poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR MICHAŁOWSKI
W stronę powieści totalnej
[Jarosław Szadziej, „Lustrzany kameleon”, Kurpiepress S.A., Kolekcja Prozy XXI wieku Ostrołęka 2009] Dekada Literacka 2009, nr 3 (235)

Ostatnia książka Jarosława Szadzieja zaskakuje zarówno w kontekście jego dotychczasowego dorobku, jak i na tle całej prozy mijającego dwudziestolecia literackiego III RP, może więc wywołać rozbieżne reakcje krytyków i czytelników. Przypuszczam, że choć spośród pierwszych wyłoni się natychmiast grupa zaprzedanych klakierów, która zdominowała media centralne i z dyżurnym entuzjazmem gotowa jest powitać każdą nowość wydawnictwa Kurpiepress jako satelity wpływowego koncernu prasowego, to pewnie liczniejsze okaże się grono kontestatorów, wprawdzie rozproszone na opozycyjnych łamach prasy regionalnej, ale po „powrocie Centrali” zasilane przez przedstawicieli ginącego gatunku krytyki niezależnej. Czytelnicy natomiast raczej nie podzielą się analogicznie na dwa obozy, a jeśli nawet miałoby to nastąpić, przedtem zgodnie wykupią w ciągu trzech dni dość wysoki bo prawie 5-tysięczny nakład książki i wspomagani przez najważniejsze ośrodki opiniotwórcze w zakresie współczesnej literatury, a zwłaszcza „Twój Styl” oraz „Wysokie Obcasy”, założą funcluby pisarza, ochrzczą esemesowo jego książkę bestsellerem tygodnia, następnie miesiąca, roku, a wreszcie – dwudziestolecia. Trudno przewidzieć, czyim zwycięstwem zakończy się batalia, ale na pewno będziemy świadkami wielu kontrowersji, a może nawet największego rozdźwięku gustów od momentu Przełomu w Prozie, za który zgodnie przyjmuje się debiut Doroty Masłowskiej. Po jednej stronie barykady skupią się zatem racje Prostego Czytelnika, kierowanego na ogół nieomylnym węchem, który wobec degrengolady koneserów, pozostaje najlepszym weryfikatorem dobrego smaku; po drugiej – opinie krytyków, stawiających polskiej literaturze, ledwie krzepnącej po wyzwoleniu spod jarzma cenzury, wygórowane wymagania albo wedle poziomu, którego ostatnio nie osiągają nawet nobliści, albo wedle wydumanej abstrakcji „arcydzieła”.

Jeśli jednak uważnie i życzliwie pochylimy się nad propozycją, która przełamuje dotychczasowy impas w prozie, otwierając jej nowe horyzonty (bo za taką właśnie trzeba uznać dzieło Szadzieja), zauważymy, iż powinna ona zaspokoić gusta najbardziej od siebie odległe, czyli zarówno wybredne jak niewybredne. Przełamuje bowiem wszystkie tabu tematyczne, a zarazem udatnie łączy preferowane tematy dzisiejszej prozy z modelem powieści ponowoczesnej, przetwarzającej XX-wieczne zdobycze awangardy w nową jakość, stanowiącą melanż XX-wiecznych technik narracyjnych.

Otrzymujemy oto długo oczekiwaną Syntezę wzorców literatury popularnej i wysokiej, co powinno posłużyć za żelazny argument zwolennikom tezy (dotąd pozostającej raczej postulatem niż konstatacją rzeczywistego stanu rzeczy) o tym, iż ostatecznie zatarty został podział na te dwa obiegi i poziomy sztuki słowa. „Celowanie w arcydzieło” i celowanie w bestseller właśnie dopiero z ukazaniem się tej książki stały się jedną konkurencją, z tą samą tarczą i rozgrywaną bez podziału na odrębne igrzyska: olimpijskie i paraolimpijskie.

Przyjrzyjmy się zatem uważnie Lustrzanemu kameleonowi, jak opalizuje refleksami barw, nie tylko po to, by zachęcić do lektury (co zresztą nie wydaje się konieczne), ale by zastanowić się nad fenomenem, który może posłużyć innym pisarzom jeśli nie za receptę, to pewien ideał; choć jak się zdaje, biorąc pod uwagę mizerię bieżącej produkcji literackiej, jest to ideał raczej niedościgły. Szadziej jest bowiem talentem, na jaki czekaliśmy przez dwa stulecia, geniuszem, jakiego nie zrodziła dotąd żadna z mniejszych literatur, a i w dziejach tych największych należy do wyjątków.

Już od pierwszych zdań pisarz potrafi zafascynować swą opowieścią, gdyż wprowadza nas in medias res – w samo serce nieplewionej dżungli fabularnej: Nie, wprawdzie jeszcze w ubiegły wtorek dopuszczał możliwość prowokacji, ale tego przewidzieć nie potrafił. Ani teraz, ani przed dwustu laty, gdy w jednym ze swych poprzednich wcieleń jeszcze przed reaktywacją na jasnej stronie mocy, z rękopisem wsuniętym za mankiet bronił oblężonej Saragossy z Carlosem Fuentesem, pradziadkiem szwagra z drugiego małżeństwa Rossiniego. Nienaturalnie wysoki głos nagrany na automatyczną sekretarkę, chyba spreparowany mechanicznie w monosylaby, ugodził go w samo jądro wyalienowanego z czasoprzestrzeni jestestwa. Wiadomość nie podlegała weryfikacji, toteż poczuł tylko, jak nagle zawirowały wokół meble w stylu empire, zlały się w jedno z dębową podłogą w brunatny rozmaz, w rytmie sekundnika tyrolskiego zegara z kukułką osuwający się pod stopami obutymi w dziurawe kapcie. Zrozumiał nagle, że źródła tego zjawiska musi szukać w dzisiejszym poranku, w owym akcie jasności, jakiego doznał w łazience, spłukując grudki koszmarnego snu z pozlepianych rzęs i na mgnienie w strumieniu zimnej wody ujrzał odblask związku wszechrzeczy: pierwszą falę tsunami zalewającą Filipiny, a potem trzy zielone kartki do głosowania, brakujące do zwycięstwa niezależnego kandydata w pierwszej turze wyborów i pijanego listonosza z połamanym rowerem pod kołami TIR-a.

Następnych 156 stron zinterpretować można jako retrospektywne przytoczenie owego snu o tak zagęszczonej symbolice, że wymagałaby dwukrotnie większej objętościowo egzegezy. Niech więc przytoczona próbka kunsztu narracyjnego wystarczy za zachętę. W cytacie ujawniają się bowiem ważniejsze cechy tej prozy: polichronotypiczność, intertekstualność, wielogatunkowość, wielokulturowość, psychologizm i reizm. Mogę tylko zapewnić, że poziom inwencji nie obniży się aż do ostatniego zdania powieści, podobnie jak nie rozrzedzi się akcja i nie spadnie napięcie.

Trudno ustalić, o czym właściwie jest książka. Rozgałęziona i kłączowata fabuła nie poddaje się streszczeniu, ale warto przynajmniej w ogólnym zarysie zrelacjonować samo zawiązanie akcji. Oto bohater siedzi na walizkach w dusznym hotelu w Kapsztadzie i gotów do wyjścia, czeka na zamówioną taksówkę, by udać się na lotnisko, skąd ma odlecieć do Trypolisu, by tam wygłosić odczyt na zlecenie Seattle Pacific University, ale nagle dowiaduje się od anonimowego informatora, iż grupa archeologów indyjskich, stypendystów uniwersytetu w Kopenhadze, odnalazła w jerozolimskiej Hakeldamie trzy ogniwa łańcucha DNA Judasza Iskarioty, które po przebadaniu przez ekspertów z Toronto podważają biblijną tezę o jego samobójstwie. Materiał genetyczny transportowany do laboratorium w Kalkucie statkiem pod tanią banderą liberyjską pada łupem piratów somalijskich, którzy odsprzedają próbkę DNA kolumbijskiemu kartelowi kokainowemu. Jeden z tamtejszych bosów służył wcześniej we francuskiej Legii Cudzoziemskiej, dokąd zbiegł przed niesłusznym wyrokiem za rzekomą próbę porwania prezydenta Wielkiej Brytanii, gdyż absurdalność tego zarzutu udało się wykazać dopiero po dwudziestu latach sławnemu adwokatowi z Canberry. Próbka DNA zaginęła, przechwycona prawdopodobnie przez mafię pruszkowską i dopiero w 2002 roku zostaje odnaleziona w ziemiance stanowiącej pozostałość pruskich fortyfikacji we Wdzydzach. Tam z kolei wpada w ręce szalonego naukowca Franka Kamieńczyka, który zamierza wyklonować z niej grupę agentów na użytek KGB. Efekty eksperymentu okazują się fatalne zarówno dla fanatycznego naukowca jak reszty ludzkości, gdyż wskutek dywersji dokonanej przez IRA, wykluwają się dinozaury, hipogryfy, hobbici i ufoludki. To jednak dopiero początek, gdyż ten wielorasowy wysyp stworzeń oznacza wprawdzie uwolnienie wyobraźni i narodziny kilku konwencji fantastyki jednocześnie, ale bynajmniej nie likwiduje wielkich pytań o zagrożoną Cywilizację; przeciwnie – im bardziej zagęszcza się przestrzeń zapełniana tworami nieludzkimi, ale stworzonymi przez umysł człowieka, tym wyraźniej żądło samozagłady zagraża Ludzkości.

Szadziej unika jednak mielizn łatwego katastrofizmu i pokus jakiejś dydaktyczno-ostrzegawczej antyutopii. Wkracza wprawdzie ciągle na stare ścieżki mitologii i literatury, ale zaledwie pozwoli je nam rozpoznać, już zbacza z nich na manowce metafizyki i Nieznanego.

Wprawdzie streszczony tu początek przypomina raczej kolejną, niezbyt oryginalną przygodę Jamesa Bonda, skrzyżowaną z powieścią profesorską, Spielbergiem, political fiction, SF i fantasy, jednak jeszcze nie daje pełnego wyobrażenia o całej powieści, w której sensacyjno-przygodowa powierzchnia raz po raz pęka, ukazując przeraźliwą otchłań duszy i natury ludzkiej, doprowadzając czytelnika przez psychoanalityczne labirynty do katarktycznej refleksji humanistycznej. Kostiumy gatunków popularnych nie przysłaniają ani porażającej nagiej prawdy, ani wymiaru filozoficznego, ani sensualistycznego wręcz realizmu i dowodów nieprzeciętnego zmysłu obserwacji szczegółu.

Ambicje globalnej diagnozy cywilizacji nie stłumiły wrażliwości autora na sprawy lokalne, aktualne i prawa jednostki. Pamiętamy, że już w swym debiutanckim cyklu opowiadań Donosy z lisiej nory (Mikołów 1991) Szadziej odważnie sięgnął do zdezaktualizowanych lektur szkolnych, takich jak PlacówkaSyzyfowe prace, wskazując w nich analogie z kolonialnym zagrożeniem polszczyzny przez dominację języka angielskiego. Gwałtowne polemiki, które wywołał swą pierwszą książką, spowodowały nawet paroletni ostracyzm w kręgach radykalnych euroentuzjastów, a pisarza zaszufladkowano jako konserwatystę, zaściankowego eurosceptyka, antyglobalistę, ksenofoba i homofoba. Jako dobrowolny banita odnosił jednak od tego czasu sukcesy za granicą, gdzie prędzej wybaczono mu błędy, a triumfalny powrót na krajowy Parnas nastąpił dopiero w 1997 wraz z ciepło przyjętą książeczką dla dzieci Przygody kreatywnej mrówki z innowacyjnej doniczki pelargonii. Pozycja ta jednak, przez część opinii krajowej uznana za koniunkturalną zdradę, miała przejednać ośrodki badań postkolonialnych, zarzucające pisarzowi nacjonalizm i kryptoterroryzm światopoglądowy, który stanowi naruszenie zasady politycznej poprawności.

Dopiero Lustrzany kameleon pokazuje, jak krzywdzące były to etykiety. Oto bowiem każda z nich zostaje w jakiś sposób właśnie w tej powieści zanegowana – jeśli nie wprost, to przez karkołomnie eksperymentalną syntezę, w której autor zestawia ze sobą motywy na pozór sprzeczne. Gdy z reporterską pasją prezentuje środowiska gejowsko-lesbijskie, łączy je w pary mieszane; kiedy odsłania kulisy Sejmu, wymyśla Partię Konserwatywno-Rewolucyjną obok Anarchistyczno-Patriotycznej, a gdy przyjmuje perspektywę „małej narracji” z problematyką „małej ojczyzny”, zaraz krzyżuje ją z uniwersalistycznym oglądem rzeczywistości przez pryzmat epopei kosmicznej albo nawet Brukseli.

Totalny wymiar powieści wyznacza nie tylko czas i przestrzeń. Akcja toczy się bowiem w kilku przecinających się trybach istnienia (od naturalistycznie prezentowanej rzeczywistości fizycznej, przez psychoanalityczno-oniryczną, po wirtualną) i w czterech oddalonych od siebie punktach, początkowo niezależnych, skąd stopniowo zagarnia cały Wszechświat i wieczność: w starożytnej Aleksandrii w przeddzień pożaru słynnej biblioteki, w XIII-wiecznej Lubece na jednym ze zjazdów założycielskich Hanzy, w Pracowni Poetyki Eksperymantalnej Uniwersytetu Szczecińskiego z początku trzeciego tysiąclecia oraz w podziemnych laboratoriach Centrum Inżynierii Genetycznej we Wdzydzach, działającego w trudno przewidywalnej przyszłości roku 2111.

Cenną innowację na tle powszechnie stosowanych dziś rozwiązań kompozycyjnych stanowi oryginalna konstrukcja bohatera. Nie jest on bowiem ani pisarzem, ani nawet dziennikarzem i w ogóle nie zdradza zdolności do głosu i pisma (choć z drugiej strony nie wydaje się ani niemową, ani analfabetą) na tyle wyraźnych, by można go było w jakikolwiek sposób łączyć z narratorem, a tym bardziej autorem. Przez pierwsze 33 rozdziały, czyli prawie 1/3 całości, nie dowiadujemy się o nim niczego, co pozwoliłoby odgadnąć, jaką profesję uprawia, choć rozliczne czyny, zwykłe i niezwykłe, wmieszane w gąszcz wydarzeń składających się na wątki innych postaci, kształtują rozbieżne hipotezy co do jego tożsamości zawodowej. Postać niekiedy wydaje się bliska codzienności, nie wykazując żadnych egzotycznych rysów w rozproszonej bądź implikowanej charakterystyce, a jednak cechy te można złożyć w portret niepokojąco zagadkowy. Pierwsze skojarzenia podsuwają więc łatwą – lecz jak się okaże, błędnie upraszczającą, kwalifikację gatunkową: powieść sensacyjna. Istotnie, po trzech rozdziałach takie rozpoznanie będzie uzasadnione; dalsze odsłonią jednak znacznie rozleglejsze horyzonty powieści, po których snują się echa nie tylko Fleminga, Forsytha i  MacLeana, ale także Joyce’a, Cortázara i Eco. Bohater wcale nie jest szpiegiem, agentem ani detektywem, choć role te przyjmuje okazjonalnie, zresztą prócz wielu innych, narzucanych mu przez najróżniejsze sytuacje fabularne, w które zostaje, zazwyczaj przypadkowo, uwikłany.

Kim zatem jest bohater? – zapyta niecierpliwy czytelnik po pierwszych pięciu stronach. Cierpliwy uczyni to samo być może dopiero nad 611 stronicą lektury, gdzie rozpoczyna się rozdział 72, zapowiadający jakąś kulminację. Obydwaj zrozumieją jednak prędzej czy później, iż właśnie tajemnica postaci stanowi motyw główny, który naprowadza na właściwy temat powieści, a jest nim problem tożsamości. A jeśli tak odczytamy zamysł autora, zrozumiemy, iż właśnie w tym punkcie krzyżują się wszystkie wątki powieści: sensacyjno-kryminalny, społeczno-obyczajowy, fantastyczno-epistemologiczny, egzystencjalno-ontologiczny, psychologiczno-oniryczny i pozostałe, których z powodu totalności Księgi oraz ograniczeń objętościowych recenzji wyliczyć nie sposób.

Jeśli chodzi o tryby istnienia bohatera, wymyka się on jednoznacznym formułom, a to dlatego, że pojawia się i znika, raz istnieje wyraziście w sensualistycznym dynamicznym opisie, innym razem jedynie w napomknieniach, wreszcie w trybie hipotezy albo wręcz zanegowania. A dzieje się to za sprawą niebywałej ekwilibrystyki języka i wirtuozerskich zwrotów modalności narracji, która wychodząc od trzecioosobowej, płynnie i niepostrzeżenie przechodzi w drugo- i pierwszoosobową, by czasem na chwilę zatrzymać się w bezokolicznikowej. Postmodernistyczną wędrówkę przez światy literackie i historyczne urozmaica przegląd wszystkich ważniejszych XX-wiecznych technik powieściowych – ze strumieniem świadomości, sous-conversation, roman nouveau i modelem do składania.

Najprościej byłoby uznać, iż książka wymyka się wszelkim klasyfikacjom – i tym akademicko wyrafinowanym, i tym naiwnym – wedle których dzieło literackie podporządkowuje się albo dyżurnym trendom światopoglądowym, albo wręcz aktualnej sytuacji na obrotowej scenie politycznej ze zmiennym podziałem na prawą i lewą stronę. Potwierdza raz jeszcze sformułowaną przed blisko 10 laty niezwykle trafną diagnozę Domysława Żurawińskiego, że Szadziej to po prostu „pisarz osobny”.

Jak dowiadujemy się ze skrzydełka okładki, poprzednie książki autora przetłumaczono dotychczas na 28 języków, w tym na łotewski, angielski i samojedzki; w 2002 roku Mała Księga Nizin zyskała nominację do nagrody Pulitzera, a powieść Trzeci awatar ziemniaka uznano za najlepszą nie-anglojęzyczną książkę roku 2005 w stanie Tennessee. Sam autor nie dba jednak o swą popularność i choć kraj odwiedza dość często, na co pozwala mu status visiting professora w Columbia University, spotkania autorskie odbywa niechętnie, prawie nie pojawia się w TV i na forach internetowych. Ku rozpaczy swych wielbicieli starannie ukrywa prywatność przed wścibstwem kolorowych pisemek, prowokując nawet zuchwałe hipotezy, iż naprawdę w ogóle nie istnieje, co jednak wydaje się przesadą. Niemniej żenujący jest brak elementarnej wiedzy o Wielkim Pisarzu, skoro nie znamy jadłospisów jego posiłków, nie wiemy ani gdzie spędza weekendy, ani z kim sypia i na którym boku, ani jaka jest jego sytuacja matrymonialna i upodobania seksualne. A więc ukrywane są nie tylko te fakty, które niewątpliwie stanowiłaby cenny klucz do rewolucyjnej interpretacji jego prozy, ale i te, których brak tymczasem udaremnia prowadzenie jakichkolwiek poważniejszych badań literackich. Na szczęście działają jeszcze biografowie śledczy, którzy tę dwuznaczną sytuację potrafią wyjaśnić, toteż miejmy nadzieję, iż autor już niebawem stanie się najpierw mrocznym przedmiotem pożądania, a potem cennym łupem dla ostrych piór tej rangi co Joanna Siedlecka. I choć z racji daty urodzenia pisarza (rocznik 1973) wydaje się mało prawdopodobne, że rekonstruowany życiorys ujawni jakiś smakowity epizod współpracy z tajnymi służbami, na pewno wystarczająco oświetli osobę pisarza, pozostającą dotąd w niezasłużonym cieniu jako największa zagadka literacka okresu naszej wspaniałej epoki po Transformacji.



Piotr Michałowski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas