poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA MIZURO
Niekończąca się krucjata
[Krzysztof Soja, „Pogromca”, Wydawnictwo Na Bakier, Wrocław 2001] Dekada Literacka 2009, nr 3 (235)

Antysemita przyznaje Żydowi byt choćby przez to, że go neguje, że pragnie go zniszczyć. Lecz przyznaje tym samym, uznaje go za wroga, czyli jednak partnera, angażuje się w niego aż do paroksyzmu i trwałej obsesji i przez to samo czyni z żydostwa rację swojego własnego istnienia. Antysemita nie może żyć bez Żyda, nie może istnieć, czuć, myśleć… – tak przed laty próbował zdefiniować tę szczególną postawę Sławomir Mrożek w Nosie (który swój pierwodruk miał w paryskiej „Kulturze” 1984, nr 7–8, a ostatnio został przedrukowany w zbiorze Tango z samym sobą, Kraków 2009). Jak większość ludzi potępiających antysemityzm, Mrożek przygląda się tej fobii z dystansem – usiłuje dociec, na czym polega jej specyfika, a jednocześnie ironicznie podkreśla jej całkowitą irracjonalność. Cóż to bowiem oznacza nie móc „istnieć”, a tym bardziej „czuć”? Najbardziej rozwiniętemu ze ssaków wróg nie jest potrzebny do przetrwania jako takiego, a jedynie do nadania mu treści. Czy wręcz – jak chce autor Nosa – sensu.

Osobliwe jest to, że właściwie nikt z podejmujących ten wciąż bolesny problem, nie zdobył się na to, by skrócić dystans do minimum. To znaczy: wejść w skórę antysemity i przemówić jego głosem. W polskiej literaturze antysemita nigdy dotąd nie wysławiał się w pierwszej osobie, lecz zazwyczaj albo artykułował swoje racje z boku, albo pokazany był w trakcie unicestwiania, czy to pośredniego (werbalna manifestacja nienawiści, denuncjacja), czy bezpośredniego (przemoc, z zabójstwem włącznie). Choć bywał usytuowany w centrum tragicznych wydarzeń, owo centrum stanowiło jednocześnie margines – symboliczne miejsce, na które zsyła się to, co społecznie nie do zaakceptowania.

Odbieranie antysemicie roli pierwszoplanowej ściśle wiąże się z tabu, jakim objęty jest ten typ, nazwijmy to, socjopatii. Tabu to zdaje się bardzo silnie ciążyć na naszych pisarzach, którym nie brak przecież odwagi, pozwalającej na wcielanie się w role monstrów: morderców, gwałcicieli czy ostatnio – zachowując proporcje, naturalnie – tajnych współpracowników służb bezpieczeństwa. Inna rzecz, że całkowite wejście w ciało i umysł potwora oraz próba odtworzenia językowego obrazu jego świata nie jest zabiegiem często stosowanym przez tzw. pisarzy „mainstreamowych”, natomiast chętnie sięgają po niego twórcy literatury popularnej.

Pogromca Krzysztofa Soi znacząco zmienia ten stan rzeczy.

Akcja Pogromcy rozgrywa się w latach 90. w Łodzi. Tam właśnie od urodzenia zamieszkuje główny bohater, 72-letni Józef Łopata. Przy ulicy Rewolucji 1905 roku, tej samej, przy której mieści się synagoga Reicherów, jedna z dwu zachowanych i do dziś działających łódzkich synagog. Józef widzi świątynię z okna swojego mieszkania, jest nieomal świadkiem jej dramatycznych losów, w tym zamknięcia w 1968 roku i pożaru, jaki spustoszył ją dokładnie dwadzieścia lat później, a także licznych aktów wandalizmu, kradzieży i prób zapobiegania im przez władze oraz spadkobierców fundatorów. Dzieje obiektu kultu są niemal symbolicznym odbiciem nastawienia Polaków do Żydów. Biorąc pod uwagę to, że akty agresji przeważają, trudno ów stosunek pierwszej nacji do drugiej nazwać zmiennym.

O ile opisując powojenną historię synagogi, autor oparł się na faktach, o tyle Łopata i inni bohaterowie powieści są oczywiście wytworami jego wyobraźni. Sprawców zamachów na synagogę było zapewne wielu, tylko raz, w 1998 roku, na gorącym uczynku ujęto trójkę nastolatków, tymczasem Soja czyni swojego protagonistę odpowiedzialnym za wszystkie niszczycielskie działania. Dokonując aktów zbezczeszczenia budynku lub je inspirując, ten fanatyczny antysemita toczy niekończącą się wojnę z wrogiem – Żydem. Nie mogąc uderzyć w prawdziwy obiekt nienawiści, mści się na tym, co go zastępuje. Warto przy tym dodać, że fobię tę wszczepia skutecznie synowi i wnukowi. Drugiego z nich oglądamy w barbarzyńskiej akcji otwierającej powieść.

Rekonstruując sposób myślenia swojego bohatera (będącego zarazem narratorem Pogromcy), Soja sięga do powszechnie dostępnych źródeł – antysemicko ukierunkowanych mediów, wystąpień nacjonalistycznych, antysemickich druków przygodnych. Choć proweniencja tych poglądów nie jest żadną tajemnicą, to bez trudu można je włożyć w usta zwykłego człowieka, by tak rzec – antysemity ukonkretyzowanego. Pisarz udowadnia, iż zarzuty wobec Żydów sprowadzają się do ledwie kilku, które bez trudu da się przełożyć na powtarzane wciąż slogany, także w powieści brzmiące niemal jak nachalny refren. Nie sposób więc, szukając przykładów choćby we frazeologii, wskazać rozbieżności pomiędzy niechęcią indywidualną a zbiorową nienawiścią, a także pomiędzy ideologiem a jego mniej lub bardziej pojętnym „uczniem”. Łopata musi mówić tak, jak mówią inni antysemici, bo istnieje tylko jeden, ograniczony antysemicki język. Różnica pomiędzy posługującymi się nim polega na stopniu agresji. Na tym czy owładnięty fobią jedynie pragnie – jak to ujął Mrożek – unicestwić wroga, czy też pośrednio lub własnoręcznie realizuje swoje pragnienie.

Soja nie określa zrazu tego, jakim typem antysemity jest Łopata, nie wykłada jego „programu” z miejsca. Autor przeplata bowiem wątek rozgrywający się w latach 90. z reminiscencjami ułożonymi w odwrotnym porządku chronologicznym: najpierw cofa się do lat 80., a potem, stopniowo aż do czasów II wojny światowej. Postać Łopaty nabiera coraz ciemniejszych barw, a natura jego czynów pozostawia coraz mniej wątpliwości. Co ciekawe, nigdy nie dowiadujemy się jednak, co właściwie wywołało chorobę. Autor pozostawia tę kwestię bez odpowiedzi, lokując ją w sferze sugestii. Być może w grę wchodził miłosny zawód (nie wiadomo, co naprawdę łączyło Łopatę z Anią Rubin i dlaczego skazuje na śmierć ją i jej rodzinę), ale równie prawdopodobne jest to, że bohater „oddziedziczył” nienawiść po swoich przodkach. Wiadomo natomiast, czemu służy konfrontacja dwu twarzy Józefa, współczesnej i dawnej, czy przybliżenie jego relacji z bliskimi i znajomymi. Jest on oczywiście symbolem zła, które – niezbyt głęboko – ukrywa się pod maską poczciwości. Bohater bez trudu łączy dwie skrajności: przyzwoitość wobec „swoich” z nieukrywaną skłonnością do agresji wobec „innych”. Jego „dwulicowość” uwidacznia się choćby w stosunku do synowej, nie podzielającej fobii teścia i otwarcie z nim walczącej. Kiedy jednak Zuzannie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, Łopata bez wahania rusza jej na ratunek. Już wcześniej zresztą uznaje jej postawę za słabość durnej baby Józef nie stara się przekonać Zuzanny do swoich racji, za to przed ślubem syna nie omieszka prześwietlić jej związków rodzinnych, by nie brać Żydówy pod dach.

Odkrycie szokującej przeszłości Józefa nie powinno być dla czytelnika niespodzianką. Ale ujawnienie wszystkich faktów i tak nie pomaga w zrozumieniu jego postępowania. Przeciwnie: nie sposób pojąć człowieka, który nie tylko przez lata dźwiga na sobie ciężar zbrodni, ale nawet nie próbuje się zmienić. Wyjaśnienie może być tylko jedno: Łopata nie czuje się winny. A skoro tak, to nic nie stoi na przeszkodzie temu, by jego prywatna krucjata trwała do końca życia.

Debiutancka powieść Soi z pewnością nie oznacza końca swoistej „zmowy milczenia”, lecz bez wątpienia jest pierwszym, naprawdę odważnym krokiem ku jej przełamaniu. Milczenia tego bowiem nie wolno traktować tylko jako wyrazu lekceważenia postawy reprezentowanej przez tysiące „Józefów”. W przypadku takich jak bohater Pogromcy, rzeczywiście obciążonych zbrodnią, lekceważenie równoznaczne jest z wybaczeniem.



Marta Mizuro

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas