poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MACIEJ URBANOWSKI
Płonące dusze
[Jerzy Kozarzewski, „Czarne płomienie. Powieść”, Wydawnictwo Antykwariat, Poznań 2004] Dekada Literacka 2009, nr 3 (235)

Sięgałem po tę powieść z ciekawością podszytą sporą dawką nieufności. Bo to i tzw. cegła (1100 stron!), okładka niezbyt ciekawa, nieznane zupełnie wydawnictwo, podobnie jak sam autor. Nic też nie wiedziałem (i w zasadzie nie wiem do tej pory) o Jerzym Kozarzewskim poza tym, o czym informuje nas sam wydawca. A więc, iż urodził się w roku 1965, że jest nauczycielem, mieszka w Sandomierzu i wydał w roku 1989 tom wierszy Kwiaty z drzew zakazanych.

Nie zachęca też w pierwszej chwili do lektury tytuł debiutanckiej – jak rozumiem – powieści Kozarzewskiego. Brzmi trochę kiczowato, ale czy zarazem nie nazbyt ostentacyjnie? Autor od razu odsyła nas przecież do Płomieni Brzozowskiego i Czarnych skrzydeł Kadena-Bandrowskiego, jakby wspierając się ich autorytetem. Ale z drugiej strony te nazwiska i tytuły sygnalizują tradycję słabo obecną w naszej literaturze po roku 1989 i nie mogącą poszczycić się ciekawszymi realizacjami. Myślę tu o literaturze zbiorowych obowiązków, krytycznie wadzącej się ze światem współczesnym, wymierzającej sprawiedliwość polskiej rzeczywistości, ale też próbującej tę rzeczywistość zdiagnozować i zrozumieć, każąc nam na nią patrzeć młodymi oczyma tych, których Polska z rozmaitych powodów uwierała. Do tego dochodzi ciekawie, rewizjonistycznie pokazany w Czarnych płomieniach wątek historyczny, znowu słabo obecny w literaturze najnowszej, zacieśnionej w swych ambicjach do opisu współczesności, a jeśli wracającej do przeszłości, to zwykle do kilku epizodów II wojny światowej i okresu PRL-u.

Czarne płomienie z całą pewnością nawiązują do tradycji Brzozowskiego i Kadena, choć są jednocześnie jej „reaktywacją”, modernizacją, a do pewnego stopnia polemiczną refutacją. Na tym polega znaczenie tej wybitnej książki, która wypełnia istotną lukę w prozie III Rzeczypospolitej. Bo przecież wielu z nas czekało na wielką powieść, która „zmarmurzy” nasze niedawne doświadczenia i zwiąże je z tym, co przeżywamy tu i teraz. Zwiąże w sposób inny niż przyzwyczaili nas do tego nasi pisarze po 1989 roku, a więc nie sięgając do lepiszcza groteski, ale też oszczędnie posługując się autentykiem. Nawiąże do tradycji epickiej i zostawi już nie dokument, ale symbol tego, że nie tylko byliśmy, ale też, że byliśmy serio, że próbowaliśmy nie tylko żyć w historii, ale też próbowaliśmy ją okiełznać. My, czyli rówieśnicy autora Czarnych płomieni, ale też „my”, Polacy ostatnich kilkudziesięciu lat.

Co najmniej pół ostatniego stulecia obejmuje bowiem akcja powieści Kozarzewskiego. Zaczyna się w czasach nam współczesnych, by raz po raz cofać się a to do okupacyjnej Warszawy, Krakowa okresu stanu wojennego czy nawet czasów wojny domowej w Hiszpanii. Są tu i sceny, które zdają się wybiegać w jakąś daleką przyszłość. Myślę na przykład o zamykającym Czarne skrzydła fragmencie, w którym Wigar odnajduje w podwileńskich Oranach fundamenty domu, w którym mieszkali niegdyś jego dziadkowie, a potem rozmawia z obserwującym go Litwinem, a może ostatnim tu Polakiem, o Bogu i ziemi. Staruch powie Wigarowi: Ziemia jest częścią mego jestestwa. I gdyby przyrodzenie cofnęło się ze swych granic, a ja bym ścisnął garść ziemi ojczystej, wytrysnęłaby z niej krew ta sama, która płynie w żyłach moich. Bohater Czarnych płomieni zareaguje na te słowa śmiechem, a potem odejdzie do ruin. A może fundamentów?

Te „przeskoki” nie przeszkadzają czytelnikowi, bo uzasadnia je po trosze sensacyjno-detektywistyczna fabuła powieści Kozarzewskiego. Śledztwo Wigara dotyczące zagadkowej śmierci (samobójstwa?) jego ojca szybko przeradza się w poszukiwanie odpowiedzi na temat sensu polskiej historii, naszej odpowiedzialności za zło, tajemnicy dobra i miłości, a powieść sensacyjna staje się jednocześnie powieścią idei, Bildungsroman, ale też po trosze romansem (związek Wigara z Teresą).

Główny bohater Czarnych płomieni, 20-letni Wawrzyniec Wigar to postać dziwna, dwuznaczna, dramatyczna i problematyczna zarazem, świetnie pomyślana, co nie znaczy, że budząca naszą sympatię. Ma coś z Michała Kaniowskiego czy Tadeusza Mieniewskiego w swym radykalizmie, czy – początkowym – buncie przeciw ojcu, Polsce, historii i Kościołowi. Tym ciekawsza jest jego ewolucja, tym bardziej dramatycznie brzmią jego dysputy z dawnymi „towarzyszami broni” starego Wigara.

Historia tego ostatniego oparta jest chyba na głośnej niegdyś sprawie zabójstwa sierżanta Karosa przez grupę nastolatków z Grodziska Mazowieckiego w pierwszych miesiącach stanu wojennego. Ojciec Wigara brał udział w „akcji” rozbrajania w Krakowie oficera LWP i jak on przypadkowo (wedle wersji oficjalnej) doń strzelił, za co zapłacił nie tylko brutalnym śledztwem i długoletnim więzieniem, ale i samotnością. W III Rzeczpospolitej jest on właściwie człowiekiem zbytecznym, zapomnianym, trochę odtrąconym. Historia przepłynęła nad nim i zostawiła go jak połamaną muszlę na piasku? Jak tylu przed nim? Bo był mordercą? Zagubionym szczeniakiem, jak ktoś powie o nim? Bohaterem?

Próbując odpowiedzieć na te pytania, Wawrzyniec Wigar coraz bardziej czuje ciężar historii, który ostatecznie pozbawi naszego bohatera uwierającej go „lekkości bytu”. Coraz mocniej młody Wigar czuje się też odpowiedzialnym za „szaleńców” takich jak jego ojciec, osmalonych płomieniami historii i czerpiących stąd gorzką czasami wiedzę o człowieku i dziejach. Kimś takim jest Borożyński, żołnierz generała Franco, żołnierz NSZ, potem cichy urzędnik, którego losy w dziwny sposób splotą się z losami samego Wigara. Ten demoniczny starzec i paradoksalny witalista powie, iż: Śmierć jest naprzeciwko. Jest wszędzie. Niewątpliwie to właśnie dlatego lepiej od innych pojmujemy wielkość życia. On mu też uświadomi, iż jego „śledztwo” dotyczące ojca w sposób nieuchronny prowadzić go musi do zderzenia się z całą epoką.

Czytając wstrząsające, a nawet szokujące zapiski Borożyńskiego (jakby połączenie Szkiców piórkiemŁaskawymi), rozmawiając z Anną o jej rodzicach, główny bohater zastanawia się nad otaczającą go rzeczywistością, której bywa bardzo surowym krytykiem. W rozmowie z dawnym przyjacielem ojca, obecnie wpływowym politykiem Markiem Taborem oskarży go o tchórzostwo i kabotynizm. To wtedy Wigar powie o czarnych płomieniach niszczących kraj i zapyta Tabora: Po co i na co, dlaczego i dla kogo właściwie ma istnieć odrodzona Polska? W innej dyskusji, z przywódcą dawnej opozycji, mówi o potrzebie odmiany złego świata, co spotka się z gestem drwiny. Wigar szybko przekona się, iż za tą drwiną nie kryje się nic, co uzasadniałoby poświęcenie ciemnej, złej ofiary jego ojca. Za jego, Wawrzyńca, krytyką pustynnego, jak to nazwie, świata współczesnego kryje się z pewnością doświadczanie odczuwane bardzo osobiście i bardzo dotkliwie. Widać to w doskonałej, poruszającej scenie spowiedzi (nieudanej!) Wikara, w jego rozmowie z matką czy zamieszczonych w powieści fragmentach jego dziennika, w których komentuje czytane przez siebie książki. Tutaj Czarne płomienie stają się właściwie powieścią o utraconej i odzyskiwanej wierze w Boga, a więc i człowieka, a więc i samego siebie. Tak chyba trzeba sobie tłumaczyć zakończenie powieści Kozarzewskiego, której tytuł czytać można jako kasandryczną diagnozę naszego tu i teraz, ale i metaforę doświadczeń historycznych trzech sportretowanych w powieści pokoleń Polaków, wreszcie jako wskazanie, jak uniknąć jej „czarnych płomieni”. Inna sprawa, czym zakończy się powrót Wigara na ruiny/fundamenty starego domu pod Wilnem. Czy jest jego symbolicznym samobójstwem, czy zmartwychwstaniem?

Zamykałem Czarne płomienie z uczuciem niepokoju, jaki pozostawia w nas wielka literatura. Jej rozmach, patos, odwaga, z jaką mierzy się ze światem, czynią ją dziełem wyjątkowym na tle literatury polskiej po 1989 roku.


Maciej Urbanowski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas