poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura
Dekada Literacka 2008, nr 4 (230)
Kamerzysta z wielką konfuzją umieszcza tu na pierwszym miejscu uzupełnienie do „Autocamery obscury” („Dekada Literacka 2007, nr 5/6): 
w swoim artykuliku Czy rzeczywiście Krypta Zasłużonych? (Żartem i pół serio, s. 35) wprowadziłem na Skałkę także zwłoki Jana Matejki, który oczywiście pochowany jest gdzie indziej – na Cmentarzu Rakowickim.

Mariusz Urbanek („Duży Format” nr 24) opowiada, że znajomi, rozpoznając w pomniku wrocławianina Wojciecha Dzieduszyckiego, dodawali jak w wierszu Broniewskiego: „Mówimy Wrocław, a w domyśle Tunio”. Ta trawestacja znanego powiedzenia „Mówimy partia, a w domyśle Lenin” pochodzi jednak nie z wiersza Broniewskiego, lecz z poematu Majakowskiego.

Kilka pretensji do przypisów redakcji w książce Andrzeja Bobkowskiego Listy z Gwatemali do matki: Alchemia słowa Jana Parandowskiego nie zasłużyła na lekceważące określenie: „zbiór anegdot i osobliwości dot. pracy pisarzy różnych narodów i epok” (s. 233).
Makaryna Mieczysławska – tak napisał w swym liście Bobkowski; wydawcy widać nie wiedzą, że powinno być „Makryna”. Przypis objaśnia, że jest to „postać z dramatu Wyspiańskiego Legion, inspirowana przełożoną klasztoru bazylianek w Wilnie, która w 1845 pojawiła się w Paryżu jako ofiara prześladowań religijnych w Rosji” (s. 240). W rzeczywistości Mieczysławska nie była przełożoną wileńskich bazylianek, a jej relacje były albo zmyślone, albo przesadzone. A jeśli chodzi o występowanie jej postaci w literaturze, to znacznie ważniejsza od epizodu w Legionie jest Rozmowa z matką Makryną Mieczysławską Słowackiego.
I wreszcie kiedy Bobkowski pisze, że sztuka Jerzego Krzysztonia Rodzina pechowców jest „bei den Haaren herbeigezogen”, to nie znaczy że jest ona „o rośnięciu wartości” (s. 241), lecz że jest „ciągnięta za włosy”, „naciągana”.

„Zdarzały się sytuacje, gdy [ Wałęsa ] wyciągał butelkę czystej, a mi – jako inteligentowi – proponował brandy” – mówi Lech Kaczyński w wywiadzie dla „Dziennika” z 1 VII. Jako inteligent Kaczyński powinien wiedzieć, że w tej pozycji należało użyć formy „mnie” (a nie „mi”) – i powinni też to wiedzieć adjustatorzy jego wywiadu.

Ukazała się pożyteczna książka – Setnik oratorów polskich XIX i XX wieku Antoniego Bednarka (Wydawnictwo KUL). Znaleźć tu jednak można niektóre postacie, skądinąd wybitne, ale niewyróżniające się szczególnie krasomówstwem. Do oratorów zaliczeni zostali przy tym autorzy referatów i odczytów, a więc tekstów uprzednio napisanych i tylko publicznie wygłoszonych. Zabrakło natomiast wielu mówców szczególnie utalentowanych, jak politycy ks. Stanisław Stojałowski, Stanisław Stroński, Józef Beck, pisarze Kornel Ujejski i Jerzy Zawieyski, uczeni Zenon Klemensiewicz, Konrad Górski, Kazimierz Wyka, adwokaci Stanisław Patek, Leon Berenson, Stanisław Szurlej. Na banicję skazał autor skrajną lewicę, a przecież duże sukcesy oratorskie mieli w swoim czasie Bolesław Drobner, Henryk Dembiński czy Władysław Bieńkowski.

Jako wielkie poprzedniczki powieści Bronisława Wildsteina Dolina Nicości wymienia Tomasz Burek („Rzeczpospolita” z 28-29 VI) „książki Wyspiańskiego i Żeromskiego, ale także Berenta, Brzozowskiego, Witkacego czy Kadena”. Niesłusznie krytyk ogranicza się do wyliczenia polskich autorów. Można było przecież dodać jeszcze Dantego (Piekło), Dostojewskiego (Biesy) i Kafkę (Proces).

Ciekawostka: termin „narracja” oznaczał do niedawna opowiadanie o wydarzeniach przeszłych, najczęściej literackie. Teraz czytamy, że platformersi „nie mają własnej opowieści”; „Platforma się jedynie przyłącza, korzysta z gotowych narracji”; „Platforma nie ma opowieści na czas kryzysu” (Mariusz Janicki, Wiesław Władyka, „Polityka” nr 27). Albo: „W wypadku USA scalającą państwo i społeczeństwo narracją jest opowieść o odpowiedzialności płynącej z siły i wolności” (Jadwiga Staniszkis, „Europa” nr 31). Gdzie indziej: „w komunikowaniu się polityków ze społeczeństwem zaczyna dominować struktura narracyjna” (Ludwik Dorn, „Europa” nr 32). Najwidoczniej – narracja (zapewne pod wpływem Lyotarda) zaczyna oznaczać także program działania, wizję przyszłości, a nawet zasady ideowo-polityczne.

Znowu Henryk Skwarczyński („Rzecz o książkach” z 5-6 VII). Pisze on, że kiedy we Wrocławiu odbywał się Kongres Obrońców Pokoju, „obok szalał terror, ludzie znikali w taki sposób, jak zniknął z polecenia Jerzego Borejszy dyrektor Ossolineum Antoni Lewak”. Tymczasem kongres wrocławski odbył się w roku 1948, a Antoni Lewak, kierownik wydawnictwa „Ossolineum”, wywieziony przez Sowietów ze Lwowa, nie żył już od r. 1940.
Michalina Łubiecka („Gazeta Wyborcza” z 3 VII) pisze, że Mickiewicz żalił się w Paryżu, iż „o Litwie dalibóg, że mniej wiemy niż o Chinach”. Nie Mickiewicz tak się żalił, lecz wyszydzony przez niego kamerjunkier w scenie „Salon warszawski” z III części Dziadów.

Julian Maślanka („Ruch Literacki” 2008, nr 2), pisząc o prelegentach lwowskiej sesji mickiewiczowskiej z r. 1940, nazywa Stefana Rudniańskiego „ukraińskim komunistą”. Myli się – Rudniański był polskim komunistą, docentem filozofii na Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie.

Donald Tusk w przemówieniu sejmowym z 25 VII fraszkę „Krytyk i eunuch z jednej są parafii.  /  Obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi” przypisał Boyowi. Tymczasem w pismach Boya tego dwuwiersza nie można znaleźć. Kamerzysta poszukuje autora od kilkunastu lat; rozpytywał o niego znawców – jak dotąd bez rezultatu.

To samo dotyczy dwuwiersza „rodzina bądźcie pewni, także ludzie, chociaż krewni”, który Jonasz („Gazeta Wyborcza” z 9-10 VIII) niefrasobliwie uznał za utwór Fredry.

Janusz Roszkowski w artykule Lwy i owca zamieszczonym w pracy zbiorowej Holocaust a teodycea nazywa Izaaka Dunajewskiego „wielkim aktorem” (s. 267). W rzeczywistości Dunajewski był kompozytorem – autorem bardzo popularnych piosenek.

„Dziennik” z 4 VIII na podstawie ankiety wśród znanych ludzi nauki, kultury i mediów proponuje listę 50 książek, które „każdy uczeń powinien przeczytać”. Z poleconych książek powstałby – zdaniem Leszka Kołakowskiego – „niezły obraz kultury polskiej”. Czyżby? Na liście tej jest Gombrowicz reprezentowany aż trzema tytułami, jest Bolesław Chrobry Gołubiewa (ze względów językowych dla uczniów nieprzyswajalny!), są Namioty wezyra Przyborowskiego, Obrazy nieba Jana Gadomskiego, ale nie ma Trenów Kochanowskiego, ani jednego utworu Słowackiego, Nie-Boskiej komedii, Przedwiośnia, Sklepów cynamonowych, poezji Norwida, Miłosza, Baczyńskiego. Trudno o bardziej lekkomyślne doradztwo literackie.

Osobliwą opinię znaleźć można w książce Jerzego Krasuskiego Obraz Zachodu w twórczości romantyków polskich (s. 165): „Miejsca w panteonie trzech wieszczów odmówili Krasińskiemu komuniści ze względu na jego antysemityzm i zdecydowany konserwatyzm. Ponieważ jednak kult trzech wieszczów był w społeczeństwie polskim głęboko zakorzenionym, komuniści zastąpili Krasińskiego nie zasługującym na to Norwidem”.

Myli się Krzysztof Zanussi („Dziennik” z 6 VIII), pisząc, że opowiadanie Sołżenicyna Jeden dzień Iwana Denisowicza ukazało się w przekładzie polskim w tygodniku „Po prostu”. Był to rok 1963, „Po prostu” dawno przestało istnieć. Opowiadanie publikowała „Polityka”.

Z przykrością natrafiamy w świetnej skądinąd książce Obyczaje polskie na informację, że Martin Huss wprowadził termin „alcoholismus chronicum”. Takiego błędu (rzeczownik rodzaju męskiego, a przymiotnik rodzaju nijakiego) szwedzki uczony popełnić nie mógł. Tytuł jego pracy brzmi oczywiście Alcoholismus chronicus. Autorkę artykułu, Iwonę Kurz, zapewne wprowadziły w błąd Google – nie zawsze można im wierzyć!

Justyna Jaworska (w tejże książce Obyczaje polskie, s. 352) opowiada, że w Polsce międzywojennej hucznie obchodzono urodziny marszałka Piłsudskiego (5 grudnia). Nic takiego nie miało miejsca. Obchodzono hucznie nie urodziny, lecz imieniny (19 marca) Piłsudskiego.

Zadziwiająco dużo pomyłek popełniają autorzy, podając imiona nawet bardzo znanych postaci. Oto wypisy z najnowszych lektur. STANISŁAW (zamiast Aleksander) Kostka Napierski (Jerzy Krasuski, Obraz Zachodu w twórczości romantyków polskich, s. 89), AUGUST (zamiast Bartłomiej) Nowodworski (Stanisław Salmonowicz w zbiorze: Po drogach uczonych, t. III, s. 657), JULIAN (zamiast Juliusz) Kossak (Bolesław Oleksowicz, w zbiorze: Śmierć Mickiewicza, s. 363), STANISŁAW (zamiast Stefan) Kołaczkowski (Jerzy Łyszczyna, „Śląsk” nr 6), STEFAN (zamiast Stanisław) Wygodzki (Monika Szabłowska w zbiorze: Życie literackie drugiej emigracji niepodległościowej, t. III, s. 158), ROMAN (zamiast Marian) Eile (Kazimiera Szczuka, „Wysokie Obcasy” nr 27). I clou wszystkiego: STANISŁAW (zamiast Władysław) Gomułka (Bogdan Wróblewski, „Gazeta Wyborcza” z 31 VII). Myli się także Teresa Michałowska (Po drogach uczonych, t. III, s. 489): współautorem przedwojennej Antologii po współczesnej poezji polskiej był nie JERZY, ale zapomniany dziś krytyk Antoni Andrzejewski.

Trudno zrozumieć, co miał na myśli Łukasz Drewniak („Polityka” nr 34), gdy napisał o aktorce Lenie Frankiewicz, że „każdy spektakl z jej udziałem dostaje od recenzentów ocenę zawyżoną o co najmniej trzy gwiazdki, po jednej za każdą nogę”. Wynikałoby stąd, że pani Frankiewicz ma aż trzy nogi. A przy okazji: wbrew temu, co pisze Drewniak, jędrne określenie „gówno w jedwabnej pończosze” to słowa Napoleona o Talleyrandzie, nie o ministrze Fouché.

Krzysztof Karasek w rozmowie ze Zbigniewem Herbertem, teraz opublikowanej w „Rzeczy o Książkach” (26-7 IX) pyta: „Więc co robić? Czto diełat’, jak mawiał niemodny dziś pisarz Hercen”. Historia literatury nic nie mówi o takim pytaniu Hercena, wiadomo natomiast, że tytuł Czto diełat’ mają książki dwóch innych niemodnych pisarzy rosyjskich – Czernyszewskiego i Lenina.

Roman Frister („Polityka” nr 37) pisze, że „już podczas drugiej wojny światowej Max Brod zaczął wydawać nigdy niepublikowane dzieła Franza Kafki, m.in. Proces, Zamek, Amerykę”. W rzeczywistości te trzy powieści Kafki zostały opublikowane znacznie wcześniej – w latach 1925-1927.

Osvaldo Ferrari w rozmowie z Borgesem o metaforze (W dialogu II, s. 328) mówi: „Na pewno pamięta pan, że łacińską etymologię słowa »metafora« jest »meta fero«, czyli dalej niż meta”. Przedziwna to bzdura. Jakiż ma sens łacińska etymologia greckiego słowa? A poza tym „meta fero” po łacinie to dwa składniowo niespójne słowa: „cel, koniec” i „niosę”.

Krzysztof Szymborski („Polityka” nr 33), pisząc o chorobliwej arogancji, nazywa ją „zespołem hubris” i tłumaczy, że to słowo łacińskie, oznaczające pychę. Tymczasem jest to słowo greckie, a według ortografii polskiej transkrybowano je zawsze jako „hybris”. Podobny błąd popełnia Krzysztof Kłosiński, nadając tłumaczeniu tekstu Lacana w antologii Anny Burzyńskiej i Michał Pawła Markowskiego Teorie literatury XX wieku tytuł Tuche i automaton. Oczywiście powinno być „tyche” (przypadek, los).
Polszczyzna olimpijska: „Ty ździro” (Tomasz Majewski do rzucanej kuli); „Choćby skały srały nie odpuścimy nikomu” (Michał Jeliński); „Ja pierdzielę, ale się porobiło” (Michał Jeliński); „Dałyśmy d…” (Małgorzata Glinka).

Konfabuluje Andrzej Żuławski (w wywiadzie-rzece z Piotrem Kletowskim i Piotrem Mareckim), mówiąc, że ojciec Stefana Żeromskiego popełnił samobójstwo (s. 76). W rzeczywistości zmarł on na atak serca. Mylna jest też informacja, że Żeromski nie mógł się dostać na medycynę, bo był za biedny. Przeszkodą było to, że nie miał matury.

Trudno się zgodzić z opinią prof. Janusza Tazbira („Gazeta Wyborcza” Kraków z 17 IX), że „zatrzymaniem islamskiego pochodu na Europę przez zwycięstwo Jana III Sobieskiego zaczęto chlubić się w Polsce dopiero w XIX wieku. Wcześniej, np. w setną rocznicę, w 1783 roku świętowanie jej było kłopotliwe. Zwycięstwo nad Turkami kojarzono bowiem z pomocą tych samych sił, które po rozbiorach stały się wojskami rosyjskiego zaborcy”. Pomijając ostatnie zdanie, zupełnie niezrozumiałe, warto przypomnieć, że wiktoria wiedeńska wywołała od razu falę pochwalnych utworów, nieraz wybitnych, jak Dzieło Boskie albo pieśni Wiednia wybronionego i Psalmodia polska Wespazjana Kochowskiego. A w roku 1783 Komisja Edukacyjna wydała polecenie, aby setną rocznicę zwycięstwa uczczono w szkołach; okolicznościowe przemówienie ogłosili wówczas Franciszek Karpiński i Jacek Idzi Przybylski; Franciszek Kniaźnin napisał pieśń Na stuletni obchód zwycięstwa Jana III pod Wiedniem. W pięć lat później odsłonięto uroczyście pomnik Jana III w Łazienkach, co specjalną kantatą uświetnił Adam Naruszewicz (wszystkie te informacje zaczerpnięto z książki Jerzego Śliwińskiego Jan III Sobieski w literaturze narodów Europy, 1979).

Andrzej Mencwel („Gazeta Wyborcza” z 13-14 IX) pisze, że termin „Mitteleuropa” pojawił się w Niemczech na przełomie XIX i XX wieku, a ma określać Europę po prostu niemiecką: od Hagi do Tirany i od Rewala (powinno być Rewela) do Symferopola. W rzeczywistości określenie to wprowadził już w roku 1848 Constantin Frantz w pracy Polen, Preussen und Deutschland zawierającej program federacji Polski, Niemiec i Słowian naddunajskich.

Ach, ta łacina! Rafał Habielski i Jerzy Jaruzelski w komentarzu do tomu Zamiary, przestroje, nadzieje (wybór publicystyki „Bunt Młodych”, „Polityka” 1931-1939) tłumaczą znany cytat z Eneidy (i to z powołaniem się na Zygmunta Kubiaka): „Quidquid id est, timeo Danaos et dona ferentes” – słowami „Cokolwiek to jest, ja Danaos boję się, nawet wtedy kiedy niosą dary”. Tymczasem słów tych nie wypowiada żaden Danaos, lecz Trojańczyk Laokoon, a Danaowie to Grecy, których darów się obawia.

Maciej Wojtyszko („Nowe Książki” nr 9, s. 49) powiada, że Stanisław Tarnowski w swojej recenzji Wesela napisał: „Całość kończy się wesołym oberkiem”. Tarnowski Wesela nie recenzował, a cytowane zdanie pochodzi z recenzji Władysława Prokescha.

W (bardzo starannym) komentarzu do Publicystyki Aleksandra Wata Piotr Pietrych objaśnia jego wyrażenie „turfanckie” (namaszczenie) jako formę utworzoną zapewne przez Wata od rzeczownika „turf” – dawniej tor wyścigowy (s. 73). Tymczasem jest to tylko błąd drukarski – powinno być: „furfanckie” od „furfant” – krętacz, oszust, blagier.

Myli się też Pietrych gdy przypuszcza, że nazwisko „Ipohorski” (wymienione przez Wata w związku z pomysłem antologii poezji polskiej w układzie „odwróconym”) to nazwisko zapewne wymyślone (przekręcone?) przez Wata (s. 808). Zygmunt Ipohorski to oenerowski dziennikarz i poeta, który w roku 1938 spoliczkował Słonimskiego. Tuwim wykazał wówczas, że wiersz Ipohorskiego Pierwszy śnieg to plagiat jego Dwóch wiatrów. Później ten „plagiografoman”, jak go nazwał Tuwim w Kwiatach polskich stał się współpracownikiem hitlerowskiego Wydziału Propagandy i został zastrzelony z wyroku akowskiego podziemia. Wat na pewno o tym wszystkim wiedział, ale dlaczego akurat to nazwisko wybrał – trudno zrozumieć.

Tadeusz Różewicz (Kup kota w worku, s. 8) przypomina, że „Hegel powiedział gdzieś, że wszelkie wydarzenia i powstania historyczne występują, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać, że za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa”. Ale spostrzeżenie to uczynił już Karol Marks w pracy Osiemnasty brumaire’a Ludwika Bonaparte.

Rafał A. Ziemkiewicz („Plus-minus” z 18-19 X) o artykule Stefana Chwina My Ablowie czyści jak łza: „Trudno znaleźć słowo dla wyrażenia miary intelektualnego i moralnego upadku Chwina. Jego tekst jest arcygłupi od pierwszego do ostatniego zdania”; „wywód oparty na kompletnym absurdzie”; „Idiotyzm tych retorycznych popisów Chwina jest oczywisty”. Chamiejemy.
 
hm

Sprostowanie
Gdzie jak gdzie, ale w Camerze nie powinno być błędów, nawet literówek. Prostuję więc błąd (nie przeze mnie popełniony): językoznawca, o którym mowa w numerze 1 / 2008 „Dekady” nazywał się Bühler, a nie Büchler. 

hm
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas