poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ADAM PUCHEJDA
Kłopot z Brzozowskim. Na marginesie lektury Pamiętnika Stanisława Brzozowskiego
Dekada Literacka 2008, nr 4 (230)

Powiedzmy wprost: Pamiętnik Stanisława Brzozowskiego tak naprawdę ma dwóch autorów. Nie chodzi tu, bynajmniej, o łatwe paradoksy, ale o problem swoistej podwójności Brzozowskiego. Nie ma bowiem jednego Brzozowskiego, jest ich co najmniej dwóch. Ten pierwszy jest subtelnym intelektualistą i artystą, ten drugi – ideologiem i wychowawcą. Jeden odkrywa nowe światy, jest – jak sam pisze – kartografem dziwnych podróży, krytykiem i hermeneutą, drugi – dyscyplinuje, konstatuje, uprawia fechmistrzowstwo duszy.

Podwójność, o której mowa, ma także swój wymiar filozoficzny. Jeśli spojrzymy na pisarstwo Brzozowskiego z pewnego dystansu, szybko dostrzeżemy, że jego pisma można podzielić – z jednej strony – na krytykę, formułę diagnozy stanu kultury polskiej, a z drugiej – na propozycje rozwiązań, program pozytywny. Ten podział z grubsza nakłada się na poprzedni. Brzozowski-krytyk jest analitykiem kultury, naszego – jak pisze w Pamiętniku – oddychalnego powietrza, natomiast Brzozowski-wychowawca projektuje rolę i zadania inteligencji. Oczywiście, te stanowiska nie wyczerpują ani pierwszego, ani drugiego podziału. Brzozowski w swoim pisarstwie wyraźnie przechodzi od krytyki pewnych stanowisk do przedstawiania propozycji pozytywnych. Negatywny program Brzozowskiego, czyli przede wszystkim jego krytyka kultury szlacheckiej i inteligencji, przeniknął do wielu warstw polskiej kultury i dziś nie każdy pewnie zdaje sobie nawet sprawę z tego, że mówi Brzozowskim. Nieco inaczej wygląda recepcja jego pozytywnych propozycji. Te spychane są zazwyczaj na dalszy plan, a to właśnie one domagają się dziś krytycznej lektury. Tym bardziej, że znajdują się chętni na przejęcie spadku po Brzozowskim. A spadek, jak wiadomo, przyjmuje się z dobrodziejstwem inwentarza.

Warto więc może wykorzystać ten moment i rozpocząć dyskusję na temat spuścizny Brzozowskiego i stosunku, w jakim pozostaje ona do dzisiejszej rzeczywistości. W ten sposób nie tylko nie sprzeniewierzymy się autorowi Legendy Młodej Polski, który zalecał tego typu krytyczną lekturę dzieł innych pisarzy, lecz także lepiej określimy własne stanowisko. Nowe wydanie Pamiętnika Brzozowskiego może być do tego dogodnym pretekstem. 

Brzozowski napisał we wstępie do Idei, że jego działalność pisarska zawsze była nieustannym pamiętnikiem pracy filozoficznej, a w Pamiętniku podkreślił, że nie ma pracy, która nie byłaby jednocześnie biografią. I jak Idee były biografią intelektualną Brzozowskiego, tak Pamiętnik moglibyśmy określić jako jego biografię egzystencjalną, historię dojrzewania pisaną już na łożu śmierci. Jest to historia pełna żalu – niestety często jakże uzasadnionego – żalu do historii, losu i miejsca, w jakim przyszło mu żyć. Brzozowski z bólem wspomina swoje młodzieńcze wizyty w niemirowskich domach rozpusty, gdzie odgrywał rolę smutnego pierrota, przywołuje wiecznie pijanego ojca i despotyczną matkę. Kreśli obraz nędzy i ciemnoty polskiej wsi, pisze ze smutkiem i złością o antyintelektualizmie polskiej inteligencji. W grudniu 1910 roku notuje w Pamiętniku swoje wrażenia z lektury eseju Whitmana: Democratic Vistas Whitmana – przygnębienie gniecie duszę przy czytaniu. Gdzie miejsce dla nas, dla Polski, w tych perspektywach, gdzie pewność i wreszcie: gdzie potrzeba samej tej pewności. List Whitmana do rosyjskiego tłumacza, poczucie powinowactwa dwóch ogromów przyszłości. Smutek! smutek! Nie można bez zastrzeżeń oddać się człowiekowi, zaufać mu. – A śmieszność myśli, która się boi człowieka, przyszłości jego. Przed laty mówiłem bezlitośnie o Krasińskim – dzisiaj nadszedł jego odwet. Polska dla Whitmana to tylko feudalizm w jego pojęciu i przecież tak jest właściwie. Trzeba myśleć, trzeba przekonywać siebie, trzeba przypominać, że Polska to także warunek nieupośledzonej przyszłości 20 milionów, które miały, mają, lub będą miały nieszczęście urodzić się Polakami. Ale to już inna perspektywa. Nie ma tu miejsca na oceaniczną bezbojaźliwość, przeciskać się trzeba szczelinami. [ … ] Fakt jest, że pomiędzy każdym z nas i błogosławieństwem myśli, leży nieszczęście, rzecz określona, ciasna i uboga. Kasprowicz i Whitman – istotnie to określa. Biedny, oślepły słonecznik i szeroka, żywa, nieogarniona, widząca dusza oceanu w wichrze i słońcu. Biedny oślepły słonecznik! (s. 22–23).

Polska w oczach Brzozowskiego jest nieszczęściem. Nie daje szans na rozwój, wady przykrywa lukrem, krzepi serca zamiast leczyć rany. Co więcej, nie przyjmuje żadnego programu naprawy, marnując przy tym coraz to nowe talenty. Brzozowski jak nikt inny doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego klęska osobista była jedynie pochodną klęski całego kraju. Defraudacja publicznych pieniędzy, jakiej się dopuścił, by ratować umierającego ojca, odcisnęła się na jego życiu niezatartym piętnem. Do tragedii osobistej dołączyła tragedia środowiska. W czasie dochodzenia sądu koleżeńskiego badającego sprawę sprzeniewierzenia społecznych pieniędzy doszło do masowych aresztowań studentów uczestniczących w tzw. ziłowszczyźnie – patriotycznych wystąpieniach młodzieży uniwersytetu. Wśród aresztowanych znalazł się także Brzozowski, który złożył w więzieniu zeznania obciążające kolegów. Miał już się nigdy nie oczyścić z żadnego z tych grzechów młodości. Sąd koleżeński skazał go zaocznie na karę wykluczenia z organizacji społecznych (na trzy lata), co równało się śmierci cywilnej młodego, świetnie się zapowiadającego lidera studenckich kółek samokształceniowych. Z Cytadeli wyniósł gruźlicę, z której nigdy się już nie wyleczył. Przykuty do łóżka, spędził w domu większość swego życia – po dwóch ciężkich operacjach zmarł na emigracji 30 kwietnia 1911 roku, gdy gruźlica zaatakowała kości. Pozostawił po sobie kilka książek, dziesiątki artykułów i legendę, która trwa po dziś dzień.

Swoje istnienie Brzozowski zawdzięczał tylko sobie i garstce oddanych przyjaciół, a przede wszystkim żonie, Antoninie Kolberg (nota bene losy żony Brzozowskiego do dziś nie zostały opisane; Czesław Miłosz napomknął, że spotkał się z nią we Florencji w latach 30.; później jej nazwisko pojawia się we wspomnieniu Stefana Kisielewskiego, który opuszczał razem z nią popowstaniową Warszawę; o córce zaś Brzozowskich, Irenie, wiemy tylko tyle, że uczyła po wojnie w krakowskim gimnazjum). O swoim losie pisał gorzko w Pamiętniku: Gdy rodzice w 1897 roku przyjechali do Warszawy los mój był postanowiony. Już był tylko wybór formy zguby i ta trwała aż do roku 1901. Gdybym nie był spotkał Toni, najprawdopodobniej fizycznie bym nie żył, a może wyrósłbym na zbrodniarza i zgnił w kryminale, w szpitalu wariatów. Przy matce nigdy nie zacząłbym pisać – a raczej nigdy bym nie doszedł do poważnego traktowania pisania. Myśl była tu czymś komicznym. Czymś, o czym nie można było mówić w jej spojrzeniu nie czując się zażenowanym – to mi pozostało. Dlatego mój biograf, który mnie potępi, niech raczej podziękuje Bogu, że nie był mną (137).

Badacze biografii Brzozowskiego sugerują, że w tych zdaniach pośrednio przyznał się on do współpracy z carską Ochraną, o co został oskarżony pod koniec życia. Trudno dziś rozstrzygnąć, czy te przypuszczenia są czymś więcej niż tylko inwencją krytyków, nie ma wszakże wątpliwości, że mamy tu do czynienia z opisem tragicznego losu młodego, ledwie dwudziestoletniego pisarza.

Brzozowski nie zgodził się na to, by jego życie zostało zredukowane do prostego wyboru formy zguby. W napięciu między jednostką i wspólnotą, jakie w szczególny sposób jest doświadczeniem intelektualisty, upatrywał podstawowego zagadnienia swojego pisarstwa. Pisał w Pamiętniku: Urodziłeś się myślicielem i nie zastałeś miejsca dla tego typu ludzi w społeczeństwie. Od wczesnych dni dzieciństwa pojono cię automatycznie, uporczywie przeświadczeniem o „nierealności” twoich instynktów. Odebrano ci dobre sumienie w tym, w czym mieć je mogłeś. Miałeś i umiesz jeszcze mieć upartą, niezłomną prawie wolę i nie masz przeświadczenia, dobrego samopoczucia tej woli. Tak żyłeś przez długie lata. Przez długie lata dojrzewał w tobie charakter, któremu byłeś wierny, ale jako występkowi, jako brakowi charakteru. W ten sposób wypaczona dusza nie wyprostowuje się już nigdy. Jesteś garbaty moralnie i fizycznie. Teraz przynajmniej nie daj się zatrwożyć (156).

Jedyne, co ci pozostaje – zdaje się mówić Brzozowski – to własna działalność umysłowa. Dodatkowych argumentów na rzecz prawdziwości tego stanowiska dostarczyła rewolucja. Doświadczenie rewolucyjne pouczyło – pisał w Przedmowie do Idei Brzozowski – że każda myśl tworzy istotnie coś w życiu i że my wszyscy świadomi polscy ludzie stworzyliśmy rewolucję i jej następstwa w złem i dobrem. Stąd wytwarzać się zaczął sprawdzian bardziej konkretny życia duchowego jako tworzenia społecznych następstw w pewnym konkretnym środowisku. Życie intelektualisty, człowieka pióra i słowa, nie może być oddzielone od problemów codzienności, społeczeństwa i państwa. Z tego też powodu inteligenci, którzy nie poparli rewolucji 1905 roku, nie wystąpili aktywnie, ramię w ramię z robotnikami, dopuścili się klasycznej zdrady klerków. Zdrada nie polegała jednak na porzuceniu wiecznej prawdy i oddaniu się w ręce partykularnej ideologii, jak głosi potoczna interpretacja. Zdrada, zdaniem Brzozowskiego, polegała na nieuzasadnionym oddzieleniu porządku myśli od porządku życia, teorii od praktyki. Inteligenci, którzy mieli szansę wesprzeć ruch robotniczy, stać się świadomością jedynej klasy zdolnej – w jego opinii – zmienić rzeczywistość, nie sprawdzili się w chwili próby.

Innymi słowy, przeprowadzona przez Brzozowskiego surowa krytyka inteligencji sprowadza się do jednego właściwie twierdzenia: inteligencja Młodej Polski uznała się za klasę wyzwoloną od historii, żyła w świecie sztucznym i fałszywym, a to doprowadziło ją do błędnej oceny rzeczywistości. Historia nie robi się sama – zarzucał Brzozowski Irzykowskiemu – nie sama, lecz przez olbrzymie machiny woli wytężonej przeciwko nam (153). Inteligencja, która tego nie dostrzega, nie rozumie, że albo tę wolę opanujemy i zmienimy jej zwrot, albo będziemy skazani na nieistnienie. Razem z inteligencją nie przetrwa też państwo i naród. Celu Brzozowskiego nie wyznacza jednak chęć likwidacji bezproduktywnej i abstrakcyjnej inteligencji. Przeciwnie, jego krytyka ma być otrzeźwieniem, ponieważ, zdaniem autora Idei, obowiązki inteligentów są jeszcze poważniejsze. W myśl założeń filozofii Brzozowskiego, społeczeństwo składa się z mięśni – klasy robotniczej, wytwarzających podstawy życiowe społeczeństwa, i mózgu, głowy wytwarzającej świadomość. W tym sensie inteligencja – twór, przypomnijmy, wyrosły na glebie krajów zacofanych, bez instytucji, ze słabym społeczeństwem obywatelskim – ciągle pełni rolę przewodnika, oczu i uszu narodu. Rację miał więc Fryde, który pisał: Legenda pisana w latach 1907–1909 miała na celu krytykę tych postaw duchowych Młodej Polski, które wobec doświadczeń roku 1905 okazały się anachronizmem, i stworzenie nowego wzoru wychowawczego dla zbuntowanych synów rodziny Milusińskich. Trzeba było stworzyć wzór, który pozwoli im stać się władcami nowoczesnego świata swobodnych robotników. Prawdziwy problem pojawiał się dopiero wtedy, kiedy – jak pisał w tym samym szkicu – setki i tysiące czytelników czekają na ich [ inteligentów – przyp. moje, A.P. ] słowa, a ci nie kierują życiem narodowym; kiedy wysiłek duchowy myślicieli i artystów rozprasza się w próżni zamiast koordynować i potęgować wysiłek fizyczny polskich robotników i polskich chłopów. Słabość inteligentów oznacza bezpośrednio słabość społeczeństwa, tak jak słaba głowa wprowadza zamęt w członkach.

Dziś taka definicja zadań inteligencji wydaje się najzwyczajniej nieadekwatna. Po pierwsze, wskrzeszanie inteligencji zaangażowanej we współczesnej Polsce przypomina trochę powoływanie pod broń legionistów Piłsudskiego. Inteligenci w swej tradycyjnej roli wychowawców i nauczycieli są nam dziś tak samo potrzebni jak żołnierze walczący o obalenie zaborców. Żadna z tych ról nie ma dziś racji istnienia. Tak jak opozycjoniści w PRL-u tworzyli zręby wolnego społeczeństwa w podziemiu, tak dziś działalność oparta na tamtych wzorach może robić jedynie wrażenie tworzenia alternatywnej rzeczywistości. Zaangażowanie inteligentów miało sens w sytuacji ekstremalnej, gdy nie było państwa lub gdy jego instytucje skutecznie uniemożliwiały prowadzenie wolnej debaty. Natomiast w kraju niepodległym, takim jak dzisiejsza Polska, rolę inteligentów przejęły lub powinny były przejąć instytucje. Po drugie, w sytuacji, w której – jak dziś – inteligencja utraciła swą dominującą symboliczną pozycję, jej ponawiane żądania przywrócenia tego statusu mogą zasadnie przypominać tezę Jana Wacława Machajskiego, który krytykował inteligencję za to, że ta wcale nie działa na rzecz dobra ogółu, lecz raczej ku chwale swych partykularnych interesów. 

Na tym nie kończą się jednak kłopoty. Bo też model zaangażowanej inteligencji opisany przez Brzozowskiego w Płomieniach, a co za tym idzie – model kultury, jaki jest konsekwencją przyjęcia takiej koncepcji, z pewnością nie nadaje się dziś do naśladowania. I nie chodzi tu o to, by zrównywać myśl Brzozowskiego z którąkolwiek z ideologii albo straszyć nadejściem nowego totalitaryzmu – żadna z tych perspektyw nie ma dziś większego sensu. Warto jednak przyjrzeć się temu, jak doświadczenie indywidualne może zostać uogólnione i do czego może to doprowadzić. W jaki sposób osobowość Brzozowskiego ujawnia – metaforycznie rzecz ujmując – dwie twarze myśliciela i intelektualisty: twarz robotnika pióra i twarz wychowawcy. 

Brzozowski, który krytykował inteligencję za sztuczne, jak sądził, oddzielenie myślenia od życia, w swoim własnym życiu wszystko podporządkował pracy intelektualnej. Prawdziwy inteligent – jego zdaniem – ma być bowiem osobnikiem nieprzeciętnym. Brzozowski generalnie odrzucał jakiekolwiek myślenie w kategoriach indywidualności na rzecz myślenia całościowego, niemniej wyjątek czynił zawsze dla jednostek wybitnych, herosów życia i myślenia. Wykładnikiem wybitności dla Brzozowskiego była przede wszystkim umiejętność całkowitego zespolenia życia i idei, dlatego m.in. takim szacunkiem obdarzał kardynała Newmana. Troska codzienna w życiu myśliciela i poety bywa źródłem natchnienia – pisał w Pamiętniku a przynajmniej pewnej drogocennej strugi krwi w tem natchnieniu (19). Jednostka wybitna, a sam za taką bez wątpienia się uważał (wielokrotnie powtarzał, że tylko czynniki zewnętrzne uniemożliwiają mu zrewolucjonizowanie nauki i literatury już nie tylko polskiej, lecz także europejskiej), całe swoje życie podporządkowuje sprawie – czy będzie to sprawa kształtowania świadomości klasy robotniczej, czy też problem modernizacji narodu. Którąkolwiek z dróg wybierze, zawsze będzie to oznaczać konieczność absolutnego podporządkowania. W Pamiętniku znajdziemy wiele przykładów tego typu stanowczości Brzozowskiego. Najbardziej zdumiewające są jednak fragmenty poświęcone córce, zdają się bowiem antycypować projekt kultury spełniający wszystkie pozytywne postulaty Brzozowskiego. Autor Pamiętnika pisze w pewnym miejscu: Dlatego wojna 1) płaczliwemu tonowi Ireny, 2) jej zwyczajowi prezentów, 3) jej manii troskliwości, choćby o nas, 4) powolności mówienia. Rozwijać stanowczość, geometryczną precyzyę, stalowość, fechmistrzowstwo duszy (178). Retoryka Brzozowskiego nie powinna być zaskoczeniem. Przeciwstawienie słabości i delikatności dziecka ideałowi kultury monolitycznej, męskiej i bezwzględnej – a taki wzorzec postępowania narzucał sam sobie, o czym świadczą wspomniane wyżej fragmenty Pamiętnika – taka opozycja była konstytutywnym składnikiem pozytywnego programu Brzozowskiego. Męskość połączona była zawsze z jednoznacznością, która rugowała z kolei wszelkie nieuporządkowanie, płaczliwość i – w jego mniemaniu niemęską właśnie – troskliwość. Postulowane przez Brzozowskiego dobre życie nie mogło prowadzić do osłabienia woli, bo tylko prawda poznania daje spokój i stanowczość (154). Zmienność i niejednoznaczność – przeciwnie – mogą tę wolę jedynie osłabiać. Dlatego Brzozowski wzywa do odrzucenia pytań i wątpliwości, do ignorowania wszelkich trudności. Bo tylko w ten sposób myśliciel będzie mógł przysłużyć się wychowaniu wytrwałych i niezłomnych robotników, którzy przeciwstawią się naporowi pozaludzkiego. W takiej wizji kultury i miejsca człowieka w świecie prawdziwa i jedyna osiągalna wolność jest możliwa tylko dla kogoś, kto przyjmuje na siebie życie herosa skazanego na nieustającą walkę z siłami od niego silniejszymi – społeczeństwem i przyrodą. Dlatego rację ma Damian Kalbarczyk, który w jednym z pierwszych numerów „Res Publiki”, jeszcze w latach siedemdziesiątych, pisał, że w myśli Brzozowskiego nie było miejsca na wolność człowieka, jako że społeczeństwo będące jedynym podmiotem tworzącym świat i historię potrzebowało tylko wolności od zewnętrznych ograniczeń; nie było miejsca na lenistwo, jako że ludzkość zagrożona zewnętrznymi żywiołami wymagała ciągłego, heroicznego czynu; nie było miejsca na indywidualne swobody także i z tego względu, że walczący gatunek obowiązywała surowa dyscyplina moralna, zlewająca jednostki w całość silną i wszechmocną; wreszcie nie było miejsca dla skromnego nawet indywidualizmu, gdyż walka zrównywała wszystkich w obliczu wyimaginowanych zagrożeń, czyniła każdego herosem, który w wizjonerskich zapędach stawał się żołnierzem niezwyciężonej armii robotników.

Według Brzozowskiego człowiek, jego indywidualna treść psychiczna, tylko wtedy posiada znaczenie, gdy uczestniczy w procesie pracy kształtującej siły zdolne do utrzymania naszej egzystencji. Zgodnie z tą antropologią, klasa utrzymująca życie, czyli robotnicy, jest ciałem, które współdziała z inteligencją, świadomością tego ciała. Błąd krytykowanej przez Brzozowskiego inteligencji polegał zaś na uznaniu, że wszelkie stanowiska idealistyczne (ogólnie – romantyczne) są niezależne od życia, a tylko to jest czymś stałym i pewnym. Bowiem, gdy – jak czytamy w Głosach wśród nocyzamiast stanu posiadania ustalonego, zhierarchizowanego, pewnego swych podstaw, mamy niestałą równowagę, wytwarzaną przez walkę kilku różnych i sprzecznych ładów społecznej eksploatacji pracy, wtedy też i sprawdziany stają się mniej pewne. Innymi słowy, jeśli nie będziemy potrafili wznosić wałów, murów, palisad i strażnic – jak pisał Brzozowski w jednym z fragmentów Pamiętnika – w nasze życie wkradnie się niepewność, a zaraz za nią wychynie potwór relatywizmu.

Warto dopowiedzieć jeszcze jedną rzecz. Brzozowski był przekonany – pisał o tym choćby w Legendzie Młodej Polski – że świat nie ma charakteru stałego, a jest jedynie pochodną naszego językowego opisu zjawisk. Do pewnego stopnia zmiana języka oznacza więc zmianę rzeczywistości. Co ciekawe, Brzozowski w tym sensie staje się kimś w rodzaju strukturalisty, tzn. wierzy, że nasza rzeczywistość daje się opisać za pomocą zestawu kilku trwałych kategorii, tyle że jego specyficzny strukturalizm dopuszcza aktywną zmianę. Ta zmiana jest możliwa wtedy, kiedy silna, zdyscyplinowana i dobrze zorganizowana grupa uzna, że obecne struktury życia i opisujący je język są całkowicie nieadekwatne i należy jest zmienić przez – z jednej strony – sztukę i literaturę, a drugiej – zorganizowaną akcję polityczną. Nie chcę przez to powiedzieć, że Brzozowski był teoretykiem rewolucji lub miał gotowy program zmiany. Wyciągam tylko wnioski płynące z lektury jego pism – niektóre z nich sięgają może zbyt daleko, niemniej nie ma powodu, by sądzić, że jego postulaty nie znalazłyby swojej logicznej kontynuacji (gdyby Brzozowski dalej pisał). Nie ulega bowiem wątpliwości, że jego przekonanie (wyrażane wielokrotnie) co do możliwości swobodnego stwarzania świata, w którym żyje człowiek, nie było wyrażane jedynie z myślą o tworzeniu fikcyjnych portretów nadludzi. Brzozowski doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że realna zmiana jest możliwa dopiero wtedy, kiedy ludzie skupią swe siły na jednym celu i dlatego tak fascynowała go idea strajku generalnego, który teoretycznie może wstrzymać pracę w całym kraju. Paradoks jego wizji polegał jedynie na tym, że w tym modelu robotnicy de facto tracili swoją podmiotowość – pojęcie tak popularne w dyskursie lewicowych opozycjonistów w PRL-u – a tracili ją na rzecz inteligentów właśnie. Brzozowski obawiał się demokracji i równych praw dla wszystkich z tego prostego powodu, że nie wierzył w możliwość mobilizowania ludzi inaczej niż za pośrednictwem wykonywania poleceń elit kierowniczych – głowy ciała społecznego. Poza tym autor Idei obawiał się indywidualizmu, a co za tym idzie – wolności. Był zdania, że demokracja będzie prowadzić do przerostu indywidualnych instynktów. Trafnie odczytywał w ten sposób jeden z podstawowych problemów demokracji – kwestię możliwości wykształcenia oświeconego obywatela, który będzie potrafił dokonać racjonalnego, a nie instynktownego – kierującego się np. przyjemnością – wyboru. W swoim pisarstwie nie zamierzał jednak rozwiązać tego problemu – kontynuując linię nietzscheańską uznał wyższość elitarystycznego konserwatyzmu i pogodził się z dominacją siły nad prawem. W tym sensie był podobny do młodych bohaterów powieści Jan Barois Martina du Garda, którzy ze wstrętem mówili o zniewieściałym romantyzmie. Jak celnie pisał o tym Tomasz Burek, młodzi oponenci Barois pałali nienawiścią do rezultatów Rewolucji: fermentu indywidualistycznego, liberalizmu, „anarchii” romantycznej i doktryny postępu, ponieważ poczuli, „że rozmach XIX wieku zachwieje w końcu podwalinami, na których opiera się dzisiejszy ład społeczny”. Stąd instynktowna reakcja obronna – reakcja, którą na planie psychologicznym moglibyśmy wytłumaczyć mechanizmem „ucieczki od wolności”, a która społecznie przybiera charakter otwartej reakcji światopoglądowej i politycznej. Młodzi intelektualiści mieszczańscy, których zbiorowy portret przyniosła ankieta Agathona, w przeddzień wybuchu wojny, której oczekują z radością [ … ], mówią o powrocie do klasycyzmu po epoce nowoczesnej dekadencji, o odrodzeniu zaginionych cnót. Przywołują pojęcia siły, władzy, religii, porządku. Brzozowski jedynie wpisuje się w ten nurt. 

Dziś na szczęście te diagnozy nie wybrzmiewają tak dramatycznie, co nie znaczy, że krytyka Brzozowskiego, jego krytyka schorzeń warstw wykształconych, nie jest aktualna. Niemniej ani estetyka, ani tym bardziej patos zaangażowania nie pociąga chyba zbyt wielu z dzisiejszych czytelników. Prawdziwa koniunktura na Brzozowskiego minęła już bowiem po wojnie, a najlepszym tego dowodem jest – jak się wydaje – wypowiedź Lidii Ciołkoszowej, wielkiej postaci polskiej lewicy, która tak wspominała swoją ponowną lekturę Płomieni (przytaczam jej wypowiedź z wywiadu, jakiego udzieliła Andrzejowi Friszkemu): À propos Płomieni Brzozowskiego: ktoś mi tu w Londynie w latach emigracji podarował tę książkę. Zabrałam się do niej z radością i w miarę czytania stawałam się zupełnie przerażona, a nawet wstrząśnięta jej okropnym poziomem. Moje rozczarowanie przekazałam Adamowi Pragierowi, który z oburzeniem odrzucił moją ocenę, o mało mnie nie zwymyślał, podkreślając ogromny wpływ tej książki na jego pokolenie. Przesłałam mu więc tę książkę do ponownego przeczytania i po kilku dniach zawiadomił mnie przez telefon: „Lidio kochana (tak zwykle zwracał się do mnie), ze smutkiem mówię – macie rację”.

Adam Puchejda

Stanisław Brzozowski
Pamiętnik
wstęp Marta Wyka, oprac. i komentarze Maciej Urbanowski
Ossolineum, Wrocław 2008


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas