poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Baw się… i zabijaj!
[Tomasz Mizuro, „Stowarzyszenie wesołych straceńców”, Wydawnictwo Debet, Katowice 2008] Dekada Literacka 2009, nr 3 (235)

Z ukłonem dla Nowackiego i Uniłowskiego. Już oni wiedzą za co!

Ostatnimi czasy przeżywaliśmy istny festiwal rozmaitych imprez i inicjatyw, propagujących wiedzę o Powstaniu Warszawskim: wystawy, koncerty, pokazy, rekonstrukcje historyczne, komiksy, specjalnie nagrywane płyty (przykładem choćby ciekawa płyta zespołu Lao Che Powstanie Warszawskie, z tak świetnymi piosenkami, jak Zrzuty czy Barykada) – i tak dalej, i tym podobne. Było tego sporo – i dobrze, bo to, co działo się podczas II wojny światowej, zdaje się powoli znikać z pola widzenia Polaków, szczególnie tych urodzonych grubo po wojnie. Taki stan rzeczy potwierdza chociażby nieobecność tematów i motywów wojennych w prozie autorów młodszego pokolenia (nawet jeżeli w książkach tych pisarzy pojawiają się jakieś nawiązania do wydarzeń wojennych, to jedynie w marginesowych retrospekcjach). Choć od tej reguły są wyjątki, a właściwie ostatnimi czasy ledwie jeden. Mam na myśli debiutancką powieść wciąż jeszcze młodego (rocznik 1975) Tomasza Mizuro Stowarzyszenie wesołych straceńców. Zaznaczę jednak od razu: podejrzewam, że ci, którym leży na sercu propagowania wiedzy o historii naszego kraju, mogą nie być przesadnie wdzięczni Mizuro za to, co zrobił.

Rzecz dzieje się w okupowanej przez hitlerowców Warszawie, począwszy od roku 1940, a skończywszy na Godzinie W. W Stowarzyszeniu wesołych straceńców właściwie nie ma głównego bohatera, autor mniej lub bardziej eksponuje historie kilkunastu młodych mężczyzn (najmłodszy z nich ma ledwie osiemnaście lat, najstarszy dwadzieścia cztery). Pochodzą z rozmaitych środowisk, mają różne doświadczenia i wykształcenie (większości z nich wybuch wojny przerwał edukacyjne „kariery”, czy to w liceum, czy na studiach, choć niektórzy, jak dwaj kumple z warszawskiej Pragi – Wicek i Janek, ze szkołami byli w ogóle na bakier i ledwie składają litery). Co ich łączy? Wszyscy wstąpili do podziemia, aby – jak to malowniczo ujmuje Wicek – dokopać w ząbek czesanemu sukinsynowi (dla jasności: chodzi o Hitlera) i wygonić Fryca do kraju sąsiedniego. Wszyscy też, po odpowiednim przeszkoleniu, trafiają do specjalnych pododdziałów, którym zleca się najniebezpieczniejsze zadania: zamachy na Niemców, wykonywanie wyroków na Polakach kolaborujących z okupantem i szmalcownikach czy odbijanie więźniów. Komando straceńców? Grupa patriotów zdecydowanych na wszystko? Młodzieńcy, którzy dla wolnej Polski gotowi są poświęcić wszystko? To też. Ale nie do końca.

Powieści Mizuro daleko jest do Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego, blisko za to do opracowań historycznych w rodzaju tych, które przedstawiają życie codzienne w okupowanej Warszawie. Choć – oczywiście – autor umieścił w książce kilka scenek – by tak rzec – bohaterskich. Dla przykładu: Janek i Stanisław zasadzają się na oficera Wehrmachtu, alkoholizującego się bezkompromisowo w jednej z knajp w centrum, aby odebrać mu broń. Akcja jest nieco ryzykowna, ale oni przecież „nie pękają”. Pech chce, że gdy już „obrabiają” niespecjalnie przytomnego oficera, niespodziewanie pojawia się na ulicy wojskowy patrol. Wywiązuje się strzelanina, Janek zostaje ranny w nogę, a Stanisław, ryzykując własne życie, wynosi kolegę z miejsca akcji. Mimo to Stowarzyszenie wesołych straceńców jest powieścią właściwie o czymś zupełnie innym. Zaryzykowałbym twierdzenie, że przede wszystkim jest to opowieść o… dotkliwej nudzie i beznadziei. Bohaterowie książki Mizuro mają, poza akcjami, wcale nie aż tak częstymi, dużo wolnego czasu, z którym nie za bardzo wiedzą, co zrobić. Tym bardziej że poznawszy siłę i przyjemności adrenalinowego kopa, nie umieją się już cieszyć tak zwanym zwykłym życiem. Niektórzy uczą się na tajnych kompletach, choć bez większego przekonania, bo młodzieńcom, którzy zaznali władzy, jaką daje trzymana w ręku broń, trudno jest się wdrożyć w szkolną dyscyplinę. Inni zajmują się drobnym handlem, bo w końcu – kto handluje, ten żyje, a przewożenie rąbanki z podwarszawskich wsi do stolicy daje choćby namiastkę uczestniczenia w „akcji”. Choć na dobrą sprawę, bohaterowie powieści wcale nie muszą sobie dorabiać, bo dostają „drobne” z podziemia. Ale – jak wiadomo – apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc – dla przykładu – Wickowi i Jankowi zdarza się napadać na Niemców tylko po to, żeby zdobyć trochę pieniędzy (w ich przypadku nie chodzi tylko i wyłącznie o rosnący apetyt, o czym będzie poniżej). Co – oczywiście – nie za bardzo podoba się ich dowódcom, którzy jednak przymykają oczy na wybryki „chuliganów z Pragi”, wiedząc, że ci są wyjątkowo skuteczni w niebezpiecznych akcjach.

Jak straceńcy radzą sobie z nudą, poza którą czai się jeszcze zwątpienie, czy to, co robią ma sens i czy oni sami w ogóle mają jakąkolwiek realnie rysującą się przyszłość poza – a jakże – bohaterską śmiercią? Wprowadzając w życie zasadę baw się i zabijaj!, Alek rwie na prawo i lewo ofiarne akowskie (choć nie tylko) panny, stosując prostą, acz skuteczną metodę „na bohatera”, który przecież każdego dnia, w każdej godzinie może zginąć od wrażej kuli, nie zaznawszy wcześniej prawdziwej miłości. Prosi więc o tę miłość – a także o jej jakże namacalne dowody – i ją dostaje. A że nie brak mu straceńczego uroku i błyskotliwości, dostaje ją często i od licznych kobiet. A potem – by wykorzystać w tym miejscu frazę z Marcina Świetlickiego, która, co tu kryć, pasuje w tym miejscu jak pięść do nosa – są tego konsekwencje w postaci niechcianych poczęć, z którymi trzeba coś począć, ponieważ Alek – cynik pierwszej wody – jest zdania, że wojna to nie jest najlepszy moment na zakładanie rodziny. Wicek i Janek, poza kręconymi na boku interesami, są uzależnieni od hazardu w każdej możliwej postaci i przegrywają niemałe sumy w pokera, trzy karty czy kości, co koniec końców wpędza ich w niemałe problemy, bo grają nie tylko z towarzyszami broni, ale również z niebezpiecznymi typami z warszawskiego półświatka, które potrafią bardzo skutecznie egzekwować należne im sumy. Sprzeniewierzają powierzone im fundusze organizacji i tylko wybuch Powstania ratuje ich przed surowym wyrokiem podziemnego sądu. A wszyscy inni imprezują często i malowniczo, pijąc bimber szklankami i bynajmniej nie rozprawiając wtedy o tym, jak będzie wyglądać odrodzona ojczyzna.

Mizuro zamyka powieść krótkim, pełnym dynamicznych opisów rozdziałem, w którym w krótkich migawkach przedstawieni są wszyscy główni bohaterowie, ruszający w pierwszych minutach Powstania w bój. I – jak się może domyślać czytelnik – zapewne niejednemu z nich, niezależnie od tego, jaką szują był w codziennym życiu, przyjdzie polec bohaterską śmiercią, pewnie o niejednym z nich będą śpiewać powstańcze pieśni. Wszak to przecież straceńcy – najlepszy materiał na bohaterów. I nic to, że to straceńcy niegdyś niezwykle weseli.

Powieść Mizuro można by zbyć wzruszeniem ramion – ot, tania prowokacja. Ktoś, kto chciałby w ten właśnie sposób odczytać Stowarzyszenie wesołych straceńców, na pewno znajdzie w tekście powieści stosowne argumenty na poparcie tezy o słuszności takiego właśnie odczytania. Dla przykładu: Mizuro lubuje się w detalicznych, miejscami ocierających się o pornografię opisach damsko-męskich zbliżeń oraz znajduje szczególne upodobanie w przedstawianiu alkoholowych libacji (choć – trzeba przyznać – tu akurat nie brak pisarzowi inwencji, motywy „imprezowe” są naprawdę zaskakujące i barwne, do tego stopnia, że – zaryzykuję takie twierdzenie – wejdą do klasyki polskiej prozy alkoholowej; kto ciekaw, niech zajrzy do powieści, nie chcę podawać przykładów, by nie wyszło na to, że promuję spożywanie alkoholi wysoko, ale to naprawdę wysoko procentowych). Z drugiej jednak strony w Polsce wciąż dominuje przekonanie, że dyskurs o przeszłości kraju, a już szczególnie o dramatycznych epizodach tejże przeszłości, powinno się prowadzić tylko i wyłącznie w wysokich rejestrach. Ot, bohaterowie ginęli, zwykli ludzie cierpieli, a wszystkim im cześć i chwała. Oczywiście, komu cześć i chwała, temu należy się pomnik. Nie należy jednak zapominać, że nawet w „czasach zarazy” toczyło się zwykłe życie, ludzie kochali, nienawidzili, zdradzali, kradli, zabijali z niskich pobudek, robili mniejsze lub większe świństwa. Właśnie o tym starał się przypomnieć Mizuro i przy okazji przewietrzyć nieco naszą historię. A że zrobił to nieudolnie – cóż, takie prawo debiutanta.



Robert Ostaszewski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas