poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Debiut Artura Kaniowskiego, czyli o nietypowym wywiadzie z byłym wojewodą
[Artur Kaniowski, „Niedokończona historia”, Wydawnictwo M.M., Kraków 2009] Dekada Literacka 2009, nr 3 (235)

W ostatnim dwudziestoleciu nie przeczytałem powieści, która byłaby na tyle zanurzona w wydarzenia i problemy naszej rzeczywistości, politycznej i społecznej, że z uwagi na ujęcie tej bogatej i jakże istotnej dla zrozumienia polskiej tożsamości tematyki szczególnie by mnie zafrapowała i zainteresowała. A przecież powieść taką można sobie wyobrazić. Oczywiście, najlepiej byłoby napisać samemu, gdyby talentu starczyło, no i cierpliwości do faktograficznego przygotowania się. Jeżeli jednak zamysł taki okazuje się niemożliwy, a w każdym razie trudny do spełnienia, pozostaje pomarzyć…

Myślę, że autorem mógłby być rówieśnik Cezarego Michalskiego i Andrzeja Horubały, autorów dość interesujących powieści, choć zbyt, rzekłbym, powierzchownie traktujących polityczną materię. Niech to będzie jego pierwsza powieść, taki udany, zaskakujący debiut. Autor to publicysta i reporter, ma na swoim koncie kilka scenariuszy filmów dokumentalnych, pisuje do pism i gazet o zabarwieniu prawicowym, i taki jest też bohater powieści, trochę, można się domyślać, porte parole autora: w każdym razie przedstawiciel tzw. pokolenia 60. Rafała Mierzyńskiego, bo takie nosi bohater nazwisko, poznajemy na kolegium redakcyjnym w tygodniku „Na Przełaj”, w którym jest zastępcą redaktora naczelnego. Przygotowywany jest numer poświęcony historii ostatniego dwudziestolecia, historii, która rozgrywała się na naszych oczach i rozgrywa nadal, w której odnaleźć można źródła aktualnych konfliktów politycznych i nastrojów społecznych. Naczelny proponuje zrobienie wywiadu z byłym wojewodą, jako osobą będącą już poza politycznymi układami, ale kiedyś znajdującą się w centrum wydarzeń. Wywiad chcieliby przeprowadzić dwaj młodzi dziennikarze. Rafał Mierzyński oponuje, obawiając się, że byliby oni zbyt agresywni wobec starszego już, schorowanego, mającego opinię porządnego, człowieka. Naczelny więc powierza to zadanie jemu. I ten moment stanowi właściwy początek powieści.

Rafał Mierzyński przygotowuje się do wywiadu starannie. Wypisuje sobie pytania i problemy, które mają stanowić osnowę rozmowy z wojewodą. Poznajemy je z korespondencji mailowej bohatera z żoną, która przebywa na rocznym stypendium w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracuje jako historyk sztuki w jednym z muzeów Nowego Jorku. Jak się okazuje, korespondencja ta, obfita i nie pozbawiona intymnych akcentów, spełnia w powieści ważną rolę: poznajemy dzięki niej bliżej bohatera, jego relacje rodzinne, jego uczucia do żony, i żony do niego, ale też znajdujemy w niej refleksje towarzyszące przeprowadzanemu wywiadowi. A wywiad rozwija się już nie tylko w wywiad-rzekę, ale w pełen dynamizmu dialog.

Pod wpływem rozmowy z wojewodą bohater kontaktuje się z dawno niewidzianym, starszym bratem, który według funkcjonujących w prawicowych wydawnictwach określeń, należy do tzw. generacji 84 (czołowym jej przedstawicielem jest Kwaśniewski). Rozmowa z bratem o ich ojcu, partyjnym działaczu, i o karierze brata skierowuje jego uwagę w stronę przyjaciela ojca i  brata stryjecznego ojca. Bowiem pod wpływem rozmowy z wojewodą odczuł potrzebę bliższego poznania ojca, którego poglądów, jako dojrzewający młody człowiek, nie akceptował i w związku z tym oddalił się od niego. Miał do niego przede wszystkim żal, że wstępując do PZPR odwrócił się od rodzinnej tradycji. Dziadek był działaczem PSL i w roku 1947 został wraz z żoną i najstarszym synem zamordowany przez bojówkę ubecką. O dziadku bohater napisał reportaż; fragmenty tego reportażu czytał wojewodzie.

Na początku wywiadu obaj rozmówcy, przedstawiając się, dość dokładnie opowiedzieli o sobie. Wojewoda, Tadeusz Rzymowski, rozpoczął karierę w roku 1990, kiedy premier Mazowiecki, z protekcji Lecha Wałęsy, powołał go na stanowisko wojewody. Wojewodą był też za rządów Bieleckiego, Olszewskiego i Suchockiej. Mimo utrzymywania dobrej kondycji fizycznej – starał się na przykład codziennie rano, przed pracą, grać w tenisa – stres związany z pełnioną funkcją spowodował rozległy wylew. Został sparaliżowany, ale po roku rehabilitacji ślady po paraliżu pozostały niewielkie. Mówił o swoim przywiązaniu do ojca, akowca, aresztowanego w roku 1947, skazanego na dożywocie, zrehabilitowanego i wypuszczonego z więzienia w roku 1956. O swojej pracy jako inżyniera elektryka w drugiej połowie lat 70. w ZRĘB-ie, gdzie poznał Wałęsę, o wstąpieniu, za namową Wałęsy, do nielegalnych WZZ, w których zajmował się akcją ulotkową. To na początku rozmowy. Mierzyński opowiedział o swoim ojcu, który jako młody chłopak, na fali gomułkowskiego entuzjazmu wstąpił do ZMS-u, a potem do partii, ukończył zaocznie studia inżynierskie, pracował w zakładach budowlanych; o matce, która wychowała go religijnie; o swojej żonie pochodzącej z  krakowskiej rodziny o adwokackich z dziada pradziada tradycjach, którą poznał w ruchu oazowym; o trójce dzieci, o swoich początkach w dziennikarskim zawodzie: pisywał do takich, teraz już wydawałoby się egzotycznych, zapomnianych, pism, jak podziemna jeszcze „Nowa Koalicja” (której redaktorem naczelnym był Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, pełniący ważne funkcje w rządach Bieleckiego i Olszewskiego, m.in. jako negocjator w wycofywaniu wojsk radzieckich z Polski), potem „Nowy Świat” i „Ład”, dopiero w połowie lat 90. dostał etat w tygodniku, gdzie pracuje do tej pory.

Jakie to pytania Rafał Mierzyński przygotował dla swojego rozmówcy, jakie problemy chciał poruszyć? Oto niektóre z nich: Czy musiało dojść do okrągłego stołu, który w opinii wielu działaczy spoza kręgu Wałęsy, Mazowieckiego i Geremka był przyczyną spowolnienia transformacji ustroju? Czy „Solidarność” po roku 89. mogła być taka sama jak w latach 80/81? Jaka była przyczyna „wojny na górze”? Dlaczego politycy zgrupowani w organizacjach prawicowych, potem zjednoczeni w ZCHN, byli marginalizowani? Co tak naprawdę stało się 4 czerwca 1992 roku? Jaka była przyczyna zwycięstwa postkomunistów w kolejnych wyborach?

Wojewoda nie odpowiada na te pytania, wątpliwości wprost. Snuje raczej opowieść o swoim życiu, o swoim udziale w biegu wypadków, które zdecydowały o przełomie ustrojowym. O narodzinach III Rzeczypospolitej. Nie cała opowieść jest przedmiotem rozmowy. Byłoby to zbyt nudne, jednostronne, monotonne. Dlatego autor co jakiś czas ukazuje życie Tadeusza Rzymowskiego w ujęciach retrospektywnych, narracja toczy się w trzeciej osobie. I w miarę rozwoju opowieści to wojewoda staje się głównym bohaterem. To on jest tym medium, dzięki któremu czytelnik ogląda niedawno minioną historię Polski odradzającej się po latach komunistycznego zniewolenia.

Bohater sięga pamięcią do pamiętnego sierpnia 1980 roku. Jako przedstawiciel swojego zakładu pracy zostaje wydelegowany do stoczni, gdzie toczą się rozmowy z wicepremierem Jagielskim. Jest świadkiem, wraz z setkami robotników, narodzin tego fenomenu, któremu nadano nazwę „Solidarności”. Gdy Niezależny Samorządny Związek zostaje zarejestrowany, po długich przepychankach, wybierają go na przewodniczącego Związku w  zakładzie pracy. W stanie wojennym unika internowania, ale musi się ukrywać w różnych mieszkaniach. Jego łączniczką zostaje studentka polonistyki, która pożycza mu utwory wydawane w Nowej i innych wydawnictwach podziemnych. To ona wprowadza go w świat literatury, ale i polityki. Sam zaczyna próbować pióra, publikuje artykuły w  podziemnym piśmie, założonym przez przyjaciół. Coraz więcej czasu przebywa ze swoją łączniczką, rodzi się uczucie. Autor jest w przedstawianiu tego romansu dyskretny. Nie wiemy, jak się on rozwinął, tym bardziej, że po roku znajomości dziewczyna zostaje aresztowana, a niedługo potem aresztują i Rzymowskiego. Zapada wyrok: 3 lata pozbawienia wolności. Jest rok 1983. Wypuszczony zostaje na fali pierwszej amnestii w roku 1984. Dowiaduje się, że dziewczyna z uwagi na chorobę została wcześniej zwolniona, otrzymała paszport i wyjechała z opiekunem, młodym pisarzem, do Paryża. Dojrzewa w nim podejrzenie: czy poszła na współpracę, wydała go i w nagrodę mogła wyemigrować? Pobyt w więzieniu przekonał go, jak nachalna potrafi być bezpieka i jak skuteczna w budzeniu podejrzeń i nieufności między współwięźniami. Na jesieni w roku 1989 udało mu się wyjechać do Paryża, zaprosił go znajomy Francuz, który przyjeżdżał w latach 80. do Polski z transportami darów. Odszukał dawną znajomą – wyszła za mąż za francuskiego dziennikarza, sama pracuje w radiu. Rozmowa w kafejce nie klei się, znajoma jest speszona, w nim odżywają wspomnienia. Jak się okazało, było to ich ostatnie spotkanie.

Po wypuszczeniu z więzienia Tadeusz Rzymowski wraca do pracy w podziemnym wydawnictwie. Poznajemy jego współpracowników, uczestniczymy w burzliwych dyskusjach redakcyjnych, które przeradzają się w dyskusje polityczne: Co dalej? Czy możliwy jest dialog z władzą, coraz bardziej wyizolowaną ze społeczeństwa? Jakie są naprawdę społeczne nastroje? Czy „Solidarność” ma szansę na odrodzenie się, na wyjście z podziemia? Rozmówca potwierdza, że takie same obawy żywili redaktorzy „Nowej Koalicji”, że w roku 1988 na łamach tego pisma toczyła się na przykład debata dotycząca projekcji rozpadu Związku Radzieckiego.

Rzymowski zostaje zaproszony przez Wałęsę do uczestniczenia w obradach Okrągłego Stołu. Bierze udział w pracach „podstolika związkowego”. Ściera się ze związkowcami OPZZ, którzy nagle stali się bardzo radykalni. Nie wszyscy jego przyjaciele, współpracownicy z redakcji akceptują jego „okrągłostołowe” zaangażowanie. Rodzą się wątpliwości, czy i tym razem opozycja nie zostanie oszukana przez komunistów. Na ile wybory będą wolne? Uczestniczy w kampanii wyborczej, wydaje z gronem przyjaciół i znajomych „Głos Wyborczy”. Nastroje się radykalizują, ale nadal obecny jest strach: jak zachowa się władza, gdy poniesie klęskę w wyborach. Ten strach obecny jest i po wyborach, i w czasie tworzenia rządu Mazowieckiego. Stale towarzyszy działaniom
opozycji demokratycznej.

O tym strachu mówi Rzymowski Rafałowi Mierzyńskiemu, który nie bardzo potrafi zrozumieć, dlaczego gdy już w innych krajach obalano komunizm, w Polsce nadal liczono się z przedstawicielami dawnej władzy. – Przecież – zauważa dziennikarz – wystarczyło odczekać kilka miesięcy, nie pchać się do rozmów, nie spiskować w Magdalence, a polscy komuniści w sytuacji zdychającej gospodarki i radykalizujących się nastrojów społecznych w innych krajach bloku wschodniego zmuszeni byliby do rozpisania wyborów. – I wtedy opozycję reprezentowaliby przedstawiciele różnych opcji politycznych i ideologicznych. I mielibyśmy sejmokrację w stylu początków II Rzeczypospolitej – konstatuje wojewoda. – I skąd pewność, że komuniści, nawet polscy, oddaliby sami władzę?

Takich spięć dialogowych jest w powieści więcej. Rozmówcy mają inne poglądy, a przede wszystkim inne doświadczenia. Jak już jednak wspomniałem, Mierzyńskiego nie tylko coraz bardziej wciąga opowieść wojewody, ale odczuwa do niego coraz większą sympatię, traktuje go trochę jak ojca, z którym, z ojcem prawdziwym, było mu nie po drodze. – Tylko dlaczego? – zastanawia się Rafał. – Dlaczego nie starał się zrozumieć jego racji? I w jakimś stopniu namówiony przez Rzymowskiego, któremu zwierza się ze swych rozterek, spotyka się najpierw z bratem, potem ze stryjem i z najbliższym przyjacielem ojca.

Dzięki tym rozmowom poszerza się paleta przedstawionych postaci, każda z nich ma inne poglądy, inną drogę życiową, inne doświadczenia i przemyślenia. Brat otrzymał staranne wykształcenie na warszawskich i zachodnich uczelniach. Nie ukrywał nigdy, że pomogło mu w tym poparcie jego starszych nieco kolegów z ZSP, potem z partii. Już będąc na studiach, poznał Kwaśniewskiego, Cimoszewicza, kilku sekretarzy wojewódzkich, na przykład Fiszbacha i Oleksego, krytycznie nastawionych do polityki partyjnego betonu, uznawanych przez ten beton za głównych przeciwników ideologicznych, bo zagrażających bezpośrednio władzy takich funkcjonariuszy jak Olszowski czy Milewski. Po roku 89. dostał intratną posadę dyplomaty, potem został prezesem dużej jednoosobowej spółki Skarbu Państwa. Brat ma żal do Rafała, że odsunął się od rodziny, że od lat bliżej mu jest do rodziny jego żony, że nie często kontaktuje się nawet z matką, że nie próbował zrozumieć ojca. Radzi mu więc, żeby szczerze, od serca porozmawiał najpierw ze stryjem, znanym kiedyś dziennikarzem, który w latach 1980–1981 z partyjnego szmatławca stworzył nowoczesną gazetę, potem w stanie wojennym był represjonowany, ale mimo to nie zrezygnował ze swych lewicowych przekonań; a także z najbliższym przyjacielem ojca, poznanym jeszcze we wczesnym dzieciństwie, bo razem przebywali w domu dziecka. Brat stara mu się wytłumaczyć, że to dzięki ludziom z jego formacji ideowej mogło dojść do Okrągłego Stołu i bezkrwawego przewrotu politycznego. Taka argumentacja jednak Rafała nie przekonuje, uważa, że brat i jego koledzy to konformiści, mający na uwadze wyłącznie własne kariery i własny biznes, a nie sprawy – jak górnolotnie utrzymują – Polski. Ale postanawia spotkać się ze stryjem i przyjacielem ojca.

Stryj uświadamia mu, i częściowo potwierdza jego doświadczenia, jak trudno było po 89. stworzyć niezależną prasę. Właściwie to, co mu się do pewnego stopnia udało w roku 1981, mimo wiszącej nad nim stale gilotyny egzekutywy KW PZPR, nie powiodło się w gazecie prywatnej, a potem innej, sprywatyzowanej. W prywatnej napotkał na opór wspólników, coraz bardziej prawicowo zdeklarowanych, w innej, swojej poprzedniej gazecie, w roku 1990 sprywatyzowanej, nie do przezwyciężenia okazały się konflikty w zespole i mentalność części dziennikarzy wychowanych przez media peerelowskie. Stryj odsunął się od kształtowania, a raczej informowania opinii publicznej, jakiś czas próbował tej roli poprzez film dokumentalny, potem poprzestał na filmach edukacyjnych i, żeby z czegoś żyć, reklamowych. Gdy rozmawiali, nie ukrywał rozczarowania, był zgorzkniały i osamotniony w swych marzeniach o mediach niezależnych.

Przyjaciel ojca, nauczyciel historii, zawsze stał na pozycji obserwatora, nigdy nie brał czynnego udziału w polityce, o uprawianiu której nie miał dobrego zdania. Opowiedział Rafałowi o rozmowach, jakie toczyli trzej przyjaciele z domu dziecka: ojciec Rafała, on i na co dzień wysoki funkcjonariusz służb specjalnych, wojskowego kontrwywiadu. Szczerze rozmawiać mogli tylko nad jeziorem, łowiąc ryby, gdzie ich przyjaciel z dzieciństwa nie bał się podsłuchu. Ów wysoki funkcjonariusz był człowiekiem niezwykle bystrym, posiadającym rozległą wiedzę o mechanizmach i meandrach wschodniej polityki wewnętrznej i zagranicznej. Po roku 89., pozytywnie zweryfikowany, został oficerem UP. Rafał był tą wiedzą porażony, ale i zafascynowany. Reakcje przyjaciela i ojca Rafała były podobne. Tyle tylko, że ojciec nie wyobrażał sobie, w czym utwierdzały go rozmowy z przyjaciółmi, by można było inaczej dokonać reform gospodarczych i społecznych jak poprzez oddolne ruchy w samej partii. Takie przekonanie miał już w czasach młodości, kiedy poznał Goździka, takie przekonanie starał się też realizować w latach 1980 – 1981, będąc jednym z inicjatorów tzw. struktur poziomych w partii. W stanie wojennym wystąpił ze związku zawodowego, choć nigdy nie należał do „Solidarności”, na znak protestu przeciw polityce partii, czego mu nie zapomniano. Przemiany w roku 89. przyjął z rezerwą. I on bał się reakcji partyjnego betonu, ale też nie bez krytycyzmu obserwował działania dawnej opozycji. Pewną nadzieję wiązał z lokalnymi komitetami obywatelskimi, dostrzegał jednak niebezpieczną tendencję do ich centralizacji. Obawiał się, że PZPR zastąpi inna monopolistyczna partia, odwołująca się, niesłusznie jego zdaniem, do tradycji „Solidarności”. Rafał żałował po niewczasie, że nie zdobył się na szczere rozmowy z ojcem, że odsunął się od niego jako od człowieka, który do końca pozostał członkiem PZPR, a potem wstąpił do kanapowej partii Fiszbacha. Ojciec zmarł na zawał w połowie lat 90.

Rozmowy z bratem, a szczególnie ze stryjem (który żałował, że rodzice jego nie mogli się ojcem Rafała zająć po śmierci dziadka, ale ojciec stryja był ciężko chory i niedługo zmarł) oraz z przyjacielem ojca tak Rafała zaabsorbowały, że na jakiś czas przestał się spotykać z wojewodą. O jego reakcji i wyrzutach sumienia dowiadujemy się z korespondencji mailowej z żoną. Zwierzył się z nich także wojewodzie, gdy spotkali się po niemal miesiącu. Rafał zauważył pewne pogorszenie w zdrowiu Tadeusza Rzymowskiego, co go zaniepokoiło. Wojewoda nie chciał jednak odkładać rozmowy, przeciwnie, nalegał na częstsze spotkania. Bo tyle miał swojemu rozmówcy jeszcze do przekazania. Nie rozmawiali przecież bardziej szczegółowo o okresie po roku 89., gdy objął trudną funkcję wojewody. Gdy z jednej strony musiał realizować politykę kolejnych rządów, z drugiej musiał układać się z władzami miasta, wdrażać program prywatyzacji, często wbrew załogom, być rozjemcą między załogami a menadżerami, negocjować z potencjalnymi inwestorami zagranicznymi, i nierzadko narażać się wszystkim stronom. Jednak dzięki umiejętnościom dyplomatycznym, dzięki „czystym rękom” kolejni premierzy zostawiali go na stanowisku. Trudno było też prowadzić politykę personalną w urzędzie. Sporo urzędników to ludzie starego układu, podejrzanie lojalni wobec nowych szefów, a i zastępcy powoływani byli z politycznego klucza. Najtrudniejsze jednak były rozmowy z przedstawicielami załóg, ze związkami zawodowymi, ludzie byli coraz bardziej rozgoryczeni, zwłaszcza, gdy zakładom pracy groziły bankructwa. On, dawny związkowiec, musiał kierować się „racjami wyższymi”, interesem państwa, którego czasem też dobrze nie rozumiał. Opowieść wojewody miejscami przechodzi w retrospekcje, jesteśmy świadkami ludzkich dramatów i dramatu bezradności człowieka, który mimo władzy nie może tym zdarzeniom zaradzić.

Wreszcie opowieść o chorobie, o heroicznej walce z nią, o powrocie do urzędu, ale na krótko, bo premier Cimoszewicz miał już innego kandydata i pod pozorem odesłania na rentę zdymisjonował Tadeusza Rzymowskiego. Z człowieka czynnego w życiu politycznym stał się jego obserwatorem. Dziennikarza interesowały opinie byłego wojewody na temat rozgrywających się od czasu przejęcia władzy przez SLD wydarzeń, ale rozmówca o tych czasach wypowiadał się z dystansem, z dużą rezerwą. Jego sądy były racjonalne, pozbawione emocjonalnych reakcji. Bardziej bolał nad pogłębiającym się osamotnieniem – owszem, nie zapominano o nim z okazji różnych rocznic, ale poglądami rozmijał się z zacietrzewionymi na ogół coraz bardziej kolegami związkowcami. I choć rozumiał powody społecznego niezadowolenia, postępującej niestety atomizacji społecznej przejawiającej się nikłym zaangażowaniem w inicjatywy obywatelskie, to obce mu było jednostronne widzenie przyczyn, obca lansowana wizja nowej Polski oparta na utopijnych koncepcjach gospodarczych, społecznych i politycznych. Dla Rafała koncepcje te nie były bardziej utopijne od koncepcji na przykład „niewidzialnej ręki rynku”, ale spór wojewody i jego interlokutora rozgrywał się na płaszczyźnie spokojnej dyskusji, dialogu właśnie, a nie wypowiadanych monologów. Rozmówcy dobrze się rozumieli i już nawet nie ukrywali coraz większej do siebie sympatii.

O tym Rafał pisał do swojej żony, za którą tęsknił i odliczał dni do jej powrotu. Zrozumiał, jak wielkim darzy ją uczuciem, jakim jest ona dla niego cennym, niezastąpionym partnerem życiowym i jak mało w poprzednich latach poświęcał jej czasu. Dlatego zmartwiła go wiadomość o możliwości przedłużenia jej stypendium jeszcze na 6 miesięcy – dla niej to zapewne szansa na dokończenie pracy doktorskiej, którą obiecali opublikować w Stanach, dla niego jednak, pomijając problemy wychowawcze, to następne miesiące coraz trudniejszej rozłąki i pogłębiający się niepokój o jej znajomość z amerykańskim profesorem, o którym kilka razy mu wspomniała.

W tym niewesołym nastroju przygotowywał się do końcowego spotkania z wojewodą, gdy wcześnie rano zbudził go telefon od żony Rzymowskiego, która łamiącym się głosem poinformowała go o śmierci męża. Wtedy zrozumiał w pełni, jak bliskim dla niego człowiekiem stał się Tadeusz, byli po bruderszafcie, i że odchodzi jeden z nielicznych ludzi, którym los Polski leżał prawdziwie na sercu.

Poszedł na mszę świętą, odprawioną w bazylice, i na pogrzeb. Opisał go żonie: cmentarz wypełniał tłum ludzi z różnych środowisk i różnych opcji politycznych, ludzi, którzy, jak mu się wydawało, oddać chcieli szczerze i prawdziwie hołd człowiekowi – jak to się czasem mówi – bez skazy. Człowiekowi, któremu on sam wiele zawdzięcza, i którego zapamięta do końca życia.

Jaki jednak kształt ma przyjąć jego wywiad-rzeka, czy potrafi w nim oddać nie tylko jego poglądy, opinie na temat rozgrywającej się na jego oczach historii, ale pokazać w nim człowieka, jego udział w tworzeniu najnowszej historii Polski, oddać jego format? Czy takie zadanie jest w stanie udźwignąć gatunek dziennikarski, czy tylko literatura? Więc może spróbować zmierzyć się z literaturą – zastanawia się Rafał – może spróbować na kanwie notatek sporządzonych w trakcie wywiadu, na kanwie nagrań zacząć szkicować powieść? Podtrzymuje w nim ten zamiar żona, jednocześnie zawiadamia go, że jednak podjęła decyzję o zostaniu w Nowym Jorku, aby pod opieką profesora skończyć doktorat. Na lato chciałaby zaprosić do siebie dzieci.

Nie będę próbował opisać stanu ducha bohatera. W ostatniej scenie powieści spotyka się on ze swoim przyjacielem lekarzem przy butelce whisky. Radzi się go, jak ma zachować się w redakcji, dla której nie ma skończonego wywiadu, co ma powiedzieć naczelnemu: że zamiast wywiadu chce napisać powieść? Przecież go wyśmieje i wyrzuci na zbity pysk. A może czas wreszcie, by odejść z redakcji, w której od pewnego czasu coraz gorzej, coraz bardziej obco się czuje? I jak się zachować wobec żony, kategorycznie zażądać jej powrotu, bo może ma po prostu romans z tym jakimś profesorem, który tak się podobno opiekuje jej pracą naukową? Przyjaciel nie umie mu pomóc, bo cóż tu można radzić. Po opróżnieniu butelki bohater ma myśli coraz czarniejsze. Zapada wieczór, rano musi zjawić się w redakcji…

Arturowi Kaniowskiemu udało się stworzyć kreacje pełnokrwistych bohaterów pozytywnych, coraz rzadziej występujących w naszej literaturze. Przedstawia on jednocześnie bogatą paletę postaci reprezentujących różne poglądy, różne postawy życiowe, koncepcje ideowe, mających różne doświadczenia życiowe. Nie unikając poważnych dysput ideowych i politycznych, unaocznia historię najnowszego dwudziestolecia z perspektywy bohatera w tworzeniu tej historii mającego niemały udział oraz bohatera sceptycznie tę historię obserwującego.

Oprócz tradycyjnych technik narracyjnych, m.in. mowy pozornie zależnej, używa technik nowocześniejszych: wywiadu, reportażu, korespondencji mailowej. Czy powieść taka, bez sensacyjnych wątków, jakich nie brak na przykład w powieściach Horubały, bez ostrego erotyzmu, częstego w młodej prozie, może liczyć na zainteresowanie współczesnego czytelnika? Dla mnie lektura jej na pewno byłaby satysfakcjonująca i pouczająca. I chociaż przesłanie powieści nie napawa specjalną otuchą, bo dramatem bohaterów jest pogłębiające się poczucie samotności i wyobcowania, to mimo wszystko najnowsza historia Polski nie została odmalowana w czarnych wyłącznie kolorach, a ludzie o odmiennych poglądach i różnych wizjach Polski umieją się porozumieć, szanując racje innego. Gdyby poszukiwać jakiejś tradycji w dwudziestoleciu międzywojennym dla debiutu Kaniowskiego, to pewnie wskazać by można na Żeromskiego raczej, i na jego Przedwiośnie, niż na powieści Kadena-Bandrowskiego.



Bogdan Rogatko

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas