poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ BOCHEŃSKI
Śmiechu naszego powszedniego…
[Tomasz Mizerkiewicz, „Nić śmiesznego”, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, Poznań 2007] Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)
Nić śmiesznego w książce Tomasza Mizerkiewicza wcale nie wije się kapryśnie, nie plącze się i nie zawęźla, i koniec nie szuka początku, by zapleść supeł nie do rozwiązania. Nić śmiesznego idzie jak po sznurku, po linii tezy, po torach przykładów. Mizerkiewicz przedstawia bowiem linearną historię nowoczesnego komizmu od futuryzmu do utworów najnowszych. Nić śmiesznego biegnie od komizmu degradującego do komizmu odnowicielskiego, od śmiechu zrodzonego z poczucia wyższości do śmiechu z własnego ograniczenia, od humoru pętającego rozpaczą do humoru wyzwalającego z pęt. Rozpaczliwie bezradna egzystencja, słowem – modernistyczne cierpiętnictwo, cudownie przeobraża się w egzystencję śmiejącą się z własnej ograniczoności. Mizerkiewicz pokazuje, jak literatura śmiechem się leczy z tragicznego spadku po nowoczesności, nawet z horrorem śmierci (Świrszczyńska), nawet z koszmarami wygnania (Straszewicz i Gombrowicz) czy traumą piszącego po Holokauście (Różewicz). Tej budującej historii patronuje dwóch myślicieli: Brzozowski i Hegel. Brzozowski jako krytyk Młodej Polski, która nie pojmowała śmieszności własnego patosu. Hegel jako filozof wierzący w pogodną naturę komizmu, która jednostce pozwala wznosić się szczęśliwie ponad sprzeczności istnienia i klęski „własnych realizacji”. Zaskakujące, że Mizerkiewicz tego planu historycznego nie przedstawia we wstępie i zakończeniu jako głównego założenia książki, lecz daje popis dobrze znanego polonistycznego udawania: że napisał tylko prolegomena do przyszłych badań, że komizm wart jest większego zainteresowania, że chciał pokazać nieoczywiste obiekty komiczne itd. No dobrze, jeśli to tylko zbiór szkiców, wstęp do wyobrażonej całości, dlaczego Nić śmiesznego ma linearny bieg, dlaczego autor wybrał przykłady potwierdzające historyczną tezę, i dlaczego wszystkie uogólnienia tę tezę uzasadniają? Wystarczy zresztą, że autor na chwilkę odstąpi od swego projektu, szybko sam się dyscyplinuje, jakby zszedł na manowce, i usprawiedliwia każdą dygresję: [ … ] pozwolę sobie w tym miejscu na dygresję, która jednak powinna pomóc w wyjaśnieniu. Odniosłem wrażenie, że Mizerkiewicz przeprowadza dowód i równocześnie obawia się radykalnych konsekwencji swego dowodu, gdyż przekonanie o metamorfozie komizmu ma silny formotwórczy charakter. Komizm w ujęciu Mizerkiewicza jest bowiem siłą modernizacyjną, która społeczności polskiej umożliwia wyzwolenie ze zmitologizowanego tragicznego etosu i w konsekwencji pozwala uniknąć śmieszności na tle nowoczesnej Europy. Rozpoznanie własnej śmieszności leczy, gdyż ujawnia nieświadome uwarunkowania egzystencji. Mizerkiewicz jednak pisze, że chodzi mu zaledwie o wydobycie śmieszności z literackich tekstów.

Książka rozpoczyna się efektownie (jeśli pominiemy wstęp) od szkicu, w którym twórcze spostrzeżenia dorównują opisywanemu entuzjazmowi futurystów. Mizerkiewicz znajduje u futurystów początek nitki – i trudno o lepszy początek. Futuryści – jego zdaniem – traktowali komizm jako zachętę do uczestnictwa w pełnym sprzeczności świecie. Świetne analizy przekonują, że futuryści już ucieleśniali humor, już mówiło („bredziło”) przez nich ciało, już bawił ich regres do dzieciństwa, już śmiali się do „pierwszych słów” wypowiadanych nieporadnie, już się bawili nonsensem. W tym szkicu brak tylko Wata, który tak beztrosko się jednak nie śmiał. Następnie Mizerkiewicz opisuje koncepcję komizmu Schulza, by dowodzić, że ironia i groteska nie podporządkowują sobie Schulzowskiego śmiechu, ale śmiech ozdrowieńczy wznosi się ponad te kategorie dzięki swej mocy poznawczej. W następnym szkicu prowadzi nas autor przez koncepcję humoru Gombrowicza, poprzez humorystyczne fragmenty wyjęte z Ferdydurke i Pamiętnika…, do konkluzji, w której brzmi polemika z Bergsonowską teorią śmiechu: humor Gombrowicza pozwala przezwyciężyć alienujący i mechaniczny komizm degradacji. Trzy pierwsze szkice już pokazują, jak czyta i czytać będzie autor Nici. Jeśli jakiś autor wypowiadał się na temat komizmu, Mizerkiewicz lapidarnie przywołuje te poglądy. Potem interpretuje zwięźle wybrane fragmenty komiczne, by uzasadnić tezę o ozdrowieńczym charakterze humoru. W tym planie najciekawsze są dwa studia: o Świrszczyńskiej i o Różewiczu. Szczególnie w pierwszym eseju Mizerkiewicz przenikliwie opisuje, jak dyspozycja śmiechu zwycięża dyspozycję rozpaczy. Humor poezji Świrszczyńskiej zamyka w wieloznacznym, pięknym aforyzmie: to komizm zawiedzionego oczekiwania na śmierć. W tej puencie wyolbrzymiony lęk przed śmiercią kurczy się ze wstydu. Różewicza potrafił pokazać autor jako nieco zagadkowego reinterpretatora własnego pisania i wielkiej literatury polskiej, zagadkowego, bo jego cel – zapewnienie żywotności dziedzictwa poetyckiego – nie usuwa w cień innych ważnych zamierzeń poety. A że Różewicz potrafił dostrzec w Beckecie humorystę, tylko wspomaga dowód, gdyż „końcówka” może być rozumiana humorystycznie, końcówka istnienia czy kultury. Podobne znaczenia odnajduje Mizerkiewicz w emigracyjnym pisarstwie Straszewicza i Gombrowicza – ponownie komiczną reinterpretację cierpiętniczego etosu, tym razem emigranta. Obaj autorzy mieli cel podobny, choć tak się różnili – wyzwolić emigrację z dyktatu czasu przeszłego. Szkoda tylko, że Mizerkiewicz nie polemizuje z innymi odczytaniami Gombrowicza, przedwojennego i powojennego, z Margańskim czytającym przez Dostojewskiego i Nietzschego, i z Markowskim czytającym w sąsiedztwie wciągającej wszystko nicości. W ujęciu Mizerkiewicza człowiek z podziemia stałby się tylko śmieszną figurą z absurdalnego resentymentalnego teatrzyku, który nikogo nie straszy. Przecież w gombrowiczowskiej reformie śmiechu polskiego nie tylko polskie demony z przeszłości egzorcyzmowano. W innych pomysłowych analizach Mizerkiewicz śledzi nić śmiesznego m.in. w polskim socrealizmie, w literaturze drugiego obiegu i w polskiej prozie współczesnej, lecz o czymś ważnym tylko mimochodem wspomina, zresztą jak wielu piszących o komizmie – o śmieszności mimowolnej. O mimowolnej śmieszności komunistycznej propagandy czy konspiracyjnej powagi opozycji. Komiczny bywa również wysilony komizm pisarzy, np. Straszewicza, Różewicza, Sieprawskiego czy Horubały (co dwaj ostatni robią w tej książce?). I mimowolnie bywa śmieszny język polonistyki. Nić śmiesznego oplata wiele spraw świata tego, ale nie oplata polonistycznego żargonu, który zdaje się językiem z Olimpu, językiem niepodważalnej powagi, znakomicie nadającym się do opisu humoru. Wyczekiwałem fragmentu, w którym Mizerkiewicz się zająknie, zakrztusi przekładem śmiesznego na poważne, i doczekałem się w ostatnim zdaniu dopiero, przed napisami końcowymi: [ … ] nić śmiesznego [ … ] winna być częściej dostrzegana i respektowana w opisach badawczych. Badacze! Więcej respektu dla śmiechu! Więcej komizmu w opisach badawczych! (?). Częściej badajcie komizm, poważni badacze. Zapisuję te futurystyczne hasła z lękiem, gdyż łatwo można zdusić poczucie humoru ciężarem powagi ostatecznej. Tak stało się w rozdziale ostatnim książki o „Niebezpiecznych związkach” intymności erotycznej, pornografii i komizmu w prozie współczesnej. 

Mizerkiewicz kończy książkę (jeśli pominiemy zakończenie) analizą zabawnego fragmentu, w którym Zbigniew Kruszyński zawarł świetną technikę retardacji przedwczesnej fontanny. Może ta peryfraza jest niezgrabna, sama technika jednak znakomita: Teraz pomyślmy o czymś innym, niepodniecającym, zapobiegającym przedwczesnej fontannie.

W sejmie trzyma się koalicja i jaskierniowcy wciąż mają przewagę. Ulga budowlana będzie odpisywana od podatków, a nie jak wcześniej, od podstawy opodatkowania. Jeśli ekspres wyrusza ze stacji o szóstej piętnaście, a z przeciwnej strony jedzie spóźniony o dwie godziny pospieszny, to zakładając, że składy powinny się spotkać o pół do siódmej, o której się zderzą. Znów zapchał się zlew w wannie i i trzeba coś z tym zrobić. 

Mizerkiewicz robi z tego fragmentu dowód na zatrzymanie intymności na granicy wewnętrznego i zewnętrznego (bo autor‑bohater kasuje ten tekst, a Kruszyński tekst drukuje) i sposób na blokowanie działania pornografizującej świadomości. Chodzi o to, że komizm pozwala przezwyciężyć rzekomo niefortunne mówienie o erotyzmie. Zdaje mi się, że w tej nowoczesnej historii wyzwalającego śmiechu autor w ostatnim rozdziale dał dowód polskiego – zresztą całkiem świeżego – kompleksu nieodpowiedniego, zawstydzającego mówienia o seksie. Ten kompleks opisuje Mizerkiewicz jako pornografizm towarzyszący każdemu gestowi odsłaniania erotyczności. Żeby sobie z tą niefortunnością poradzić, trzeba igrać z inercją języka. Jako przykład takiej gry podaje tandetny cytat z Kuczoka i wtedy widzę, jak „nić” zamienia się w „nic”, wątpię też w zatrzymanie na granicy wewnętrznego i zewnętrznego, i w igranie z inercją języka; jedynie pewny jestem, że wyobrażenie jaskierniowców skutecznie opóźnia fontannę, i nie tylko.

Trudno wyobrazić sobie nowoczesną nić śmiesznego bez Witkacego, Boya, Nowaczyńskiego, Malczewskiego, Słonimskiego, Tuwima, Dygata, Mrożka, Głowackiego czy Pilcha, a jednak taka nić powstała. Szczególnie brakuje purnonsensu Witkacego, esprit Boya i absurdu Monizy Clavier Mrożka. Nie chodzi o całe eseje, choćby o akapit. Boy i Nowaczyński zostają zresztą przywołani w wątpliwym sądzie: Dla czytelników wychowanych na humoryzmie Prusa, Nowaczyńskiego czy Boya‑Żeleńskiego komizm bywał z reguły znakiem racjonalności, a nawet obiektywizmu – stwierdza Mizerkiewicz, gołosłownie i wbrew dziesiątkom tekstów Boya i Nowaczyńskiego. Rzeczywiście, w ostatecznym rachunku Boya można nazwać racjonalistą, tak jak w Witkacym widzieć tylko spóźnionego, cierpiącego modernistę. Mizerkiewicz w interesująco sformułowanych uogólnieniach gubi wieloznaczność artystycznych gestów, pomija ewolucję poglądów pisarzy, przemilcza kontrowersje i sprzeczności dzieła czy artysty. Przeświadczony o trafności przerabiania alienacji w afirmację, zapomina, że komizm jest bratem tragiczności. I że wolność od tragedii, czyli lekkość istnienia, bywa tragiczna. I że śmieszne jak propaganda stają się założenia samego leczenia śmiechem: Literatura powojenna [ … ] jawi się jako świadoma bojowniczka o komizm nowoczesny. Przyspieszeniem tego rodzaju procesów okazał się drugi obieg, którego etap końcowy, czyli „trzeci obieg” wykazał się sporą samoświadomością komiczną. Wyzyskał śmieszność dla oczyszczania pisarskich stylów oraz wszelkich instancji życia literackiego z toksyn pozostawionych przez „więzienną” sytuację literatury PRL‑owskiej. Tak potrzebna, inspirująca, ciekawa, pomysłowa książka nie zasługuje na takie uproszczenia, taką „propagandę”. Tak dowcipny autor jak Mizerkiewicz wie przecież, że nic nie uchroni się przed śmiechem, nawet wiara w skuteczność komizmu.

Tomasz Bocheński

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas