poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOANNA MUELLER
Igra Wielemira Chlebnikowa
Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)
Ilekroć zaczynają mnie przerastać skomplikowane obliczenia gamy będzianina, a moje możliwości percepcyjne zawodzą w zderzeniu z nieubłaganą logiką języka zaumnego – tylekroć ratuję się Chlebnikowowskim Zaklęciem przez śmiech. Moc magicznego poetyckiego rozkazu – O, rozśmiejcie się, śmiechacze,  /  O, zaśmiejcie się, śmiechacze – dorównuje na szczęście sile precyzji, z jaką zostały zbudowane historiozoficzne i językowe teorie poety. Śmiech, zabawa, gra, igranie – ten mały występ boga ognia i jego wesoły pląs (Wwb, s. 8) – ocalają system Chlebnikowa przed skostnieniem, a jego czytelników powstrzymują od odrzucenia i ucieczki. 

Temat zabawy i gry w pisarstwie Chlebnikowa był przez badaczy opisywany wielokrotnie. Dużo miejsca poświęciła mu Barbara Lönnqvist, autorka tekstów Sztuka jako zabawa w futuryzmie oraz Karnawałowe przebrania (oba pomieszczone w: „Literatura na Świecie” 1984 nr 2 [ 154 ], s. 53 – 73 i 88 – 89). Tytuł pierwszego z nich dobrze pokazuje, jak traktowali sztukę artyści awangardowi, w tym – rosyjscy będzianie. Lönnqvist pisze: Elementy karnawałowe w publicznych wystąpieniach futurystów, ich przedrzeźnianie ustalonych norm, ich bunt przeciw przeszłości i inwersja reguł estetycznych – we wszystkim tym manifestował się „duch rewolucji” (w sensie „przewrócenia do góry nogami”), który fascynował Chlebnikowa (s. 69). Autorka pokazuje, że „zaklęcie przez śmiech”, które nabierało mocy w początkowym okresie twórczości poety, nie przestało rozbrzmiewać aż do jego ostatnich wierszy. W późnym tekście Rozpacz i Śmiech Chlebnikow dokonuje personifikacji tytułowych bohaterów, którym nadaje cechy karnawałowych „odwrótnych sobowtórów”. Lönnqvist nazywa Śmiech z Chlebnikowowskiej groteski prorokiem antyrozumu, motorem wszelkich przewrotów, rebeliantem, apostołem irracjonalności i wpisuje ową postać w filozofię przewrotu, przenikającą większość dzieł będzianina.

Długo można by rozprawiać o beztroskim śmiechu, który ożywia wczesne, przypominające niemowlęce „próbowanie się z językiem” wiersze poety, zamieszkane przez różnorakie śnieguliczki, wrzemuszki‑kamuszki, sumniczki‑zumniczki, śmiertniczeńki, domowiki, światowiki, myślołki kędziołki, nieumice i rozumice, czasieńki, chwilątka‑smyki itd. Równie długo można by się rozwodzić nad karnawałową zabawą rządzącą Chlebnikowowskimi nadpoematami, groteskowymi balladami czy parodiami (także w wersji parodia sacra). Warto by też zwrócić baczniejszą uwagę na sowizdrzalską, nicującą świat optykę poety, zauważalną chociażby w jego kalamburach, zaumnych żartach słownych czy palindromach. 

W tym miejscu interesuje mnie jednak jeszcze inna twarz będziańskiego Śmiechu. Nieprzypadkowo poetyckie igranie zostało przeze mnie zderzone z inwencją oraz ideą. I nie przez przypadek spotkanie to odbywa się pod patronatem głoski И (I). Zgodnie z tkwiącym w nas nieświadomie kratylejskim przekonaniem o motywacji znaków językowych, samogłoska ta – zarówno w warstwie fonetycznej, jak i graficznej – wyraża wartości najmniejsze, najdelikatniejsze, najcieńsze, najsubtelniejsze. 

Problem semantyczności głoski И (I) rozważa Roman Jakobson we współtworzonym z Lindą Waugh artykule Magia dźwięków mowy (por. W poszukiwaniu istoty języka, Warszawa 1989, t. I). Lingwista przytacza tam wyniki doświadczeń innych zwolenników teorii mimologicznej (np. Grammonta czy Jaspersena), które pokazują, że większość badanych osób (w tym wypadku głównie dzieci) jest skłonna różnicować znaczenia par lub ciągów wyrazowych na podstawie symboliki dźwiękowej samogłosek. Dla przykładu osoby poproszone o dopasowanie nazw „pim” i „pum” do figur ludzi najczęściej określały jako „pim” postaci chude, małe i niepozorne, rezerwując słówko „pum” dla osób grubych, barczystych i wysokich (podobna intuicja musiała kierować tłumaczami, którzy amerykańską parę komików – Laurela i Hardy’ego – nazwali po polsku Flipem i Flapem). Jakobson mnoży przykłady, walcząc tym samym z Saussure’owskim przekonaniem o arbitralności znaków językowych. Nieprzypadkowo – twierdzi – Guliwer Swifta zadokumentował swe odczucie względnej małości i wielkości, nazywając krainę karzełków Lilliput, krainę zaś gigantów Brobdingnag, podczas gdy Guliwer w tej ostatniej krainie został zredukowany do Grildrig. Badacz przytacza także mimologiczną anegdotę Jaspersena, mającą dowieść, że samogłoska I, wysoka przednia niezaokrąglona, szczególnie w jej wąskiej czy cienkiej formie, służy bardzo często do wskazywania tego, co jest małe, lekkie, nie znaczące lub słabe. Jaspersen w czasie wielkiej suszy w Norwegii w jednej z publicznych toalet zobaczył tabliczkę z napisem: Nie ciągnijcie łańcucha dla bimmelim, tylko dla bummelum. Chociaż użyte eufemizmy były stworzone na użytek chwili, to – dzięki mimologicznej różnicy między głoskami I oraz U (podobnej zresztą do relacji między głoskami symbolizującymi „coś małego” i „coś dużego” w angielskiej parze peepee i kaka czy polskiej siku i kupa) – okazały się zrozumiałe dla wszystkich użytkowników. 

Głoska И (I) może zatem w twórczości Chlebnikowa symbolizować to, co najbardziej niepozorne, uczynione tylko dla żartu, śmiechu, chwilowej igraszki. Zwiewne i psotne, pełne inwencji „igiełki‑mgiełki” słów, które dla samej radości chwilowego bycia mnożą się w początkowym okresie twórczości poety, wydają się nie pasować do poważnej Idei, rządzącej jego późniejszymi projektami. Zamknięty system języka zaumnego czy bezwzględnie ścisła gama będzianina – to koncepcje, w których pozornie nie ma miejsca na chichot chochlika ani czasu na igrę chwilątka‑smyka. A jednak jego idee, czerpiące siłę z niepoprawnej inwencyjności, pozostają otwarte na to, co dzięki swej niepozorności wymyka się prawom, mechanizmom, rządom i władzom. Jego utopia, wciąż odkrywana od nowa, to kraina karnawału, trzymana w ryzach przez sowizdrzalskich panów: Śmiech, Przekorę, Skojarzenie, Igraszkę, Nonsens, Nieprzewidywalność i Przypadek. 

Postaci te – jak się okazuje – dzierżą władzę w nawet najbardziej zamkniętych i uściślonych koncepcjach Chlebnikowa, czyli tam, gdzie – z powodu dopracowania każdego szczegółu – pozornie nie ma dla nich miejsca. Spójrzmy chociażby na gamę będzianina (гамма будетлянина). Na pierwszy rzut oka ta matematyczno‑historiozoficzna koncepcja odstrasza ścisłością „niewzruszonych pewników”. Jednak im bardziej wnikamy w przedstawione obliczenia, tym jaśniejszy staje się dla nas fakt, że to, co wcześniej braliśmy za aprioryczne reguły ustawiające porządek gry, jest tak naprawdę nieobliczalnym skutkiem samej gry, a to, co pomijaliśmy w ścisłych rachubach, okazuje się dla nich najbardziej znaczące. 

Dochodzę do tego wniosku za każdym razem, gdy dostrzegam irracjonalną nieprzewidywalność wpisaną w racjonalne rachunki Chlebnikowa. Niepokaźne, ale znaczące И (I) wkracza w utopijny projekt poety na przykład wówczas, gdy staje się sprytną liczbą 1, którą Chlebnikow – nie wiadomo na jakiej zasadzie – dopisuje do liczby 365 (rządzącej wzorem na „prawo narodzin podobnych ludzi”), a czyni to po to, aby umieścić samego siebie w „szeregu odkrywców” wraz z Echnatonem i Adim Śankarą. Niepozorna jedynka, tu i ówdzie przez Chlebnikowa dopisana, a gdzie indziej zaokrąglona do zera, podobnie jak bliska jej kształtem litera I, spajająca dla byle igraszki to, co nieprzystawalne – obie przywodzą mi na myśl współczesną metaforę, zakorzenioną już w świadomości masowej, choć biorącą początek z dziedziny bardziej elitarnej. Mam na myśli „efekt motyla”, który w potocznym odbiorze ilustruje teorię chaosu deterministycznego, a który w moim wywodzie dorysowuje się psotnym trzepotem skrzydeł do kruchych kręgosłupów litery I i liczby 1. 

Przenośnia ta, równie psotna, co ryzykowna, wydaje się uzasadniona. Przede wszystkim obliczenia, jakich dokonuje Chlebnikow, przypominają (oczywiście metaforycznie!) późniejsze o pół wieku działania Edwarda Lorenza, amerykańskiego matematyka i meteorologa, który pracując nad komputerowymi prognozami pogody, przypadkowo odkrył zasadę, jaka później stała się fundamentem teorii chaosu deterministycznego. Lorenz zauważył mianowicie, że dwie serie obliczeń, opartych na tych samych danych wejściowych, dają na wyjściu zupełnie inne wyniki. Różnica między końcowymi rezultatami została wyjaśniona tym, że w trakcie obliczeń doszło do niewielkich zaokrągleń obliczanych wartości (komputer w pierwszej symulacji liczył z dokładnością do sześciu cyfr po przecinku, natomiast w wydruku, jaki posłużył Lorenzowi do drugiej serii obliczeń, pokazywał tylko trzy cyfry). To właśnie te pozornie nieznaczne zaokrąglenia danych doprowadziły do nieprzewidywalnych i znaczących skutków. Odkryte przez Lorenza zachowanie układu nazywa się „wrażliwością na warunki początkowe” lub inaczej „efektem motyla”. Druga nazwa pochodzi od zakorzenionej w potocznej świadomości ilustracji odkrycia Lorenza, według której trzepot skrzydeł motyla w jednej części świata (dane wejściowe) może doprowadzić do trzęsienia ziemi (dane wyjściowe, wynik) w zupełnie innym miejscu globu. 

Jestem przekonana, że gdyby Chlebnikow mógł znaleźć się w tym samym miejscu dziejowej sinusoidy co Edward Lorenz, zachwyciłby się jego „efektem motyla” nie mniej niż „światowym prawem” innego Lorentza, a mianowicie holenderskiego fizyka Hendrika Antoona, którego teorie (m.in. zasada przekształcenia) stały się podstawą Chlebnikowowskiej koncepcji „odwrotnego sobowtóra” oznaczonego symbolem √ – 1. Przekształcenie Hendrika Antoona Lorentza, zinterpretowane przez wielu rosyjskich twórców jako możliwość „podróży w czasie w ruchu wstecznym”, mogłoby w zderzeniu z „efektem motyla” Edwarda Lorenza dać nieprzewidywalne rezultaty, zwłaszcza jeśli „dziwnym atraktorem” stałaby się poetycka wyobraźnia Wielemira Chlebnikowa. Powstrzymajmy jednak igranie brzmieniowymi skojarzeniami nazwisk uczonych i skupmy się na „danych wejściowych”, które sprawiły, że w gamie będzianina zostało uwzględnione niedostrzegalne motyle „skrzydełkowanie” Lorenza. 

Przypadkowe zderzenie rosyjskiego poety z amerykańskim meteorologiem to, zdawałoby się, jedynie gra, chwilowy kaprys, niedostrzegalna wartość, którą należałoby zaokrąglić, czyli zniekształcić, w ramach poważnych naukowych obliczeń. Tyle tylko, że – jak pokazują zarówno rozprawy Chlebnikowa, jak i doświadczenia Lorenza – nigdy nie wiadomo, które dane są do tego stopnia nieważne, że można je po prostu przemilczeć. I znowu jako przykład nasuwa się na myśl gama będzianina. Czy Lorenzowski motyl wywołujący trzęsienie ziemi na drugiej półkuli nie przypomina kroku żołnierza wpisanego przez Chlebnikowa w drganie struny ludzkości? I czy pominięte przez komputer Lorenza trzy ostatnie cyfry po przecinku nie są przeoczeniem równie brzemiennym w skutki, jak nieuchwytny moment wypowiadania głoski U, który w wyniku obliczeń może się okazać przyczyną długotrwałego procesu poruszania się kontynentów? A w sferze języka? Czyż motyle trzepotanie strun głosowych przy wypowiadaniu głosek Ж (Ż) lub Б (B), nawet jeśli dokonuje się w imię niewinnej zabawy, nie przyczyni się do katastrofalnego poruszenia strun historii, jak to zostało sugestywnie opisane w tekstach Wybrzeże niewolników oraz Pany i chłopy w alfabecie? Może motyli kształt atraktora Lorenza, przeniesiony w filozofię Chlebnikowa na zasadzie „wstecznej podróży w czasie” Lorentza, jest czymś więcej niźli tylko nieznaczącym żartem? 

Sam Chlebnikow niejednokrotnie posługuje się metaforą motylej (czy ogólnie – owadziej) „pozornej niepozorności”. Do najpiękniejszych przykładów należy wiersz Кузнечик (Konik polny, Ponik kolny), opatrzony późniejszą autoanalizą, uwzględniającą wpływ niepozornych danych podświadomości na ostateczny kształt tekstu. Ciekawą wersję będziańskiego „efektu motyla” znajdziemy też w historiozoficznym, utrzymanym w stylistyce proroctwa tekście Kurhan Swiatogora (Wwb, s. 72 – 75). Poeta igra tu swobodnie swoimi ulubionymi lejtmotywami. Zachęcając do niepokalanej gry w liczby żywota swojego, która ma doprowadzić ludzkość do odnalezienia początkowych liczb prawzoru żywota, Wielemir Król Czasu wprawia w ruch zupełnie nieprzystawalne dane. Są tu zatem m.in. rosyjski nacjonalizm i słowianofilstwo przeciwstawione Zachodowi; poetycka wizja Genesis zderzona z projektem utopijnej Będziny; ziemiomiernictwo Euklidesa i Łobaczewskiego skojarzone z teoriami czysto językowymi; a wreszcie najwyższy sąd sławobicza, który zawsze opierał się na liczbach, gdyż słowa to tylko widzialne liczby naszego istnienia, a granica między minionością a idącością opiera się na poznaniu drzewa liczb urojonych (tu zaś oczywiście znajdujemy – wywiedzioną z prawa Lorentza – liczbę urojoną √ – 1). Kurhan Swiatogora to mozaika śmiałych genezyjskich obrazów, gdzie cofające się morze odsłania ląd, zaludniony następnie przez lud, który ujrzał w ostatniej godzinie, przez szparkę trumiennej dziejoby, wschód żywego ducha, przez wiek żelazny ukrzyżowanego wojownika. Te mitopoetyckie opisy minioności, ułożone według odpowiedniego wzoru, są łudząco podobne do idącości, która stanowi dziedzictwo rozległości fal starodawnego morza. 

Czy w tej rozległej historiozoficznej wizji znajdzie się miejsce na element tak niepozorny jak ruch skrzydeł motyla? Okazuje się, że tak. W VIII fragmencie tekstu Chlebnikow zajmuje się kwestią języka rosyjskiego, który zostaje przyrównany do geometrii Euklidesa. Następnie poeta zapytuje, czy na tej samej zasadzie nie można by wprowadzić myślenia o języku w ramy innej geometrii, a mianowicie w kontekst ziemiomiernictwa Łobaczewskiego? Poeta, która sam siebie określał Łobaczewskim słowa, proponuje tu lingwistyczne odchylenie, podobne do tego, jakie jest zauważalne w nieeuklidesowej geometrii rosyjskiego matematyka. Chociaż najważniejsze prawa języka rosyjskiego zostają zachowane (tak jak u Łobaczewskiego są zachowane główne aksjomaty Euklidesa), to jednak w tym nowym układzie swoją ważność zyskuje pomijane dotychczas prawo. W przypadku geometrii euklidesowy pewnik równoległości zostaje zastąpiony postulatem hiperboliczności, w przypadku języka – najistotniejsze staje się prawo słowotwórstwa. 

I to właśnie w celu określenia mocy słowotwórczej, płynącej ku rosyjskiemu umnictwu z samej woli ludu, Chlebnikow przywołuje metaforę pozornej niepozorności motyla. Kto zna wieś rosyjską – pisze – wie o słowach tworzonych na użytek chwili i żyjących życiem motylka. Takie „motyle słowa”, chwilątka‑smyki, rodzą się nie tylko na wsi rosyjskiej czy w wierszach awangardzistów – czyż bowiem nie są nimi również wszystkie te „bimmelimy” i „bummelumy”, „flipy” i „flapy”, „pify”, „pafy” oraz „pufy”, które pojawiają się w wywodach Jaspersena, Jakobsona oraz innych kratyleistów jako dane wyjściowe, mające doprowadzić do umocnienia idei mimologizmu? Również Chlebnikow, przyrównując krótkość i kruchość żywota owadów oraz neologizmów, nie poprzestaje na uwydatnieniu niepozorności uwielbianych przez siebie chwytów poetyckich. Przeciwnie, to właśnie owe pomijane w historycznoliterackich obliczeniach dane czyni niezbywalną podstawą swojego systemu. Słowotwórcza moc języka ludu – jak czytamy nie tylko w kolejnym fragmencie Kurhanu Swiatogora, ale też w innych tekstach poety – będzie podstawą do zbudowania słowa ogólnosłowiańskiego, a następnie wspólnego dla wszystkich ludzi języka gwiezdnego. 

Czy to nie w motyla Lorenza przemienia się niepozorna larwa literki I? Czy to nie on wylatuje z nadmiarowej jedynki wpisanej do gamy będziańskiej, kiedy igraszka staje się inwencją, a inwencja przeobraża się w ideę? Czy nie ten właśnie trzepot motylich skrzydeł słyszą językowi prawodawcy zawsze wtedy, gdy ich słowniki mrą szybciej niż owady, bo przewidywalna reguła znów uległa nieprzewidywalnemu uzusowi?

Joanna Mueller

Niniejszy tekst jest fragmentem pracy Abecediariusz będziański w języku gwiezdnym spisany, w której opisuję świat poetycki Wielemira Chlebnikowa na podstawie jego wiary w wewnętrzne znaczenie każdej głoski i litery; na tej podstawie poeta rozpisał cały „alfabet myśli” własnego języka, który nazywał językiem gwiezdnym, ziemskim lub zaumnym (pozarozumowym). Stosowane przeze mnie w tekście skróty (z odnośnikami do odpowiednich stron) – Wwb oraz Rnmś – dotyczą dwóch tomów wierszy wybranych Wielemira Chlebnikowa, przetłumaczonych przez Adama Pomorskiego: Widziądz widziadeł bezkształtnych. Wiersze i teksty 1904 – 1916 oraz Rybak nad morzem śmierci. Wiersze i teksty 1917 – 1922, OPEN, Warszawa 2005. Kilka pierwszych liter alfabetu Chlebnikowa opisałam w tekście opublikowanym w „Literaturze na Świecie” 2007, nr 7 / 8.
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas