto w tym momencie przypomnieć konteksty, w jakich (rzadko skądinąd) pojawiały się u niego w twórczości (znamienne: wyłącznie późnej) warianty „chama”. Kariera twórcy – w perspektywie recepcji przez tzw. historię – określona zostaje mianem „rozgrywek na chama” (w Rozkurzu, spisywanym w roku 1977):

Le. o tym, że malarz, pisarz musi dużo lat robić swoje
 – a jak wcześniej umrze?
 – to gorzej
 – to aż takie rozgrywki, na chama?
 – a coś ty myślał4.

W AAAmeryce pisarz komentuje po cichu marzenie pewnego Alzatczyka, który chce zwiedzić Polskę, kraj Chopina i Mickiewicza: Na boku szepczę do mojej dobrodziejki, że na razie niech do Polski lepiej nie jedzie, bo Polska ostatnio schamiała. A ona przytakuje. Była w Polsce dwa lata temu5. Annie Trznadel‑Szczepanek w wywiadzie powiedział o swoich podróżach zagranicznych, szczególnie rejsie „Batorym” dookoła Europy: Właściwie to zaczyna się takie jakieś konsumowanie na chama świata. [ … ] a to właściwie jest grzech, to konsumowanie świata po chamsku6. Wszystkie te użycia są późniejsze od przeprowadzki i opisywania „Chamowa”. Kreują obraz przemiany cywilizacyjnej i obyczajowej, którą od biedy można by przełożyć na „umasowienie” czy „globalizację”. Na początku Chamowa diarysta przedstawia następujący ciąg skojarzeniowy: system chamienia, upodabniania i uproszczenio‑utrudniania do obrzydliwości, której już się nie ogarnie (CH 26). W Odczepić się synonimem „Chamowa” wydaje się także dziki kraj z Wisłą (O 37); pozwala to poszerzyć refleksję antropologiczną o sugestię, że „dzikość” narodu jest tylko ukryta pod fasadami wielkiego miasta i gotowa wychynąć przy pierwszej lepszej „ekspansji terytorialnej”, budowie nowego osiedla (jak obozowiska).

Owo moralizatorskie i konserwatywne spojrzenie może dziwić u pisarza tak niestereotypowo i samoswojo patrzącego na „rzeczywistość”. Jednak Białoszewski chyba sam sobie też się zdziwił. Na pierwszej stronie dziennika, opisującej ostatnią noc w starym mieszkaniu na placu Dąbrowskiego, „Tadzio” (Tadeusz Sobolewski) wypowiada frazę, która Białoszewskiego w pierwszej chwili dziwi, choć za moment rozszyfrowuje on intencję rozmówcy: – rzuć tą klasykę! – co? Śródmieście? – tak (CH 5). Już po kilku dniach mieszkania pisarz ironizuje na temat swojego oswajania: Taksówką odwiozłem Paulinę na Pragę z epoki kamiennej (CH 19). (Oczywiście podstawą tej gry słów jest wywodzenie – odwrotnie niż w sumiennej etymologii – „kamienia” od „kamienicy”, w odróżnieniu od bloków z płyty). Andrzej Zieniewicz bardzo interesująco odczytał w Pamiętniku z powstania warszawskiego zestawienie „ruiny formy otynkowanej”, czyli estetycznej paraleli „sypnięcia się” Warszawy w gruzy (będącego równocześnie ujawnieniem wstydliwej tajemnicy, że miasto owo pod tynkiem ukrywało taniochę budowlaną i ledwie dwieście lat historii) – z ruiną pewnych fikcyjnych i nazbyt fabularyzujących, estetyzujących, stylizujących form narracji7. Skrótowo: runęła Warszawa Prusa. Na tym tle Chamowo jawi się jako światopoglądowe pendant. Trzydzieści lat przeżyte w odbudowywanej Warszawie, próbującej się „odtworzyć”, „przypomnieć samą siebie”, ujawnia pragnienie pisarza, aby ten substytut, ersatz dawnej Warszawy oswoić i przyjąć, pragnienie niemożliwe, skoro co i rusz coś wypomina, „wyrzuca” różnicę, nieprzystawalność do „oryginału”. Trzydzieści lat napięcia pomiędzy wewnętrzną potrzebą zakorzenienia a zewnętrznym spojrzeniem kronikarza, socjologa‑amatora; ale napięcia nie do końca uświadamianego. Właśnie przeprowadzka do „awangardy”, czyli na blokowisko, uświadamia Białoszewskiemu sprzeczność jego pragnień. Lecz ruch na drugą stronę Wisły – zastanawiająca jest analogia z sytuacją emigranta, który po przeprowadzce idealizuje swój kraj i przekształca jego obraz w stereotyp – powoduje właśnie petryfikację obrazu tej trzydziestoletniej‑dwusetnej Warszawy. Podczas „wycieczki autobusowej” do Śródmieścia na Wilczej notuje: 

 – Tu mieszkać.
Białe okiennice.
Spojrzałem na kamienicę. Jeszcze raz. Szacowna, ma w sobie te sto ileś lat.
Nosicielka historii Europy. Z Prusa i Maupassanta (CH 104). 

Wezwanie „Tadka” sugeruje odświeżenie estetyki, zmianę perspektywy, odżegnanie się od „zastygnięcia” w jakimś „marmurze”. Co się zresztą udało. W tym sensie „awangarda” (jako przeciwieństwo „klasyki”) jest „chamem”, „chamówą”, wyrwaniem się „na chama”; „cham” jest tu lepszym określeniem niźli „barbarzyńca” – określeniem, które przez swą łacińską etymologię i liczne użycia sklasyczniało. Otynkowało się. Białoszewski obserwuje zakorzenianie się Chamowa, jego organizację – ciekawe przy tym, że pozytywnie ocenia jego dążenie z „chaosu” ku „kosmosowi” (inaczej mówiąc: jego zdolność do „od‑twarzania” w nowym kontekście starych prawideł „klasyki” – przecież mówi: uporządkowane, zakończone, z polotami [ … ] i to wszystko w kupie) – i jako „gość” w Śródmieściu martwi się procesem niejako odwrotnym: reorganizacją zabudowy. Ma to związek m.in. z budową Dworca Centralnego, tutaj właśnie (a nigdzie indziej u Białoszewskiego) opisanego w dniu przedpremiery i premiery. Otóż burzenie kamienic w centrum natychmiast przypomina mu powstanie: Za moją postojową kamienicę już się zabrali. Już jest jak po nalocie wieczornym. Bok rozharatany. Pod murem gruzy w stos. Wyżej z urwań ścian sterczą żelazne szyny. Ale jeszcze dużo zostało. Jeszcze na ileś bombardowań, na ileś dni powstania (CH 107). Tego rodzaju procesy psychiczne Białoszewski określał mianem toczenia ze sobą świadomym gry o dobrą minę (R 130), przy czym podkreślał, że im więcej „miny”, tym bardziej „podświadomość” wyrzucała mu treści w snach, zwykle idąc aż do powstania. Uważam, że tak właśnie, psychicznie, odbierał twórca także architekturę Warszawy. Oswajanie Chamowa to „gra o dobrą minę”, powoduje ona jednak proces zakłamania, bo podmiany dotychczasowego światopoglądu, ujawnionego w Pamiętniku…, czyli ruiny Warszawy, na jej re‑mityzację, „ponowne zaczarowanie świata”. Co wraca czkawką w podświadomości. Pisarz nawet uświadamia to sobie w pewnym momencie: Nauczyłem się już mieszkania na Chamowie. To znaczy – prawie nauczyłem. [ … ] Ale nie nauczyła się jeszcze Chamowa moja podświadomość (CH 224). Jest jeszcze inna domena w podświadomości, powiązana ze Śródmieściem – palenie. Papierosy wracają w snach. Dość dla czytelnika niespodzianie Białoszewski urywa zapiski w chwili, gdy, wydawałoby się, „oswoił” Chamowo, „nabrał miny”: Śniło mi się znów, że palę papierosy. Chce mi się stąd wyprowadzić. Z tych mrówek (CH 386). Można to rozumieć również tak – ciężko uwolnić się od starych nałogów, przyzwyczajeń (mieszkanie, szczególnie to, w którym swobodnie się paliło, także uzależniło; czy jednak problemem nie jest tu raczej wypierane poczucie starzenia się? Papierosy, mieszkania stają się „winne” temu, że człowiek nie jest już gotów na wprowadzanie zmian, reorganizację swojego życia?)8. Przekłada się to także na kwestie estetyki, narracji. Chamowo oscyluje między „starymi” formami dopracowanych, błyskotliwych próz (w rozproszonych fragmentach) a „bezformiem”, rozwlekłością, „nieustaleniem”, początkiem czy zalążkiem czegoś, co dałoby się uporządkować, zakończyć z polotami. Z drugiej strony (podkreśla to sprzeczność pragnień), obserwując początki organizowania przestrzeni pod swoim blokiem, wypowie Białoszewski: Boję się zbytniego porządkowania (CH 25).

Swoją psychiczną więź z przestrzenią Białoszewski wyraził w języku pop‑psychoanalizy, potocznie. Tej metaforyki używał także w wierszach z Odczepić się: TO NOWE MIESZKANIE  /  TO JAK KIJ W PODŚWIADOMOŚĆ (O 16) – głosi tytuł wiersza, a podczas odwiedzin starego mieszkania formułuje WNIOSEK  /  To tam  /  siedzę nie rozkurczony? (O 29), jak embrion. Ale z Chamowskich notatek o oswajaniu nowego mieszkania dałoby się utworzyć słownik jeszcze inny, odnieść go do myślenia w kategoriach feng shui czy tao domu (choć te określenia nigdy nie padły u Białoszewskiego; wiadomo jednak, że posiadał szeroką znajomość tematyki, powiedzmy, New Age’owej, choć nie przeniknęło to do jego twórczości, ponadto wiele osób z jego kręgu było z tematyką tą świetnie jak na owe czasy zapoznanych; choćby w Chamowie znajdujemy rozproszone uwagi o Paulinie i Anuli ćwiczących u Białoszewskiego „hatha‑jogę” – w Rozkurzu zapisaną niepoprawnie, może dla żartu, jako „chata‑joga”; z kolei gdy pewnej nocy przy gościach ktoś „przychodzi”, Białoszewski zupełnie poważnie mówi, że to pewnie duch Wyki, Jadzia Stańczakowa opisuje poecie spotkanie z wróżką i namawia na wizytę; Le. z Wenecji przywiózł „przepisy na taroka”, czyli pewnie rozkłady kart, zaś Anula z Mironem niekiedy czytają sobie w myślach). Można też posłużyć się łacińską formułą genius loci, pamiętając o jej dosłownym znaczeniu: „genius” – „duch” (Białoszewski, który lubił udawać nieuka, w wierszu o wietrze piszczącym w bloku użył przekładu geniuszek miejsca9). Tak więc mieszkanie również ma swoją aurę, która wpływa na samopoczucie mieszkańca: Przyszła Agnieszka. Uradowana. Biegała od kuchni do łazienki. Od razu poprawił się mnie i temu mieszkaniu humor (CH 10). Po odwiedzinach w starym mieszkaniu notuje: Wrażenie zwyczajne, już mojego ducha tam nie ma (CH 14). Należy to uznać chyba za przykład „robienia miny”, walki świadomości z podświadomością, ponieważ wieczorem w nowym mieszkaniu w ciemnym pokoju nagle aż mnie wzdrygło widmo placu Dąbrowskiego. [ … ] Znów wróciłem w majak pokoju i znów zaszedłem do widoku. A tam – wymiary wyparowały [ CH 16 ]. Psychiczny związek mieszkającego z zamieszkiwanym (zabawne – brzmi jak „oznaczający” i „oznaczany”) zostaje steoretyzowany w matrycę matriarchalną. Ludzie rodzą mieszkania, a kolejne mieszkania rodzą następne, w ten sposób możliwa jest ciągłość: Tamto mieszkanie zrodziło to mieszkanie. A tamto mieszkanie zrodziło się z Poznańskiej. To my te mieszkania rodzimy. To już nie estetyka, a fizjologia ciągłości. Świątki, ikony, które się znajdowało i które migały natchnieniem przez tyle lat. [ … ] bez tych rzeczy mógłbym się obyć, ale trochę zmienić (CH 16, podkr. moje – P.S.). Dlatego istotne jest natychmiastowe zaaranżowanie przestrzeni w celach – widzimy – nie tylko „estetycznych”. Biel pustego mieszkania mu przeszkadza. Myślałem, że będę chciał purytańsko, bez niczego. Ale nie wytrzymuję. Ta biel (CH 13). Prędko więc wiesza tkaniny, aniołki, świątki, ustawia je tak, że Le. określa wnętrze mianem ni to witryny, ni to zakrystii, na co poeta replikuje fachowo trochę na prawach antepedium (CH 13). (W dodatku zapewne wiedział ów erudyta, że etymologicznie rzeczownik ten pochodzi od ante pedes, czyli przed stopami). Istotne jest także odkrywanie widoku z wywyższenia, gdzie nawet księżyc wydaje się coś znaczyć10 i można sobie wyobrazić, że widać Konstantynopol. Feng shui poucza, że dom, który ma być również miejscem pracy, powinien być położony możliwie najwyżej, ponieważ w ten sposób przyciąga sukces (piszę ten tekst z drugiego piętra). W chwili przeprowadzki na dziewiąte piętro Białoszewski był w najlepszym momencie swej kariery, ale także, o czym wspominałem, niepewny przyszłości (jak pisać). Półżartem można powiedzieć, że duch dziewiątego piętra pozwolił mu utrzymać wysoką pozycję w świecie literackim, szczególnie tomem Odczepić się, który owo „wyniesienie” wielokrotnie tematyzuje. Z zaleceniami feng shui zgadza się także praktyka „oczyszczania zastałej energii” przez otwarcie drzwi wejściowych (zarazem chodzi o schłodzenie gorącej od kaloryferów atmosfery), co, skądinąd zabawnie, kończy się wezwaniem milicjanta przez mleczarza. Ten wątek, choć tak rozproszony, wydaje się nowy na tle dotychczasowych ujęć domu w tej twórczości11, choć w Odczepić się znajdziemy wiersz mówiący zupełnie wprost o „duchu” (co, paradoksalnie, pewnie było czytane jako metafora):

MIESZKAM, CZEKAM
przychodzi
na nowy punkt
co raz
co dwa
kto?
ten duch (O 16).

Spirytystyczne rekwizyty zanikają w miarę oswajania. Zmianę kodu dostrzegam szczególnie w jednym zdaniu: Do Saskiej Kępy już się przyzwyczaiłem. Mieszkanie tu nabrało cech prawdziwości (CH 376). Znakomita to ironia Białoszewskiego (skądinąd mniej jej w tej książce niż w innych): „prawdziwość” być może jest ostatnim stadium „duchowości” mieszkania, ale przede wszystkim zdanie to wydaje się parodią wyrażeń literaturoznawczych, szczególnie tych odnoszących się do mimesis. Mieszkanie staje się „prawdziwsze”, bo opisane w literaturze, co kojarzy się ze znanym motywem szmaragdu podbitego zieloną bibułką z Szumów, zlepów, ciągów12. Nota bene w Chamowie poznajemy tło tej anegdotki, dorzuconej do Szumów… pewnie w ostatnim momencie – pisarz pierwszy raz w życiu zobaczył szmaragdy na wystawie sztuki peruwiańskiej i wydały mu się blade; w tym ujęciu anegdotka o hrabinie „podbijającej” szmaragd zyskuje homonimiczne drugie dno, ponieważ oglądany naszyjnik pochodzi z państwa Himu, które zostało podbite przez Inków czy Azteków [ CH 356 ]. Budowa nowych osiedli z kolei też jest tutaj postrzegana jako rodzaj konkwisty: dla efektu „prawdziwości” urbaniści podbijają je bibułką wypróbowanej organizacji; mieszkaniec (np. „stróż latarnik mrówkowca”) podbija je swoimi bibelotami, przedmiotami, makatami; podbija syllepsą zapisu.

Parokrotnie zwracałem uwagę w Chamowie na to, co wydaje się nowe w stosunku do znanej dotychczas twórczości, co rozpoznane motywy ukazuje inaczej, co poszerza białoszewskologiczny ogląd. Takich miejsc jest więcej. Przede wszystkim pełniej zaprezentowani są bohaterowie już nam znani, ponieważ sposób ich opisu jest nacechowany familiarnością (która z kolei jest stopniowalna – twórczość Białoszewskiego w ogóle jest „familiarna”, teraz jednak widać, że był to wypracowany efekt i że dawało się go wypracować także inaczej). Na przykład znalazły się złośliwostki pod adresem dotychczas nietykalnego Le. (który daje prezent z zastrzeżeniem, że gdy będzie w potrzebie, zgłosi się po tysiąc złotych; przenika także sprawa konfliktu na tle przeprowadzki, wcześniej znana z relacji przyjaciół, nie z twórczości). Portret Tadka [ Sobolewskiego ] zostaje wzbogacony o wspomnienie jego nieporozumień małżeńskich z Anią, informację, że nie lubił mieszkania na Hożej i nie zawsze dobrze traktował Jadwigę, ale się zmienił. Jadwiga z kolei została odnotowana w chwili zmęczenia zachowaniem swojego ojca, zwanego Dziadkiem: Bo co, jak pożyje sobie sto piętnaście lat? Skakać oknem? (CH 39). To naprawdę chwilami są donosy (rzeczywistości) bez bibułki (jak w określeniu „jeść bułkę przez bibułkę”). Historyczno‑chronologicznie patrząc, w tych zapiskach z 1975 roku pierwszy raz pojawia się postać Kici Koci i to entré jeszcze nie zapowiada późniejszego kabaretu. Interesujące jest skolacjonowanie jej wizerunku variété z historią rodzinną o matce‑wampie, uczennicy Isadory Duncan. Poza tym dla mnie rewelacją jest przede wszystkim portret postaci dotychczas nieomal nieobecnej w twórczości Białoszewskiego – Anuli (chyba że to ona jest pierwowzorem Błogosławionej Siwuli z Wisznu‑Woli z Kabaretu Kici Koci, bo nie wiem). Znamy ją z rozmowy w książce Miron13 i jej wypowiedzi na temat Białoszewskiego jako człowieka zdawały mi się intrygujące, ona sama zaś fascynująca: w najlepszym sensie tego słowa „narwana”, ekstatyczka, charyzmatyczna, witalna, medialna (w sensie ezoterycznym). Chamowo zawiera opisy wielu z nią spotkań, na Saskiej Kępie czy w Aninie; jakkolwiek nie jestem pewny, czy pisarz „wycisnął” z niej cały potencjał jako „postaci literackiej”. Znajdziemy w tym dzienniku także nowy typ sytuacji, który można dorzucić do kategorii „absurdy PRL‑u” (i skojarzyć z archetypowym już w tej mierze „kinem Barei”) – scenki w przychodni, spółdzielni mieszkaniowej, autobusach, liczne z milicją. Właśnie w autobusie z ust pewnej „blondyny” pada wariant „atopolskiwłaśnie”: Nie wiesz, że jesteśmy w Polsce? (Ch 374). Dotychczas pisarz unikał takich wątków – nie licząc oczywiście Kabaretu Kici Koci. Nieco inny jest również język, dosadniejszy, z wulgaryzmami, dyskusjami o majtkach i szaletach. Z Chamowa – i przypuszczam, że wyszło to twórcy mimowolnie – emanują jednak smutek i poczucie samotności, mimo tak licznych, codziennych nieomal spotkań z przyjaciółmi. O depresji explicite mowa jest tylko raz: Do psychologa nie pójdę. O nie (CH 333) – czy jakiś czytelnik w ogóle posądziłby Białoszewskiego o pomysł pójścia do psychologa? Wrażenie samotności być może bierze się stąd, że pisarz jednak nie spisał „wszystkiego” także i w tym dzienniku – brak, oczywiście, spraw uczuciowych. (To zapewne celowe przemilczenie wywołuje niecelowe zapewne wrażenie samotności). Nie wypełnia go nawet zapis w stylu, który określiłem kiedyś mianem „hermetycznej pornografii”14: Zachciało mi się pod koniec nocy do parku Skaryszewskiego (CH 373). Park Skaryszewski, sapienti sat, był w tamtych czasach dobrze prosperującą pikietą gejowską, co Białoszewski odnotował aluzyjnie nawet w Pamiętniku z powstania warszawskiego, pisząc o bombardowaniu tego „głupiego miejsca”15. Fragment o wizycie w parku jest skonstruowany perfidnie, zaczyna się zacytowanym sygnałem „dla wtajemniczonych”, potem następuje retardacyjny opis jazdy nocnym autobusem z przygodami, wreszcie… Wysiadam. W parku słowiki, świecą białe drzewa (CH 376). Koniec. Owocna noc! Zastanawia jednak, jaki impuls pisarski powodował Białoszewskim, który „i chciałby, i boi się”. Czyli: coś mamrocze, jakby chciał powiedzieć, ale na głos i wprost – nie.

Wskazywane tu odmienności warsztatowe biorą się być może z faktu, że mamy do czynienia z tekstem nieobrobionym przez pisarza. Negatywna ocena Zawału przez przyjaciół (co zresztą odnotował), narracyjnie chyba najbliższego Chamowu, wzbudziła u niego wątpliwości. Zawał ostatecznie poszedł do druku po skrótach. Rękopis Chamowa nie zachował się w całości, natomiast istniało nagranie magnetofonowe. Na tej podstawie zasłużona edytorka dzieł Białoszewskiego, Marianna Sokołowska, której wieloletnia praca godna jest pochwał i szacunku, odtworzyła tekst in crudo. Niewykluczone bowiem, że w wersji do druku interesujące nas dzisiaj fragmenty zostałyby wygładzone lub podkręcone czy pokryte bibułką, aby przypominać Donosy…, Szumy…16. Tymczasem decyzja zapadła: na plac Dąbrowskiego nie wrócił, Chamowa nie podał do druku.

Piotr Sobolczyk
 Przypisy:
1 Miron Białoszewski, Odczepić się, Warszawa 1978, s. 8 [ dalej – O ]. 
2 Tegoż, Chamowo, Warszawa 2009, s. 36 [ dalej – CH ]. 
3 Narodowy Korpus Języka Polskiego podaje, że w użyciu jest fraza „mrówkowiec Mirona Białoszewskiego”. Prawdopodobnie jej autorem jest Tadeusz Sobolewski (korpus odwołuje się do jego recenzji filmowej Dym Wayne’a Wangadata, „Gazeta Wyborcza” z 30 IX 1996, s. 12). Wcześniej jednak o „mrówkowcu” mowa w 1967 r., kiedy to tak nazwano specyficzny i zwiedzany następnie przez wycieczki budynek na ulicy Drukarskiej we Wrocławiu (por. http: /  / wroclaw.hydral.com.pl / 135,artykul.html). Ponieważ Białoszewskiemu słowo to „przekazuje” Berbera, czyli dziennikarka Ewa Berberyusz, można przypuścić, że słowo „mrówkowiec” funkcjonowało jako ciekawostka turystyczno‑dziennikarska, ale faktycznie do polszczyzny weszło za sprawą Białoszewskiego. 
4 Miron Białoszewski, Rozkurz, t. VIII Utworów zebranych, Warszawa 1998, s. 142 [ dalej – R ]. Również w Rozkurzu Le. wypowiada w pewnym momencie uwagę techniczną o malarstwie: El Greco walił biel na chama. Teraz się boją bieli. Dawniej nie (tamże, s. 155). 
5 Tegoż, Obmapywanie Europy. AAAmeryka. Ostatnie wiersze, Warszawa 1988, s. 82. 
6 „To, w czym się jest”. Rozmowa Anny Trznadel‑Szczepanek z Mironem Białoszewskim w dniu 2 II 1983, w: Stanisław Burkot, Miron Białoszewski, Warszawa 1992, s. 160. Na to pierwotne znaczenie nakłada się w Obmapywaniu Europy dodatkowo obraz obżerania się ludzi na statku i wyrzucania niezjedzonych dań, gdy w Polsce brak jedzenia, a także handlowania i „połykania” tego, co „trzeba zobaczyć”.
7 Por. Andrzej Zieniewicz, Dziennik martwego miasta, w: Małe iluminacje. Formy prozatorskie Mirona Białoszewskiego, Warszawa 1989, s. 113 – 119.
8 „Miny” mają swoją drugą stronę, którą Białoszewski zaobserwował u siebie i innych: Przybieram nieraz złe miny ze zmęczenia. Nie mam siły o to dbać. Zauważyłem, że różne zacięte wyrazy twarzy, nabzdyczenia u starszych ludzi pochodzą nie z zaciętości ani wyższości, ale ze zmarszczek, wisiorów, braku zębów. Pozory dla pokrycia czego innego. Czasem przez stałość układu wywołują stopniowo pozorowane uczucie… Rodzaj odgrywania się. W tym miejscu poprzez aluzję mówi o swoim starzeniu się (R 110).
9 Miron Białoszewski, OHO i inne wiersze opublikowane po roku 1980, t. X Utworów zebranych, Warszawa 2000, s. 116. 
10 Por. wątek lunarny (CH 101, 120 – 121). 
11 Helena Zaworska, Dom, „Twórczość” 1970, nr 10; Anna Legeżyńska, Dom Mirona Białoszewskiego, w: Pisanie Białoszewskiego, red. Michał Głowiński, Zdzisław Łapiński, Warszawa 1993, s. 62 – 79.
12 Miron Białoszewski, Szumy, zlepy, ciągi, Warszawa 1976, s. 9.
13 Anna Żurowska, Ważny jest sam lot, rozmowa Tadeusza Sobolewskiego, w: Miron. Wspomnienia o poecie, opr. Hanna Kirchner, Warszawa 1996, s. 237 – 248. 
14 Zob. mój tekst Hermetyczne pornografie Białoszewskiego, w: Literackie reprezentacje doświadczenia, red. Włodzimierz Bolecki, Ewa Nawrocka, Warszawa 2007.
15 Por. mój tekst Homobiografia: Miron Białoszewski, „Pogranicza” 2008, nr 6.
16 Fragmenty tekstu jako zamknięte całostki były drukowane w tomach Rozkurz i Stara proza, nowe wiersze. Nie odbiegały znacząco od wcześniejszych „małych narracji” czy „małych iluminacji”.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas