poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Odkrycie
[Katarzyna Szybińska, „Opowieści na wynos”, Wyd. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2009] Dekada Literacka 2009, nr 3 (235)

Pisząc niedawno w „Dekadzie” o moich marzeniach i oczekiwaniach lekturowych, narzekałam na nieobecność w naszej literaturze powieści campusowej. Okazało się, nadspodziewanie szybko, iż rzeczywistość literacka wypełniła ten brak. Wydawca powieści, o której za chwilę, ma dobrą rękę (i oko, a także słuch) do prozy niekonwencjonalnej i  tematycznie niebanalnej. Paweł Dunin-Wąsowicz, odkrywca Doroty Masłowskiej, postawił tym razem na powieść autorki nieznanej, która, być może, uznana zostanie za prawdziwą rewelację. I jest to właśnie „powieść profesorska”.

Ponieważ autorka nie funkcjonuje w krytycznym obiegu, czy to niszowym czy mainstreamowym, zakładam, że jest ona nieznana i relatywnie młoda. Ale dlaczego właściwie, skąd to przeświadczenie? Młoda, powiadam, i zastanawiam się od razu nad tym domysłem. Młoda, zatem środowisko, które wzięła na warsztat jest determinowane przez jej wiek; studentka? asystentka? młoda kobieta pisząca kobietą? nieznana? a może znana, ale tylko jako uczona? To przypuszczenie sugeruje, iż wydawca zręcznie i przewidująco pozwolił swojej autorce na założenie maski. Uda się, czyli książka zwróci uwagę krytyków – odsłonimy prawdziwe oblicze. Nie uda się – zwalimy winę na debiutantkę. Więc jak to jest? Postawiona przed tym dość zagadkowym splotem pytań postaram się tym niemniej jakoś je rozwiązać, mając świadomość, iż moje czytanie może okazać się spektakularną pomyłką.

Fabuły campusowe są w  polskiej literaturze dość skromne; przedstawię w skrócie tę, która buduje Opowieści na wynos. Opowiada ją narratorka-kobieta, która z pewnego oddalenia obserwuje perypetie głównej bohaterki: cała powieść ujęta jest bowiem w klamrę „historii sprzed lat”, która już się wydarzyła, jest retrospekcją, aczkolwiek zreferowaną w głównym korpusie tekstu w  czasie teraźniejszym.

Autorka – perfidnie, jak się wydaje – nie kryje przed czytelnikiem, jakie konkretne miejsce odtwarza, wręcz przeciwnie, podrzuca nam nietrudne do rozpoznania szczegóły owej lokalizacji, utwierdzając co poniektórych w następującym mniemaniu: znamy to, byliśmy tam, czasem kontur postaci wydaje się znajomy. Na ile możemy się z tym światem, jako czytelnicy postronni, a nie tylko dobrze zorientowani i domyślni, zżyć? Czy możemy go zaakceptować w jego wymiarze nie tylko anegdotycznym? I  to jest moje pytanie zasadnicze.

Bohaterka powieści (w wieku średnim, stwierdzam po namyśle) jest uczoną, może lepiej badaczką, o dość już ustalonym statusie profesjonalnym, tym niemniej jej głównym psychologicznym problemem wydaje się nieumiejętność integracji z własnym środowiskiem zawodowym. Zawsze wycofana, albo, przeciwnie, nadmiernie emocjonalna, kobieta-uczona na skraju załamania nerwowego, podejmuje liczne próby, aby zasłużyć sobie na aplauz środowiska, by w efekcie móc decydować o jego strukturze, planach naukowych na przyszłość i karierach młodszych kolegów. Problem stary jak świat: nieprzystosowanie połączone z  ambicją znane jest różnym środowiskom, nie tylko uniwersyteckim.
Ale ta bohaterka jest szczególna, autorka zaś, zarysowawszy tło obyczajowe kreską grubą i poniekąd uniwersalną, bierze się za swoją uczoną, żeby zrobić z niej postać powieściową. I tutaj zainteresowanie czytelnika powinno eskalować, bo jest to postać, jeszcze raz podkreślam, na wskroś oryginalna.

Jej główne zajęcie zawodowe stanowi, jak można się domyślać, czytanie książek. Książki przenikają osobowość i właśnie w miejscach wybieranych przez nią lektur zawiązuje się węzeł powieściowej fikcji. Książki bowiem zaczynają bohaterkę zniewalać, dominować, rozpływa się ona jak gdyby w roztworze cudzych fabuł, tracąc własną osobowość. Nie, Opowieści na wynos nie są kolejną wersją Fabulanta Anny Burzyńskiej, który myślał cytatami z dzieł teoretyków literatury, filozofów, w ogólności zaś dekonstrukcjonistów oraz postmodernistów, i był (jest) udaną ekwilibrystyką językową z ducha pastiszu. Bohaterka Szybińskiej bliższa wydaje się Tokarczuk i jej podróżnikom –  biegunom, podobnie w ruch wprawia ją zmiana miejsc, ale nie posuwa się szlakiem geograficznym, lecz wędruje półkami książek; pisarce nie chodzi jednakowoż o zbudowanie postaci będącej wcieleniem erudycji, taki zabieg byłby zbyt oczywisty.

Biblioteka jako temat symboliczny odegrała już istotną rolę w światowej literaturze. Tym trudniejsze jest zadanie pisarza (pisarki), próbującego (próbującej) opuścić tę sferę symboliczną. Nawet jeśli założyć, iż biblioteka tej bohaterki jest jak świat, nie wyróżnia jej bynajmniej żadna symbolika. To nie Borges ani Tomasz Mann. Znajdujemy się po prostu w nowoczesnej, a zatem zupełnie innej bibliotece. Mało ukojenia, tak poszukiwanego przez lektorkę, wiele cierpienia kulturowego.

Książki czytane i prze-czytane inną zgoła rolę pełnią: nazwać ją proponuję rolą chorobotwórczą. Im głębiej bowiem pogrąża się bohaterka w świat biblioteczny, tym bardziej traci osobowość i tożsamość. Proces rozkładu postępuje wolno, ale konsekwentnie. Jego finałem – tragicznym – okazuje się utrata języka. Bohaterka, pod presją mowy cudzej, sama zaczyna pisać i mówić cudzymi językami. Indywidualne pismo rozpada się, osobowość przestaje być jej własnością. W tym momencie powieści kończy się groteskowa relacja o pewnym środowisku, zaczyna zaś opowieść o chorobie.

Przypomina się oczywiście Obłęd Jerzego Krzysztonia, ale choroba bohaterki Szybińskiej różni się, w sposób dający do myślenia, od Krzysztoniowego szaleńca zamkniętego w domu wariatów PRL-owskich. Ta bohaterka przeżywa swój chorobowy epizod w innych czasach historycznych i w innych czasach umysłowych: jej poszukiwanie tożsamości wyrasta na podłożu neo-post-modernizmu, jej chwiejność wewnętrzna to przypadek utraty równowagi duchowej tych, którzy czytali Adorna, Blooma i Agatę Bielik-Robson, a wciąż zastanawiają się nad tym, czy należy czytać Žižka. Co prawda, ani bohaterka, ani narratorka nic o tym nie napomykają, ale na mglistym horyzoncie doświadczenia i ta rozterka się rysuje.

Czy tę chorobę da się wyleczyć? Udział w terapii biorą, początkowo, koledzy i koleżanki bohaterki, ale ona sama stopniowo ucina te więzy. Ostatni na placu boju, jeśli tak można powiedzieć, pozostaje kultowy profesor teorii literatury, świetnie zresztą, jako postać powieściowa, skonstruowany. Autorce udało się papierową formę „profesorską” przekształcić w atrakcyjną cielesność i literatura polska otrzymuje w efekcie, bodaj po raz pierwszy, bohatera, który nie jest sztywnym rezonerem, zaniedbanym acz mądrym staruszkiem, damą w fildekosowych, opadających pończochach, mędrcem wyniosłym i konfekcyjnie wytwornym, ale kompletnie pozbawionym psychicznych wnętrzności i tak dalej, i tak dalej… lecz mężczyzną pociągającym nie tylko ze względu na swoją atrakcyjną bibliografię. Jego podkoszulki mogą wzbudzić namiętność i o taki efekt, jak się wydaje, autorce chodziło.

Pomiędzy nim a bohaterką nawiązuje się szczególna więź, przypominająca układ mistrz-uczeń, ale, wbrew naszym oczekiwaniom, treścią owego układu jest nauka życia, a nie prowadzenie adeptki poprzez meandry „stanu badań” różnych gałęzi humanistyki. Tym sposobem narracja wydostaje się z kokonu mimetycznej opowieści, stając się komentarzem psychologicznym, który rodzi się w mało znanej czytelnikowi dziedzinie, jaką jest bez wątpienia świat specjalistycznych uczonych. Odważny pomysł, a – co ważniejsze – świetne wykonanie!

Powracam jednakowoż do fabuły. Za najlepszą bodaj scenę powieści uważam relację z towarzyskiego przyjęcia, jakie bohaterka wydaje w celach integracyjnych (za radą światłego profesora). Bankiet decyduje o groteskowym stylu i oglądzie świata tak charakterystycznym dla Opowieści… i ten fragment zadecyduje zapewne o miejscu tej prozy w pewnym tradycyjnym ciągu: nie waham się postawić na początku tego łańcucha Wesela, by dojść do Marsz Polonia Jerzego Pilcha.

Być może prototypy niektórych postaci dają się zidentyfikować – ale ta zabawa, jak wiadomo, nie ma długiego życia, klucze personalne zużywają się szybko. Ale moim zdaniem, do obowiązkowego katalogu polskiej groteski przejdzie scena, kiedy to na przyjęciu zjawia się znany poeta, skądinąd przedmiot badań paru osób ze zgromadzonego towarzystwa. Poeta, wiek średni, drobna buzia o dziecinnym grymasie, manieryczny głosik, fioletowy szaliczek, pewność i wzniosłość w zachowaniu, pobudza towarzystwo do aktów interpretacyjno-intelektualnych; otaczają go kobiety spragnione autokomentarza z pierwszej ręki; nasila się atmosfera hołdu; główna bohaterka nie może znieść narastającego napięcia, aczkolwiek poeta jest zaproszonym i oczekiwanym gościem. Jej kryzys psychiczny przypada na węzłowy moment konwersacji, gdy urocza brunetka pyta poetę, nad czym obecnie mistrz pracuje. Poeta udziela odpowiedzi, z której nic konkretnego co prawda nie wynika, ale jest ona na tyle niejasna, iż może spowodować w konsekwencji poniechanie niektórych badań nad liryką poety lub, co gorsza, ich przeformułowanie. Poeta wylicza swoje lektury, przerażona bohaterka biegnie do kuchni, gdzie skrycie wychyla kolejne porcje mocniejszego alkoholu. Sytuacja staje się dramatyczna, na szczęście również komiczna. Gospodyni na skraju pijaństwa, poeta na skraju skandalu. Błyskotliwe dialogi. I jak to w dobrej prozie bywa, przypadek decyduje o rozwiązaniu.

Nagle poeta potyka się, być może na jakiejś nierówności parkietu. Aby zachować równowagę, wspiera się o półkę z książkami tak mocno, że poszczególne tomy wypadają ze swojego sztywnego szeregu. Następuje poruszająca scena, przypominająca seans mediumiczny. Głosy książek, które dręczyły bohaterkę, opuszczają ją, słychać gwar książkowych duchów, który stopniowo zanika. Uleczona chora wydaje przenikliwy okrzyk ulgi, jak przy egzorcyzmach, i pędem biegnie do kuchni, żeby wychylić kolejny (niestety) kieliszek za zdrowie swojej wreszcie oczyszczonej duszy. Zdumieni goście otaczają ją kręgiem, śmiejąc się i płacząc. Nikt nie zwraca uwagi na mistrza, który chcąc nie chcąc, opuszcza po angielsku zgromadzenie. Wzniosłość zaprzeczona, ideał sięgnął, w pewnym sensie, bruku.

Polska literatura nowoczesna zna oczywiście śmiech i humor, biegnie przez nią, jak powiedział jeden z badaczy, „nić komiczna”. Często jednak bywa to śmiech wulgarny, dowcip błazeński a płaski, język grubiański, groteska niczym się nie tłumacząca. Tym razem osiągnięta zostaje równowaga pomiędzy dwoma światami: realistyczny świat campusu staje się światem na opak, ale jego karykaturalna wersja nie jest odpychająca: to, co zdekonstruowane, dalej wydaje się równie ważne jak to, co skonstruowane. Powieść kończy się sceną będącą swoistą apoteozą życia, co rzadkie w naszej współczesnej literaturze. Demony zostają przegnane i unicestwione, bohaterka (nawet) trzeźwieje, spiritus movens owego spektakularnego oczyszczenia bierze ją pod ramię i wychodzą razem w szeleszczącą jeszcze głosami duchów noc. Świat wokół znów jest normalny, to znaczy nie straszny. Świat jest piękny i przemawia żywymi, nie papierowymi głosami, mijają ich ludzie obleczeni w skórę i zwierzęta nie wypchane. Więzi erotyczne pomiędzy profesorem i uczoną nie nawiązują się, na szczęście. Ale zakończenie uznać wolno za otwarte. W czytelniku budzi się zbawcze oczekiwanie: na ciąg dalszy, na romans z krwi i kości, o wysokiej jakości dobrego papieru…

To zbyt anachroniczne, powie ktoś. Być może pretensja ta byłaby słuszna, gdyby nie nowatorski, skrzący się humorem język tej powieści. To on zapewne zwrócił uwagę wydawcy, który w temacie niemodnym i nie-medialnym dostrzegł jednak szansę zaistnienia dla tej książki jako pewnego obrazu nowoczesności; nie musimy znać żadnego środowiska, a więc również tego campusowego, ale możemy je odnaleźć w języku. Tak też uczyniła Szybińska – i stała się autorką, która zaskakując, wygrywa.

*
Można by zakończyć tę rekonstrukcję formułą znakomitego Przemysława Czaplińskiego: w miejsce „Polski do wymiany” (tytuł ostatniej książki krytyka) postawmy „uniwersytet do wymiany”. Nie brzmi to może poważnie, ale zawiera jakieś ziarno prawdy. Czapliński jako krytyk o dużej sile dyskursu perswazyjnego usprawiedliwia poniekąd taką kodę. Skoro Polskę da się (a może trzeba?) wymienić, dlaczego nie wymienić uniwersytetu, albo chociażby mniejszych jego komórek i organizmów badawczych? On już został w tej powieści zdekonstruowany, a stąd krok tylko prowadzi do posunięć bardziej generalnych. Słowem, bez żartów już, Katarzyna Szybińska nie jest zapewne Masłowską, ale zbliża się do jej formuły pisarskiej w sposób arcyciekawy.

Używa języka pozornie, jak się okazuje, wyeksploatowanego. Bowiem w jakimś, trudno uchwytnym momencie, jej narracja okazuje się pastiszem, zatem tkwi w niej empatyczne, nie tylko groteskowe, jądro. Zaczynamy podejrzewać, iż autorka i bohaterka powieści jest, po prostu, tą samą postacią. Ale tutaj następuje niespodzianka: głos, który prowadzi narrację, należy do postaci skonstruowanej w celu odegrania roli komentatora (a właściwie komentatorki), i  postać owa do końca pozostanie tajemnicza: nie wiemy, kim jest, jak się nazywa, czym się zajmuje. Bo przecież nie jest to narrator wszechwiedzący, zatem do pewnego stopnia pozostaje odczłowieczony. Ważniejsza wydaje się jego siła komentującą, która działa w sposób zaskakujący i twórczy: z chaotycznej masy kawałków oraz incydentów, buduje powieść szkatułkową, a może również prze-pracowaną (w Bloomowskim sensie) wersję Biegunów.

Temat powieści, który zdawał się nieodwołalnie skryty w archiwum, nabiera odkrywczych – formalnie i treściowo – znaczeń. Otwiera się nowy nurt w polskiej prozie: poważny i śmieszny, nowoczesny, ale zabarwiony pastiszową nutą przeszłości, nurt gier interpersonalnych i gier pomiędzy przedmiotami, słowem, gier nieznanych dotąd polskiej literaturze w takim wykonaniu.

Gratuluję zatem wydawcy, wyrażając nadzieję, iż areopag krytyczny rozpozna tę powieść, nie pozwalając jej zginąć w oceanie innych tytułów. Wojna na bibliografie może okazać się równie atrakcyjna jak potyczki w przestrzeni blokowiska.



Marta Wyka

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas