poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Czego ode mnie chcecie? Opowieść o Leni Riefenstahl
Dekada Literacka 2008, nr 4 (230)
Steven Bach
Leni. Życie i twórczość 
Leni Riefenstahl
Wydawnictwo Dolnośląskie 
Wrocław 2008

Nie pozwoliła sobie na komfort poczciwej starości. Nie przeprosiła. W biografii Leni Riefenstahl odbija się przekleństwo jej czasów. Naszych czasów.

Coraz trudniej odpowiedzieć na pytanie – kim była naprawdę: nazistowską „pin-up girl” czy wybitną artystką? Z książki Stevena Bacha autorka najsławniejszego w dziejach kina filmu propagandowego i najwybitniejszego filmu sportowego, Leni Riefenstahl, wyłania się jako postać wysoce niesympatyczna, nielojalna i nieuprzejma. Paradoks polega na tym, że im bardziej autor stara się być wnikliwy i rzeczowy, im gorliwiej denuncjuje rozmaite kłamstwa Leni, wyostrza jej wady, tym bardziej znienawidzona bohaterka fascynuje. Bo poczciwe dobro – nie tylko w kinie – z reguły przegrywa z zagadkową ambiwalencją. Czyli z tymi cechami, które nauczyliśmy się zwalczać, a za którymi jednak tęsknimy.

Szatańskie wersety
Festiwal Leni Riefenstahl trwa w najlepsze. W księgarniach jest już książka Stevena Bacha, niebawem ukaże się polskie tłumaczenie znakomicie przyjętej przez krytykę pracy Jürgena Trimborna Riefenstahl. Niemiecka kariera, na całym świecie odbywają się liczne przeglądy jej twórczości, kolejne prestiżowe wydawnictwa wznawiają albumy fotograficzne Leni, a Jodie Foster od dawna przygotowuje się do adaptacji wydanych w Polsce w 2003 roku Pamiętników Riefenstahl. Fenomen.

We wszystkich dziedzinach sztuki, które uprawiała – jako tancerka, aktorka, reżyser, alpinistka, nurek głębinowy i fotograf – była co najmniej dobra, ale dopiero flirt Riefenstahl z nazistami oraz jego konsekwencje na zawsze określiły jej wizerunek. Nie warto się oszukiwać, że ktokolwiek pamiętałby dzisiaj (albo wczoraj) o Riefenstahl – gwieździe górskich filmów Święta góra i Białe piekło na Piz Palű Arnolda Fanacka i Georga Wilhelma Pabsta, reżyserce Niebieskiego światła czy absurdalnego filmu Niziny, gdyby nie Hitler. Bez faszystowskiego mroku Leni podzieliłaby zapewne los tysięcy młodych zdolnych, a następnie trochę bardziej dojrzałych i dużo mniej zdolnych twórców, którzy szukając swojego miejsca w artystycznym świecie, nie odnajdują tego miejsca post mortem. Późny wnuk niczego sobie nie przypomni. Tymczasem to Leni wymusiła na pacyfistycznych wnukach własnej faszystowskiej przeszłości wieczną pamięć. Bez wdzięczności.

Była zarozumiała, inteligentna i bezczelna. Dobrze wiedziała, że konsekwentnie zaprzeczając romansowi z SS, ale zaprzeczając tylko w taki sposób, żeby nie było żadnych wątpliwości, że to gra, perwersyjna rozgrywka o swoje dobre-złe imię, Riefenstahl utrwalała legendę. Aureolę niezniszczalnego diabła, który zawsze kochał piękno. Powab ciała, bez urody duszy.

Na usługach Hitlera
Od początku miała być wybitna. Zaraz, natychmiast. Leni nie interesowała przeciętność. Pierwsze sukcesy najdosłowniej sobie wytańczyła. Jako tancerka w trupie wielkiego Maxa Reinhardta występowała w Berlinie, Pradze, Zurychu, ale to wszystko było za mało. Tancerki szybko kończą kariery, a Leni chciała być wieczna. I sławna. Steven Bach pisze: Dobiegająca dwudziestu jeden lat Leni była zdrowa, śmiała, energiczna, uparta i przede wszystkim ambitna. Kiedy zachwyciła się Górami przeznaczenia Arnolda Fanacka, użyła wszelkich sposobów, żeby poznać i rozkochać w sobie reżysera. Dobrze znała te sposoby, była piękną i wyrachowaną kobietą. Rzeczywiście, Fanack zakochał się w Leni natychmiast (i bez wzajemności). W filmach mentora jeździła na nartach, wspinała się po górach i wyglądała zjawiskowo. Wprawdzie dzisiaj górskie filmy Fanacka, którymi niegdyś zachwycał się m.in. Hitler, rażą schematyzmem, ale od strony technicznej na pewno były wówczas fajerwerkiem. Leni miała jednak apetyt na więcej. W filmach Fanacka mimo wszystko ważniejsze od niej były góry, a przecież to ona chciała być gwiazdorską górą, górą nie do zdobycia. Najpierw uwodziła Josefa von Sternberga, który jednak ostatecznie zaproponował rolę Loli Loli w przygotowywanym właśnie filmie Błękitny anioł pewnej kabaretowej piosenkareczce o nazwisku Marlena Dietrich, ale panna Riefenstahl się nie poddawała. W 1932 roku poznała Adolfa Hitlera. Dzięki jego wstawiennictwu zrealizowała filmik Zwycięstwo wiary, a następnie zdumiewający dokument o zjeździe NSDAP – Triumf woli (autorem tytułu był sam Hitler). W 1938 roku powstała Olimpiada, najwybitniejszy film sportowy w dziejach X Muzy. Leni przeszła do historii kina. Ale jej prywatna historia miała się dopiero rozpocząć.

Bez Hitlera nie byłoby Leni. Gdyby nie przyjęta przez Riefenstahl (mówiła, że wbrew jej woli) oferta nakręcenia Triumfu…, filmu z Parteitagu w Norymberdze z 1934 roku, reżyserka prawdopodobnie nigdy nie miałaby sposobności przetestowania niezwykłych, jak na tamte czasy, możliwości technicznych i produkcyjnych. Pamiętam wrażenie, jakie robił na mnie Triumf woli oglądany ukradkiem, po godzinach, na studiach filmoznawczych w Krakowie. To kino ciągle zadziwia scenami masowymi, budzącymi strach niekończącymi przemarszami formacji wojskowych, wreszcie sfotografowanymi zakochaną kamerą przemówieniami Hitlera, od których cierpnie skóra. Nie mniejsze wrażenie robi Olimpiada, skończone arcydzieło formy. Riefenstahl zademonstrowała w Olimpiadzie nowatorski sposób filmowania. Korzystała z trzydziestu kamer równocześnie, m.in. z aparatów umieszczonych na szynach, wysięgnikach i windach. Z 400 kilometrów nakręconej taśmy po dwóch latach pracy przy stole montażowym powstało dzieło, z którym do dzisiaj nic nie może się równać.

Leni przetrwała zatem dzięki Hitlerowi. Ryzykowna teza, ale – nie mam co do tego żadnych wątpliwości – teza prawdziwa. Autor najnowszej biografii Riefenstahl nie ma żadnych złudzeń, gdy ma wybierać z dwóch skrajnych dookreśleń: Leni była nazistką czy ofiarą nazizmu; filmowym rzemieślnikiem na usługach propagandy czy niezależnym artystą-nowatorem, któremu przydarzył się niepotrzebny mezalians z fatalnymi czasami. O wszystkim od początku dobrze wiedziała, wszystkiego była świadoma. Z kolei sama zainteresowana w dokumencie Dietera Weissa zrealizowanym na kilka lat przed jej śmiercią, porównując swoje filmy z wywrotowymi formalnie dokonaniami Eisensteina i Pudowkina – mówiła, że gdyby w tym samym czasie mieszkała w Rosji Sowieckiej, na pewno kręciłaby filmy na zlecenie Stalina – i zostałaby uznana za geniusza.

W łóżku z Leni
Steven Bach pisze: Żadne słowa żalu nigdy nie wyszły z jej ust, bo w jej mniemaniu nie były potrzebne. W życiorysie Riefenstahl wyrachowanie i nomen omen „triumf woli” rzadko przegrywały z naiwnością. Była zbyt inteligentna, żeby można było uwierzyć w banialuki o jej niewinności, które opowiadała konsekwentnie przez kilkadziesiąt lat, w zasadzie aż do śmierci. Wydaje się, że ostentacja Leni w zaprzeczaniu czemukolwiek, co miałoby w jej biografii coś wspólnego z hitleryzmem, była niczym innym, jak tylko starannie wyreżyserowanym monodramem, monodramem rozpisanym na akty (życia), aż do finałowej owacji na stojąco. Śmierć Riefenstahl (umarła 8 września 2003 roku, w 101 roku życia) była jednym z głównych, szeroko komentowanych wydarzeń medialnych na świecie. Chyba nikt nie płakał po Leni, ale wszyscy o niej mówili. O to chodziło!

Steven Bach – pamiętając o wadze pierwszych dokonań filmowych Riefenstahl – oskarża Leni o premedytację. Chce za wszelką cenę dowieść, że cel, nawet najcenniejszy z artystycznego punktu widzenia, nigdy nie powinien uświęcać środków. Znakomicie udokumentowana (przypisy i bibliografia liczą ponad sześćdziesiąt stron) książka Stevena Bacha demitologizuje zatem Leni Riefenstahl. Autor, uważany niegdyś za szarą eminencję Hollywoodu z czasów, kiedy pracował dla wytwórni United Artists, swoje drugie zawodowe życie odnalazł w demistyfikacyjnej biografistyce. Pisząc o Leni – a wcześniej m.in. o Marlenie Dietrich czy dramaturgu Mossie Harcie – obnaża wszystkie obronne uniki reżyserki. Podważa jej prawo do infantylnych samowytłumaczeń. Udowadnia, że Leni nie tylko znacznie wcześniej wiedziała o stosowanych przez jej mecenasa Adolfa Hitlera praktykach ludobójstwa (płacz Leni zarejestrowany na fotografii z miasteczka Końskie koło Kielc z września 1939 roku), niż skłonna była twierdzić. Bach pisze także, że Riefenstahl dobrze wiedziała, iż Romowie zatrudnieni przez nią do realizowanego w trakcie wojny filmu Niziny byli więźniami obozów koncentracyjnych. To na pewno ważne i miarodajne uzupełnienia, ale – niestety – 
autor monografii jest także nazbyt jednostronny. Ewidentnie nie lubi opisywanej bohaterki, co dla czytelnika jest jednak wyzwaniem. Na przykład kiedy pisze o olbrzymim seksualnym apetycie i wyzwoleniu w sprawach obyczajowych reżyserki, nie może odmówić sobie złośliwości, że wszystkie związki Riefenstahl stanowiły pożywkę dla jej narcyzmu [ … ] byle tylko ją posiąść. Podobnie „pogłębione” obserwacje spokojnie można sobie było darować.

Odcisk palca
Riefenstahl była wielkością skażoną. Philip Roth ujął to w ten sposób: zostawiamy po sobie skazę, ślad, odcisk palca [ … ], nie ma innego sposobu na istnienie tutaj. A skaza artysty? Czy istnieje jakikolwiek (wielki) artysta, któremu naprawdę udałoby się uciec od skazy, stempla ciemnej strony księżyca, która zawsze świeci mrokiem złej tajemnicy? Leni nie rozumiała (nie chciała zrozumieć), dlaczego jej własna skaza okazała się odgórnie zatwierdzonym, zawodowym skażeniem. Pisała wtedy: Artysta zna tylko jedną walkę – walkę o doskonałość swojego dzieła. Zna tylko jeden rodzaj wolności – połączenie pomysłu z kreacją.

Swoje przeszła. Po wojnie alianci poddali reżyserkę procedurze denazyfikacji. Ostatecznie wydano werdykt, w którym stwierdzono, że Riefenstahl nie była zbrodniarzem wojennym, ale sympatykiem reżimu. Wystarczyło. Nie mogła kręcić filmów (Bach wspomina ponurą historię powstania nowej wersji filmu Leni Błękitne światło, której nikt nie chciał oglądać), przeszła gehennę przymusowego leczenia w szpitalu psychiatrycznym, nie była nigdzie zapraszana, przestała być noszona na rękach przez światowe media. Niedawna laureatka festiwalu w Wenecji (1938 rok) naraz musiała próbować odnaleźć się w diametralnie nowych warunkach. Harda Leni nie zasłużyła na odkupienie win, na przebaczenie. Nie prosiła się zresztą o litość, nie żebrała. Wyjechała do Afryki i przez wiele lat głównie fotografowała. Zaprzyjaźniła się z plemieniem sudańskich Nubijczyków, którym zrobiła tysiące zdjęć, a w ostatnich dekadach swojego życia nauczyła się nurkować. Fotografowała rafę koralową. Zamiast ludzi.

***
Na jednej z wielu zamieszczonych w tomie fotografii młodziutka Leni Riefenstahl wygląda wręcz zjawiskowo. Głębokie, trochę smutne spojrzenie, imponująca koafiura, wyrazisty nos, wydatne, namiętne usta. To fotos z Błękitnego światła. Leni, w opinii krytyka, w roli Junty w tym filmie była piękna, niewinna i prześladowana. Zapamiętała dobrze to zdanie, powtarzała je wiele razy, w końcu uznała, że najtrafniej definiuje jej własny los. Ona także była przecież… piękna, niewinna i prześladowana. Czyż nie?

Łukasz Maciejewski
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas