poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ CIEŚLAK-SOKOŁOWSKI
Zaplecze polskiej poezji. Komentarz do wierszy Wojciecha Gruchały
Dekada Literacka 2009, nr 3 (235)

Wojciech Gruchała jest młodym krakowskim uczonym i poetą. Jako akademik wydał w roku 2007 książkę monograficzną Architekt prozy. Wacław Berent, jako poeta debiutował zestawem wierszy ogłoszonych w „Pograniczach” (2006, nr 2) oraz „Tygodniku Powszechnym” (2008, nr 32). Piszę o tym nie tyle by pokazać „modne” ostatnio połączenie tych dwóch kompetencji, dyskursów w ramach jednostkowej aktywności pisarskiej, ale raczej by wskazać istotną zasadę, jakiej – trzeba to wyraźnie podkreślić – poddana została ta aktywność. Gruchała nie tyle chciałby zostać „lirykiem literaturoznawstwa” (interesuje go bardziej – jak mi się zdaje – naukowość niż eseistyczność dyskursu badawczego), co raczej w pełni świadomym prawodawcą zasad własnej poezji. Mówiąc najkrócej, stara się w pełni spożytkować swą – co trzeba przyznać: szeroką – kompetencję lekturową. To, co przed chwilą powiedziałem, tylko pozornie zakrawa na banał (któryż z poetów nie śniłby o umiejętności ciekawego zagospodarowania swej kulturowej kompetencji). Wojciech Gruchała czyni to jednak w sposób swoisty, umiejętnie i konsekwentnie budując świat swoich wierszy z materii codzienności, ale i kulturowego cytatu (czy częściej – kryptocytatu). Tak dzieje się choćby w wierszu Lekcja martwego języka, w którym żywioł narracyjnej anegdoty (czasem z wyraźnym „papierowym”, literackim podkładem, częściej jednak – jak w utworze Kongo – wsparty na powszednim, codziennym doświadczeniu, np. przedzierania się na zakupy do tesco) doprowadzony zostaje do momentu przełamania. Wiersz zaczyna szukać innego języka, który byłby w stanie zareagować na zerwanie tejże „normy prozatorskiej” (czyli paktu, wedle którego rzeczywistość linearnie się przedstawia). Ten swoisty unik nie oznacza jednak w wierszach Gruchały ucieczki, uchylenia się przed tym doświadczeniem, lecz raczej uświadomienie sobie konieczności lirycznego spięcia (w obrębie tanki wierszowej), chwili szczególnej uważności (w potoku życia). Stąd w Lekcji martwego języka w przestrzeni ostatnich kilku wersów utworu rozgrywa się swoiste budowanie genealogii języka zdolnego ogarnąć istotne doświadczenie (od założycielskiej metafory nietrwałych jak liście losów ludzkich z Pieśni VI Iliady poeta przeciąga sprawnie linię aż po „wietrzne” dopełnienia w ramach Iwaszkiewiczowskiej elegijności). Liryczność, w pełni świadoma liryczność okazuje się więc – tak właśnie, jak próbowałem to tutaj pokazać – unikiem, poetyckim gestem być może jedynie możliwym.

Gdyby starać się wskazać na jakieś lokalizacje poezji Wojciecha Gruchały, a takich umiejscowień zwykło się w przypadku poety przed debiutem książkowym poszukiwać, widziałbym te wiersze w bliskim sąsiedztwie książek Janusza Szubera i Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Ślady tych inspiracji – choć subtelne, na pewno nie nachalne – rozsiane są po wierszach autora Lekcji martwego języka. Z tym, że inspiracje to szczególne. Nie chodzi tu bowiem ani o przypisywany Szuberowi, na poły zresztą słusznie, „klasycyzm”, nie chodzi też o radykalnie nowoczesną poetyckość Dyckiego. Owych powinowactw należałoby raczej szukać przede wszystkim w koniecznie złączonym z uważnością lirycznego oglądu żywiole rodzimości, rozumianej jako poczucie historycznej ciągłości. Byłyby to więc powinowactwa z takimi raczej książkami, jak Zaplecze Dyckiego czy Mojość Szubera. Przestrzenią swoistą stara się uczynić Gruchała z jednej strony mit rodzinny, z drugiej zaś – mit galicyjski, szerokim łukiem zagarniając także Huculszczyznę.

Wszystko, co napisałem, przemawiałoby za klasyczną, nieco archaiczną normą poetyckości (wysokomodernistyczna strategia uniku lirycznego złączona z nutą nostalgiczną). Tak, w tym sensie poezja Gruchały wyraźnie odróżnia się od czegoś, co z braku lepszego określenia, można by nazwać poziomem reprezentatywności najmłodszej poezji. Nawet jednak umieszczony w ramach współczesnych poetyk klasycyzujących, w sąsiedztwie dajmy na to szeroko dyskutowanej poezji Jacka Dehnela, Gruchała – jak mi się wydaje – wymyka się większości problemów tychże dykcji. Piotr Śliwiński z pozycji poezji „awangardowego eksperymentu” zarzucał autorowi Żywotów równoległych swego rodzaju nieszczerość, nazywając ją pozą na „chłopca jak ze złota szczerego”. To złoto miało jednak w lekturze krytyka posmak tombaku. Poezja Wojciecha Gruchały jest autentycznie archaiczna, więc i ten komentarz musi zgodzić się na charakter „spóźnionej owacji”.


Tomasz Cieślak-Sokołowski
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas