poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Narodziny pisarza
[Jan Józef Szczepański, „Dziennik 1945 – 1956”, tom I, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009] Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)

Jan Józef Szczepański
Dziennik 1945 – 1956, tom I
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2009


Jan Józef Szczepański zaczął prowadzić swój dziennik, nazywany zresztą przez niego – nie bez powodu – pamiętnikiem, w roku 1945, już po zakończeniu okupacji, po powrocie z partyzantki do „normalnego życia”; prowadził go aż do samej śmierci. Wielostronicowe zapiski pisarza przygotowuje do druku jego syn Michał, prozaik i filmowiec, i ta gigantyczna praca, w której pomagają mu redaktorzy z WL‑u, a także Tomasz Fiałkowski, opracowujący starannie i drobiazgowo przypisy i indeksy oraz profesor Henryk Markiewicz jako konsultant, zapowiada się co najmniej jeszcze na lat kilka. Dobrze jednak, że Wydawnictwo Literackie zdecydowało się wydać już teraz tom pierwszy, gdyż – pomijając oczywiste względy marketingowe – lata, które ten tom obejmuje, to bodaj najważniejszy okres w życiu Szczepańskiego, okres dojrzewania do roli męża, ojca, pisarza, do roli człowieka świadomego swych obowiązków, niemożliwych do zinterpretowania tylko w kategorii codziennych zajęć. I właśnie temu ociosywaniu własnego charakteru, analizowaniu uczuć i przemyśleń, ocenie postępowania, refleksji na temat otaczającej go rzeczywistości, wreszcie – utrwalaniu pamięci o minionych zdarzeniach, o chwilach zwątpień, ale też chwilach, w których odczuwał rozkosz istnienia, pełnię życia, chwilach autentycznego szczęścia, miało służyć prowadzenie pamiętnika: Piszę go dlatego – notował pisarz zaraz na wstępie, pod datą 25 czerwca 1945 roku – żeby moim postanowieniom nadać cechy odpowiedzialności, żeby nie mogły się rozleźć, rozpłynąć we mgle bezpłodnej chandr, jak tyle razy poprzednio. Poza tym samo pisanie wymaga aktu woli, który musi mi wejść w codzienny zwyczaj. Z dziennika Szczepańskiego nie wyłania się więc obraz epoki, jak z niektórych dzienników czy pamiętników innych pisarzy, autor bardziej jest skupiony na własnych doznaniach i własnym przeżywaniu rzeczywistości, również w jej polityczny wymiarze. Wspomnę o trzech rzeczach.

Po pierwsze: W naszych warunkach walka wybrana świadomie nie może być nawet oporem. Może być tylko uporem – samotnym, męczącym, smutnym i bez chwały. Sentencja ta, zapisana w 1952 roku, stała się dewizą życiową Szczepańskiego, określając do końca życia jego światopogląd. Krytycznie, z dystansem obserwował kierunek, w jakim rozwijał się nowy ustrój społeczno‑polityczny. W społeczeństwie formułującej się Polski Ludowej dostrzegał zjawisko filisterstwa, bijącego wszelkie rekordy klasycznej burżuazji, denerwowała go inflacja sloganów i kłamstwa, z niesmakiem konstatował rozmiękczanie charakterów w znanych mu literackich kołach. Z ciążącym piętnem akowskiej przeszłości i daleki jednocześnie od gotowości zawierania kompromisów, daleki od wszelkiego koniunkturalizmu, był coraz bardziej spychany na społeczny margines. Bardzo oględnie wyraża się o szykanach UB – wezwany w roku 1945 na weryfikację wojskową zostaje pozbawiony tytułu oficerskiego, potem wzywany był jeszcze na przesłuchania pod różnymi pretekstami, m.in. na okoliczność pracy w redakcji „Głosu Anglii”, tygodnika Ambasady Brytyjskiej; bezskutecznie, już nawet w roku 1955 i na początku 1956, starał się o paszport, by wyjechać z ekipą himalaistów. Przede wszystkim jednak nowy ustrój nie sprzyjał zarobkowej pracy Szczepańskiego. Tracił kolejno pracę w redakcjach „Głosu Anglii”, zlikwidowanego w roku 1947, w  „Tygodniku Powszechnym” po radykalnej zmianie redakcji z Turowiczem na czele, podejmował słabo płatną i nieciekawą pracę redaktora technicznego w Państwowym Wydawnictwie Muzycznym i dorabiał przez rok jako przewodnik po Wawelu. Kłopoty materialne, o których pisze bez ogródek, kłopoty z cenzurą, uniemożliwiającą mu wydanie zbioru okupacyjnych opowiadań i Polskiej jesieni oraz – tak wydawałoby się – politycznie neutralnych artykułów, jak o Nikiforze, nie wpłynęły jednak na jego postawę. Przeciwnie, tym bardziej przykładał wagę do zachowania wewnętrznej niezależności, poszukiwał formuły dla „moralnej autonomii”. W roku 1953 zanotował taką oto refleksję: Zasługa transcendentnych systemów etycznych – zasługa wystarczająca do uzasadnienia racji bytu religii – leży w tym, że moralny punkt odniesienia umieszczają poza zasięgiem wszelkich ziemskich interesów. Tylko tak istnieć może jakaś moralna autonomia. Autonomii tej zagrażają, uważał, wszystkie systemy totalitarne, w równym stopniu faszyzm, jak i komunizm, dlatego nie pociągały go, w przeciwieństwie do niektórych jego przyjaciół, Stanisława Lema czy Andrzeja Jachimowicza, i wielu polskich intelektualistów w tych czasach, perspektywy rozwoju ludzkości zawarte w filozofii marksistowskiej. W samej filozofii dostrzegał korzenie zła, ujawniającego się w realizacji niebezpiecznych utopii. Dlatego ze sceptycyzmem podchodził do odwilży, której początki sięgają roku 1955, bo krytyka „błędów i wypaczeń” mogła pochodzić tylko z kręgów partyjnych, a istotą i konsekwencją tej autokrytyki były personalne porachunki, również – jak wskazywał Szczepański – w środowisku literackim. W sferze kultury nie udało się przeprowadzić żadnych konkretnych zmian i reform – nie powiodły się starania o powołanie niezależnego, ponadideologicznego pisma, nie doszło też do przejęcia „Życia Literackiego” z rąk Władysława Machejka przez grupę młodych krytyków i pisarzy, Stanisława Lema, Jana Błońskiego, Jana Pawła Gawlika, Janusza Boguckiego i Jana Józefa Szczepańskiego. Przywrócono jedynie redakcję „Tygodnika Powszechnego”, do którego Szczepański wrócił już jednak tylko jako współpracownik. Były to więc przeważnie zmiany pozorne, ale nawet te pozory były zdaniem autora Dziennika cenne, bo warto pomóc socjalizmowi wszędzie tam, gdzie są szanse przyspieszenia humanistycznej ewolucji. I mimo dramatyzmu wydarzeń w Poznaniu Szczepański optymistycznie konstatuje, że do tej pory nie udało im się zrobić z nas ludzi radzieckich.

Zdawał sobie jasno sprawę, że droga do „nowej rzeczywistości” jest dla niego zamknięta przynajmniej z dwóch powodów: jego własnego, jak to określał, pojmowania życia oraz wyniesionego z pierwszych lat powojennych urazu do sposobu traktowania przez peerelowską władzę i jej popleczników akowskiej przeszłości.

Po drugie: Czy nie przeżyć w życiu żadnej wielkiej namiętności jest naprawdę stratą – zastanawia się Szczepański, analizując swoje uczucia do poznanej pod koniec 1944 roku Danuty Wolskiej, która po dwóch latach stanie się jego żoną. Jest w tej analizie dużo młodzieńczej spontaniczności, by nie powiedzieć niewinności. Z początku fascynacja osobą Danusi przypomina mu platoniczne uczucie, w  którym mało było cielesności, jakie żywił w szkolnych latach do koleżanki swej młodszej siostry, Kseni, bohaterki jednego z opowiadań z tomu Motyl. Gdy jednak znajomość przeradza się w trwały związek, gdy zaczyna myśleć o małżeństwie, to w jego stosunku do narzeczonej zaczyna dominować poczucie odpowiedzialności. Niepokoi go jednak brak egzaltacji, nieobecność uczuć silniejszych, gwałtownych. Chciałbym się pozbyć mojej matowości – wyznaje szczerze. – Żeby nareszcie to, co jest we mnie, nabrało wyraźnych kolorów i konturów.

Jest sprawą fascynującą śledzić wraz z autorem Dziennika, jak to uczucie pozbawione temperatury namiętności nabiera nowych znaczeń i barw, jak przeradza się ono w poczucie absolutnego szczęścia. Choć zdaje sobie sprawę, że miłość to nieustanne doznanie wysiłku, że łatwo może ją zniszczyć rutyna dnia codziennego. Jedyną rysą na ich wzajemnych stosunkach okazuje się stosunek do religii. Żona jest osobą głęboko religijną, mąż ma do religii stosunek pełen sceptycyzmu i wątpliwości.

Wątek religii, wiary jest jednym z ciekawszych w tym osobliwym pamiętniku. Szczepański rozwinie go potem w swoich eseizujących opowiadaniach, tu jednak już go wyraźnie zarysowuje jako problem zasadniczej wagi. Mimo że trudno mu zrozumieć mechanizm wiary, że nurtuje go myśl, czy religie nie urzeczywistniają irracjonalnej potrzeby wiary w cokolwiek, to chciałby się zaangażować czynnie po stronie ewangelicznej moralności, jednak nie po stronie Kościoła. Ważną refleksję odnajdujemy pod koniec tomu – kiedy na początku roku 1956 podsumowuje bogaty w przemyślenia i doznania szczęścia w małżeństwie rok poprzedni – refleksję, która świadczy o pogłębieniu tego problemu, o konsekwentnym zbliżaniu się do pojęcia potrzeby Boga, choć trudno mu sobie wyobrazić, by był kiedykolwiek zdolny do religijnego życia: Czytając te zapiski widzę, że w całym tym roku dominuje wyraźnie nieudolne i nieśmiałe, ale dość uporczywe szukanie jakiegoś wewnętrznego oparcia i to chyba zorientowane nie ku czemu innemu, jak ku Bogu. Strasznie to jest mgliste, bezsilne i wstydliwe, ale jednak jest. Refleksja ta jest też wynikiem filozoficznych lektur Szczepańskiego, przede wszystkim lektury autobiograficznej książki Thomasa Mertona.

Po trzecie wreszcie: Ważniejsze jest, co się chce powiedzieć, w co się wierzy i dlaczego. Temat jest ważny. I tylko temat może usprawiedliwić pisanie. Ta konstatacja, zanotowana w roku 1948, określi charakter pisarstwa autora Polskiej jesieni, określi cel, jaki przed sobą stawiał pisarz początkujący i jaki przyświecał mu potem. Temat ważniejszy od warsztatu, ale przecież bez warsztatu nie byłoby pisarstwa, i właśnie szlifowaniu warsztatu, rozwijaniu pisarskich umiejętności służyły na początku niektóre zapiski w tym dzienniku, nazywane dowcipnie palcówkami. Były to przeważnie opisy krajobrazów, bardzo sugestywne, z dużą dbałością o szczegół, o oddanie atmosfery momentu ich doznawania.

Przypomnijmy, że gdy Szczepański zaczynał prowadzenie dziennika, niewiele miał na swym pisarskim koncie. W 1943 roku debiutował na łamach konspiracyjnego pisma „Droga” (nr 1) wierszem Po szarym niebie, w następnych numerach (3 i 4) opublikował Pamiętnik wojenny, którego pisanie rozpoczął zaraz po kampanii wrześniowej (był on pierwszą wersją Polskiej jesieni).

Wczesne zapiski pełne są wątpliwości co do swych umiejętności, pełne obaw o swój talent literacki, a przecież – jak przyznawał na pierwszych kartach dziennika – tylko w pisaniu widział swoją przyszłość, choć zastanawiał się, czy potrafi zostawić po sobie choćby jedną dobrą książkę. 

Zasadniczym problemem nie były jednak kłopoty warsztatowe i nawet nie kłopoty cenzuralne, choć nastawienie wydawców do jego utworów studziło niewątpliwie zapał młodego autora książek przetrzymywanych w wydawniczych oficynach, obawiającego się, że szufladowa izolacja może wykończyć go jako pisarza. Poszukiwał formuły określającej istotę pisarstwa i znajdował ją u Conrada. Dla Szczepańskiego oznaczało to obiektywne, jak podkreślał, opisywanie rzeczywistości osobiście doznawanej i przeżywanej, opisywanie bez żadnych nacisków, moralnych i politycznych, ale i bez ozdobników, opisywanie oszczędne, czytelne i sugestywne, nawet, jak trzeba, schematyczne. O dzisiejszych czasach – zaznaczał – powinno się pisać tak, jak się pisze o wojnie – o doświadczeniu zbyt wielkim i zbyt tragicznym, by można pozwalać sobie na uszczypliwości. Tak, jak Aleksy Tołstoj pisał o początkach rewolucji.

Takie zadanie wymagało pisarstwa dojrzałego, tymczasem swoje pisarskie próby poddawał na razie bezlitosnej, czasem nawet histerycznej, samoocenie. Potrzebował więc chłodnej oceny innych, i znajdował ją podczas towarzyskich spotkań (zwykle w gronie przyjaciół z „Tygodnika Powszechnego”), na których czytał swoje utwory. Cenił też sobie uwagi krytyków, zawarte wówczas raczej w recenzjach wydawniczych niż publikowanych. Streszczając entuzjastyczną opinię Matuszewskiego, zachwycającego się prawdziwym oddaniem nastrojów wrześniowych w Polskiej jesieni, dziwi się jednak: Rozwodzi się nad tym, jakby to była jakaś rewelacja, coś, czego się dziś nawet nie oczekuje od pisarza.

W dzienniku notował często na marginesie prac nad kolejnymi utworami uwagi i komentarze do nich. Są one ciekawe i cenne, odsłaniają bowiem tajniki procesu twórczego pisarza, świadomego swych ułomności i felerów, jak to wprost nazywał, ale i zalet. Zaskakuje ogromna samoświadomość, może zanadto wyostrzona w krytycznym kierunku wskutek mnożących się wątpliwości twórczych. Szczególnie ciekawe są komentarze towarzyszące pracy nad Butami i innymi opowiadaniami, z których skomponował swój pierwszy tom, ukończony właściwie już w roku 1946, ale wydany dopiero – po długich perypetiach – pod koniec 1956 roku. Obawiał się, że tym „kawałkom z lasu” brakuje prawdy nie tyle historycznej, co psychologicznej. Zapomniałem – przyznaje – jak pachniały sosny, jak skwierczał piach pod nogą, jak smakowała utajona wolność, wesołe chamstwo i naiwna odwaga. 

Opowiadania przetrzymane przez Kazimierza Wykę w „Twórczości”, mimo pochlebnych uwag, zaczął – także nie bez trudności – drukować na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Opublikowane w lutym 1947 roku Buty wywołały falę oburzenia. W redakcji pokazano Szczepańskiemu listy pełne inwektyw pod jego adresem. O wiele ważniejsza była jednak dla niego recenzja Wyki, która ukazała się w „Odrodzeniu”, pochlebna – jak to Szczepański ujął – dla strony literackiej, nieprzychylna dla poruszonego w opowiadaniu problemu. Napisał tekst polemiczny, którego tytuł I co dalej nawiązywał do postawionego przez krytyka pytania, w którym zastanawiał się, czy Szczepański i inni młodzi pisarze, dla których przeżyciem pokoleniowym było Powstanie Warszawskie lub partyzantka, potrafią wyjść z tego groźnego kręgu. Napisał i zaczął mieć wątpliwości, które warto przytoczyć in extenso: Miałem taką chwilę trzeźwej refleksji na ten temat i ogarnęło mną przerażenie. W co ja się pcham? Jakieś kaznodziejstwo niemożliwie surowej moralności. [ … ] Nie mam w sobie niczego, co uprawniałoby mnie do roli Katona. Może tak powstaje złudzenie „misji”. [ … ] Zostanę zarejestrowany jako aktor od ról patetycznych i wtedy nie wykręcę się, będę musiał stale rwać szaty [ … ]. Bo naprawdę chyba cenniejszym pozytywnie czynem byłoby swego czasu, narażając się na pogardę, ocalić owych własowców niż teraz przenosić własny niesmak na grunt literackiego problemu, ku pouczeniu „potomnych”.

A przecież już z pewnego dystansu czasowego uważał, że to właśnie Buty realizują to, co jest dla niego w literaturze najistotniejsze, budzą sumienia, i w trakcie prac nad następnymi utworami wyrażał obawę, że nie dorówna już nigdy poziomowi Butów. Ujmował to bardzo dobitnie w roku 1951: Z wszystkiego, co zrobiłem dotychczas tylko jedne „Buty” są pozycją poważną – bo autentycznie przecierpianą.

Wyznanie to sytuuje pisarstwo Szczepańskiego w nurcie literatury zanurzonej w rzeczywistości osobiście doświadczanej i doznawanej, literatury nieufnej w stosunku do fikcji. Tę cechę jego pisarstwa najtrafniej bodaj ujął Andrzej Werner, który Szczepańskiego zaliczał do pisarzy zwróconych ku życiu, ludzkiej rzeczywistości bez pośredniczącej roli idei, nie wysuwających na plan pierwszy swoich sądów, poglądów i postulatów, usuwających się w cień, by uwypuklić to, co istnieje niezależnie od wyobrażeń podmiotu, obserwujących życie w jego rzeczywistych historycznych wymiarach, by odnaleźć w nim uniwersalne cechy ludzkie…

Lata 40. i początek lat 50. to płodny okres w twórczości Szczepańskiego. Pisze wspomniane już opowiadania zebrane w jednym tomie, pisze Polską jesień (pierwotny tytuł, który występuje w dzienniku, to Wrzesień), Portki Odysa (w dzienniku pisane jako Portki Odyssa), Różdżkarza, Błogosławione wody Lete (w dzienniku występujące jako Cierpliwość), kończy w roku 1956 Pojedynek (pierwotny tytuł Melon), mikropowieść w całości zapisaną w dzienniku, w której problem totalitaryzmu ujął tym razem metaforycznie, tworząc fikcyjne państwo latynoskie. Pisze i nie wydaje, niektóre tylko opowiadania trafiają do czasopism, „Tygodnika Powszechnego” czy „Dziś i Jutro”, cenzura zezwoliła na opublikowania Portek Odysa, które ukazały się w 1954 roku jako formalnie pierwsza książka. Siłą rzeczy nie uczestniczył więc Szczepański w  fali debiutów na przełomie lat 40. i 50., co w rozmowie z Trznadlem uzna później żartobliwie za pożyteczny w sumie zbieg okoliczności. Opierając się naciskom cenzury i namowom niektórych redaktorów, by pisząc, nie wzbudzać sprzeciwów cenzorów, chronił wewnętrzną niezależność, dzięki czemu nie uległ pędowi do druku, którego konsekwencją był w owych czasach koniunkturalizm, wyrażający się często w  karykaturalnej formie realizmu socjalistycznego.

Wydawnicza sytuacja Szczepańskiego zaczęła ulegać zmianie w roku 1955, gdy ukazała się wreszcie w Wydawnictwie Literackim, dzięki staraniom Andrzeja Kijowskiego, Polska jesień, a w roku następnym, jak już wspomnieliśmy, Buty i inne opowiadania.

Oto jednak – jaka była reakcja autora dziennika na te – wydawałoby się, szczęśliwe dla niedocenianego dotąd pisarza wydarzenia: Zaczynam się obawiać, że mój prawdziwie twórczy okres dobiega końca. Pewnie napiszę jeszcze niejedną książkę, ale czas dotkliwego czucia i niepokoju, czas mówienia rzeczy istotnych nie trwa długo. Tymczasem ja jeszcze nie zrobiłem niczego, co mogłoby uchodzić za wypełnienie nakazów tego czasu. [ … ] Jeszcze resztki dawnych zapasów do upłynnienia – i co dalej? – zastanawia się pod koniec roku 1956. Obawiał się także konsekwencji „zawodowości”, która może stępić zmysł samooceny, a spontaniczną potrzebę pisania zamienić w codzienną rutynę. 

W omówieniu Dziennika trudno pominąć dwie pasje życiowe Szczepańskiego – taternictwo i dom w Kasince Małej – którym często dawał wyraz na jego kartach, i które miały niewątpliwy wpływ na pisarstwo autora Sizala. Szczegółowo, niezwykle sugestywnie i plastycznie opisuje swoje wyprawy w góry; z dramatyzmem przedstawia wspinaczkę zakończoną groźnym wypadkiem podczas forsowania zachodniej ściany Łomnicy, gdy obsunął się w żlebie po śniegu. Opisuje też udane, przynoszące mu wiele satysfakcji zdobywanie szczytów, w których towarzyszył mu zwykle Krzysztof Tatarkiewicz. Do tych wspinaczkowych wspomnień będzie powracał jeszcze nieraz w swojej twórczości. Andrzej Sulikowski nazwie tę fascynację wręcz „archetypem” tatrzańskim. I to właśnie na kartach dziennika daje wyraz temu, co potem krytyka określi jako „myślenie górskie”, uczące pokonywać strach i  uczące poczucia odpowiedzialności za każdy ruch.

Na kartach dziennika obecny jest też stale duch niezwykłego domu, jakim był rodzinny, zbudowany jeszcze przez ojca pisarza w połowie lat 30. na miejscu spalonego doszczętnie starego budynku dom na Kopieńcu, do którego wspinano się z Kasinki po zagonach, przez zarośnięty jar ponad pół godziny. To nie była wypoczynkowa dacza, lecz przystań, w której pracowało mu się, myślało i pisało najlepiej. I była to silna inspiracja twórcza. 

Lektura Dziennika przekonuje, że Szczepański znany nam z utworów późniejszych i z późniejszej działalności obywatelskiej, autor Przed nieznanym trybunałem i autor Kadencji, różnił się niewiele od pisarza, który zaczynał dopiero kształtować swój literacki program i przeżywał swe pierwsze udręki twórcze, i który oparł się zdecydowanie pokusie publikowania za wszelką cenę, zachowując wewnętrzną niezależność i wykazując niezłomność postawy wobec świata. Myliłby się jednak ktoś, sądząc, że autor starał się siebie idealizować, nic podobnego. Z kart Dziennika wyłania się wizerunek człowieka niepozbawionego wad i ułomności, ale toczącego uporczywą walkę w dążeniu do wydobywania z człowieka cech „bosko‑ludzkich”, a nie „ludzko‑przyrodniczych”, jak trafnie określił Andrzej Werner: Być może – konstatował krytyk – gdyby Szczepański nie miał tak nieskalanej opinii jako człowiek, gdyby z jego życiem czy też legendą biograficzną wiązała się jakaś wstydliwa dwuznaczność, tajemnica, chwilowe załamanie, niewłaściwe przymierze – opinia o nim byłaby jeszcze wyższa. [ … ] Przez długie lata Szczepański jako pisarz pozostawał jakby trochę na drugim planie, a przynajmniej nie w pełnym blasku reflektorów.

Bogdan Rogatko
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas