poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PAULINA MAŁOCHLEB
I ♥ NH, czyli starość junaka
[Renata Radłowska, „Nowohucka telenowela”, Wydawnictwo Czarne, 2008; Katarzyna Kobylarczyk, Baśnie z bloku cudów. Reportaże nowohuckie, Wydawnictwo Jagiellonia, Kraków 2009] Dekada Literacka 2009, nr 3 (235)

W sześćdziesiątą rocznicę budowy Nowej Huty na rynku pojawia się coraz więcej książek opisujących tę dzielnicę. Wśród powodzi publikacji, dwie wydają się interesujące. Choć oba zbiory to reportaże o ludziach mieszkających w Nowej Hucie, o jej założycielach i budowniczych, to różnią się one mocno od siebie. Jeśli chcemy poznać fenomen Nowej Huty jako osobnego miasta – należałoby sięgnąć po reportaże Kobylarczyk, jeśli zaś chcemy poznać życie codzienne i starość junaków – po książkę Radłowskiej.

Nowa Huta fascynuje – po latach posuchy i nieobecności w kulturze staje się miejscem coraz większej ilości imprez, coraz młodsi autorzy zwracają się w jej stronę. Dla niektórych jest blokowiskiem, smętnym dziedzictwem po latach PRL-u, żywym dowodem na totalizujący charakter socjalizmu, ziemią jałową przyklejoną do kulturalnego Krakowa. Nowa Huta przestaje być jednak „robotniczym garbem na ciele inteligenckiego Krakowa”, jej wizerunek podlega na naszych oczach transformacji. Nie chodzi mi tu tylko o turystów coraz częściej odwiedzających Plac Centralny zaraz po wycieczce na Wawel, lecz raczej o obecność Nowej Huty w krakowskim krajobrazie: coraz bliżej stąd na Rynek również w sensie mentalnym. To w Hucie swoją siedzibę znalazła Łaźnia Nowa, tu odbywa się festiwal Genius Loci. Znikają stopniowo zakorzenione w świadomości resztki ideologii, które sprawiły, że Nowa Huta czuła się osobnym miastem, a Kraków żywił wobec niej wrogość. Stała się wreszcie kolejną, osiemnastą dzielnicą. Stapiając się powoli z Krakowem, Huta nie chce jednak zatracić swej odrębności i o tym właśnie opowiadają obie reportażystki.

Czytam Radłowską i Kobylarczyk, nie siląc się nawet na minimum obiektywizmu. Pożeram książki, które opowiadają o moich nowych sąsiadach – choć to właściwie ja jestem nowa, bo oni przecież mieszkają tu od pięćdziesięciu lat. Powoli wrastam w to środowisko, Nowa Huta jest zarazem dla mnie swoja i obca – większość życia spędziłam w Mościcach – osiedlu wybudowanym w szczerym polu przy fabryce konstruowanej pod Tarnowem na przełomie lat 20. i 30. XX wieku przez prezydenta Mościckiego. Parę lat temu zamieszkałam zaś w starej części Nowej Huty – realizowanej na zamówienie innej władzy, ale wedle tej samej zasady: miasto pojawiło się w ciągu kilku lat, postawione z niczego, wśród pól.

Nowa Huta dziś jest już innym światem – śladów miasta socjalistycznego można szukać tylko w książkach i murach starych osiedli, ponieważ wszystko poza nimi dawno odeszło. Kiedy podnoszę głowę znad komputera, widzę przez okno wieżę kościoła na Osiedlu Teatralnym – kościoła postawionego tuż obok krzyża, o który w kwietniu 1960 roku toczono regularne walki z milicją. Osiedla z wielkiej płyty wytynkowano w pastelowych kolorach – trzeba przecież ożywić te wielkie blokowiska. Broni się tylko stara Nowa Huta – dzięki UNESCO można u nas tynkować tylko na ten sam szary kolor.

Jestem więc nowym elementem w Nowej Hucie – powtarzam los junaków z lat 50., którzy z małych miejscowości przyjeżdżali budować swoją przyszłość. Ja też przyjechałam tu szukać miejsca dla siebie. Chodzę ulicami Nowej Huty i przeżywam doświadczenie historyczne, o jakim pisał Frank Ankersmit. Jego zdaniem doznanie, że dotykamy materii historycznej, może spowodować drobny przedmiot, doświadczenie to jest chimeryczne i trudno uchwytne. Ja czuję historię, gdy idę aleją gen. Andersa z Placu Centralnego w kierunku ronda Kocmyrzowskiego. Aleja odchodzi jako jeden z promieni od głównego placu, to szeroka ulica, bloki znajdują się daleko od siebie, z każdego okna widać trochę świata, a nie tylko ścianę naprzeciwko, cisza, dużo drzew posadzonych równolegle do drogi – dlaczego tak wygląda? Aleja Andersa to melanż włoskiej myśli doby renesansu i radzieckiej wiedzy o tłumieniu oporu. To połączenie fantastycznej wyobraźni architektów, którzy wymyślili, że Nowa Huta będzie naśladować Rzym oraz przyziemnej wyobraźni wojskowych, którzy chcieli szerokich ulic, by nie dało się ich zastawić żadnymi barykadami, by mogły na nich operować czołgi, a w razie potrzeby, by lądowały też wojskowe samoloty.

Szukam więc w Nowej Hucie tej historii, którą opisuje Radłowska i Kobylarczyk, chcę wejść w świat junaków, którzy w latach 50. budowali kombinat i otaczające osiedla, wyrabiali 500% normy w pyle, grubą warstwą pokrywającym całe miasto, a teraz przesiadują na ławkach przed blokami lub pielęgnują kwiaty na balkonach.

Książki Radłowskiej i Kobylarczyk łączy nie tylko ten sam temat, ale też strategie zastosowane do jego realizacji: jest to strategia mityzacji rzeczywistości oraz strategia odkłamywania historii, burzenia mitów, jakie skonstruował PRL.

Dla Radłowskiej życie szarych ludzi to przykład losów uniwersalnych, nie tylko typowych dla tej dzielnicy, ale archetypowych. Dziennikarka pisze o próbach zrozumienia śmierci (Zofia od klepsydr), oswajaniu cywilizacji technicznej i szoku związanym z nagłym przeniesieniem się ze wsi do nowoczesnego świata miejskiego (Gienia od patrzenia na cmentarz). Autorka przestawia historię Franciszka i Zofii, którzy przyjechali tu, pragnąc znaleźć wreszcie własny dom. Budowali osiedla w pobliżu kombinatu, lecz do żadnego z nich nie dostali przydziału. Otrzymali za to maleńkie mieszkanko w dalszej części, jeden pokój ze ślepą kuchnią. Ich rozczarowanie najlepiej podsumowują słowa wypowiedziane przez innego z rozmówców Radłowskiej – władza ludziom obiecała galaretkę, a dostali rozwodniony kompot. Nowa Huta w reportażach zawartych w obu książkach przedstawia się jako przestrzeń życia codziennego, zwykłej egzystencji, czasu nawracającego, powtarzających się nieustannie czynności: doglądania gospodarstwa, sprzedawania zbiorów w Krakowie, prac na działce. Bohaterowie Radłowskiej to ludzie przeciętni, przedstawieni tu na wzór świętych z opowieści ludowych; osiągają oni świętość, dzięki trudowi życia, własnej prostocie, akceptacji świata.

Ze spokojną codziennością Radłowskiej kontrastują przedstawione przez Kobylarczyk lata budowania Nowej Huty jako czas złotego wieku ludzkości, czas tytanów i mitycznego początku, stworzenia świata, który został powołany do życia jednym słowem – wypowiedział je towarzysz Pleszkow zimą 1949 roku, stojąc na Kopcu Wandy. Jak pisze Kobylarczyk, junacy zaczynali od stawiania na polach namiotów z demobilu – to obok nich brali się do pracy przy budowie, ludzie spali na workach z cementem. Jako tytani, u autorki Baśni z bloku cudów, przedstawieni są założyciele miasta – inżynier Zbigniew Loreth, architekt Tadeusz Ptaszycki, rzeźbiarz Marian Konieczny. Radłowska w swojej książce pokazuje zaś, że prawdziwymi budowniczymi Nowej Huty byli prości robotnicy: murarz Piotr Ożański (pierwowzór Birkuta z filmu Wajdy), Maria pracująca przy produkcji cegieł: Było ogromne parcie – cytuje jej słowa autorka Nowohuckiej telenoweli – żeby robić więcej i więcej. Tak nam obiecywali wielkie pieniądze za dobrą pracę, że postanowiłam być najlepsza z najlepszych. Nikt mi w wynikach nie dorównywał. Byłam jak robot. Przychodzili i patrzyli na moją robotę, kiwali głowami z uznaniem. Myślałam sobie: ile to będą mieć pieniędzy, jaki najpiękniejszy dom, ach…

Kobylarczyk szuka w Nowej Hucie śladów obecności radzieckich inżynierów – przy budowie pracowało ich tu około sześciuset. Jednak w pamięci ludzkiej zapisali się przede wszystkim Polacy – tacy jak Ptaszycki czy Loreth. Reportaże o nich to historie prozaiczne – o ciężkiej pracy, trwającej czasem wiele dni bez przerwy, telefonach do Bieruta, konferencjach i naradach w Moskwie, plombowaniu biur (bo plany Nowej Huty były ściśle tajne). Zarazem jednak Kobylarczyk szuka klucza do zrozumienia swoich postaci: Ptaszycki to w jej opowieści Pan Bóg, deus artifex, budowniczy, których podźwignął z ruin Wrocław, a potem zaplanował Nową Hutę na miarę, na jaką nie odważył się w tej epoce pomyśleć jakikolwiek inny architekt, człowiek, który całkowicie utożsamił się ze swoim dziełem i poświęcił mu życie: Ptaszycki stworzył swoiste laboratorium projektowania i realizacji miast. To była twarda szkoła podejmowania szybkich decyzji. Sam dostałem dziesięć dni na zaprojektowanie do natychmiastowej realizacji osiedla dla 6 tys. osób. A trzeba pamiętać, że pracowaliśmy w całkiem nowych warunkach społeczno-politycznych. To wymagało opracowania programu budowy miasta, dostosowanego do tych warunków. Ponadto, z wyjątkiem Gdyni, nie było wzorców projektowania i realizacji nowych miast w Polsce.

Z kolei inżynier Loreth został tu przedstawiony nieomal jak polski James Bond, super agent, który potrafił w Moskwie załatwić wszystko – reportaż o nim opisuje nie tylko trudności w zaopatrzeniu w latach 50., wpływ polityków na przemysł, ale też ukazuje, że przyjaźń polsko-radziecka nie była absolutna, a polscy decydenci nie podporządkowywali się ślepo nakazom przysyłanym z Moskwy − kiedy Loreth otrzymał od Rosjan umowy na zbudowanie stalowni, polski wywiad przewiózł go natychmiast przez granicę, by nie można było go zatrzymać i zmienić decyzji.

Jak w każdym micie, świat tworzy się poprzez walkę – Kobylarczyk wspomina o sporach, jakie toczyli robotnicy z mieszkańcami wsi, które należało zburzyć, by wybudować Hutę. Autorka Baśni… opisuje ataki chłopów na junaków prowadzących rozbiórkę, Radłowska pisze o samobójstwach, napadach szaleństwa, które dotykały mieszkańców Bieńczyc, Czyżyn czy Kościelnik. Historie te rozbijają propagandowe hasło z lat 50., które głosiło, że pod budowę Huty osuszano bagna, karczowano las i zajmowano nieużytki. Temu kłamstwu właśnie przeciwstawiają się opowieści bohaterów reportaży, którzy wspominają, że spychacze wjechały w pola tuż przed zbiorami, a domy rozbijano w drzazgi. Konflikt starego i nowego porządku widać też na dwóch cmentarzach: Mogiła to świat stary, chłopski – tu chowano ludzi według tradycyjnego, katolickiego obrządku. Grębałów to nowy świat robotniczy, gdzie w pośpiechu grzebano junaków, którzy zginęli w wypadkach przy pracy.

Nowa Huta, jak każda przestrzeń mityczna, ma też swoje czarne historie i to one zdają się oddziaływać najmocniej na życie mieszkańców. Legendy nowohuckie, przywoływane przez Radłowską i Kobylarczyk, mają charakter przekazów ludowych. Ludność przesiedlona do miasta, zachowała swój system rozpoznawania i porządkowania świata – jego ślady widać właśnie w opowieściach, jakie krążyły po Nowej Hucie. Zaczęły się one rodzić już w latach 50., gdy junaczki pracowały na terenach przeznaczonych pod budowę, poszukując przedmiotów o wartości archeologicznej. Jak opowiada jedna z nich – kobiety miały wrażenie, że straszy je potwór o czarnej twarzy i żółtych oczach. Uciekały z pracy, mdlały, prosiły o przeniesienie. Chłopi wierzyli, że upiór ten karze junaków za bezprawne zagarnięcie ich ziemi, a władza próbowała uspokoić robotnice, widząc w ich zachowaniu przejaw histerii i zabobon nieprzystający do wizerunku socjalistycznej kobiety.

Obok jednak tych fantastycznych historii, powraca wiele ludowych legend o mrocznym obliczu Nowej Huty – topieniu noworodków w wapnie lub porzucaniu ich w pniach wysuszonych drzew (tych dzieci, które zostały poczęte w brezentowych namiotach i hotelach robotniczych), gwałtach dokonywanych przez grupy pijanych w sztok robotników, walkach na noże po zmroku na różnych osiedlach, sabotażu w czasie pracy, a wreszcie o ataku terrorystycznym i strajku sprowokowanym przez SB. Najpierw wrogiem był szpieg amerykański, zwolennik imperializmu, który sabotował pracę w kombinacie, później agent SB, kret w szeregach Solidarności. Echa właśnie tych mrocznych historii żyją nadal – ich podbudowa jest jednak polityczna, a nie fantastyczna, wszyscy wierzą teraz w dwuznaczność historii (gdy pojawił się projekt, by uczcić inżyniera Ptaszyckiego pamiątkową tablicą, radni wystąpili do IPN-u o jego zlustrowanie – jednego z najbardziej dla Huty zasłużonych). Do dziś część członków Solidarności rozważa zaś, kim był Andrzej Szewczuwianiec, który podobno próbował wysadzić pomnik Lenina i w roku 1988 rozpoczął strajk w kombinacie – czy był charyzmatycznym buntownikiem, „drugim Wałęsą”, czy oszustem, który wyłudził mnóstwo pieniędzy od różnych organizacji opozycyjnych, czy też agentem SB w szeregach Solidarności, pozornie szykowanym przez lata, by w końcu pokierować organizacją działającą na terenie Nowej Huty?

Tutaj właśnie pojawia się drugi wątek opowiadanych przez Radłowską i Kobylarczyk historii: nowa interpretacja przeszłości. Obie autorki, tkając swoje narracje, nawiązują do propagandowych haseł PRL-u. Nie stanowią tu one jednak centrum ich zainteresowania, bo reportaże te nie są tekstami poświęconymi samej historii, lecz raczej jej wpływowi na życie obywateli. Obie autorki też skupiają się na pokazaniu, jak te hasła odbijały się od uszu milczącej, ciężko pracującej większości, mówią, że wbrew mitowi komunistycznemu, do Nowej Huty przyjeżdżali nie tylko chłopi i robotnicy, ale też potomkowie krakowskiego mieszczaństwa, dzieci kułaków i dawnych posiadaczy ziemskich. Dekonstrukcja mitów dokonuje się tu poprzez przywołanie „dalszych ciągów” historii, tego, co w wizji świetlanej przyszłości nie zostało ujęte: Radłowska opisuje ciasne mieszkania, w których nie mieścił się stół jadalny, chaos architektoniczny wymuszony oszczędnością i pragnieniem ulokowania w blokach jak największej ilości ludzi. W Marii od cegieł autorka mówi o zawiedzionych marzeniach dawnych stachanowców, żyjących z osiemsetzłotowej emerytury. Reportaż Kobylarczyk Inżynier Nowa Huta o Ptaszyckim przedstawia okoliczności zwolnienia architekta w 1968 roku… W tekście Człowiek kanciasty Kobylarczyk śledzi biografię Piotra Ożańskiego – przodownika pracy, który nie był w stanie udźwignąć legendy i sławy, jaką otoczyło go państwo ludowe. Poparzony w wyniku sabotażu, utracił władzę w lewej ręce i to rozpoczęło jego powolny upadek w alkoholizm. Autorka widzi w jego losach ironię historii – człowiek wyniesiony na szczyty przez władzę, zostaje później przez nią wykorzystany i zniszczony, a kolejna władza nie chce widzieć w nim choćby bohatera ludowego, patrona jednego z osiedlowych placów: [Tomasz Urynowicz, rady Dzielnicy XVIII]: Jestem przeciw placowi Ożańskiego. Historia Nowej Huty to także historia mojej rodziny. Nie chcę, żeby dzieje tej dzielnicy były przekazywane przez symbole socjalistycznej propagandy. Nie da się wymazać komunizmu z historii Nowej Huty, ale nie wolno tej historii wyłącznie do komunizmu sprowadzać.

Nowa Huta pod każdym względem była zjawiskiem niezwykłym – miastem zbudowanym w całości z inspiracji komunistów przez tysiące ludzi, którzy nie mieli żadnych poglądów politycznych, a często nie potrafili nawet czytać; miastem, wzorowanym na pomnikach stalinizmu w ZSRR, które jednak później stało się wzorem dla nowoczesnych osiedli w Moskwie.


Paulina Małochleb

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas