poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAREK PARULSKI
Między lekturą i byciem
Dekada Literacka 2008, nr 4 (230)
 Ewa Sonnenberg
Pisane na piasku  /  
Written on sand
tłum. Katarzyna Jakubiak
Korporacja Ha!art
Kraków 2007

Z jakim Ty rozmawia Ewa Sonnenberg? Z jakim Ja mamy tutaj do czynienia? Obecność wszystkich składowych – egzystencjalnych, psychologicznych, zmysłowych, cielesnych – każe sądzić, iż mamy przed sobą podmiot wyłącznie empiryczny, realność jaźni i subiektywną obiektywność doznań. Rzeczywiste i osobowe, te dwa wymiary wydają się dwoma absolutami nie do podważenia ani w grze czysto językowej, ani na gruncie filozoficznych wyznaczników poetyckiego paradygmatu. Nic bardziej mylnego. Poetka dokonuje generalnego przemieszczenia obiektów i terytorium oraz ustanawia nową ekonomię bytu. Problem zatem został źle postawiony. To właśnie w języku odnajdziemy więcej egzystencji. Rzeczywiste jest tam bardziej rzeczywiste, osobowe bardziej osobowe. W tej nowo ustanowionej algebrze operacja odejmowania (rzeczywistości) skutkuje jej przyrostem, któremu towarzyszy przeobrażenie. Zatem rudymentarne absoluty realnego wcale nie podlegają zniesieniu, lecz są podnoszone do drugiej potęgi. Język nie tylko zapędzany jest przez poetkę do funkcji wytwórczej – wytwarza inną realność – lecz także tę „właściwą” inkorporuje, przeobraża i dowartościowuje w ramach tego samego procesu. Regeneruje i przestraja po jej fatalnym romansie ze światem faktycznym, fizycznym, historycznym. W swoistym geście gnostycznej negacji proponuje proces oczyszczenia i stworzenia strefy niepodległej. Pozbawione ontologicznych brudów Ja i Ty porusza się tu poza przymusem i zasadą spełnienia. Dychotomiczna zasada rzeczywistości upada na rzecz panowania nad przeciwieństwami, do czego zachęca strefa niepodległa. Zarówno bliskość, jak i nieosiągalność Ty nie przydarzają się nam w trybie deterministycznie nastrojonej transcendencji, są wydarzeniami estetycznej, umysłowej i etycznej natury, wydarzeniami przekraczającymi zasadę tragizmu. Pobrzmiewa w tym jakaś odmiana amor fati z jego niczym nieskrępowaną wszędobylską immanencją. Nieograniczone jawi się wyłącznie jako Ja, które nie poznało jeszcze siebie. Po tym akcie natomiast przejawia naturę pojęcia o charakterze etycznym, taktownie i dyskretnie zasłaniającego Innego jako Mnie w Powtórzeniu.

Gesty poetycki, filozoficzny, estetyczny, etyczny i egzystencjalny w przypadku tej poezji pokrywają się. Ewa Sonnenberg stara się przypomnieć utracone usytuowanie Poezji wobec elementarnych składników bytu preindywidualnego. Jest to ten moment ewolucji podmiotu, w którym Ja nie zaprzecza istnieniu w sobie Drugiego. Tak jakby zasada Materii nie zawłaszczyła jeszcze kluczowych dystansów oraz gospodarki granicami i tożsamościami. Materializm społeczny nie zaburza (bo jeszcze się nie pojawił) harmonii pomiędzy Wieloma a Jednym. Podmiot empiryczny pozostaje nierozdzielny ze swoim kulturowym matecznikiem i nie definiuje wygnania ze świata Kultury. Lądy Sprzeczności nie wyłoniły się jeszcze z prawód Niesprzeczności. Dwie podstawowe zasady – Identyczności i Różnicowania – nie posługują się terytorialno-przestrzenną strategią. Albo inaczej, silne buddyjskie koneksje tej poezji, bez rezygnacji z europejskich podmiotowych impoderabiliów, pozwalają na zastosowanie logiki czterech alternatyw madhjamiki, której antypodmiotowy i antyjęzykowy charakter potrafi Ewa Sonnenberg na tyle przeprogramować, by zaprzęgnąć ją do pracy na rzecz podmiotu, na rzecz języka. Możemy teraz spokojnie rozpisać Ja na elementy, omijając zgrabnie tym postępowaniem generalną opozycję wobec całej wchodzącej tu w grę struktury. Nakładając operacyjnie buddyjską logikę na ontologię wskazywania przedmiotu, otwieramy złożoną formę podmiotowości. Dzieje się tak dzięki zdemaskowaniu owej techniki wskazywania, ukazaniu i zdyskontowaniu jej pustki. To Ja – nie to Ja – to i nie to Ja – ani to, ani nie to Ja. Ja zatoczyło pełne tożsamościowe koło. W przeciwieństwie do globalnej buddyjskiej strategii Ewie Sonnenberg nie chodzi jednak o wykazanie iluzoryczności samego podmiotu i języka, który go nieustannie produkuje i reprodukuje. Antyontologiczne podejście buddyjskie zostaje ograniczone do jednej z ontologicznych podfigur i będącego jej podstawą syntaktycznego subtropu. Dzięki takiej procedurze możemy odkryć nigdy i nigdzie niepodejrzewaną buddyjskość świata czysto osobowego.

Relacje osobowe, w tym ich matryca, czyli Ja i Ty, określają odrębne Wydarzenie, wyjątkowe wydarzenie tej poezji. Niewymagające w zasadzie wypełniających je zwykle perypetii i fabuł. Co najdziwniejsze – i tu tkwi oryginalność zamysłu Ewy Sonnenberg – jest to wydarzenie i zjawisko stricte buddyjskie. Posłużmy się pozornym paradoksem (chodzi o pozór samej różnicy, wydawałoby się absolutnej, pomiędzy kulturami Wschodu i Zachodu, buddyzmem i chrześcijaństwem itd.): poetka sugeruje istnienie perspektywy, w której osobowe ujawnia swój ukryty wymiar – takość Bezosobowego. Jesteśmy lata świetlne od klasycznych, pionierskich, choć naiwnych prób kulturowej komparatystyki takich wielkich postaci jak Thomas Merton i D.T. Suzuki. Jedynym sukcesem owych niedoskonałych zabiegów kompilacyjnych było ustalenie wspólnego kulturowego mianownika w postaci mistycyzmu. Sama idea, iż buddyzm i chrześcijaństwo spotykają się na tym terenie, trąci dziś teoretycznym mistycyzmem. Nie było wówczas jeszcze narzędzi do skutecznego porównania dwóch radykalnie odmiennych, a dokładniej – wzajemnie do siebie „odwrotnych” kodów kulturowych. Wywołana przez poetkę gra tożsamości wyłuskała z Ja jego istotę – formę. Ja okazało się formą. To właśnie do tego potrzebna była buddyjska logika. „Formą” wszystkich form jest Pustka. Tylko poprzez Pustkę możemy „zobaczyć” jej jedyny „przedmiot” – formę właśnie. Aby „dostać do ręki” Pustkę natomiast musimy wykonać pełny obrót buddyjskiego logicznego koła. Logika ta nie ma nic wspólnego z logiką europejską. Jej intuicję może podsunąć raczej analogia do metodologicznego koła hermeneutycznego, w którym ostatni krok, domknięcie procedury, także przynosi epistemologiczny wynik. Podmiot po zastosowaniu Pustki traci na chwilę swoją naturę, by ukazać się jako forma. Buddyjskie twierdzenie o nieposiadaniu przez obiekty własnej natury nie oznacza jednak ostatecznej wykładni metafizycznej. I tak też dzieje się z Ja i Ty Ewy Sonnenberg, która odwraca całą strategię, podważając tezę o „odwrotnych” kodach kulturowych.

Sens tej nowej strategii jest podwójny. Ja i Ty na poziomie ogólnym, na poziomie formy wydestylowanej przez Pustkę, konstytuuje się w rodzaj całościowej narracji, dla której dostępne stają się wszystkie elementy substancjalne i formalne uwolnione ze strukturalnej uwięzi. W klasycznym ujęciu byłaby to alegoria. Nie wychodzimy na razie poza kategorie europejskiej kultury. Rzecz jednak w czym innym. Sonnenberg metodycznie roztacza perspektywę na wszystkie podstawowe i pochodne stałe europejskiej syntaksy, by zwrócić uwagę na jej naturalną buddyjskość. Najpierw zwraca więc językowi jego własną dawną dyspozycję, którą dobrze wyraża przejście od historii do alegorii. Świat (nie-Ja) traci swoją dualistyczną tożsamość na rzecz nowego statusu, w ramach którego stanowi jedną z modalności samego Ja. Ja zresztą odpowiada zarówno za koncentrację, jak i decentralizację ruchu alegorii, będąc jej kluczową repliką. Może tak być, ponieważ Ja nie tkwi już w formalnym monizmie i równie dobrze czuje się w roli podmiotu, co zjawiska czysto „zewnętrznego” dla samego siebie. Świat był maską Ja, a historia grobem alegorii. Teraz Ja staje się światowe, ale w tym sensie, iż posiadamy do niego alegoryczny klucz. Ja zostało zdemaskowane, nie może się już uważać za stałe residuum zmiennych doświadczenia. Samo im podlega, ale i inicjuje zmienność, będąc tyleż ogólną determinantą, co ruchem samego Oświecenia w przypowieści. Przypowieść nie podlega dalszej deziluzji, to ona obnaża iluzoryczność wszelkich strukturalnych schematów Egzystencji. Niedualistyczna gra pomiędzy podmiotem a przedmiotem prowadzi do przełamania „projektujących na zewnątrz” narracji. Sytuacja jest jednak bardziej złożona. Wnętrze (podmiotu, Ja) też stanowi źródło „błędu perspektywy”, poddawane jest więc również niedualistycznej obróbce. Można powiedzieć, iż uleczone zostaje z dualistycznego defektu, by stać się godnym poziomu uniwersalnego motywu. 

Fundamenty zachodniej syntaksy pozostały nienaruszone. Ewa Sonnenberg zainicjowała pełną wzajemną wymianę, bez nawracania Zachodu na Wschód i vice versa. Metoda pytań skrzyżowana z ciągłym ruchem deklinacji stanowi formalny europejski odpowiednik buddyjskiej sunjaty relatywizującej podmiot. Pytania o Ja i Ty, Mnie i Ciebie itd. mają rangę wyższą od treści doświadczenia. Poetka strąca je do pewnego stopnia z ołtarza absolutu, by odkryć przed nami istotę metadoświadczenia. Podmiot uzyskuje alegoryczny dostęp do samego siebie, albowiem wszystkie krawędzie osobowej budowli zostały prześwietlone. Przy czym nie zaszła ich anihilacja, ponieważ buddyjskiemu poznaniu obca jest zasada nieoznaczoności związana ze zjawiskiem obserwacji. Na jego gruncie jest dokładnie odwrotnie: zarówno podmiot, jak i przedmiot pozbawione zostają swych zniekształcających, wprowadzających w błąd właściwości. To pozwala spojrzeć na całą Egzystencję już nie tylko w kategoriach Doświadczenia. Zmienia się zasadniczo tryb dostępu do uniwersum bytu, do kluczowych punktów determinacji. Następuje wyzwolenie z cyklu wcieleń, gdzie Ja pełniło rolę głównego zamknięcia horyzontu zdarzeń. Teraz Ja nie tylko jest dla siebie, ale także jest dane sobie w przekraczającym granice podmiotu odniesieniu. Następuje specyficzny rodzaj zrównywania oraz dodawania do siebie statusów i dystynkcji. Podmiot, przedmiot, wydarzenie zaczynają się odnajdywać w bardziej diatonicznej skali, bez tonicznego centrum charakterystycznego dla systemów dualistycznych („chromatycznych”), w których podmiot jest odpowiedzialny za organizację całości materiału doświadczenia. Przestaje działać system stopni skali, subdominanty, dominanty, rozwiązania. Więcej, tak jak w kulturze zachodniej alegoria w pewien sposób znosi historię, tak w kulturze buddyjskiej zniesieniu podlega doświadczenie „dla siebie i w sobie”, zamieniając się w dharmy (elementy) i Dharmę (całość Nauki buddyjskiej). Doświadczenie było czysto gramatycznym efektem ustanowienia absolutnego językowego podmiotu.

Podmiot nie znika w jakiejś wywołanej przez wszystkie te operacje nihilistycznej otchłani. Rozluźniony jest jedynie jego silny związek z zasadą rzeczywistości. Powiązane z nią zasady realizmu i materializmu są również osłabiane, nie powoduje to jednak roztopienia Ja w amorficznej protoplazmie istnienia, odzyskuje ono jedynie swoją „literacką” naturę. Z Egzystencji otrzymujemy Narrację. Nie chodzi przy tym o działanie mechanizmu referencji. Dualistyczny strukturalny komponent został już wcześniej przełamany buddyjską diatoniką. Podmiot, doświadczenie, narracja nie stoją już na straży swych idiomów funkcjonalnych i semantycznych, udzielając sobie nawzajem, w systemie pełnej wymiany, własnych filozoficznych wartości dodatkowych. Ewa Sonnenberg stosuje równolegle dwa poziomy penetracji podstaw europejskiego paradygmatu duchowego za pomocą buddyzmu. „Głęboki” dobrze wyraża formuła: Ja i Ty na źdźble trawy (całkowita buddyjskość Ja i Ty, bez burzenia ich źródłowych konstrukcji i tożsamości). Poziom „płytki” służy odzyskaniu stricte europejskich wartości z zasobów utraconej kultury symbolicznej. By nas zbyt gwałtownie nie przerzucać z jednego świata doświadczenia, odczuwania, pojmowania i identyfikacji do drugiego, poetka wprowadza stan pośredni – rodzaj panteistycznego tłumaczenia dwóch języków na siebie nawzajem. Poddaje nas ćwiczeniom w taoistycznej sztuce zabawy tożsamościami, własną przedmiotowością, względnością świadomości. Buduje ontologiczne i antropologiczne pomosty pomiędzy niewspółmiernymi porządkami. Odnajduje we wszystkim pierwiastek umysłowy. Bawi się względnością wewnętrznego i zewnętrznego, wielkiego i małego, skończonego i nieskończonego. Dekonstruuje różnice między przyrodniczym i ludzkim, męskim i żeńskim, obiektywnym i subiektywnym, kierunkami czasu, miejscami przestrzeni. Akty poetycki, filozoficzny, estetyczny, etyczny i egzystencjalny zaczynają się ze sobą pokrywać. Wszystko dzieje się zaś z zachowaniem heterogeniczności wszystkich modusów i trybów.

Zobaczmy, dokąd nas zaprowadzi jeden z przywołanych powyżej wątków. Wewnętrzne i zewnętrzne wydają się częścią ogólniejszej topiki, głównymi toposami Wschodu, także narracją łączącą w sposób istotny wymienione wyżej reżimy. Moglibyśmy posunąć się do znanej skądinąd parafrazy Nietschego i powiedzieć: Wschód jest Kobietą. I jeszcze – a buddyzm w sposób szczególny. Z jego najwybitniejszym filozoficznym prawodawcą związane są dwie legendy. Pierwsza mówi o tym, że był braminem, który w obronie hinduizmu stworzył najbardziej złożony i wyrafinowany sposób obalenia buddyzmu. Buddyzm tymczasem wchłonął swoje przeciwieństwo, rozumiejąc względność swych granic i definicji. Druga stwierdza, iż Nagardżuna był najzwyczajniej kobietą, stąd kobieca topika samego jądra buddyzmu, systemu madhjamiki. Wykorzystajmy te figury do odnalezienia takich tropów w dyskursie Ewy Sonnenberg, za pomocą których w sposób oryginalny wchodzi ona na teren współczesnych form przewartościowania miejsca podmiotu kobiecego w kulturze. Historyczny buddyzm w sensie czysto społecznym jest oczywiście patriarchalny. Nawet silniej niż chrześcijaństwo, to ono w końcowym efekcie okazało się zdolne wydać z siebie naszą nowoczesność, z jej hybrydycznością, ambiwalencją i androgynicznością. Kobiecość została umieszczona w obu tych systemach w zupełnie innych miejscach. W przypadku Zachodu miejsce to ma naturę polityczną. Na Wschodzie odnajdziemy ją na poziomie genetycznym. Najnowsza współczesność nie czyni już jednak takowych rozróżnień. Projekt Ewy Sonnenberg uzupełnia ponowoczesną rekonfigurację podmiotowości o inny wymiar. Oto bowiem znajdujemy się w zdumiewającym miejscu i momencie starożytnej decyzji patriarchalnej, zawłaszczającej stricte kobiece narracje filozoficzne. W przeciwieństwie do „słabych”, emancypacyjnych, roszczeniowych dyskursów współczesności, zawsze częściowo podatnych na manipulacyjny potencjał formalny dominującego męskiego języka, tamte reprezentują dyskursy „silne”, o całkowitym stopniu niezależności przysługującej wyłącznie rzeczywistej alternatywie w zakresie rozwiązań filozoficznych, logicznych, psychologicznych i gramatycznych. Ze zniewalającą mocą, apodyktycznie i nieodwracalnie, aczkolwiek delikatnie i bez arogancji, oddziela Ewa Sonnenberg od siebie dwa niezależne podmioty pierwotne języka, kultury, rzeczywistości samej, czyniąc to na terenie podstawowym, wolnym od jakiejkolwiek decyzji strukturalnej hipotetycznego modelu społecznego. Stawką takiego podejścia jest odzyskanie przez pominięty w przeszłości podmiot miejsca, w którym niegdyś samodzielnie sytuował się wobec całości tego wszystkiego, co moglibyśmy nazwać epicentrum procesu kulturotwórczego. Ewa Sonnenberg sugeruje zatem nie emancypację i rewizję modelu kulturowego, lecz odebranie własnymi siłami swojej własnej, wyjściowej, równoważnej pozycji.

W strefie niepodległej zatem kobieta nie pojawia się po raz pierwszy, przypomina tylko fakt wywłaszczenia i kulturowej dezaktywacji. Ewa Sonnenberg niczego nie negocjuje na wzór dyskursu feministycznego czy genderowego. Nie czuje się zmuszona do strategii kulturalizmu, który relatywizuje natury, statusy, struktury, pozycje, stosunki. Nie zwalcza obowiązującej, „męskiej” w końcu kosmologii, fizyki, historii, ekonomii, polityki, psychologii. Nie stosuje rozmiękczającej taktyki ponowoczesnego dyskursu ani psychoanalitycznej demaskacji różnicy podmiotowej. Jej podmiot czuje się zbyt pewnie jako drugi suweren. Nie zajmuje go więc w ogóle bezpośrednie starcie z męskim wszechświatem. Z licznymi czekającymi na tym polu ślepymi uliczkami, w rodzaju podstawienia w miejsce fallicznych własnych kobiecych gadżetów i narracji języka ciała, tworzących przyczynek i słownik jedynie dla „naśladowczych” wersji „prawdziwej kobiecej historii”. Ewie Sonnenberg wydałaby się śmieszna teza Lacanowskiego „braku” (Fallusa), dotycząca językowej niedyspozycji kobiety. Jej buddyjskie metafory wyrażają alternatywne do fallicznych, niefiguratywne odmiany języka. Odwołuje się więc raczej do kobiecego arche, momentu samoodniesienia i samostanowienia, do filozoficznej ogólności będącej w ciągłym ruchu dynamiki własnej identyczności, inaczej operującej wewnętrznym-zewnętrznym. Niezbędność „słabych” dyskursów nie jest podważana, choćby ze względu na jeden z wyników ostatniej odsłony zachodniego oświecenia: w ogólnym sensie polityczne koneksje każdego gestu kulturowego, w ogólnym sensie kulturowe koneksje każdego gestu egzystencjalnego oraz złożenia obu tych formuł – w ogólnym sensie polityczne koneksje każdego gestu egzystencjalnego. Także ze względu na konieczność pokazania strukturalnego charakteru kulturowej dezaktywacji kobiety. Nie są one jednak w stanie wskazać kluczowego miejsca, w którym nastąpiło samo wywłaszczenie. Ewa Sonnenberg proponuje operację dodawania: do wartości względnych, pragmatycznych, taktycznych, dorzuca wartość bezwzględną. Sięgając do źródeł, jej podmiot więc nie pyta, nie prosi, nie buntuje się i nie walczy, nie uzgadnia, ani nawet nie udowadnia swej równorzędności. Jest propozycją dopompowania siły do całego układu. Męski podmiot, zużyty nieco i zdegenerowany swym nazbyt długim i niczym niezagrożonym panowaniem, może na tym jedynie skorzystać, wręcz odzyskać własną godność. Co dzieje się zawsze i wyłącznie w akcie nieudawanego, niepodarowanego partnerstwa.

Jednym ze zwycięzców ponowoczesnego sposobu prowadzenia walki o wyparte z głównego obiegu obszary podmiotowości okazał się… sam sposób prowadzenia tej walki – lektura kultury. W efekcie znaleźliśmy się w świecie przewagi lektury nad podmiotem, kulturą i samą rzeczywistością, które awansowały do rangi jej zrelatywizowanych tropów i chwytów. Kobiecy dyskurs, co prawda, okazał się beneficjentem tych okoliczności kulturowych, ale w ramach powszechnej lokalizacji wszelkich gier podmiotowo-językowych. Wypowiedź Ewy Sonnenberg odwołuje się do stanu, kiedy między kulturą a jej lekturą nie zachodzi jeszcze rodzaj zasadniczej, performatywnej sprzeczności. Samą tę sprzeczność łatwo jest pokonać przez redefinicję, w której to właśnie różne rodzaje lektury utożsamimy z kulturą jako taką oraz sposobami życia w świecie. Wbrew pozorom, podmiot, który także będzie podlegał lekturowemu trybowi dostępu, nie musi utracić w ten sposób całej swej konsystencji oraz siebie jako zasady i perspektywy. Zostanie tylko silnie schłodzony metodycznością i skalą tej dekonstrukcji. Ewa Sonnenberg opowiada się za „kulturą gorącą”, w której wszystkie perypetie podmiotu na wszystkich poziomach i płaszczyznach bytu poza charakterem lektury zachowają jeszcze coś z bycia.

Marek Parulski


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas