poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA POCHŁÓDKA
Glikauf
Dekada Literacka 2008, nr 4 (230)
Małgorzata Szejnert
Czarny ogród
Wydawnictwo Znak, Kraków 2007

Sto lat temu koncern górniczo-hutniczy Georg von Giesches Erben (czyli po polsku Spadkobiercy Gieschego) założył na Górnym Śląsku osiedle dla swoich pracowników. Kierując się prostym, zdroworozsądkowym i z gruntu kapitalistycznym założeniem, że zadowoleni ludzie lepiej pracują, dołożono starań, aby osiedle przypadło mieszkańcom do gustu. Na polecenie dyrektora spółki, Anthona Uthemanna, architekci Jerzy i Emil Zillmannowie zaprojektowali budynki nawiązujące formą do lokalnego typu zabudowy, a zarazem nowoczesne i funkcjonalne, ponadto wyposażone w ogródki i niewielkie zabudowania gospodarcze. W ten sposób powstał Gieschewald. Wkrótce wybudowano Nikischschacht – zwarte, ceglane miasteczko – ponieważ chętnych na dzierżawę od firmy Spadkobiercy Gieschego było więcej, niż pomieściłoby śląskie miasto-ogród. 

W ciągu wieku swojego istnienia osiedla należały do kilku państw, obowiązywały w nich dwa różne języki urzędowe, wydarzyły się dwie wojny światowe i trzy powstania. Światowe przemiany rykoszetem trafiały w mieszkańców, zmuszając ich do zmiany deklarowanej narodowości, języka używanego w gazetce parafialnej (choć ksiądz był długo ten sam), a nawet do przeprowadzek. W książce Czarny ogród to właśnie jest przedmiotem zainteresowania Małgorzaty Szejnert – jak na Giszowcu i Nikiszowcu wielka historia wpływała na zwykłych ludzi i ich codzienne sprawy. W tle pojawia się pytanie o śląską tożsamość – nie polską, nie niemiecką. Śląską. 

Historia z osobistej perspektywy przedstawiona jest od XVII wieku, kiedy to protoplasta rodu Adam Giesche wędruje przez Europę. Dalej Szejnert opisuje dzieje jego rodziny; powstanie i rozkwit imperium Giesche; inwestycje na Śląsku, które doprowadziły do budowy osiedli. 

A cóż jest ważne na osiedlu? Kto ma ładniejszy ogródek. Kto się w kim zakochał, a z kim w końcu ożenił. Ile kilogramów ziemniaków na zimę dostarczyli Spadkobiercy Gieschego swoim pracownikom. Czy dobrze płacą. Jak Augustyna Niesporka zafascynowała fotografia (i to tak mocno, że rodzinne studio działa do dziś w tym samym miejscu, gdzie je założył). Jak rodzina Poloczków sprawiła ojcu fisharmonię. Dlaczego Waleska Wróblowa milczy. Jak Eduard Schulte – generalny dyrektor koncernu Giesche – już w 1942 roku poinformował aliantów o planach i metodzie eksterminacji Żydów. Jak jego żona Clara napisała książkę Haus am Ring, o wrocławskiej kamienicy rodziny Giesche. Jak uzdolnionemu technicznie Gerardowi Kasperczykowi władza ludowa zmieniła imię na Paweł, i jak on potem budował „rolbę” dla kopalni „Wieczorek”. Jak jego kolega z harcerstwa, Ludwik Lubowiecki, został fryzjerem, a później radził sobie z niepełnosprawnością swojego syna. Jak Kazimierz Kutz kręcił film. Jak w grudniową noc w stanie wojennym Rozalia Kilczanowa wraz z sąsiadką zaniosły żołnierzom gorącą zupę.

Opowieści o poszczególnych osobach i rodzinach przeplatają się, przez co tekst przekształca się w narrację o wszystkich, o wspólnocie. Wzmacniają to wrażenie zdjęcia – dzięki nim Czarny ogród przypomina trochę rodzinny album. Każdy z bohaterów przedstawiony jest z jakimś znaczącym szczegółem, który pozwala go zidentyfikować i przywiązać się do niego, a co za tym idzie – z napięciem czekać na jego dalsze losy. W drugiej części książki na jej bohaterkę wyrasta Dorota Simonides. Znakomita folklorystka pojawia się w Czarnym ogrodzie jako Dorka Badurzanka, która usłyszawszy w dzieciństwie, że jest brzydka, postanowiła zostać świętą. W takich miejscach Szejnert umiejętnie i w sposób bardzo literacki wykorzystuje różnicę zasobu wiedzy między czytelnikiem a bohaterem (technika znana pisarzom realistycznym). Podobny zabieg stosuje, pisząc o malarzach z Grupy Janowskiej. Kiedy się czyta, że Teofil Ociepka zainteresował się okultyzmem, to wiadomo, jaki będzie finał tego zainteresowania. Kiedy Ewald Gawlik (często i szeroko cytowany w Czarnym ogrodzie) snuje melancholijne i – co tu kryć – egocentryczne skargi na swój zły los, który nie pozwala mu się realizować artystycznie, przed oczy nasuwają się jego obrazy. Również występowanie odmiennych tonów (patetycznych, komicznych) podtrzymuje zaciekawienie czytelnika. 

Tekst główny nie wyczerpuje ani pasji narratorskiej Szejnert, ani zakresu jej wiadomości: spora część opowieści przeniesiona jest do przypisów. Poświadczają one wielką ilość informacji i dokumentują proces ich zdobywania, a w pewnym sensie opowiadają równoległą historię. Jednocześnie stanowią piękną metaforę tego, że życie nie zmieści się w jednej narracji. Po prostu wykipi (jak mógłby wykipieć śląski żur). 

W ten sposób kształtuje się jakaś wersja „historii alternatywnej”. Pisze Ewa Domańska: Owa inność „historii alternatywnej” odzwierciedla się w specyficznym sposobie patrzenia na przeszłość, jej badania i przedstawiania. Historia ponownie pochyla się nad człowiekiem. Współcześni badacze przeszłości bowiem zaproponowali historię bardziej ludzką, historię o etnograficznym obliczu, która opowiada o człowieku „wrzuconym” w świat, o ludzkim byciu w świecie i ludzkim jego doświadczaniu. Podjęcie takiej tematyki wpływa na formułowanie odmiennego zestawu pytań stawianych źródłom, a uzyskane odpowiedzi wymagają innego stylu i formy przedstawiania przeszłości1

Szejnert układa swoją opowieść według porządku chronologicznego, który odbiera się jako najbardziej naturalny, bo jest zgodny z doświadczeniem upływu czasu. Stara forma kroniki, jaką reporterka obrała, odzwierciedla takie intuicyjne pojmowanie historii, a przy tym umożliwia równorzędne traktowanie ludzi o różnym statusie społecznym i wydarzeń z zupełnie różnych porządków. Dzięki temu powstaje wizj[ a ] świata pełnego szacunku i tolerancji dla odmienności innego człowieka; świata intymnego, pełnego uczuć i wartości, który oparty jest na wspólnocie ludzi podobnie czujących2. Demokratyczna, gawędziarska, hybrydyczna i otwarta na cudze słowa kronika stanowi zarazem element stylizacji na dawność.

Krytycy piszą, że w Giszowcu Szejnert wytropiła prawdę o Śląsku3 – udało jej się uchwycić i przedstawić „śląskość”. Być może jednak Szejnert tę śląskość wywołała, łącząc i odnosząc do siebie fragmenty istniejących wyobrażeń. Z rozmysłem używa chwytów literackich i mityzuje (we wstępie występują anioły, jabłonie, odwołanie do Adama – pierwszego Giesche, baśniowa konwencja). W innych miejscach nie kreuje sielanki, nie maskuje konfliktów, nie udaje, że w Giszowcu od zawsze była kanalizacja. Ale opowieść o zamkniętej, żyjącej harmonijnie mimo często niesprzyjających warunków społeczności; opowieść o przeminionym pięknie; opowieść o ludziach, w której szczegółowość zmienia się w pietyzm i czułość – projektuje lekturę mitologiczną. Dlatego Giszowiec i Nikiszowiec w oczach czytelników stają się wszechświatem4, a przynajmniej „esencją” i wizytówką Śląska. (Działo się tak już wcześniej, na przykład we wspomnianym już filmie Kutza Paciorki jednego różańca, który kręcony był na Giszowcu; ale także w wysoce „mitogennym” filmie Barbórka w reżyserii Macieja Pieprzycy z 2005 r., gdzie nocny spacer bohaterów odbywa się po Nikiszowcu). Szejnert wykorzystała ich niezwykłą i zajmującą historię, aby przez mikronarracje o konkretnych ludziach opowiedzieć o Śląsku – jak gdyby Giszowiec i Nikiszowiec były metonimią całego regionu, a rozgrywające się tam problemy dawały wgląd w przeżycia wszystkich Ślązaków. Malownicze, retro chic i charakterystyczne osiedla lepiej się nadają do pełnienia tej funkcji niż blokowiska (których przecież na Śląsku – jak wszędzie – jest znacznie więcej), bo zaspokajają nostalgiczną potrzebę dawności, tradycji, staroświeckiego uroku. Jest to potrzeba nacechowana melancholią, ponieważ u jej podstaw leży doświadczenie straty: tak już nie jest, tego już nie ma. Książka Szejnert – oraz same założone przez spółkę Giesche osiedla – w pewnym stopniu odnoszą się do mody na vintage, której literackim odblaskiem jest choćby popularność kryminałów w stylu retro. 

Zasłużony sukces Czarnego ogrodu zapewne ożywił zainteresowanie Giszowcem i Nikiszowcem. Przyjedzie więcej turystów, pojawią się galerie, potem pośrednictwo nieruchomości i banki. Znikną za to sklepy wielobranżowe. Nadejdzie melancholia. 

Anna Pochłódka

PRZYPISY
1 Ewa Domańska, Mikrohistorie. Spotkania w międzyświatach, Poznań 1999, s. 20. 
2 Tamże, s. 21. 
3 Aleksandra Klich, Czarny ogród, „Gazeta Wyborcza” z dnia 3.12.2007. 
4 Juliusz Kurkiewicz, Giszowiec, czyli wszechświat, „Polityka” z dnia 14.12.2007.  

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas