poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KRZYSZTOF ZAJAS
Autotautotatuogram, czyli poezja pod bombazynową flagą
[Julian Tuwim, „Pegaz dęba”, Iskry, Warszawa 2008] Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)
Nazwać tę książkę niezwykłą to jeszcze nic nie znaczy. Dzisiaj każdy przeciętny twór książkowej produkcji masowej trzeba okrzyknąć niezwykłym, by mógł choć w nikłym (zwykłym) stopniu zaistnieć i jako tako się sprzedać. Książka Tuwima jest powalająca. Jest niebywała, porażająca swym zakresem, kompetencją i zarazem zwiewną lekkością fascynujących wywodów. Oszałamia zarówno tematem, przedmiotem błyskotliwych opisów i analiz, jak też osobą samego autora, który zdołał wyszukać, ogarnąć, uporządkować i poklasyfikować olbrzymi materiał literacki. Im dłużej wczytywać się w to panopticum poetyckie, tym lepiej widać ubóstwo naszej wiedzy o poezji, jej meandrycznych nurtach, ukrytych źródłach, ślepych odnogach i trzęsawiskach, w które zabrnęło niezliczone grono jej zapamiętałych wielbicieli. Ten i ów znalazł trwałe miejsce na firmamencie historii literatury, inny zabłysnął jedynie na moment, zdecydowanej większości jednak przypadło w udziale zapomnienie, czasem w pełni zasłużone. Dopiero Tuwim ich na nowo wydobywa.

Właściwie jest to książka o wariatach. Tuwim nazywa ich Parnasem Postrzelonych, gdyż korzystają z każdej sposobności, by posunąć się o jakiś nowy obłęd naprzód (s. 114). Nie ukrywa przy tym, że sam należy do tego towarzystwa, o którym wyraża się na przemian to z dezaprobatą, to znów z sympatią i podziwem. Jako zbieracz osobliwości (członek – jak sam to nazywa – Tajnej Loży Wiecznych Zbieraczy, Szperaczy, Węszycieli i Tropicieli, s. 19) gromadzi wszelkie możliwe przykłady dziwności, dziwaczności i dziwolągów poetyckich, które klasyfikuje na kilkanaście typów, używając do tego zarówno tradycyjnej terminologii z poetyki i wersyfikacji, jak i przez siebie wymyślonych kategorii (np. ćwierkologia – typologia śpiewu ptaków – tu dowiadujemy się, jak powstało Ptasie radio). Czyni to z pasją, niemal obsesją wariata nie mniejszego niż obiekty jego badań, jak to zwykle bywa w przypadku pionierów penetrujących bezpańskie terytoria.

Najprościej rzecz ujmując, Pegaz dęba jest wędrówką po epokach, krajach, językach, prądach, stylach, z której autor przynosi przykłady tego, co ludzie wyczyniali z językiem literackim, gdy zajmowała ich bardziej forma niż treść. Mamy więc rozdziały o anagramach, akrostychach, lipogramach i tautogramach, o kalamburach, makaronizmach, palindromach (przewiertniach) i centonach, o mieszaniu liter z liczbami, o limerykach (rymelikach) i o rymach w ogóle – słowem, wszelkie możliwe sposoby znęcania się nad językiem (oraz sobą i czytelnikiem), na jakie wpadli nawiedzeni rymopisarze: rymokleci, rymopsuje, wierszobójcy, metromaniacy, wodoleje (a od ód – odoleje), wersyfikanci. Tuwim tropi ich wyczyny z zapamiętaniem zdradzającym osobiste zaangażowanie w takim stopniu, że gdzieś w tej pogoni zaciera się różnica pomiędzy tropiącym i tropionymi. Kilkakrotnie zresztą podaje przykłady z własnych wierszy, jakby chciał puścić oko, że niby oni wariaci, ale on z tej samej gliny ulepiony…

Jest osobny rozdział o kłopotach translatorskich, rozpoczynający się od gorącego apelu autora, by tłumaczy‑amatorów, którzy zaśmiecają i kaleczą język ojczysty, karać konfiskatą nakładu, grzywnami, a nawet więzieniem, tak jak karze się rzeźnika za nieświeże wędliny: Struci kiełbasą dostaną rycyny i będą zdrowi, ale jad zapaskudzonej mowy rozłazić się zacznie po organizmie społecznym w rozmowach, gazetach, audycjach radiowych (s. 166). Któż z nas się pod tym nie podpisze. Tu też pokazuje Tuwim rozmaite brewerie nieokiełznanych tłumaczy, nieliczących się zupełnie z treścią i rozmiarami oryginału. Użyta w tytule tego szkicu „bombazynowa flaga” pochodzi z przekładu Dickensa na język rosyjski w wykonaniu Wwiedienskiego, który do oryginału nie tylko dodawał całe zdania, a nawet strony, ale też zabarwiał je, jak widać, nielichym absurdem (s. 172). Przy okazji tego rozdziału Tuwim wprowadza nas do kuchni, gdzie warzył swoje genialne jamby, tak zachwycające w Eugeniuszu Onieginie i Jeźdźcu miedzianym, a później w Kwiatach polskich.

Są też rozdziały o zabawach z abecadłem (jak zmieścić 32 litery polskiego alfabetu w 32‑literowym zdaniu? Proszę bardzo: Pchnąć w tę łódź jeża lub ośm skrzyń fig), a także o rozmaitych pseudonaukowych wywodach domorosłych lingwistów i zwykłych idiotyzmach. Na przykład rozdział Ksiądz Dembołęcki i jego parafianie z bezlitosną kpiną obnaża głupotę i dziwaczność wywodów XVII‑wiecznego autora, który z powagą i przekonaniem udowadnia, że Polacy są najstarszym wśród narodów, a język polski pierwotny iest na świecie (s. 333). Tuwim słusznie sugeruje, że źródeł tej delirycznej etymologii szukać należy w parafialnym antysemityzmie, usiłującym zanegować oczywisty dosyć fakt, że językiem pierwszych ludzi w Biblii był hebrajski. Można to jeszcze zrozumieć w odniesieniu do kontrreformacyjnego baroku, natomiast zgrozą przejmuje konstatowany przez autora fakt, że bzdury takie wypisywano do połowy wieku XX! A i pewnie dzisiaj jeszcze by się co znalazło… W każdym razie takich fantasmagoryków lingwistycznych (bajdurów, mąciwodów glottologicznych, monomaniaków, somnambulików, oniryków, dembołęczaków) jest w tej książce tylu, że faktycznie pegaz człowiekowi dęba staje.

Antysemitom dostaje się tu kilkakrotnie, na przykład w opowieści o tym, kto jakiej mowy brzmienie lubi albo nie lubi: Katolik, gdy jest antysemitą, a nie zna włoskiego ani żydowskiego, będzie się upajał dźwiękami mowy włoskiej, choćby to był stek najstraszliwszych bluźnierstw, a z obrzydzeniem będzie słuchał tzw. żargonu, choćby mu najwznioślejszą modlitwę w tym języku przeczytać (s. 267).

Są tu zapaleńcy układający wiersze w kratkę, rymistrze rymujący wyrazy na końcu, na początku i w środku wersu na wszelkie możliwe sposoby; są pasjonaci układający sałatki z tekstów (centony), figury geometryczne, rebusy poetyckie, łamigłówki, kwadraty‑kobierce (treść układa się w skosach tabel, jak wzór); są maksymaliści dopisujący do akrostychów telestychy (jednakowe ostatnie litery) oraz mesostychy (jednakowe początki wyrazów środkowych) – słowem, autorzy wszelkich możliwych, logicznych i nielogicznych, kombinacji, jakie da się wykonać na języku przy układaniu wiersza. Jeszcze inną grupę stanowią rymanci (wierszoroby, wierszodzieje, słowolejcy, rymokleci, wierszomani), którzy układają gargantuiczne poematy w rodzaju 600‑stronicowych Dziejów narodu polskiego, albo też z niewiadomych powodów piszą rymowaną instrukcję wykonywania melioracji pól (s. 77). Teksty te należą do grupy tzw. mnemoników (ułatwiających zapamiętanie treści), zdaniem autora świadczą jednak głównie o nieodpartej magii rymu. Wprowadza on złudne poczucie uchwycenia czegoś trudnego w trafny sposób, a zarazem zaspokaja niepohamowaną żądzę pisania (i drukowania) dla własnej próżności. Narkotyk wiersza wabi i kusi.

Jak przystało na Tuwima, książka jest błyskotliwa i dowcipna. To też za mało powiedziane. Są miejsca, gdzie można do łez się uchachać, jak w historyjce o Hotentocie i kangurze, zakończonej niemieckim słowem‑zrostem o 71 literach (s. 311 – zecer nie wytrzymał i raz wstawił „e” zamiast „t”, a w finale opuścił litery „tr” pomiędzy „stotter” i „trottel”, więc w druku jest 69). Fascynujące jest ucho poety na mowę wierszowaną nastawione tak, że raczej słyszy, niż czyta. A czegóż ono nie słyszy! Proszę na głos przeczytać bez dwuznaczności wiersz Lemańskiego: Kur w wioskach pełniuteńkie  /  swojskie masz kurniki… (s. 278).

Tuwim nie byłby Tuwimem, gdyby nie zasypywał nas neologizmami i dziwolągami słownymi, jak odwrocień, przewiercień i wspakoliter – to synonimy palindromu (zdanie czyta się od przodu i od tyłu tak samo – tzw. wteiwewtyzm, s. 96), a skrajowiersz i pierwoliter – akrostychu. Gdyby ktoś nie wiedział (ja nie wiedziałem), to odwrotność makaronizmu nazywa się z włoska pedanteska, a wiersz z kolejnym wyrazem dłuższym od poprzedniego o jedną głoskę – rhopalon (gr. maczuga), jego autor zaś ropalista (s. 390). Autotautotatuogram daje się zdefiniować jako utwór, którego wszystkie słowa zaczynają się na tę samą literę, spisany przez autora na własnej skórze. Zaangażowanie emocjonalne poety chwilami pozwala przypuszczać, że książkę tę istotnie spisywał na własnej skórze.

Szczególnie Tuwimowski wydaje się rozdział pod uroczym tytułem Atuli mirohłady, opowiadający o poetach zmęczonych szukaniem sensu i poddających się uwodzicielskiej magii samego brzmienia słów. Trzeba zapomnieć o nazywaniu rzeczy i kołysać się w rytm płynnej eufonii:

Atuli mirohłady, grobowe ucichy,
Mój młodniu, moje mulle i moje pupichy. 

Tuwim powtarza ten dwuwers kilkakrotnie, rozkoszuje się nim jak dziecko zabawką. To jest jego wrażliwość poetycka, tu mamy całego Tuwima podanego na tacy, tu wiemy (tu wimy) już, skąd się wziął cykl Słopiewnie. Poeta zresztą nie ukrywa tej swojej asemantycznej, czy wręcz antysemantycznej skłonności, gdy wprost relacjonuje swoje doznania przy słuchaniu niezrozumiałych tekstów: Ten czysto zmysłowy dreszcz zachwytu przy wchłanianiu obcej mowy przetwarza się w poecie w pożądanie tworzenia pewnych zestrojów dźwiękowych, które, oderwane od treści, dają bezmiar wolności w wyrażaniu stanów i uczuć niewyrażalnych (s. 297). Brzmi w tym wyznaniu radość pisarza wyzwolonego z potrzeby uzasadniania, obowiązku zakorzeniania słów w rzeczach, dawania świadectwa zewnętrznemu światu.

I tu pierwsza refleksja ogólna: Pegaz dęba i jego autor to przeciwieństwo poezji filozoficznej, ciężkiej w znaczenia, treściwej, Miłoszowej. Nie chodzi tylko o przewagę formy nad treścią, chodzi o fundamentalny szacunek dla odrębności mowy poetyckiej, która, jak nauczało wielu, a wśród nich na przykład Leśmian, zasadza się na rytmie i do niego się sprowadza. Rytm jest zasadą świata. Słowa w wierszu najpierw kołyszą, a potem dopiero ewentualnie coś znaczą. Ewentualnie, ale niekoniecznie, kołysanie często wystarczy. Miłosz nie lubił Tuwima, szydził z jego poetyckich błahostek. Z upodobaniem powtarzał czyjś bon mot o tym, że Tuwim jest dowodem na istnienie Boga, bo tylko Bóg mógł sprawić, by tak głupi poeta pisał tak dobre wiersze. Otóż to, poeta może był i głupi, ale wiersze dobre. Miejscami tak dobre właśnie dlatego, że zwolnione z obowiązku filozoficznej mądrości. Igrające ze sobą beztrosko i radośnie w poetyckim tańcu, o którym Miłoszowi tylko marzyć.

Tuwim popisuje się zapamiętałym zbieractwem i fantastyczną erudycją, porównuje teksty w kilkunastu językach, tłumaczy i krytycznie omawia, czasem dokłada własne, zręczniejsze przekłady. W miarę postępu lektury czytelnik czuje się coraz bardziej przytłoczony, wręcz zasypany bogactwem form, pomysłów i wspierających je przykładów. Poczucie to wzmaga jeszcze nieznajomość języków – nam, współczesnym humanistom odjęto powszechną znajomość greki i łaciny, nad czym nie trzeba koniecznie ubolewać, ale pozbawieni jesteśmy wielu przyjemności pegazodębowej lektury. Sam Tuwim zresztą też przechera, bo żongluje przykładami antycznymi, deklamuje z pamięci Eurypidesa, porównuje przekłady Homera, by w pewnym miejscu z rozbrajającą szczerością wyznać nagle, że greki nie zna, a bardzo by chciał (s. 297).

Książkę, jak przystało na ciekawą antologię, można zacząć czytać w dowolnym miejscu, wciąga tak samo. Powstała 60 lat temu, a nadal stanowi pasjonującą lekturę i kopalnię wiedzy o tej dziwnej, ulotnej i niedefiniowalnej dziedzinie ludzkich pasji, jaką jest poezja. Ma też swoje bardziej praktyczne zastosowania. Świetnie nadaje się jako pomoc naukowa dla akademików nauczających poetyki, którzy znajdą tu mnóstwo pożytecznych przykładów na finezyjne, trudne, wymyślne chwyty, tropy, zestroje, eufonie itp. Przynosi kilka fascynujących spostrzeżeń na temat historii języka, w którym znaleźć można, jak odciśnięte w kamieniu, ślady po dawnych wierzeniach, kultach, zapomnianych dzisiaj wpływach. W niezrozumiałym, nieznanym nikomu języku (mowa diabła), jakim mówili opętańcy w ataku szału, Tuwim doszukuje się słów sanskryckich i greckich, sugerując: [ … ] kto wie, czy rzeczywiście nie są one szczątkowym echem jakichś prainduskich modłów (s. 291). Trudno nie zgodzić się z tym pasjonatem, że w słowach więcej bywa historii narodu, niż w woluminach kronik (s. 293).

Po książce można wędrować bez końca, przemierzając ją jak palindrom od początku do końca i z powrotem, czytając jak wiersz‑kratkę od środka w obie strony, podziwiając kunsztowność anagramicznych, akrostychicznych i kalamburycznych konstrukcji. Pegaz dęba sam jest jak obiekt swoich badań: centonem złożonym z wielości tekstów, ćwierkologią zapamiętałych i radosnych słowiarzy. Rozkosz wędrówki psuje obfitość błędów literowych, o które czytelnik potyka się co krok, zwłaszcza w miejscach trudnych do przebycia. Rozumiem, że korekta tej książki musiała spędzać sen z powiek redaktorom i że pominięcie dwóch liter w wyrazie Hottentottenstottertrottelmutterattentäterlattengitterkotterbeutelratte to i tak drobnostka, ale błędy te niestety czasem psują sedno wywodu. Tym bardziej, że w pierwodruku 60 lat temu błędów tych jako żywo nie było. A wydawca układem typograficznym sugeruje wierne naśladownictwo tamtego wydania. Sądziłem, że może problem tkwi w nieznajomości któregoś z języków u redaktora, ale wyrywkowo odnotowane przeze mnie błędy dotyczą niemieckiego (s. 54, 311 x 3!), łaciny (s. 180, 273) oraz polskiego (128, 168, 293, 325, 339, 361, 377). W każdym razie przy tego typu publikacjach korekta komputerowa z pewnością nie wystarczy.

Dla miłośników wniosków kilka refleksji ogólniejszych:
Gdyby ktoś przypuszczał, że zabawy językowe, gierki słowne i mniej lub bardziej błyskotliwe neologizmy są cechą szczególną naszej postmodernistycznej epoki, to Pegaz dęba z tego przekonania go skutecznie wyleczy. Tuwim niemal każdy z pomysłów wyprowadza od starożytności, dając nam jasno do zrozumienia, że rozrywka ta jest tak stara jak sama poezja. W najdziwniejsze innowacje językowe obfitują zarówno epoki ezoteryczne i magiczne, jak i te racjonalne, apollińskie. My z naszą skłonnością do „neologizmów sugerujących” (Geografioły, Nikiformy, Namiętnik, Światowidz itp.) mieścimy się zaledwie w jednym, może dwóch rozdziałach Tuwimowej antologii, gdzieś pomiędzy kalamburem i mirohładem.

Jest taki typ tekstów literackich, gdzie wyraźnie widać, że nie tyle autor mówi językiem, ile język autorem. Określenie „zabawy formalne” nie trafia w sedno. Jest tu coś więcej, jakiś podziemny, z głębin ludzkiej mowy dochodzący głos samego kodu. Wszyscy ci lingwistyczni zapaleńcy, słowoigrce i wierszoroby usiłują zapanować nad literami, wyrazami, wersami i zdaniami, podczas gdy tak naprawdę sami stają się przedmiotem i narzędziem w ręku – kogo? Kto mówi, kiedy autor traci panowanie nad tekstem? Z jakiego rodzaju przekazem mamy do czynienia w tekście z pogranicza lingwistyki i paranoi? Co jest treścią wiersza zbudowanego z samych zestrojów brzmieniowych? Jakie doświadczenie stoi za namiętnym dreszczem, gdy słyszymy: Atuli mirohłady, grobowe ucichy [ … ]? Tuwim odpowiedzi nie podaje, raczej zachwyca go stawianie pytań i wyszukiwanie przewrotnych przykładów, jakby dla zaznaczenia, że mamy do czynienia z jedną z niedocieczonych ludzkich tajemnic.

W radości autora dopatrzeć się można ulubionego jego przesłania, że najwspanialszymi poetami języka wyzwolonego z treści są dzieci. Formułował tę filozofię wielokrotnie w rewelacyjnych i ponadczasowych wierszach dla maluchów, tu powiada tak: Najfantastyczniejszy kult bredni panuje wśród dzieci. Jak wiadomo, są to istoty, które w ogóle prawdy i faktycznego stanu rzeczy nie uznają. [ … ] Chłopiec, któremu by zaczęto tłumaczyć, że chociaż pędzi w szpagatowej uprzęży, to jednak nie jest koniem, choćby dał się przekonać, nigdy nie będzie szczęśliwy. Nawet posady dobrej nie dostanie. [ … ] To znaczy, że fantastyka jest zjawiskiem przyrodzonym, potem dopiero głupiejemy, my smutni dorośli ludzie. [ … ] Któremu nie przejdzie – zostaje poetą (s. 377 – 378). Tuwim całe życie starał się nie wyrosnąć z dziecięcych fantasmagorii, pielęgnował je w sobie i bronił się nimi jak tarczą przed obowiązkiem bycia „poważnym poetą”. Może nie jest to filozofia godna Nietzschego i Heideggera, ale za to bardziej elementarna, ludzka.

*
Na koniec wyznanie prywatne. Trzydzieści lat temu, jako licealista, marzyłem o zdobyciu Pegaza dęba. W ręce wpadła mi Gółka z pancerolą, kapitalny tom esejów o grach, w którym Lech Pijanowski, znakomity znawca przedmiotu (grolog? kanolog?), omawiając zabawy językowe, kilkakrotnie powoływał się na Tuwimową księgę. Wiedziałem o pasjach zbieraczych poety, dotarłem do antologii klechdy polskiej, miałem Czary i czarty polskie oraz wypisy czarnoksięskie, lubiłem Jarmark rymów, ale tamtej księgi z dziwnym antyczno‑dendrologicznym tytułem nie znalazłem. Wydanie Pegaza z roku 1950 uległo dość szybko rozproszeniu po domowych księgozbiorach, w niewielkim powiatowym mieście było niedostępne i musiałem obejść się smakiem. Co bolało tym bardziej, że był to u mnie wtedy czas wielkiej namiętności do Tuwima, później zagubionej i zdradzonej przeze mnie we flirtach i dłuższych związkach z poezją „filozoficzną”. Teraz tamta młodzieńcza miłość wróciła ze zdwojoną siłą, nasyciłem się do woli odwlekaną przez trzy dekady żądzą. Dziecięce marzenia się spełniają. Potrzeba tylko cierpliwości.

Krzysztof Zajas
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas