poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA POCHŁÓDKA
Z podkasaną togą, biret na bakier
[„Zabawy literackie krakowskich uczonych”, opr. Henryk Markiewicz, Kraków 2007] Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)
Przygotowana przez Henryka Markiewicza książka Zabawy literackie krakowskich uczonych łączy zalety niezwykłego, literackiego czy paraliterackiego świadectwa obyczaju z przyjemnością płynącą z lektury. Zbiera ona spisane przez krakowskich akademików pisarskie wprawki, teksty tworzone na boku, okolicznościowe, żarty, literackie prowokacje. Tom zaczyna się w XVIII wieku, otwiera go bowiem fragment poematu heroikomicznego Heautoumastix, czyli Bicz na samego siebie pióra Jacka Idziego Przybylskiego – wybitnego klasycysty. Rozciąga się w czasie po teraźniejszość w osobie Anny Burzyńskiej, zadając kłam filologowi Janowi Czubkowi, który już w latach 30. w wierszu samokrytycznie acz celnie zatytułowanym Rymy. Kiepski rym, sens niegłęboki,  /  pożegnanie mistrza Stroki obawiał się, że Już nastała era chuda  /  której godłem czkawka, nuda (s. 110). Okazuje się tymczasem, że literacka zabawa trwa w najlepsze, a nawet przybiera na sile oraz gatunkowej rozmaitości, bo pojawiły się nowe formy: limeryki, nagrobki i wielorakie literackie przekomarzanki. 

Podważa to wciąż żywy (choć może nieco rachityczny) stereotyp, że poważny naukowiec pisze poważne a szacowne dzieła, a jakieś fraszki i żarciki powstają ewentualnie po godzinach, a najlepiej do szuflady. Tymczasem – że ujmę sprawę pompatycznie – odblask humoru na marmurowym posągu intelektu nie tylko ożywia wizerunek, lecz także jest tym, co łatwiej i przyjemniej się pamięta. Pamięć o osobie przechowuje się w postaci anegdoty, plotki, wspomnienia o niespotykanym, czy wręcz kuriozalnym zachowaniu, które nieco urozmaica stateczną naukową codzienność. 

Trzeba zwrócić uwagę na silną „krakowskość” tego tomu. W czasie lektury czytelnik zanurza się w swoistej atmosferze „Krakówka”, którą bardzo trudno zdefiniować i wskazać jej wyznaczniki, ale łatwo ją odczuć. Być może to ona sprawia, że tę tak zróżnicowaną książkę czyta się jak nieszablonowo skomponowaną całość. Rzecz jasna, że jest to pozycja o stosunkowo wąskim adresie. Do osób niezwiązanych ani z Krakowem, ani z polskim życiem akademickim zapewne ona nie trafi. Bo i po co? Jej urok polega przecież na rozpoznawaniu autorów i bohaterów, konfrontowaniu ich wyłaniających się z tekstów wizerunków z tym, co wiadomo skądinąd o ich dokonaniach naukowych. Charakter komizmu cechujący znaczną część tych materiałów również jest raczej branżowy, choć urozmaicony. Można tu sparafrazować cytowany w książce we fragmentach Przewodnik bibliograficzny miesięczny dla wydawców, księgarzy, antykwarzów, jako też czytających i kupujących książki, ułożony – jak podaje niezmiennie skrupulatny Markiewicz – przez Stanisława Bystronia, Kazimierza Piekarskiego, Franciszka Bielaka i Mieczysława Brehmera, gdzie wśród zmyślonych tytułów nieistniejących prac naukowych jest i taki: Ile kategorii humoru, komizmu i dowcipu według estetyki Volkelta, Lippsa, Dessoira i Cohena wyróżnić można w Wicku i Wacku. Poradnik metodyczny dla studentów polonistyki. Kraków. Nakładem Koła polonistów UJ (s. 152). W Zabawach literackich krakowskich uczonych znajdą się więc parodie (w tym przywołana parodia gatunkowa), pastisze, fraszki, żartobliwe rymowanki, wierszowane polemiki, mowy na różne okazje, łże‑odkrycia naukowe, pseudo‑dywagacje, anegdoty, eksperymenty formalne nad cudzymi formami i roztrząsania nad problematami bez znaczenia. 

Oczywiście, nie wszystkie pomieszczone tutaj teksty nadal śmieszą. Być może niektóre nigdy śmieszne nie były. Wszystkie jednak słabsze punkty są zrównoważone przez prawdziwe humorystyczne przeboje, na przykład niezawodne piosenki Zielonego Balonika. Ale nawet jeśli rym szwankuje, rytm utyka, a obrazowanie nie satysfakcjonuje, miło pomyśleć, że również naukowcy parali się sztuką rymotwórczą, wpadając nieraz w chętne objęcia grafomanii. Bo przecież gdy zna się autora (choćby wyłącznie z lektury), to nawet grafomania zyskuje na uroku. 

Istotnym, choć może nieco niespodziewanym walorem Zabaw literackich krakowskich uczonych jest oferowany przez książkę nietypowy wgląd w sferę obyczajową. Zamieszczono tu na przykład przeróżne mowy: prozą, jak i mową wiązaną, na jubileusz, na wręczenie, na otwarcie, dla uczczenia. Ich zestawienie w chronologicznym porządku pokazuje jednocześnie trwałość i zmienność feudalnego akademickiego obyczaju. Zarazem poszczególne mowy pośrednio dokumentują panujące warunki polityczne (zazwyczaj te niełatwe; o łatwych nie ma się co rozwodzić ani czego na ich temat aluzyjnie sugerować) i mocno stwierdzają, że niezmiennie – żyje Akademia. 

Ale przecież nie tylko o to chodzi. Teksty żartobliwe uzupełniają „głównonurtową” twórczość literatów. Niekiedy stanowią jej zaprzeczenie, ale chyba częściej ją dopełniają, bo oferują płaszczyznę rozwinięcia występujących w niej wątków w innej tonacji. Zabawy literackie… dowodzą, że z naukowcami bywa podobnie: czy piszą z pełną powagą, czy z przymrużeniem oka – piszą często o tym samym. Niektóre z tekstów zawartych w tomie poświadczają istotne w danym okresie problemy dyscyplin reprezentowanych przez ich autorów. Nieoceniony w tym zakresie – a przy okazji przezabawny – jest wspomniany wcześniej Przewodnik bibliograficzny miesięczny dla wydawców, księgarzy, antykwarzów, jako też czytających i kupujących książki. Można w nim przeczytać na przykład, że Aleksander Birkenmajer wydał studium zatytułowane Szesnasta karta rękopisu Nr 2798 Biblioteki Jagiell. i inne szesnaste karty rękopisów innych bibliotek (s. 151). Widać już w 1925 roku, kiedy to ukazać się miał ów artykuł, humanistyka borykała się z problemami własnej prawomocności, jak i z zagadnieniem rangi podejmowanych kwestii. Postulat metodologicznej samoświadomości zaś wyczytać można z tytułu tekstu Aleksandra Brücknera: Historia siedmiu faz moich poglądów na genezę „Bogurodzicy”. 

Prezentowane teksty mają swoisty pośredni charakter. Są na ogół pisane na marginesie mainstreamowej twórczości poszczególnych autorów, mają więc w stosunku do niej status podrzędny. Przy tym jednak są publikowane, czyli upubliczniane, ich autorzy chcą więc być znani również z tych dziełek. Nie należy jednak sądzić, że wynika to z okrzyczanej jako postmodernistyczna tendencji, by „zabawić się na śmierć”; z sugestii odbieranej – słusznie czy nie – i wcielanej w życie przez akademickie ciało pedagogiczne, by raczej bawić, niż bawiąc, uczyć. Przedstawiona w tomie trzystuletnia tradycja profesorskich żartów wykazuje, że pewna odmiana zinstytucjonalizowanej niepowagi jest dobrze zadomowiona w akademickim etosie. Ma swoje miejsce, czas i czytelne reguły.

Niepodobna pisać o tej książce, nie wspominając o osobie jej twórcy. Chyba nikt inny niż Henryk Markiewicz nie potrafiłby takiej publikacji skompilować i opatrzyć tak wyczerpującymi przypisami. Każdemu nazwisku towarzyszy krótka notka biograficzna, każdy cytat i aluzja są umiejscowione, każdy mniej zrozumiały wyraz – objaśniony. Co ciekawe, zakres wyjaśnień jest bardzo rozległy: można w przypisach znaleźć informację, co to były „auery”, ale też, co to „dancefloor”. Autor opracowania zdradzał wcześniej skłonność do podejmowania zadań – pozornie – lżejszego kalibru. Świadczy o tym kilkakrotnie wznawiany i rozbudowywany tom Zabawy literackie (pierwsza edycja była recenzowana przez Stanisława Balbusa na łamach „Dekady Literackiej” nr 17 / 1992). Mogłabym ciągnąć, choćby cytując co zabawniejsze fragmenty, ale właśnie ten tom mam w pamięci, a dokładnie przykazanie 6 znajdującego się tam Dekalogu badacza literatury, sformułowanego przez Markiewicza: Nie jesteś Tomaszem Mannem; nie łudź się, że czytelnik będzie miał czas i cierpliwość do twoich dłużyzn (por. tegoż, Zabawy literackie dawne i nowe, Kraków 2003, s. 392).

Anna Pochłódka
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas