poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
WOJCIECH GRUCHAŁA
Są solą ziemi. O Książce o starej kobiecie Brzozowskiego
Dekada Literacka 2008, nr 4 (230)
Zaraz po nowym roku Brzozowski odnotował w swoim Pamiętniku zakończenie powieści Sam wśród ludzi, pierwszego z dwóch zamierzonych tomów cyklu Dębina. Wpisy z tego okresu świadczą, iż wiedział już, że nie zrealizuje wszystkich zamierzeń; czuł, że słabnie, lecz jednocześnie nie miał wątpliwości, że cokolwiek mówi, ma wagę słów wypowiadanych w obliczu śmierci. Przez czternaście miesięcy, które mu pozostały, pracował nad Książką o starej kobiecie, która miała być podsumowaniem jego życie i końcem pewnej epoki polskiej literatury. Sąd nad sobą i swoim czasem powierzył w niej kilku postaciom, ale tylko jednej przyznał prawo do domagania się prawdy – starej kobiecie. Oczywistość rozrachunkowego gestu może przysłonić siłę ekspresywną motywu matki i jego fundamentalne znaczenie kompozycyjne.

Metrykalne zapisy na temat Wandy Brzozowskiej z Borowskich mówią niewiele ponad to, co podpowiada znajomość obyczajowych realiów epoki. Żadna z zachowanych informacji nie wskazuje na choćby cień oryginalności, typowej żony wysadzonego z siodła, pozostającej w cieniu domowego nieszczęścia, pozbawionej pańskich rysów, uzdolnień godnych odnotowania czy choćby życiowej samodzielności. Natomiast jej wizerunek wyzierający z pism syna, w gruncie rzeczy upiorny i odrażający, odciśnięty został raczej na podobieństwo blizny, jaką nosił, głęboko zraniony przeciętnością własnego domu, która wydawała mu się tak krzywdząca i okrutna. Z Pamiętnika o matce Brzozowskiego dowiedzieć się można niewiele, ale i owych kilka zdań w sugestywny sposób kreśli portret domowego piekła, które zgotowała synowi. Nawet najwierniejszy przyjaciel, przygotowując jego spuściznę do druku, pominął w pierwszej edycji Pamiętnika fragmenty oskarżające matkę o mordowanie talentu dziecka. W głąb pudełkowej sceny, na której rozgrywa się rodzinne życie Brzozowskich, pozwalają spojrzeć listy pisarza do przyjaciół i od razu rzuca się w oczy kobieca postać o demonicznej sile, nieznającym sprzeciwu usposobieniu i duszy zredukowanej do kilku prostych, instynktownych prawd o życiu. 

A powieści? Utwory wczesne zawierały wiele aluzji autobiograficznych, ale nie były przecież dziełami z kluczem, przynależały do fikcji artystycznej. Nawet stara Siennicka z Wirów stanowi wyłącznie aluzję do realnej osoby, czasem może zbyt dosłowną, co wynika ze słabo jeszcze wyrobionego warsztatu twórczego Brzozowskiego. W pisanej u szczytu rozwoju potencjału twórczego Książce o starej kobiecie, została nakreślona postać matki, która ani nie traci wyraźnego konturu żywej osoby, ani nie staje się jedynie wcieloną tezą ideowego programu, alegorią tej czy innej wartości. Wypada dopowiedzieć, mimo przyjętego punktu patrzenia oscylującego między dotkliwą ironią a smutną zadumą.

Aby osiągnąć ten efekt, sięgnął Brzozowski po formę powieściową tak nowatorską, że gdyby tylko zdołał swą powieść dokończyć, czytelnicy otrzymaliby dzieło wybitne. Ale nie tak najwyraźniej miało być – pozostało sto stron urwanych dosłownie w pół zdania. Co więcej, to, co ów fragment obejmuje, nie przeszło należytej obróbki stylistycznej; obok fragmentów urzekających pasją i jasnością języka pozostały ślady zbyt gorączkowego biegu myśli pisarza, za którym nie nadążała słabnąca ręka. Mimo to zamysł kompozycyjny, choć odcyfrowany zaledwie z fragmentu, musi olśniewać, jeśli bowiem mistrzem prozy Brzozowskiego był Dostojewski, to ostatnie dzieło autora Legendy Młodej Polski nie tylko dowodzi pojętności ucznia, lecz także zapowiada przekroczenie horyzontu wyznaczonego przez Braci Karamazow i Idiotę. Podkreślam tu dwa momenty artystycznej metody Brzozowskiego rzutujące na jego stosunek do formy powieści polifonicznej, który to termin często pojawia się w krytycznych rozbiorach jego dzieł.

Po pierwsze, Brzozowski określał powieść w kontekście jej społecznego oddziaływania jako rodzaj nośnika myśli, który ułatwia absorpcję owej myśli w szerokich kołach czytelników niemających filozoficznego przygotowywania do jej przyjęcia w formie dyskursywnej. Można by więc nawet mówić o pewnego rodzaju tendencyjności jego dzieł, czyniąc wszakże zastrzeżenie, że utworom tym daleko do dydaktyzmu, co zresztą może stanowić swego rodzaju rozbieżność między programową deklaracją a literackim wykonaniem, albo przyzwyczajeniem do dydaktyzmu wyłącznie na miarę pozytywistyczną.

Po drugie, Brzozowski był autorem w pewnym sensie wolnym od władzy języka, co później zrażało do niego miłośników wyrafinowanych okresów retorycznych i czytelników wrażliwych na brzmienie prozy. Jego powieści powstawały poniekąd w sposób nielinearny: istniał najpierw pewien uogólniony zarys problemu wypowiedziany już w języku fabuły. Na przykład Dębina miała obejmować kilka generacji tej samej rodziny i prowadzić do swoistej ideowej konkluzji drogą od saskich ostatków, przez wszystkie ważniejsze nurty myśli demokratycznej i socjalistycznej, do ich zaistnienia w realiach współczesnych. Biologicznemu następstwu pokoleń miał towarzyszyć fatalizm przemian społecznych i ideowych, które wyznaczałyby zasadniczy zrąb podwójnej akcji powieści. Sam wśród ludzi był tylko częściowym spełnieniem tego planu, obejmował bowiem zaledwie dwa pokolenia, lecz już wówczas skrystalizowała się technika kompozycji dwupoziomowej, na pierwszym miejscu rozwijanej w świecie myśli, dopiero potem widzianej w odsłonach potężnych scen uzupełnionych słowem dającym ciągłość fabule. Rozumiejąc tę cechę twórczości Brzozowskiego, czytelnik podejmuje wyzwanie do jak najszybszego opuszczenia poziomu słów ku rekonstrukcji ponadindywidualnej psychiki bohaterów odzwierciedlającej zasadnicze konflikty ideowe epoki.

Jeśli więc przez powieść polifoniczną rozumieć takie usytuowanie punktów patrzenia, w którym to samo zdarzenie i wartość zyskują odmienne waloryzacje w zależności od cech postaci wypowiadającej się na ich temat, a nad całością dyskusji nie czuwa rozstrzygający podmiot sprawczy, to dojrzałe powieści Brzozowskiego realizują ten schemat z pewnym naddatkiem. Ich bohaterowie rzeczywiście dyskutują, zachowując autonomię sądu, i bez względu na to, czy w którymś z nich dopatrywać się można alter ego autora, ich racje nie zostają arbitralnie przekreślone. W odróżnieniu jednak od wzorca pozostawionego przez Dostojewskiego, powieści Brzozowskiego dążą ku diagnozie psychiki społecznej, jej bohaterów pochłaniają konflikty etyczne o tyle, o ile wynikają one z procesualnego charakteru postępu czynionego przez całą ludzkość. Konflikty, w jakie wchodzą protagoniści Brzozowskiego, pozostają nierozstrzygnięte, ale nie trwają w miejscu – historia decyduje o ich dynamice i przejawach.

Książka o starej kobiecie stanowi na tej drodze dzieło wybitne. By zilustrować jego zasadnicze nowatorstwo, należałoby sobie wyobrazić Zbrodnię i karę, w której każdy z bohaterów ma własnego Raskolnikowa i zmaga się z jego problemem na tle kluczowego momentu w historii zbiorowości. Bowiem każdy z narratorów nieukończonej powieści ma matkę i ustosunkowuje się do tej postaci osobiście oraz jako przedstawiciel generacji, klasy, narodu.

Ich opowieści spaja postać Aleksandra Zajączkowskiego. Wiadomo o nim niewiele: że wychowała go samotna matka i w gimnazjum uległ fascynacji ideami socjalistycznymi, przez co osłabły jego uczucia patriotyczne. Potem zaangażował się w działalność spiskową o charakterze rewolucyjnym, jej ukoronowaniem jest bliżej nieokreślony epizod dyktatury w fabryce Żabokrzyckiego, która kończy się śmiercią jego i kilkudziesięciu innych osób. Na tym etapie jego życia pojawiają się ksiądz Brzeski i robotnik Jan Piła – kolejni narratorzy powieści. Ostatecznie Aleksander ginie zamordowany w zamachu.

Swoją część prawdy na jego temat pierwszy przedstawia anonimowy rewolucjonista-internacjonał, wcielenie krytycznego rozumu i mistrz psychologicznej diagnozy (które to dary przedstawione są zresztą momentami w krzywym zwierciadle ironii; bo jak inaczej czytać następujący fragment: Podczas tego obchodu Karol Lasota strzelał do Aleksandra i on potem dopuścił do zabicia go, aby nie być posądzonym o chęć pozowania na wspaniałomyślność, albo Justynka chciała też kiedyś rozmawiać ze mną na temat plastyki ramion i łydek paru przyjaciół naszych, ale dowiodłem jej, że posiada zbyt małe wykształcenie anatomiczne). Z jego opowieści wyłania się obraz środowiska socjalistycznych konspiratorów, w jakim Aleksander funkcjonował, a także portret psychologiczny, którego dominującym rysem jest pozowanie na brak piedestału, hipokryzja naturalności.

Drugą część opowieści prowadzi matka Aleksandra, która uzupełnia wiadomości dotyczące jego dorastania i początków działalności. Natomiast trzeci narrator, ksiądz Brzeski – świadek ostatnich dni Aleksandra – podaje o nich nieco więcej szczegółów oraz maluje tę postać w odmiennym świetle: jako osobę nigdy nie dojrzałą, przedwcześnie odstawioną od piersi. Fragmentaryczność tych zapisów nie pozwala na sformułowanie jakiegoś wniosku na temat tej postaci, wydaje się zresztą, że nie ona jest tu najważniejsza. Osobą przeżywającą dramatyczny konflikt ideowy jest bowiem matka.

Cztery lata małżeństwa, którego owocem był Aleksander, to jedyny okres szczęścia w jej życiu. Jej ojciec szczycił się przed wierzycielami szlacheckim pochodzeniem, w najpodlejszych lokalach szermował udziałem przodka w bitwie pod Grunwaldem, żebrał, bił domowników, doprowadzał najbliższych do rozpaczy. Matkę Aleksandra wychowywała macocha, również nieokazująca jej miłości rodzicielskiej, ale najbardziej dotknął młodą kobietę nie niedostatek materialny i emocjonalny, lecz poniżenie ze strony hrabiego, który potraktował ją jak prostytutkę. Lekcja młodości zawarła się w słowach macochy: Dzisiaj się dużo mówi o kobietach; mój Boże, myślałby kto: pierwsze to pokolenie kobiet żyje na świecie; mąż czy ojciec, brat czy syn, kochanek czy obcy człowiek, wszyscy wy jesteście wobec nas ci sami; kobieta kobiecie każdej także jest wrogiem i tak już będzie do skończenia świata; słońce prędzej zgaśnie, zanim się w tym coś zmieni. Tych kilka zdań okazało się wyrocznią, gdy z całego życia pozostało jedno dobre wspomnienie i jedno najdroższe uczucie, którym stara kobieta podporządkowała swoją egzystencję, nawet gdy kolejna nadzieja zawiodła. Czytelnik jest świadkiem walki matki ze światem o syna. Zagrożenie z zewnątrz przybiera postać idei mogącej uwieść młodzieńca i wplątać w wir historii, który od wieków pozbawia domy polskie ojców, synów, mężów. Trzeba więc zerwać ze słupa ulotkę nawołującą do odrodzenia niepodległego kraju, zasłonić okno, gdy carska policja aresztuje młodego lekarza kreślącego na murze buntownicze hasło. Wróg jednak nadchodzi z innej strony, Aleksander nie walczy za ojczyznę jak jego przodkowie i tego matka nie umie już zrozumieć, mimo że kupuje wszystkie książki postępowe i w nich szuka wyjaśnienia. Jednak jej świat ukształtowały inne pojęcia, nie potrafi zgłębić przepaści dzielącej pozostałości skamieniałych romantycznych mitów od ideologii rewolucyjnej, dlatego też pisze do przyjaciela syna – pierwszego narratora książki – z pytaniem, czy jej syn był zdrajcą. 

Los i współczucie prowadzi ją do matki owego młodego medyka aresztowanego pod jej oknem. Osamotniona i sparaliżowana staruszka czołgająca się po ziemi do drzwi napawa ją jednak jeszcze większym przerażeniem. Jej duma z syna i modlitwa o bohaterstwo dla Aleksandra wywołują sprzeciw bohaterki. Pyta: Co wywalczyli ci w 63 roku? Czy mało było szubienic, nieszczęścia; czy nigdy, nigdy nie wolno nam będzie matkom odetchnąć? Kaleka nie odpowiada już kobiecie – zdaje się jej, że to szatan ukryty za Zajączkowską ją kusi. 

Do tego matka księdza Brzeskiego, młodo wydana za dużo starszego mężczyznę, który właściwie do końca pozostał jej obcy, mieszkająca w wielkim domu odziedziczonym po przodkach wolnomyślicielach i żołnierzach. I żona Jana Piły z dumą cofająca rękę wyciągniętą po pieniądze za pracę przy dworze. Tych kobiet jest co najmniej tyle, co męskich bohaterów, tworzą świat równoległy, może bardziej realny, bliższy ziemi, biegnący innym torem niż postęp tworzonej przez mężczyzn historii. Ale nie gromadzą się one, aby powiedzieć, jak odległe są te dwa światy, jak inne pojęcia ciągłości im przynależą, choć i to jest ich udziałem, czasem z wyboru. Nie tworzą też jedynie pewnej summy psychologicznej wiedzy o funkcji matki w rodzinie, społeczeństwie i narodzie. Pojawiają się jak osoby, zawsze schowane za kurtyną, bez których jednak nic nie może się wydarzyć, którym ktoś w końcu pozwolił przemówić. Ich niedzisiejszość jest wstecznictwem tych, którzy pytają o prawdę, gdy świat kruszy się w posadach.

Matki chcą znać prawdę, czekają na wyrok o Polsce, gdy nad każdą polską mogiłą odbywa się błazeńska łamigłówka: gdzie jeden czyta „rycerz”, ktoś inny widzi „zbrodniarz”; gdzie wczoraj modlono się przed świętością, dziś natrząsają się nad głupotą lub plwają na obłudę. Ich los nie przechodzi w legendę – sparaliżowana matka męczennika sprawy narodowej czołga się po podłodze, żeby otworzyć drzwi, inna idzie po rzodkiew dla syna, zmęczona przystaje przy słupie i czyta ulotkę, której patriotyczna agitacja wywołuje w niej lęk – te sceny należy oderwać od hagiografii narodowej i rewolucyjnej, bo przynoszą bohaterom ujmę, mażą ich ziemią. Dawczynie życia trwają niezmienione wobec postępowych teorii. Mają swoją godność i żadna teoria Darwina ani obietnica równouprawnienia nie dają im nadziei na los inny niż ten, który dzielą ze swoimi matkami i babkami. Bohaterowie Brzozowskiego wielokrotnie zaznaczają, że postęp społeczny uwolni ludzi od partykularyzmu także w kwestiach erotycznych, zatem i od problemów rodzinnych należących do mającej ustąpić mieszczańskiej formy świata. Indywidualne przeżycia i pragnienia zostaną zastąpione przez odczucia społeczne, myślenie podporządkuje się kategorii klasy i jej interesowi. Taka ma być nowa epoka, służyć jej będzie wielokształtna i bogata mowa, a właściwie gwary subtelne i skomplikowane, by każdy z nas mógł nazywać życie i śmierć tak, jak mu się podoba – aż do śmierci, która zwalnia nas od wmawiania w siebie, że rzeczy dokonywające się w nas, mają sens i są dobre. Matki mimo to domagają się staroświeckiej prawdy, są po stronie śmierci i biologii życia. O to samo upomni się jeden z mężczyzn – leżący na łożu śmierci Teofil Łaguna, według Marty Wyki porte parole autora.

Czy w kontekście tej galerii żeńskich postaci osoba matki Brzozowskiego stała się w jakiś sposób bliższa? Nie, mimo że często pojawiały się fragmenty odsyłające do Pamiętnika i listów pisarza. Świadczy to przede wszystkim o tym, że Brzozowski wybił się ponad konwencję powieści polifonicznej, w której stanowisko konserwatywne przypadło postaci wzorowanej na członku starszego p0kolenia własnej rodziny, lub po prostu ponad metodę realistyczną odwzorowującą w piśmie to, co znane oczom. Widząc złożoność postaci tytułowej, czy raczej postaci tytułowych, ich zaangażowanie w oba nurty przepływające przez świat przedstawiony, przywołam określenie dzieła, które Brzozowski włożył w usta bezimiennego bohatera: jestem pisarzem trybunału, gdzie oskarżonym jest sędzia, a powołani są sami świadkowie. Jedna jeszcze jest osoba w sali sądu: jedna, która chce tej rzeczy niedzisiejszej: prawdy. Proponuję przyjąć to sformułowanie jako nową definicję polifoniczności, gdy mowa o tym utworze Brzozowskiego. Od poprzednich powieści ta ostatnia, niedokończona, najbardziej różni się może właśnie rozległą perspektywą metafizyczną, która podważa i zmienia znaczenie ideologicznych dyskusji, oraz spełnieniem postulatu, jaki Brzozowski przecież głosił od dawna – aby literatura oddychała życiem, z niego wyrastała. Okazało się, że nie programy społeczne są wspólnym mianownikiem idei i codzienności, lecz trwałość kobiecego świata. 

W ten sposób Brzozowski trafia w miejsce, gdzie wcześniej rzadko pojawiali się polscy pisarze. Jakże odmiennie potraktował on portret matki niż autorzy romantycznych wierszy do matek Polek. Jak duży dystans dzieli jego sawantki od postaci kobiet postępowych z Emancypantek i programowych wystąpień Orzeszkowej. Wreszcie, jakże odmienny dramat przeżywa stara kobieta od matki powstańca w Wiernej rzece. A przecież tyle te postacie łączy. 

Myślę jeszcze o jednym dużo późniejszym tekście, o wierszu Różewicza Opowiadanie o starych kobietach, w którym zostaje odsłonięta wizja życia bez nadziei i bez złudzeń związanych z postępem ludzkości. Jest to jednocześnie wyznanie wiary w sens trwania w swoim miejscu, w wartość pracy pozbawionej nagrody. Poeta wie, że stare kobiety [ … ] są solą ziemi

Wojciech Gruchała

Stanisław Brzozowski
Widma moich współczesnych 
(Fikcyjne portrety satyryczne). Książka o starej kobiecie 
(fragment powieści)
Nakł. Księgarni Polskiej 
B. Połonieckiego, Lwów 1914 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas