poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KRZYSZTOF DERDOWSKI
Proza
Dekada Literacka 2008, nr 4 (230)
Widmo

To nie był nawet list polecony. Czekał na mnie w skrzynce pocztowej z kolorowymi pismami reklamowymi, z których mogłem się dowiedzieć, co powinienem jeść, jak się ubierać, czym sprzątać, smarować, kropić, gdzie i z kim się relaksować, jak być Anglikiem i gejem.

To był zwykły list z fakturą od firmy Widmo. Z faktury wynikało, że mam w ciągu siedmiu dni zapłacić firmie Widmo sto tysięcy złotych za usługi cateringowe. Dzwoniłem co kilkadziesiąt minut, przez dwa dni do firmy Widmo, żeby dowiedzieć się, co takiego dla mnie zrobili, że mam im zapłacić sto tysięcy?! Nigdy w życiu nie zamawiałem usług cateringowych. Jestem skromnym spedytorem w miejskiej komunikacji, którego stać zaledwie raz w miesiącu na niezbyt drogą prostytutkę.

Po dwóch dniach bezskutecznego dodzwaniania się do firmy Widmo zapomniałem o całej sprawie. To jakaś pomyłka. Ja i sto tysięcy? Moja pensja nie przekracza dwóch tysięcy!

Dwa tygodnie później dostałem przesyłkę poleconą – tym razem było to groźnie brzmiące wezwanie do zapłaty stu tysięcy złotych. Facet, który podpisał się Franciszek Dusza, dyrektor d / s windykacji, pisał, że jeśli w ciągu tygodnia nie oddam stu tysięcy złotych, podejmie stosowne kroki prawne i tak dalej. 

Znów cały dzień spędziłem, dzwoniąc bezskutecznie do firmy Widmo. Tym razem jednak nie chciałem zostawiać sprawy czy o niej pochopnie zapomnieć. Pojechałem do firmy Widmo, której adres znajdował się na winiecie wezwania do zapłaty. Firma mieściła się w starej kamienicy przy ulicy Gdańskiej, tuż obok zakładu fryzjerskiego w podwórzu. W firmie zastałem jedynie sekretarkę z wielkim dekoltem. Nie było prezesa ani Duszy, dyrektora d / s windykacji. Opowiedziałem sekretarce o pomyłce jej firmy i wyjaśniłem, że w żadnym razie nie jestem kimś, kto powinien zapłacić sto tysięcy za usługi cateringowe. 

 – Wszyscy tak mówią – powiedziała. – Szefowie doskonale radzą sobie z opornymi.
 – Nie jestem oporny. Jedynie chcę oświadczyć, że nigdy nie zamawiałem u was usług cateringowych.

Uśmiechnęła się ironicznie. Poprawiła ułożenie piersi w wielkim dekolcie. I odwróciła się do mnie bokiem, uznając zapewne, że rozmowa jest skończona.

 – Proszę pani! Kiedy zastanę pani szefów? Muszę z nimi porozmawiać. To jest jakiś absurd…
 – Szefów prawie nigdy nie ma. Polecenia dostaję przez internet i telefonicznie…
 – Proszę im w takim razie powiedzieć, żeby się ode mnie odpierdolili, proszę pani…
 – Naprawdę chce pan, żebym powiedziała coś takiego moim szefom? Oni są…
 – Tak! Tak! Proszę im powiedzieć, żeby się odpierdolili!
Wybiegłem z tego dziwnego biura firmy Widmo. Popędziłem do pubu Groteska i opowiedziałem barmanowi, co mi się przytrafiło.
 – Poważna sprawa – zdecydował barman, nalewając mi siwuchy.
 – Jaka poważna sprawa?! Jaka poważna sprawa?!
 – No, wiesz… Znalazłeś się w obiegu… Znalazłeś się w czymś, z czego może być trudno się wykaraskać.

Przez trzy tygodnie był spokój. I nagle znów list polecony – wezwanie do sądu w sprawie owych stu tysięcy.

Na sali sądowej oprócz mnie, sędziny, dwójki ławników był mecenas Kikowski reprezentujący firmę Widmo. Gruba, wielka sędzina patrzyła na mnie z pogardą, a dwoje ławników przysypiało po jej bokach. Mecenas Kikowski zręcznie skakał wokół sędziowskiego stołu, jakby zapraszał sędzinę na pyszną kolację. I najwyraźniej ja miałem za tę kolację zapłacić. Mecenas pokazywał grubej sędzinie podpisane przeze mnie dokumenty, oświadczenia świadków, wyciągi z urzędu skarbowego. Sędzina tylko kiwała ze zrozumieniem głową, na ile oczywiście pozwalały jej zwały tłuszczu okalające brodę. 
Potem z dużą niechęcią, a może nawet obrzydzeniem, udzieliła mi głosu.

 – Panie mecenasie, przecież pan wie, że to wszystko bzdury…
 – Proszę mówić do sądu! – zwróciła mi uwagę gruba.
 – Proszę pani…
 – Proszę mówić wysoki sądzie…
 – Wysoki sądzie, nigdy nie urządzałem tej wielkiej imprezy za sto tysięcy złotych! Nie mam nic wspólnego z tym cateringem!…
 – Proszę nie krzyczeć…
 – To jest spisek… Tam nie ma żadnej firmy. Tam siedzi tylko baba z dekoltem…

Przemawiałem przez pół godziny. Sędzina upominała mnie raz po raz, żebym mówił ciszej, głośniej lub wyraźniej. Potem zdecydowała, że sprawa jest na tyle prosta, że może po jednym posiedzeniu wydać wyrok. Zapytała, czy chcę wezwać jakichś świadków. Odparłem, że też uważam sprawę za prostą, więc nie mam żadnych świadków. 

Pół godziny później ogłosiła wyrok nakazujący mi zwrot stu tysięcy z odsetkami firmie Widmo.
Na korytarzu sądowym dogoniłem umykającego do pokoju adwokatów mecenasa Kikowskiego. Złapałem go za poły togi.
 – Przecież pan wie, że to bzdura! Pan wie! Jak pan może robić coś takiego? To na pewno niezgodne z etyką adwokacką!
Nie próbował się wyrywać. Stał cierpliwie i szukał w kieszeniach marynarki papierosów.
 – Proszę pana, mnie nie interesuje prawda! Z dokumentów wynika, że jest pan winny. Tę opinię podzielił sąd!
 – Ale przecież ja nie zamawiałem żadnego cateringu! Nigdy w życiu nie słyszałem o tej firmie Widmo…
 – Moi klienci, proszę pana, już zapłacili podatek od tych stu tysięcy. Nie sądzi pan chyba, że ktoś płaci podatek od forsy, która się mu nie należy?… No, proszę mnie puścić, bo wezwę ochronę…
 – Moje podpisy na fakturach są sfałszowane…
 – Niech się pan nie ośmiesza… Jeżeli mogę panu coś poradzić jako doświadczony adwokat… Niech pan weźmie dobrego adwokata. A teraz naprawdę, proszę mnie puścić! Chcę zapalić przed następną sprawą.

Wyszedłem z sądu oszołomiony. Czułem się tak, jakby przybyło mi w sercu pierwiastków uranu i ołowiu. Szedłem więc taki uranowy i ołowiany. 

Upiłem się w pubie Groteska. Barman rozsądnie radził, żebym jak najszybciej uciekł za granicę. Do Meksyku. Nigerii. Nie wiem dlaczego właśnie tam – ale tak radził.

Następnego ranka popędziłem do siedziby firmy Widmo z bukietem kwiatów i bombonierką czekoladowych cukierków. 

Sekretarka przyjęła mnie miło i nawet zaproponowała kawę.
 – To jest oczywista pomyłka – mówiłem, kiedy opychała się moimi cukierkami. – Pani szefowie mnie z kimś pomylili…
 – Niech pan tak nie mówi. Jest pan taki miły, więc po co tak mówić. Szefowie wiedzą, kto musi zapłacić…. Tak myślę, proszę pana…
Chyba rzeczywiście zjednałem ją kwiatami i bombonierką, bo powiedziała na pożegnanie: 
 – Niech pan tyle nie pali, bo pan umrze…
Następnego dnia poszedłem do kancelarii prawnej braci Marks i opowiedziałem Kazimierzowi, młodszemu z braci, co mi się przydarzyło z firmą Widmo.
 – Sprawa jest poważna – powiedział Kazimierz. – Znamy firmę Widmo i wiemy, że w zasadzie ta firma wygrywa swoje sprawy. Mają zawsze mocne dowody.

Kazimierz Marks jednak podjął się mojej obrony. Dziwnie się zachował podczas rozprawy apelacyjnej. Mówił coś o wekslach, zaufaniu i rękojmi. Potem przyznał mi się, że pomylił procesy i przez pewien czas występował w innej sprawie! 

Sąd nie miał wątpliwości i utrzymał wyrok sądu pierwszej instancji w mocy! Wyrok był więc prawomocny.

Kilka tygodni później komornik zablokował moje konto w banku i wyniósł telewizor oraz lodówkę z mieszkania. Przez następne dziesięć lat spłacać będę sto tysięcy firmie Widmo.

Dziś otrzymałem list polecony od firmy Kwarantanna z fakturą na dwadzieścia tysięcy złotych za mój pobyt w ekskluzywnym ośrodku wypoczynkowym na wyspie Bali. Nie jestem nawet wystraszony. Wiem przecież, jak się to potoczy. A bać się trzeba tylko tego, czego nie rozumiemy.

!

Wiem, że nie wyjdę z tego żywy. Dlatego postanowiłem ostatnie chwile spędzić przy komputerze, zapisując w miarę dokładnie to, co mi się przytrafiło. Ktoś, kiedyś odnajdzie tu moje zwłoki, a może już rozwłóczony po mieszkaniu szkielet, i ten tekst w komputerze. Gdyby komputer był podłączony do sieci, próbowałbym wezwać pomocy, ale w obawie przed wirusami odłączyłem modem i pozostałem teraz sam na sam z czterema parami strasznych ślepi. Dawno, dawno temu, a właściwie całkiem niedawno, wszystko się zaczęło… Byłem chyba w miarę zadowolonym ze swego życia sześćdziesięciolatkiem. Mieszkałem od pięciu lat samotnie, po śmierci żony i wyjeździe córki do Irlandii. Miałem całkiem pokaźną emeryturę i sporo pieniędzy na koncie w banku Millennium – oszczędności moich rodziców i moje po wielu latach dyrektorowania w dużej firmie państwowej. Mogłem wieść wygodne i dostatnie życie. Obiady w eleganckich restauracjach. Dobre trunki. I… kiedy te straszne ślepia są tuż obok, mogę się i do tego przyznać… młode kobiety z eleganckiej agencji towarzyskiej na ulicy Śląskiej. Tak było do dnia, kiedy w kamienicy, w której wówczas mieszkałem, obrabowano sąsiada. To był silny, agresywny osiłek, a jednak został obrabowany. Co gorsze, okazało się, że rabunku dokonali chłopcy z sąsiedniej ulicy, których często widywałem, idąc spacerkiem po gazetki do kiosku. Wydawało mi się, że o tym nie myślę, a jednak, jak rozumiem to już dzisiaj, myślałem nieustannie… Jeżeli napadli i obrabowali potężnego sąsiada, to z łatwością mogli obrabować też takiego starszego pana jak ja! Mogli rozbić mi głowę! Mogli wsadzić nóż w brzuch! Wyobrażałem sobie, jak zimne, dwudziestocentymetrowe ostrze wchodzi w mój otłuszczony brzuch. Krew spływa po białych spodniach na podłogę; wnętrzności wylewają się przez ciasny pasek spodni. To właściwie idiotyczne, że napadli sąsiada, a nie mnie. Gdyby trochę pomyśleli, powinni napaść staruszka (czy sześćdziesięciolatek jest staruszkiem?). Nikt w dzielnicy, oprócz mnie oczywiście, nie ma nowej toyoty! Gdyby choć trochę pomyśleli, powinni wepchnąć mnie do mieszkania i kazać sobie wydać karty bankomatowe! Wyobrażałem sobie, jak podstępnie zaskakują mnie, kiedy wchodzę do mieszkania i wpadają wraz ze mną do środka… Kazałem zmienić zamki w drzwiach. Potem wzmocniłem drzwi blachą i dwiema żelaznymi zasuwami. Kupiłem sobie trzy paralizatory. Policja nie wydała mi pozwolenia na broń, wiec nie mogłem sobie kupić pistoletu czy karabinu. Kupiłem natomiast świetną imitację pistoletu i pokazywałem ją sąsiadom. Chciałem, żeby po dzielnicy rozeszła się plotka, że jestem uzbrojony po zęby. Ale potem jeszcze bardziej się przestraszyłem. Niewątpliwie napastnicy musieli rozumować tak – co ten facet tak się zbroi?! Jak wielki musi mieć majątek ten facet, że chodzi cały czas z pistoletem w kieszeni?!… Nie ma co – byłem coraz bardziej przerażony. Nie zapraszałem już oczywiście uroczych dziewcząt z agencji towarzyskiej. Było to zbyt niebezpieczne. Taka drobna, szczupła blondyneczka potrafi być niezwykle silna i agresywna. Przyjaźniłem się z kilkoma z nich i wiem, że same chodzą do klientów z paralizatorami. Wiem też, że właściciele agencji to bandyci… Jezu, w tamtych dniach stało się dla mnie oczywiste, że ci bandyci już od dawna wiedzą o mnie!… Myślą pewnie często o tym bogatym staruszku, który jest szczodry dla dziewcząt z agencji!… To był dla mnie straszny czas. Nie wychodziłem z domu przez kilka tygodni. Zakupy robiła mi przyjaciółka mojej zmarłej żony. Przychodziła raz w tygodniu. Sprzątała mieszkanie. Zapełniała lodówkę. Prała moje rzeczy… I nagle doznałem olśnienia! Ta kobieta może być w zmowie z napastnikami! Sama może być przywódcą napastników. Jezu, że też dotąd nie przyszło mi to do głowy!? Ona wie, że jestem człowiekiem bogatym i samotnym, a więc doskonale nadającym się na ofiarę napadu! Bandyci, którzy ogołociliby moje konto, mogliby mnie spokojnie zamordować i zakopać gdzieś w lesie – nikt by o mnie nie zapytał! Nikt!… No, przecież nie córka, która winiła mnie za śmierć matki… Przez całe życie miałeś dziwki, powiedziała mi kilka lat temu, mamę to zabiło!… I wyjechała do Irlandii. Całe młode pokolenie ucieka przed swoim polskim życiem do Irlandii. Innych krewnych trzymałem zawsze na dystans, bo wiedziałem, że chcieliby wciąż pożyczać ode mnie pieniądze!… A teraz sam wpuszczam do mieszkania kobietę, starą pannę, której zupełnie nic nie udało się w życiu! Aż dziw, że mnie jeszcze nie otruła, nie zdzieliła siekierką, nie dźgnęła nożem! Wpuszczałem ją do swojego domu, choć właściwie nic o niej nie wiedziałem. Co to znaczyło, że była przyjaciółką mojej żony? Poznały się w piaskownicy? Miały wspólne romanse? Czy kobiety w ogóle mogą przyjaźnić się ze sobą? Kiedy o tym rozmyślałem, przeraziłem się jeszcze bardziej. Przypomniałem sobie, jak przez kilka tygodni po śmierci żony ta kobieta próbowała mnie (to śmieszne) kokietować! Mówiła, że mężczyzna nie powinien zbyt długo zostawać sam, że w moim wieku samotność może zabić, że ona jest tolerancyjna i wyrozumiała. Potem przyszła, kiedy miałem właśnie wizytę panienki z agencji towarzyskiej, i przestała mnie kokietować. Tak to jest, jak się odwiedza samotnego mężczyznę bez zapowiedzi! Przyszła, żeby pójść wraz ze mną przygotować grób mojej żony na święto zmarłych… No nic, ta kobieta, to było śmiertelne niebezpieczeństwo. Zapłaciłem jej dwa tysiące złotych i poprosiłem grzecznie, żeby więcej nie przychodziła. Dopytywała; czy coś się stało, czy robi coś nie tak, czy czymś mnie obraziła… Odprowadziłem ją na klatkę schodową. Miała chyba łzy w oczach. Zamknąłem za nią starannie drzwi. Przyszła jeszcze trzy razy. Stała przy domofonie, ale już nigdy jej nie wpuściłem… Ach, gdybyż to był koniec moich mąk!… Dopiero po odprawieniu przyjaciółki mojej żony zdałem sobie sprawę, że teraz sam będę musiał wychodzić po zakupy! A to było oczywiście śmiertelnie niebezpieczne. Na to właśnie czekali napastnicy! Pragnęli, żebym wreszcie wyszedł z mojej nory!… Powziąłem wówczas plan wyprowadzenia się z miasta. Nie było to łatwe. Pani w agencji nieruchomości szukała dla mnie bezpiecznego domu na przedmieściu przez prawie trzy miesiące. Najpierw nie mogła zrozumieć, o jaki dom mi chodzi. Taka ładna, a taka głupia!… Chodzi o bezpieczny dom, tłumaczyłem: płoty, alarmy, pancerne szyby… Pan chce prawdziwą twierdzę, zażartowała któregoś dnia… Tak, droga pani, prawdziwą twierdzę!… Nie jest jednak łatwo poszukać w ofertach biur nieruchomości prawdziwej twierdzy! No, na przykład: czy twierdza ma być blisko, czy daleko od innych domów? Jeśli będzie stała samotnie, będzie równie narażona na atak, jak wówczas, kiedy znajdzie się w środku osiedla jednorodzinnych domków! Czy systemy alarmowe należy zakładać samemu, czy też lepiej odziedziczyć po poprzednich lokatorach? Poprzedni lokatorzy, znając wady systemu alarmowego, mogą z łatwością dokonać napadu lub zlecić napad! A jeśli nakaże się założenie systemu alarmowego samemu, to skąd pewność, że firma zakładająca alarm nie jest w zmowie z bandytami?! Dylematy! Dylematy!… Najchętniej odszedłbym teraz od komputera i napił się soku, ale sprawy zaszły tak daleko, że nie mogę się już ruszyć i niewątpliwie zginę tu, właśnie tu, pisząc o tym, co mi się przytrafiło. Mogę, oczywiście, wykonać gwałtowny ruch i rzucić się do beznadziejnej walki, ale jestem sparaliżowany strachem i nie stać mnie na takie spektakularne zakończenie… Kiedy kupowałem dom, niezwykle często wchodziłem i wychodziłem z mego mieszkania. To była nieopisana męka. Pociłem się. Drżałem. A wieczorami upijałem się, bo nie potrafiłem zasnąć bez pomocy alkoholu. 

Wreszcie wybrałem swoją twierdzę! Miała wysoki płot zwieńczony drutem kolczastym, antywłamaniowe żaluzje, garaż z elektrycznymi wrotami, czuły system alarmowy (kod zmieniam co tydzień), a nawet kamery wewnątrz i na zewnątrz domu. Idealna twierdza! Podczas przeprowadzki nieustannie zabezpieczałem się przed napaścią, mówiąc pracownikom firmy przewozowej, że lada moment przyjedzie moja rodzina: kuzyn policjant, wnuk bokser i tak dalej. Pani z agencji nieruchomościami, która mogłaby być moją córką lub klientką z agencji towarzyskiej, powiedziała mi na pożegnanie, że trochę się o mnie niepokoi, że nie miała dotąd takiego klienta… A o co chodzi?… Wszyscy się teraz boją, ale pan jakoś szczególnie… Nie chciało mi się z nią więcej rozmawiać. 

To były dobre dni. Trochę się uspokoiłem. Pamiętam, że nawet kilka razy z przyjemnością oglądałem sobie wschód słońca z okna mojej twierdzy. Słońce potrafi pięknie wschodzić nad ścianą lasu. Mijają pokolenia, a ono wciąż wschodzi i wschodzi. 

Problemem nie były wyjazdy po zakupy, lecz powroty z zakupów. Twierdza stała na pustkowiu, więc mogłem z łatwością stwierdzić przed wyjazdem, czy ktoś czai się obok domu. Mogłem bez trudu, dzięki systemowi kamer, zobaczyć, czy nikt nie czai się pod ścianami domu lub w garażu. Wyjazd był łatwy. Gorzej, znacznie gorzej, było z powrotami. Alarm milczał, ale ktoś mógł jakimś sposobem dostać się do domu i czekać tam już na mnie! Och, ta męka powrotów!… Wtedy postanowiłem kupić sobie psy. I kupiłem dwa sznaucery. Potężne psiska. Hodowca zapewniał mnie, że te psy nie wpuszczą do domu nikogo obcego. Wyglądały rzeczywiście groźnie. Kiedy nawet sto metrów od twierdzy, gdzie stał najbliższy dom sąsiadów, pojawiał się jakiś człowiek, moje psy, warcząc, podbiegały do ogrodzenia. Wracając z zakupów, wypatrywałem psów, i kiedy podbiegały do płotu, upewniałem się, że nikt nie mógł wejść do domu. I tak było dobrze. Jednak kilka tygodni temu wydało mi się, że psy się rozleniwiły i straciły przez swe gnuśne życie czujność. Postanowiłem wzmóc ich agresję. Zamykałem je w ciemnej piwnicy. Trochę głodziłem. Drażniłem, kopiąc drzwi piwnicy. I teraz stało się… Kiedy wczoraj wieczorem wypuściłem je z piwnicy, rzuciły się na mnie. Jeden, ten większy, rozszarpał mi dłoń. Uciekłem przed nimi aż tu, do gabinetu. Nie zdążyłem jednak zamknąć za sobą drzwi i są tu cały czas przy mnie. Jeden leży na progu, a drugi krąży po pokoju. Próbowałem kilka razy wstać i ruszyć w stronę drzwi, ale wówczas zaczynały warczeć i szykować się do ataku. I tak już jest. Powoli rezygnuję z dalszej walki i obrony. Nadejdzie pewnie chwila, gdy głodny i spragniony rzucę się w stronę drzwi i wtedy one rozszarpią mnie na kawałki.

Krzysztof Derdowski
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas