poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Pijacy, czyli kłopoty z tym, co jest grane
Dekada Literacka 2009, nr 3 (235)

[Pijacy według Franciszka Bohomolca, adaptacja, reżyseria i opracowanie muzyczne Barbara Wysocka, cenografia Magdalena Musiał, ruch sceniczny Cezary Tomaszewski, projekcje Lea Mattausch,  Narodowy Stary Teatr w Krakowie. Premiera 26 kwietnia 2009 na Scenie Kameralnej]


W ramach rewizji sarmatyzmu Barbara Wysocka wyreżyserowała w Starym Teatrze Pijaków Bohomolca. Więc na pytanie, co jest grane, odpowiedź wydaje się oczywista – na Scenie Kameralnej oglądamy dydaktyczną komedię oświeceniową piętnującą sarmacką miłość do gorzałki.

Właściciel wioski Kuflowice, Pijakiewicz i jego nie mniej zapijaczeni sąsiedzi Łykaczewski, Lusztykiewicz, Ebriacki, Iwroński dniami i nocami piją wódeczkę, pękają z dumy, że tak dziarsko żłopią, rankami leczą gigantycznego kaca i nieco osłabieni obiecują sobie nigdy więcej nie chlać, a przynajmniej nieco się ograniczyć, ale termin abstynencji wciąż jest odsuwany, bo zawsze znajdzie się jakiś powód do radości albo do smutku, który należy niezwłocznie zalać. Panom towarzyszą dzielnie pyskate białogłowy, ale sekundować im otwarcie nie mogą, bo przyzwoitość nakazuje im skrywać namiętność do rozgrzewających napitków. Długość tyrad przeciw opilstwu, jakie wygłaszają bohaterowie Bohomolca, jest ściśle powiązana z ilością wypitych przez nich trunków. Celują w nich (tyradach) przebiegłe białogłowy – im bardziej są trunkowe, tym gorliwiej strofują małżonków-opojów, tym głośniej i agresywniej się pieklą i staranniej ukrywają swoją miłość do kieliszka, z czego rodzi się nieskomplikowany humor sytuacyjny komedii. Pognębienie niesfornej kompanii dokonuje się za sprawą abstynentów Roztropskiego i Sobreckiego oraz Teresy, pięknej i oczywiście absolutnie trzeźwej wybranki tego ostatniego. Pijakiewicz, opiekun Teresy a raczej jej majątku, zostaje wystrychnięty na dudka, a panna odrzuca swatanego przezeń adoratora, gdyż żywi prawdziwy wstręt do opojów. Bohomolec pracowicie dowodzi wyższości trzeźwości nad pijaństwem, wierząc, że literatura i teatr mogą zmieniać świadomość. Albo przynajmniej udaje, że wierzy w możliwość korekty sarmackiego obyczaju. Takiej naiwnej wiary w literaturę i teatr nie ma współczesny twórca teatru. Teatr interesuje go jako zabawa w teatr, a teatralność jest dla niego podstawową wartością i wystarczającym powodem oraz celem własnej twórczości. Współczesny teatr żywi się teatrem i na teatr umiera, zakochany w sobie i sobą zajęty.

Na scenie Teatru Kameralnego nie zobaczymy więc dydaktycznej oświeceniowej komedii. Nie tylko dlatego, że sam autor w finale nieco łagodzi sądy zbyt zasadnicze. Wino i inne trunki dał Pan Bóg ludziom dla ich zdrowia i wygody. Ich używanie nie szkodzi, póki za granicę pomiarkowania nie wykroczy, zbytek w każdej rzeczy, a najbardziej w piciu jest szkodliwy i naganny – powiada Teresa, a reżyserka to wykorzystuje. W finałowej scenie pojawia się mglisty film z aktorami spektaklu: biegną roześmiani gdzieś wśród łąk, uwolnieni z pudełka sceny, w jakimś kadrze zamajaczy szklaneczka… Na tle filmu aktorzy żegnają się ze sceną. Dopiero co wybrzmiały umoralniające wynurzenia Teresy o umiarze… Film jest poetyckim wspomnieniem o powstawaniu spektaklu, albo o świętowaniu ukończenia pracy, albo zapisem jakiejś wspólnej imprezy. To pochwała przekorna przyjacielskiego spotkania, na którym wypicie szklaneczki nie jest grzechem głównym, czy tylko pedagogiczna pochwała umiaru? Na szczęście – nie wiemy. Zaletą spektaklu Wysockiej są niedopowiedzenia.

Oświeceniowego moralizatorstwa nie będzie właśnie z powodu prześmiewczej gry z konwencją teatralną, jaką podjęła reżyserka. Z sarmackiej krainy opilstwa Wysocka przenosi nas w peerelowską współczesność i do współczesnego teatru. Odsłonięta tylna ściana sceny udaje ścianę jakiejś ponurej kamienicy. Trzy smętne blaszane garaże pomalowane niechlujnie zielonkawo-niebieską farbą i metalowy trzepak stanowią centrum życia towarzyskiego. Tu można pogadać, popić, pobić się, pointrygować. W jednym blaszaku trzeźwy Sobrecki (Arkadiusz Brykalski) reperuje czerwonego fiacika, w drugim Pijakiewicz (Juliusz Chrząstowski) urządza libacje, trzeci pozostaje tajemniczo zamknięty. Półtrzeźwy Iwroński (Krzysztof Zawadzki) leczy kaca, grając niemiłosiernie głośno na gitarze. Zapewne w ten sposób wyraża swą miłość do zbyt trzeźwej ukochanej Tereski. Między trzepakiem a metalowym wózkiem na śmieci można jeszcze wcisnąć grilla i wannę, aby po libacji zażyć kąpieli i odmruczeć jeszcze Polska nie zginęła. Ale trzepak i śmietnik należą do młodych, Magdalenki i Wiercickiego (Małgorzata Zawadzka i Marcin Kalisz). W sztuce Bohomolca to para służących, w przedstawieniu ich status jest bardziej skomplikowany: to uzbrojeni w mikrofony obserwatorzy, komentatorzy życia podwórka. Aktorzy współczesnego teatru. Lubią podkreślać, że jest on tylko teatrem. Miejscem do występowania. Są najwyraźniej znudzeni swoją rolą. Dziewczyna żuje gumę. Oboje powtarzają niechętnie teksty o popijawce, przekonani, że właściwie nie ma o czym gadać. Pan pił, pani piła, całe towarzystwo najpierw piło, a potem się biło. No i tak codziennie. Normalka. Właściwie – o co ta awantura. Wszyscy wiedzą, jak jest. Obciach o tym gadać. Rywalizacja o rękę Teresy między abstynentem Sobreckim a nadużywającym procentów Iwrońskim zupełnie ich nie kręci. Magdalenka nieuważnie śledzi intrygę, do czego się przyznaje, ale i tak wie, jak to się skończy. Ta sztuka jest przecież o pijaństwie, nie o miłości. I kończy się – z woli reżyserki – wielkim weselnym pijaństwem, w którym bierze udział także uszczęśliwiona Panna Młoda (Ewa Kaim w roli Teresy). Tej miłośniczce trzeźwości, wiecznie wkurzonej na idealnego, ale nieżyciowego kandydata na męża, wódka pozwala żyć. W radosnym upojeniu zjeżdża z maski autka. Sztuki dydaktycznej nie będzie, reżyserka walczy z bohomolcowymi morałami.

Bo oczywiście wie, że teatr życia nie zmieni. W teatrze zachwycą nas absurdalne wyczyny pijanych biesiadników: wielość zabawnych etiud na temat rodaków pijanych buńczucznie, chełpliwie i dla dodania sobie kurażu. Widownia pokłada się ze śmiechu, gdy skacowany Pijakiewicz nie może utrzymać w ręce kolejnej podawanej mu usłużnie łyżeczki, podobnie gdy komentatorzy powiadamiają nas o najnowszych pijackich wyczynach bratnich pijackich dusz, relacjonując groteskowe wydarzenia z pijackiej kroniki osobliwych przypadków. Raport o Aleksandrze F., która zaatakowała konkubenta nożem, bo się zdenerwowała, i o uczestnikach tej libacji, dowodzących, że ranny sam nadział się na nóż, gdy robił kanapki, wywołuje taką samą wesołość, jak przygoda obywatela z Parczewa, rozebranego do naga i pobitego przez przypadkowego kompana od kieliszka. Śmiech widzów czasem prowokuje Magdalenkę, wtedy próbuje trochę straszyć opowieścią, co oczywiście bawi jeszcze bardziej, więc aktorka powraca do obojętnej relacji. Chcecie, to się śmiejcie, nic mnie to nie obchodzi. Magdalenka zapewne nie czytała Brechta, ale reżyserka chyba tak. Buduje efekt obcości – dziewczyna i chłopiec wyrastają z tego groteskowego podwórka, na którym spędzili dzieciństwo i jednocześnie usiłują przekazać jakąś prawdę o tym życiu, z którym borykają się nie tylko oni. Nie chcą czy nie potrafią mówić wprost, więc posłużą się jakąś absurdalną notatką, ukryją w niej szyderstwo. A my bawimy się naprawdę dobrze tym cudzym pijaństwem, bawimy się teatrem o pijakach dobrze zrobionym; reżyserka mnoży gagi i ogłusza nas muzyczką pijanego podwórka, każe nietrzeźwej gromadzie balansować na obrotówce między napisem „apteka” i „alkohole”, sugerując niekończącą się wędrówkę w poszukiwaniu napoju i lekarstwa. Podziwiamy aktorów, którzy w grze zachowali umiar, co nie takie łatwe, gdy słychać śmiech, gdy aktor wie, że się podoba i chce się podobać jeszcze bardziej.

Reżyserka nieznacznie tekst Bohomolca nicuje, dorabia gęby także papierowym zwolennikom trzeźwości: po ślubie cnotliwa Teresa nie może ustać na nogach ani z auta o własnych siłach wysiąść. Wuj Roztropski (Roman Gancarczyk), co rozumy wszystkie posiadł, ucharakteryzowany na mafiosa, siedząc na wózku inwalidzkim, głaszcze wypchanego kotka i jeszcze za niego miauczy. Aktor mówi przyciszonym, tak schrypniętym głosem, że wydaje nam się wielce prawdopodobne, iż jego tyrady w obronie trzeźwości są tylko kamuflażem. Zwłaszcza, że znudzony w pewnym momencie najspokojniej wstaje z inwalidzkiego wózka ku niemałej konsternacji otoczenia. Wydaje się, że swoje już wypił niegdyś i teraz bliźnim doradza alkoholową wstrzemięźliwość z przyzwyczajenia do dyrygowania „rodziną”. A każdy jego pomruk mikrofon wyolbrzymia, demonizuje i ośmiesza.

Reżyserka, bawiąc się, szuka przyczyn, dla których postacie Bohomolca piją, gdyż jak powiada oświeceniowy autor nie zajmuje się ani pijącymi, ani rzeczywistością, w której piją. Te „poszukiwania człowieka”, o dziwo, udało się aktorom przeprowadzić dyskretnie, finezyjnie. Pijakiewicz-Chrząstowski to alkoholik świadomy dziedzictwa historycznego, pije, bo tak robili przodkowie. Ale też trochę pije, żeby zapomnieć, co nabroił, pijąc. Pije też, aby zjednać sobie sąsiadów, zapomnieć o niezbyt czystych interesach, aby rej wodzić przynajmniej na podwórku, bo w domu krewka żona nie pozwala. Wódka daje mu złudzenie ważności. Wiernicki Marcina Kalisza pije, bo tylko wtedy może kochać i mówić o miłości, zapomnieć o tym, czego mu nie wolno, a co wolno starym. Kiedy Wiernicki z Magdalenką, którą kocha tylko, gdy pije, śpiewają Skórę, to śpiewają o świecie, który im pluje w twarz, o pozornej cywilizacji, o tym podwórku, które oglądają z perspektywy trzepaka i śmietnika, śpiewają o poczuciu zagrożenia, o tym, że nie wierzą, że czeka ich coś dobrego. Kiedy Wiernicki wpada w delirkę, to Magdalena, która go nie kocha, bo nie o tym jest ta sztuka, tego rozdzierającego siebie chłopca tuli serdecznie i prawdziwie. To moment, sekunda powagi, która każe widzom jeszcze raz przyjrzeć się śmiesznym mieszkańcom ponurego podwórka i być może przypomnieć sobie, że takie podwórka naprawdę istnieją: obrzydliwe, smutne, biedne. Że ich brzydota sygnalizuje brak nadziei, niemożność smakowania życia. Ten muzyczny łomot, ten grill – podwórkowa namiastka natury, ten lejący się strumieniami alkohol, ta pretensjonalna prowincjonalna elegancja (świetne kostiumy pań, których krzykliwa kolorystyka kontrastuje z szarością podwórka) stanowią jedyne lekarstwo na poczucie wydziedziczenia, niemożności i niezaradności. Młodzi komentatorzy zachowują dystans wobec tego świata, dlatego, że wychowali się w nim i widzą, że tu nic nigdy się nie zmieni, że tu zawsze będzie tak, jak jest. Więc na pytanie, co jest grane, niełatwo mi teraz odpowiedzieć, bo eksponujące teatralność przedstawienie Barbary Wysockiej jest także w sposób nienachalny zaangażowane w rzeczywistość społeczną, w prosty, ale wnikliwy sposób przygląda się życiu. A kiedy teatr, żywiąc się teatralnością i bawiąc nią, jednocześnie widzi coś więcej niż zabawę z samym sobą, wtedy jest – moim zdaniem – mądry, prawdziwy i zabawny. I takie jest to przedstawienie.


Małgorzata Ruda

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas