poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TERESA WALAS
Smuga cienia, smuga światła
[Ewa Lass, „Urodziny”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000] Dekada Literacka 2009, nr 3 (235)

W pięć lat po swoim świetnym, acz – jak na dzisiejsze czasy – późnym debiucie, Ewa Lass wydała nową powieść, zatytułowaną Urodziny. W przeciwieństwie jednak do jej pierwszej książki, która olśniewała artystyczną pomysłowością i łatwo pozwalała się sklasyfikować jako brawurowa, postmodernistyczna gra z tradycją, ta druga na początku wywołuje zdziwienie czytelnika, a nawet wprawia go w rodzaj zakłopotania. Autorka bowiem, tak wprawnie żonglująca wcześniej konwencjami, tak chętnie przenicowująca je ironią, teraz jakby zawróciła – może przewrotnie ale jednak i z powagą – ku wczesnodwudziestowiecznym, modernistycznym źródłom: do Virginii Woolf, a nawet do polskich autorek uprawiających przed wojną miękkie eksperymentatorstwo powieściowe – do Kuncewiczowej, Boguszewskiej, Gruszeckiej. Bo rama kompozycyjna jej nowej powieści ma charakter fabularnego toposu i opiera się na zamyśle doszczętnie zdawałoby się już wyeksploatowanym we wszystkich literackich rejestrach: wysokim, średnim i zgoła popularnym. Oto bohaterka utworu, Elżbieta, obchodzi swoje 45 urodziny, a właściwie nie tyle je obchodzi, co spędza samotnie na porządkowaniu rzeczy zmarłego przed dwoma tygodniami ojca. Przeglądając, segregując przedmioty, papiery i fotografie, porusza pokłady własnej pamięci, puszcza wstecz jej rozgałęziony, wielowątkowy film. Trudno więc o banalniejszy chwyt kompozycyjny, ale w tym banale jest coś z ostentacji; jakby autorka chciała powiedzieć – oto świadomie posługuję się schematem, by uczynić go niewidocznym, by tym łatwiej rozpiąć na nim fabularną tkaninę. I w istocie, materia fabularna, jaka schemat ów wypełnia, odznacza się rzadko spotykaną gęstością i fakturą. Z odsłon pamięci – fragmentarycznych i rozsypanych w rwące się asocjacyjne ciągi, ale w toku postępującej lektury dających się bez trudu ułożyć we względnie spójną i rozległą całość – wyłania się postać bohaterki i obraz jej rodziny. Jest w tym obrazie historia, polityka i życie społeczne, ale wszystko to zostaje w szczególny sposób przełamane w indywidualnej biografii, przekierowane nią jak zwrotnicą na odmienne, niż gotowi jesteśmy się spodziewać, tory. Ma się wrażenie, jakby Lass zbudowała sobie (czy tylko przywołała?) stereotypowe wyobrażenia o polskim losie zawarte w kulturze i w niej cyrkulujące pod postacią rozmaitych Polskich dróg, po to, by je potem delikatnie rozmontować, nie tylko przetasowując w nowe konfiguracje, do czego wystarcza zwykła pomysłowość, ale i podkładając pod nie ładunek egzystencjalnego doświadczenia, które je częściowo rozsadza i wypełnia własną energią.

Historyczno-obyczajowe tło powieści obejmuje lata Polski Ludowej, acz otwierają się w nim dużo głębsze perspektywy czasu fabularnego. Ojciec bohaterki, Tadeusz Lasocki, przychodzi na świat przed I wojną światową w rodzinie ziemiańskiej, ale już wrastającej w przemysł, czerpiącej zyski z przetwórstwa owocowego. Z tą też gałęzią gospodarki ma i on z woli swojego ojca związać swą przyszłość, choć własne zainteresowania skłaniają go ku sztukom pięknym. Posłuszny ojcu, niedopuszczającemu nawet myśli o sprzeciwie, wybiera Wyższą Szkołę Handlową; zanim ją jednak ukończy, wybucha wojna. Zmobilizowany walczy w kampanii wrześniowej, przechodzi przez obóz jeniecki. Okupację spędza wraz z rodzicami i dwiema siostrami w Krakowie, pracując w firmie spożywczej zapewniającej dobre papiery. Konspiruje, uczy się, najprawdopodobniej także – zakochuje się, czy nawet planuje małżeństwo z dziewczyną, po której w rodzinie pozostał jedynie ślad: imię Kamila wytropione przez siostry. Aresztowany w wielkiej niedzielnej łapance w lecie 1944 roku dostaje się do obozu w Płaszowie, ale dzięki staraniom swojego szefa dość szybko wychodzi na wolność. Zapada na płuca, a przyszedłszy jako tako do siebie, ku zdumieniu wszystkich i nie zważając na opór rodziny, żeni się ze spotkaną podczas pobytu w szpitalu córką dawnej gospodyni, prowadzącej im przed wojną dom. Z tego związku w jesieni 1945 roku rodzi się Elżbieta.

Motyw mezaliansu, na wstępie już pozbawiony mocy, bo wypruto z niego wszelką miłosno-erotyczną ekscytację (Elżbieta po latach nadal nie wie, co kierowało ojcem i co naprawdę połączyło jej rodziców), ma w powieści funkcję konstrukcyjną, spaja bowiem dwa różne społeczne środowiska, między którymi krąży bohaterka, a które autorka portretuje z rzadkim dziś epickim rozmachem. I nawet jeśli rozmach ów jest tylko postmodernistyczną sztuczką, zręczną podróbką epickości, pastiszowym efektem, to efekt ten uznać należy za ze wszech miar udany i świadczący zarówno o społecznej wiedzy, jak i historycznym słuchu autorki. Te krakowskie dobre domy, egzystujące po wojnie na skraju nędzy i wydobywające się z niej rozmaitymi sposobami, obejmowane dozorem kwaterunku, zaludniane przez nasłanych przymusowo lokatorów, ale zachowujące w swoich meblach, dywanach, obrazach pamięć lepszych czasów; ci wujowie i ciotki, wytrąceni przez podwójny kataklizm ze swoich dotychczasowych kolein, z trudem łapiący równowagę w nowej rzeczywistości, a zarazem trzymający się, bodaj w części, dawnych przyzwyczajeń. Szlachetność i komizm, hart ducha i strach, poczucie godności i najróżniejsze formy upokorzenia, jakich dostarczało życie. Babcia Beta, po której Elżbieta odziedziczyła imię, utrzymująca się przez jakiś czas z wypieku ciast (dziadek aresztowany pod zarzutem szpiegostwa najprawdopodobniej nie przetrwał więzienia, acz okoliczności jego śmierci pozostały niewyjaśnione), ale co piątek organizująca brydża dla swoich pań. Po drugiej stronie babcia Aniela wciąż czytająca Żywoty świętych, skrupulatnie tłumacząca sny, umiejętnie odczyniająca uroki i odznaczająca się mimo braku wykształcenia niezwykłą sprawnością pióra. Co zrobiło wrażenie nawet na Bolesławie Bierucie, gdy babcia po raz któryś pominięta w kolejce do mieszkania, choć była wdową po zasłużonym dla ojczyzny – co prawda nie ludowej jeszcze – tramwajarzu, rozgoryczona niesprawiedliwością nowego ustroju, napisała list do prezydenta.

Ten wszakże pieczołowicie utkany kokon historyczno-obyczajowy jest w znacznej mierze tylko gniazdem przygotowanym przez autorkę dla trojga przede wszystkim bohaterów, wcielających trzy różne samotności. Samotność najintensywniejszą dźwiga niewątpliwie ojciec Elżbiety, Tadeusz Lasocki – zamknięty w sobie, opancerzony, niedostępny jak twierdza opasana szeroką fosą, wykonujący sumiennie znienawidzony przez siebie zawód ekonomisty w niewielkim przedsiębiorstwie, by wróciwszy do domu znajdować schronienie w swoim azylu: w książkach o sztuce. Milczący z natury, po wojennych przejściach jeszcze bardziej skryty, właściwie nieujawniający uczuć, nie mówiąc o namiętnościach, którym najwidoczniej nie dawał do siebie dostępu. Córce i synowi poświęcał tyle uwagi, ile uważał za konieczne, żonę szanował i cenił, ale nie łączył go z nią żaden rodzaj fascynacji. Dorósłszy, Elżbieta zdała sobie sprawę, że nie jest dzieckiem miłości, i raczej odsuwała od siebie myśl o chwili swojego poczęcia. Tadeusz był niewątpliwie przywiązany do matki, choć irytowały go jej różne ekstrawagancje; jego stosunki z ojcem, wobec dzieci chłodnym i władczym, bywały napięte, tym więc głębiej wstrząsnęła nim jego śmierć. Nie udzielał się towarzysko, odwiedzał głównie rodzinę, choć raczej z poczucia obowiązku niż z potrzeby serca. Starał się nie wchodzić w zatarg ze światem, ale też nie ustępował mu w niczym, co uznawał za ważne, i zapewne udało mu się przeżyć życie bez sprzeniewierzenia się sobie. W dniu, w którym premier Mazowiecki wygłaszał swoje pierwsze przemówienie w sejmie, Tadeusz Lasocki wspiął się na parapet okienny, by poprawić antenę źle odbierającego telewizora, stracił równowagę i upadł na podłogę. Stwierdzono wylew, po którym żył jeszcze rok, pod opieką córki – jak przez ostatnie kilka lat.

Samotność Zofii, matki Elżbiety, przybrała w Urodzinach postać najłagodniejszą. Nie tylko dlatego, że pod wieloma względami Zofia ukazana jest jako przeciwieństwo męża: uczynna, troskliwa, łatwo nawiązująca kontakty z ludźmi, spalająca się w codziennych sprawach. Także z tego względu, że Zofia żyje w przeświadczeniu o niewątpliwej i stałej obecności Boga, którego wyroki są wprawdzie niedocieczone dla jej umysłu, którego jednak prawo jest święte i nie podlega żadnym negocjacjom. Wszystko, co Zofia robi, zostaje obrysowane światłem Transcendencji i w tymże świetle ogląda też ona swoich bliskich. Stąd jej rozdwojenie na pełną poświęcenia troskliwość doczesną i nieprzekupną surowość stojącą na straży wiecznego zbawienia. Ta nieustępliwa walka o dusze odcina jej drogę do bezwarunkowej miłości i na swój sposób oddala od niej dzieci, które zbaczając z traktu przykazań, uciekają przed jej wzrokiem. Gdy jednak jej ukochany syn, którego stan wojenny zastaje za granicą, porzuci żonę i dziecko, by związać się tam z inną kobietą, Zofia najzwyczajniej w świecie umrze z rozpaczy, co medycyna zdiagnozuje jako zawał serca.

Pomiędzy tym dwojgiem rodziców wyrasta najważniejsza, zbuntowana samotność głównej bohaterki, Elżbiety. Zbuntowana, bo uparcie zmierzająca do zniesienia siebie przez zatracenie się w innym człowieku. Autorka Urodzin rysuje niezwykły portret kobiety o przenikliwym i chłodnym umyśle, a zarazem o zwiększonym uczuciowym łaknieniu, które nie tylko wyłącza jej inteligencję, ale stępia prosty instynkt samozachowawczy. Pierwszą klęskę Elżbieta poniesie jako dziecko we Freudowskim dramacie rodzinnym, zabiegając bez skutku o uczucia ojca, ale i nie powielając potem obrazu kobiecości wcielanego przez matkę, więc i w niej nie znajdując oparcia. I wszystkie jej późniejsze miłosne inwestycje okazują się równie niefortunne – zbyt wysoko wyceniają swoje obiekty lub są po prostu źle ulokowane. Teraz wszakże i gwałtowne oczarowania – jak krótki paryski romans ze znanym filozofem, przerwany stanem wojennym i powrotem do Polski, i wieloletni, starannie ukrywany przed matką związek z przyjacielem brata, znacznie od niego starszym i żonatym z jej szkolną koleżanką, i rozsądne, choć spełzające na niczym próby ułożenia sobie życia z przyzwoitym, jak mawiała matka, człowiekiem – wszystko to układa się w pamięci Elżbiety w zdumiewającą ją samą cudzą biografię. Autorka najwyraźniej sugeruje, że choroba i śmierć ojca powoduje wyhamowanie owego uczuciowego rozpędu, jaki Elżbieta wzięła w dzieciństwie, gdy uczyła się na pamięć haseł z encyklopedii historii sztuki, by ojciec uśmiechnął się do niej i powiedział swoje No, proszę, proszę. Porządkująca teraz rzeczy ojca bohaterka pokazana została jako istota zmierzająca do bezruchu, wrośnięta w samotność, która jest rodzajem pustej wolności. Ten stan kontrastuje ze zgiełkiem życia politycznego dochodzącym z radia, ze zgromadzonych w pokoju gazet, które do niedawna codziennie czytywała ojcu. Tak rozpalające ją kiedyś sprawy wydają się jej teraz mało ważne, jak pozbawiony znaczenia jest fakt, że mogłaby dziś bez trudu dostać paszport i pojechać do Paryża. U schyłku dnia, kiedy większość papierów jest już posegregowana, w szufladzie biurka, wcześniej pominiętej, Elżbieta natyka się na zeszyt zapisany pismem ojca, choć nie tak wyrobionym jak to, które pamięta. Znowu więc pojawia się w powieści natrętny, zbanalizowany motyw, ale – jak się okazuje – częściowo zneutralizowany i przemieszczony. Zeszyt ten bowiem nie zawiera żadnych rodzinnych tajemnic i nic z rzeczy, których czytelnik i bohaterka pragnęliby się dowiedzieć, nie zostanie wyjaśnione: ani wojenna miłość ojca, ani motywy jego małżeństwa, ani śmierć dziadka. W zeszycie znajdują się luźne zapiski młodego Tadeusza, dwudziestoparoletniego wtedy mężczyzny, kilka niewysłanych listów (czy ich bruliony?) pisanych do przyjaciela, który zginąć miał później w pierwszych dniach wojny. Są to rozważania o życiu, plany na przyszłość, projekty różnych, fantastycznych niekiedy przedsięwzięć. Myśli miejscami głębokie, miejscami naiwne, ale nasycone żarem młodości i wypełnione, jak powietrzem, właściwą jej nadzieją. Ta lektura niespodziewanie wstrząsa Elżbietą: widzi ten projekt istnienia raz na zawsze dopełniony w tak innej, w tak ułomnej wersji. Po raz pierwszy od śmierci ojca płacze; płacze nie z powodu utraty jego fizycznej osoby, ale z żalu za tamtym niezaistniałym, zaprzepaszczonym życiem. Tym płaczem obejmuje też swoje życie; i w tymże akcie rozdzierającego rozczulenia, ale i w oślepiającym błysku trwogi – odzyskuje siebie. Nie ma w tym ani martwoty wcześniejszego pogodzenia się z losem, ani tchnienia naiwnej wiary w łatwą jego odmianę; jest zatrzymanie się w ruchu, które nie oznacza stagnacji, lecz nabieranie oddechu. Pustka przemienia się w naczynie. Zakończenie powieści ma, jak łatwo przewidzieć, charakter otwarty i nie wieńczy go żadna spektakularna puenta. We włączonym właśnie telewizorze toczy się kolejna debata przed drugą turą prezydenckich wyborów, gdy bohaterka dzwoni do Szwecji do brata, z informacją, że nie weźmie urlopu i nie przyjedzie zaopiekować się jego synkiem. Rozmawiając z nim, myśli o niezwykłej, żółtej, prawie złotej begonii, którą widziała dziś na dole w kwiaciarni i z której kupna po chwili wahania zrezygnowała. Postanawia, że jutro rano jak najwcześniej zejdzie po nią i ją kupi.

Streszczona powieść Ewy Lass sprawiać może wrażenie dość prostej freudowsko-jungowskiej czytanki. Jej wszakże siłą jest nie tylko owa gęstość fabularnej materii, o której była już mowa, lecz także styl, czy raczej ton: chłodny, nasycony przenikliwą ironią, chciałoby się powiedzieć – Mannowski. Ten typ narracji, równocześnie przylegający do świadomości głównej bohaterki, ale i nieznacznie względem niej zdystansowany, tworzy swoisty efekt obcości, co destyluje psychologizm i „życiowość” przedstawionych zdarzeń i nie pozwala czytelnikowi na nadmierną poufałość i łatwe współodczuwanie. Urodziny, choć pozbawione standardowych wyznaczników feministycznej prozy, są bez wątpienia powieścią poczętą z głęboko feministycznego, jeśli można się tak wyrazić, ducha, jedną z najciekawszych powieści kilku ostatnich lat.



Teresa Walas

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas