poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Rozmowa redakcyjna z udziałem JANA PROKOPA, ADAMA PUCHEJDY, MACIEJA URBANOWSKIEGO, TERESY WALAS, MARTY WYKI I MARKA KOZICKIEGO
Głos Brzozowskiego
Dekada Literacka 2008, nr 4 (230)

MARTA WYKA: Pretekstem do naszej rozmowy są dwa nowe wydania książek Brzozowskiego, które ukazały się jako część kanonu „Krytyki Politycznej”, mianowicie Płomienie ze wstępem Sławomira Sierakowskiego i Głosy wśród nocy z dwoma komentarzami: Cezarego Michalskiego i Agaty Bielik-Robson. Jako motto proponowałabym fragment z zapomnianego dzisiaj (ponieważ ten projektowany kanon ma to do siebie, że zapomina o przeszłości) tekstu Krzysztofa Pomiana, gdzie pisze on: [ … ] chciałoby się wiedzieć, co stanowiło i stanowi o podatności tego właśnie dzieła na biegunowo przeciwstawiające się sobie wykładnie; chciałoby się wiedzieć, jak to było możliwe, że w tym samym zespole tekstów jedni odnajdywali najwspanialszego polskiego socjalistycznego filozofa, a inni znajdowali w nim ze zgrozą nazistę avant la lettre. Rozbieżności ocen i konflikty interpretacji występują pospolicie w dziejach myśli – dodaje Pomian – ale przypadek Brzozowskiego wykracza poza granice banalnych sporów egzegetycznych. Aby się o tym przekonać, wystarczy porównać recepcję jego twórczości z tą, której podmiotami były pisma dwóch współczesnych mu, podejmujących podobną tematykę autorów, tzn. Abramowskiego i Kelles-Krauza1. Drugi cytat jest autorstwa rówieśnika Brzozowskiego – Karola Irzykowskiego: Wskutek dialektyki dziejowej pewne idee Brzozowskiego rozdwoiły się i wykazują obosieczność. Stało się z nim coś podobnego jak z jego mistrzem Sorelem, który w ostatnich latach życia błogosławił Lenina, a wychowywał Mussoliniego. Irzykowski podaje inne przykłady podobnych ewolucji, na przykład ewolucję Nietzschego czy ewolucję Malraux. Oczywiście, spostrzeżenie to można poszerzyć, ciekawe wydają się szczególnie etapy ewolucji światopoglądowej Malraux: od komunizmu do gaullizmu – o czym, rzecz jasna, Irzykowski nie mógł jeszcze wiedzieć. Pomian poszerza jego sugestie. Pojawia się zatem pewna wspólnota ewolucji myślowej, będąca nie tylko udziałem Brzozowskiego.

Wracając zaś do Pomiana: gdy mówi on o „wartościach” i „sile”, czyli wspomnianych dwuznacznościach, ma na myśli siłę w ujęciu Brzozowskiego jako wartość skierowaną przeciwko przyrodzie, tzn. jako wartość przez człowieka stworzoną i mającą przeciwdziałać jego zniewoleniu przez przyrodę. Druga kwestia to filozofia pracy, która przez wszystkich odwołujących się do Brzozowskiego jako do filozofa kanonicznego jest zupełnie poniechana. Tymczasem wydaje się ona najbardziej samodzielnym i najciekawszym pomysłem teoretyczno-ideowym Brzozowskiego, prowadzącym do stworzenia utopii robotniczej podobnej do utopii Peipera, i podobnie jak ona – socjalistycznej. Warto w tym miejscu przypomnieć, iż powstała próba całościowego ujęcia myśli Brzozowskiego w kontekście jego „filozofii pracy”: podjął ją Marian Zdziechowski, pisząc niewielką książeczkę Gloryfikacja pracy. Nie zainteresowała go zatem, co wydawać by się mogło bardziej naturalne, myśl religijna Brzozowskiego, lecz praca właśnie. Zdziechowski wybrał z dzieła Brzozowskiego zespół cytatów skupionych wokół tej problematyki; nawiasem, bardzo podobnie postąpił Czesław Miłosz, pisząc niemal po ćwierćwieczu Człowieka wśród skorpionów. Wreszcie wśród konstrukcji Brzozowskiego jest coś takiego, co zwraca uwagę, a co potem zupełnie zostało zapomniane, mianowicie strach przed niespodziewaną katastrofą. Nie wiedział on, jaka to będzie katastrofa – najprawdopodobniej dziejowa, ale może taka, która rozegra się w przyrodzie. W swoich pismach wielokrotnie powoływał się na współczesne sobie zdarzenie, jakim był wybuch Wezuwiusza. Stało się wówczas coś tak strasznego, że siła przyrody (którą także Tadeusz Miciński opisywał w Xiędzu Fauście) spowodowała zniszczenie cywilizacji. Co można robić, by temu zapobiec? Jednym z pomysłów Brzozowskiego była właśnie filozofia pracy. Jego współcześni chętnie tropili potencjalne katastrofy, jak chociażby możliwą klęskę solarną zapowiadaną przez astronomów, którzy dopatrzyli się groźnych plam na słońcu.

Sformułuję teraz kilka możliwych pytań. Otóż, sadzę, że metrykalna młodość Brzozowskiego w tych czasowo rozproszonych ciągach odwołań do niego, mogła być i chyba była podstawą do formowania pewnej wspólnoty myślowej. Umierając, Brzozowski miał lat trzydzieści trzy, pisząc swoje wielkie teksty był człowiekiem dwudziestoparoletnim. Jak na tamte czasy, pozostał więc młodzieńcem, umierając zaś osiągnął dojrzałość, ale nie starość. Jeśli przypatrzymy się, kim są najbardziej zapalczywi jego spadkobiercy w następnych epokach, okaże się, iż są nimi na ogół jego rówieśnicy. Tak było w dwudziestoleciu, tak było w czasie okupacji, i tak, jak się wydaje, jest obecnie. Tak też było w latach 1968-70, kiedy to pokolenie zbliżone do warszawskiej szkoły historii idei zafascynowało się Brzozowskim. Pytanie zatem, czy wspólnota młodości może odgrywać jakąś rolę w rewindykacjach Brzozowskiego? Po drugie, metoda Brzozowskiego jest metodą ciągłych prób, co chyba charakterystyczne dla młodzieńczego myślenia – on nie doszedł do niczego gotowego, bez przerwy próbował, aż do śmierci. We wstępie Sierakowskiego bardzo silna jest myśl, że do kanonu potrzeba jakichś nowych mistrzów, ponieważ wszyscy starzy mistrzowie zawiedli. Zawiódł Wajda jako twórca filmowy, zawiódł Kołakowski jako filozof. Pytanie, dlaczego wybór padł właśnie na Brzozowskiego? Ziemkiewicz pisze w „Rzeczpospolitej”, nie szukając delikatniejszych sformułowań, że Brzozowski jest w prostej linii prekursorem faszyzmu. Przypominam powiedzenie Irzykowskiego, że usposobienie myślowe Brzozowskiego to marzenie nahajki skazanej na bezczynność. Teraz mówi się o rewindykacji, koniunkturze, heretyku przywróconym współczesności. Brzozowski. Reaktywacja ­– to określenie Mariana Stali, który w rozmowie z Jakubem Momrą powiedział, że sprzeciwia się ocenianiu myśli filozoficznej Brzozowskiego pod względem jej zgodności z myślą współczesną2. Wydaje się to zastrzeżeniem ze wszech miar słusznym. Dalej Sierakowski pisze, że kto przeczyta Płomienie, będzie wzruszony. Tu rodzi się Gombrowiczowskie pytania – a jeśli nie wzrusza? U Brzozowskiego styl empatyczny jest bardzo silny, ale jego oddziaływanie nie musi zachodzić w obie strony: to, że Brzozowski się wzrusza, nie znaczy, że ja się wzruszam. Czasem tak, choć Irzykowski wyśmiewał to kaznodziejskie nawoływanie do współczucia całej umęczonej ludzkości. Trawestując: jak śmiesz jeść śniadanie, gdy miliony umierają z głodu? Ale jest jakaś trafna intuicja w tej złośliwej uwadze. Sierakowski zadaje młodzieńcze pytanie: a co, jeżeli nie wzrusza? Czy odsuwamy go na dalszy plan? Kolejna kwestia dotyczy przeciwników Brzozowskiego: zwłaszcza Krasnodębskiego i Jarosława Marka Rymkiewicza. Są tacy, którzy – jak Dariusz Gawin – na publicystyce Brzozowskiego rozrysowują pewien centroprawicowy spór – spięcie Sienkiewicza z Brzozowskim. W tym sporze wygrywa Sienkiewicz jako preekonomista, stawiający na to, co symbolizowały pogardzane przez Brzozowskiego perkaliki Stacha Połanieckiego, u Prusa zaś handel Wokulskiego, czyli na pozytywistyczne umacnianie narodu. W tym kontekście Brzozowski jest gorszy, bo odwołuje się do etosu, a nie do sfery pragmatycznej. Z kolei Michalski podkreśla konflikt Brzozowskiego z Przybyszewskim i przybyszewszczyzną. Tutaj, moim zdaniem, popełnia dość grubą pomyłkę. Nie wiem, co rozumie przez przybyszewszczyznę, ale na pewno nie było żadnego konfliktu między Brzozowskim a osobowością Przybyszewskiego; wręcz przeciwnie, Brzozowski uważał autora De Profundis za najbardziej tragicznego i symptomatycznego pisarza swojej epoki. Michalski zapewnie nie zna dużego szkicu Brzozowskiego, który został ogłoszony w dwudziestoleciu międzywojennym w „Drodze”, będącego wielką apologią pisarstwa Przybyszewskiego. Zresztą podobne sądy, szukając bliżej, znajdziemy we Współczesnej powieści Brzozowskiego.

MACIEJ URBANOWSKI: Potem się od tych pochwał jednak trochę dystansował w Pamiętniku, gdzie zauważał, iż estetyka Przybyszewskiego sprzyjała niechlujstwu umysłowemu…

MW: Krótko mówiąc, w tym postulowaniu kanonu są pewne rzeczowe pomyłki. Najbardziej przekonująca jest Agata Bielik-Robson. Opisuje przeczucie nowoczesności u Brzozowskiego, które rodziło się na gruncie jego zetknięcia z literaturą angielską. Słusznie nazywa to przeczuciem nowoczesności, a nie nowoczesnością. Z drugiej strony jest to apologia romantyzmu angielskiego, ale prawdę mówiąc, nie tylko romantyzmu. Bielik-Robson nie wspomina w swoim tekście o Kiplingu, którego Brzozowski cenił jako piewcę imperium kolonialnego. Brzozowski nie doświadczył pierwszej katastrofy dziejowej XX wieku – I wojny światowej (choć za jej katastroficzną zapowiedź można uznać rewolucję 1905 roku) – ale w ostatnich listach pisał, że nowoczesność go przeraża, choć pojęcia nowoczesności jako sprecyzowanego terminu nie używał; niemniej była dla niego „nowoczesność” figurą czegoś nieznanego. Da się wyczytać przeczucie, że coś się na pewno zmieni, ale on sam nie wiedział jeszcze, co dokładnie, jakie sfery życia jednostki staną się polem owej zmiany. Warto zauważyć także, że Brzozowski zwracał się co prawda do szerokiej publiczności, ale nigdy przez nią nie był czytany. Teraz próbuje się to zmienić, np. czytając Płomienie w radio albo zadając uczniom esej na ten temat. Krąg czytelników był elitarny i zamknięty, miał własny, dość hermetyczny kod porozumienia, o czym świadczy chociażby tekst Miłosza Bulion z gwoździ3, o którym autor powiedział, że jest w całości z ducha lektury Brzozowskiego. A nie ma tam tematu Brzozowskiego, nie pada jego nazwisko, można tylko odczytać ten wpływ, znając lektury pokolenia Miłosza z tamtego czasu, dysponując uwagą pisarza po latach, że patronuje temu esejowi duch (przede wszystkim stylistyczny, jak się wydaje) autora Legendy Młodej Polski.

JAN PROKOP: Czy ta „wykorzystywalność” Brzozowskiego z prawej strony i z lewej nie bierze się z tego, że były w nim jakieś totalitarne trucizny, które istnieją w obu tych biegunowo niby przeciwnych nurtach?

MW: Ale co uważasz za totalitarne? Pojęcia siły i pracy rozumiał jednak inaczej.

JP: To mocne indywiduum w służbie kolektywu, narodu/ ludu…

MW: To paradoks, bo Brzozowski był prawdziwym samotnikiem.

JP: Ale on chciał tę mocną jednostkę zaprząc do służby dla kolektywu, a to jest dyskurs, który można ładnie przykleić do jednej albo drugiej skrajności. Inna rzecz, która mnie u niego uderzyła, to klimat wspólny dla wielu twórców przed I wojną światową. W całej Europie wszyscy na gwałt tęsknią do czegoś. U Czechowa ta tęsknota jest łagodna, bohaterki tęsknią, że coś tam będzie, coś się stanie, coś zmieni, że wyjadą do Moskwy… Ale to uczucie było znacznie silniejsze na Zachodzie (Massis, Hulme). Ludzie mieli dość burżuazyjnego scjentyzmu, stabilności, i oczekiwali na wielką przygodę, którą przyniesie przyszłość i w której będą mogli sprawdzić swoje młodzieńcze siły. Przepraszam, ale mam wrażenie, że to jest czasem autor dla smarkaczy. Dla mnie to takie „burzliwe flukta”…

TERESA WALAS: Myślę, że wielu ludziom, którzy powołują się na Brzozowskiego, jest wszystko jedno, co on tak naprawdę myślał. Pociąga ich ta temperatura, dawanie rzeczywistości w pysk na odlew, ta gniewna i bezkompromisowa odwaga, to całkowite nieliczenie się – dziś powiedziano by: z salonem – ze społecznie uznanymi autorytetami niezależnie od ich proweniencji i pozycji w kulturze. To jest niewątpliwie w jakiś sposób związane z młodością.

JP: Żarliwość przeciw ugrzęźnięciu. To ugrzęźnięcie, błotko, bajoro, które tak gniewa Micińskiego, Przybyszewskiego, ale także, jak wspomniałem, wielu w świecie zachodnim: młodzi we Francji, czy tzw. „Wandervogel-Bewegung” w Niemczech, ci „harcerze”, którzy mają dość zatęchłego, miejskiego zarabiania pieniędzy i szukają świeżego powiewu. To było u Nietzschego, później będzie u Sartre’a. Wy ugrzęźliście, trzeba was z bajora wyciągnąć – tu właśnie wkracza pisarz żarliwy. Żarliwość zostaje jako jedyna rzecz, jest zrozumiała, inne kwestie są niedookreślone, co komu w duszy gra, niech sobie wpisze.

MW: Czyli rację miał Pomian, mówiąc, że nikt nie rzuca się na Abramowskiego bądź Kelles-Krauza…

JP: Bo są nudni!

ADAM PUCHEJDA: A Brzozowski – jak pisze w swoim wstępie do Płomieni Sierakowski – daje siłę do walki, roznieca wolę, aktywizuje, skutecznie pobudza ambicję. To natchnienie może być jednak kłopotliwe. Irzykowski słusznie zauważył, że żarliwość Brzozowskiego często przybierała dość groteskowe formy. To rozniecanie woli i pobudzanie do walki zamieniało się u niego każdorazowo w kolejny Sąd Ostateczny, który rozliczy nas wreszcie z bierności, tchórzostwa i czytania kryminałów.

TW: Dla wielu – także dzisiejszych – entuzjastów Brzozowski jest jak puste, plastyczne w swym kształcie naczynie: oferuje ton, którego można użyć, walcząc o cokolwiek. Stąd tak wielu krytyków, również współczesnych, próbuje mówić głosem Brzozowskiego, podejmuje jego kaznodziejską intonację. Choć niekiedy także jego myślowy wątek – jak Grupiński, w Dziedzińcu strusich samic nawołujący: porzućcie wreszcie tę szatę Chrystusa narodów, zacznijcie być prawdziwymi Europejczykami, koniec ze styropianem…

MU: Zastanawiam się, co w tym jest złego? Co nas ewentualnie razi w mówieniu „głosem Brzozowskiego”? Czy chodzi o to, że „to” już znamy i wydaje nam się nieautentyczne, anachroniczne, czy raczej boimy się tego Głosu? Boimy się, bo Brzozowski jest nie tylko atrakcyjny jako retor, ale i niebezpieczny? Stąd pytanie, co jest w nim niebezpiecznego, na które próbowałem już odpowiadać w debacie zorganizowanej przez „Europę”4, więc nie będę wracał do tamtych wątków. Powiem tylko, że zgadzam się z tym, co mówili Marta Wyka i Jan Prokop o obosieczności myśli Brzozowskiego i o tym, że jest ona charakterystyczna dla wielu XX-wiecznych intelektualistów. Więcej: Brzozowski w jakiś sposób prefiguruje ewolucje myślowe wielu z nich. Czyni to zresztą szczególnie gwałtownie, dramatycznie i efektownie. Teraz: co w Brzozowskim jest niebezpiecznego? Oczywiście, można mówić o „totalitarnych truciznach” ukrytych w jego książkach, ale nie można zapominać, że równocześnie znajdziemy w nich wspaniałe, skuteczne odtrutki na te trucizny, co jest oczywiście elementem wspomnianej już „obosieczności” myśli autora Pamiętnika, choć – mam wrażenie – owych „odtrutek” będzie wraz z jej rozwojem coraz więcej. Nie przypadkiem zresztą w PRL nie wydano nigdy Idei ze sławną krytyką Engelsa albo wspomnianych Głosów wśród nocy. Do Brzozowskiego sięgali też ludzie lewicy walczący z komunizmem, że wspomnę Tomasza Burka, o Czesławie Miłoszu nie mówiąc. Taki „antytotalitarny”, „antyautorytarny” Brzozowski wydaje mi się zresztą najciekawszy i ciągle potrzebny. Brzozowski-gwałtownik, wiecznie niezadowolony z siebie i ze współczesnej sobie kultury, ciągle poszukujący, patetyczny, żądający od Polaków i od pisarzy wielkich czynów, piszący na serio o narodzie, Kościele, Polsce, erotyce, dzisiaj jest może anachroniczny, ale może bardziej niebezpieczny, zwłaszcza z punktu widzenia tych, którzy marzą o jakimś kulturowym poczuciu świętego spokoju. On zachęca do gestów naruszających status quo, choć – tu zgoda – zawsze powstaje obawa, że jest w takich powtórkach rodzaj kabotyństwa. Nie sztuką jest dzisiaj przecież atakować po raz setny Sienkiewicza albo polski katolicyzm…

AP: Trochę jestem zaskoczony, bo dla mnie głos Brzozowskiego bywa nieznośny, między innymi właśnie z powodu tego wysokiego tonu, żądań czynu i poświęcenia. Poza tym, kiedy czytam Pamiętnik, to odnoszę wrażenie, że Brzozowski konstruuje postać umęczonego, niezrozumianego inteligenta, a sam jednocześnie jest trochę megalomanem i nie ma chyba poczucia humoru. Nie podpisałbym się też pod wieloma jego poglądami. Brzozowski rzeczywiście przypomina tych młodych inteligentów francuskich i niemieckich przełomu wieków XIX i XX, dla których liberalizm nie był dość męski, demokracja dość bezwzględna, a życie seksualne dość zdyscyplinowane. Przy tym wszystkim Brzozowski jako pisarz, intelektualista, był chyba jednak myślicielem stosunkowo niesamodzielnym. Wydaje się, że Gombrowicz miał rację, kiedy pisał w Dzienniku, iż Brzozowskiego w ogóle nie ma, bo nie pozostawił po sobie dzieła. I miał chyba na myśli nie tyle te setki gęsto zapisanych stron, których ponoć – aż trudno w to uwierzyć – nie czytał, ile dzieło suwerennego, prawdziwie swobodnego umysłu. Brzozowski całe życie pragnął myśleć swobodnie i bez podpórek, ale nieustannie zwracał się w stronę coraz to nowych mistrzów. Chciał być dojrzały, a ciągle – takie można odnieść wrażenie – nie przestał szukać autorytetów. I tak też odczytuję gest Sierakowskiego, o którym tu mówimy. Bo – moim zdaniem – nie chodzi tu ani o krytykę polskości, która choć celna, jest już od dawna przebrzmiała, ani też o rewizjonistyczny marksizm, który jednak trochę trąci dziś myszką. Potrzebny jest autorytet (bo kto „podskoczy” Brzozowskiemu?), który uprawomocni właściwy kierunek działania i myślenia. Nie jestem tylko pewien, czy Brzozowski rzeczywiście wskazuje dobry kierunek.

JP: Ciekawa jest w tym kontekście reinterpretacja marksizmu przez Brzozowskiego – on bardzo nie lubił Engelsa, a próbował Marksa odczytać prometejsko. Nie materializm jest mechanicznym sprawcą przemian (to socjaldemokracja poszła w tym kierunku), ale to my przekujemy świat na nowo, jak w Odzie do młodości. Nietzsche, Sorel, Bergson, cały ten krąg filozofii życia; nie grzęźnięcie, nie zarabianie, tylko wielka przygoda, perekovka świata na nowy ład.

Chciałbym tu jeszcze zwrócić uwagę na drobiazg, który mnie zaintrygował: to zainteresowanie Anglikami. W angielskiej, a zwłaszcza amerykańskiej cywilizacji istnieje kult człowieka, który idzie samotnie w puszczę, wykuwa sobie drogę w walce z Indianami czy z przyrodą. Tak pionier cywilizacji realizuje biblijny nakaz „czyńcie sobie ziemię poddaną”. W gruncie rzeczy o to chodzi Brzozowskiemu: żeby człowiek czynił sobie ziemię poddaną, a nie żeby biernie konsumował, co dane, i dostosowywał się. Taka odwrotność konformizmu, który Brzozowski widzi w dyskursie burżuazji, ale także w dyskursie polskiego patriotyzmu.

TW: „Kochajmysię”.

JP: „Kochajmysię”, nie ruszajmy tego bagienka. Podobne problemy dręczyły Wyspiańskiego w Wyzwoleniu, też chciał się wyrwać.

MW: Dlatego Legenda Młodej Polski kończy się rozdziałem o Wyspiańskim. Ale myślę, że „Krytyka Polityczna” nie chciałaby Wyspiańskiego na patrona.

JP: W przedwojennej Historii literatury Kleinera jest zdanie o Piłsudskim, że nie musiał szukać źródeł mocy poza samym sobą. Pomyślmy o Józefie Piłsudskim – człowieku, który zrealizował marzenie Brzozowskiego. Przekuł myśli w czynów stal. 

TW: Prawdziwym bohaterem Brzozowskiego był robotnik.

JP: A co jest u prehitlerowskiego Jüngera? Jego gruba książka to Der Arbeiter (Robotnik).

TW: Skoro wszystko jest pozbawione życiowej energii: arystokracja zetlała, burżuazja zdegenerowana, świat mieszczański obrzydliwy, lud archaiczny – pozostaje robotnik, jedyna niezużyta, moralnie uprawomocniona przez pracę siła społeczna…

AP: Myślę, że w późniejszym okresie Brzozowski chwaliłby także silnego kapitalistę, wielkiego przedsiębiorcę, który, jak pan profesor powiedział, czyni sobie ziemię poddaną. W dzisiejszej rzeczywistości chodziłoby mu zapewne o wielkie firmy globalne.

JP: Nie wiem, czy Krauze i Kulczyk też. Ale Krupp, Ford, Rockefeller…

TW: Nie zapominając o Bacie! Tam pracownicy mieli społeczne państwo w państwie, które funkcjonowało na własnych prawach. Pisze o tym Anna Bojarska w książce Biznesmen idzie do raju; gdzie zresztą pokazane są też drogi kariery dwóch wcześniej wymienionych przez Janka postaci – Forda i Rockefellera…

MW: To, o czym marzył Peiper, a co w Polsce się nie udało. Republika szczęśliwych robotników, którzy po pracy czytają książki.

JP: Taki był Zeitgeist marzący o „świecie pracy”. Ale skąd ten Zeitgeist u Sierakowskiego?

MU: Zwróćmy uwagę, że Brzozowskiego „reaktywuje” nie tylko Sierakowski. Także prawica. Niedawno odbyła się dyskusja pt. Polska zdziecinniała5, w której wzięli udział m.in. Jan Maria Rokita i Dariusz Gawin. Na pytanie, kto dzisiaj reprezentuje „Polskę zdziecinniałą”, Gawin odpowiedział, że to ludzie sympatyzujący z PO, w tym dziennikarze tacy jak Paradowska albo Żakowski, a także wychowywana przez nich klasa średnia. Nie zgodził się z tym Rokita, broniąc „burżuazji” i mówiąc, że Brzozowski walczył z polskimi wadami narodowymi. Albo Zeitgeist się bardzo nie zmienił, albo obcujemy z tą samą sytuacją polskiej kultury, kultury „towarzyskiej”, którą autor Legendy… umiał opisać tyleż precyzyjnie, co efektownie. Prawa i lewa strona używa błyskotliwych formuł Brzozowskiego, jakich nie stworzyli „nudni” Kelles-Krauz i Abramowski, a pewnie i Dmowski czy Tarnowski. Dodajmy, że Brzozowski jest nie tylko antyliberalny, lecz także antyestablishmentowy, dlatego tak świetnie przydaje się młodym, kiedy inicjują oni swoje wojny pokoleniowe. Nie przypadkiem Kazimierz Wyka pisał, że jest on twórcą wzruszeń filozoficznych. Brzozowski zawsze odwoływał się do emocji i zawsze je w nas budzi. U niego myśl jest emocją! Warto też przypomnieć kategorię Frydego, który w latach trzydziestych mówił o „dopingu filozoficznym”, jaki daje swoim czytelnikom Brzozowski. Dzisiaj oczywiście pytam siebie, do czego ewentualnie to pisarstwo może mnie (nas?) dopingować. Takie Płomienie już chyba ostatecznie ostygły. Ale wzrusza mnie Brzozowski późniejszy, autor pamiętnika i listów, Głosów wśród nocy i wyboru pism Newmana. Tutaj jego obowiązki społeczne ściśle wiążą się z jego obowiązkami prywatnymi. Poruszający jest „nocny” rys tych ostatnich książek. To ciekawe, co powiedziała profesor Wyka o strachu Brzozowskiego przed katastrofą. To „przeczucie katastrofy” było prekursorskie wobec późniejszych lęków, może także tych nam współczesnych. Ale Brzozowski reagował na te lęki gestem oporu, rzadkim dzisiaj heroizmem. Nie ma tam żadnego skamlania, skowytu.

TW: Myślę, że Brzozowski jest dobrym „szlifierzem sumienia”, niezależnie od tego, po której stronie się stoi. Kiedy człowiek jest nazbyt zadowolony ze swojego miejsca w świecie i z samego świata, włącza się „gen Brzozowskiego” – co mąci spokój, każe się zastanowić, czy się przypadkiem nie zastygło w tym swoim ciepłym świecie; każe wymacać w nim jakiś oścień, przeciw któremu należy wierzgnąć.

JP: Ale to także pytanie, czy nie oderwałeś się od korzeni, nie jesteś kwiatem, taką Schillerowską piękną duszą, gdzie wolność jest wolnością wewnętrzną; despoci szaleją, a ty nic nie robisz, tylko zamykasz się w wieży z kości słoniowej.

AP: Zgadzam się, że w tym sensie Brzozowski wciąż jest aktualny. Kiedy zdaje się mówić: nie zasypiajmy w tym polskim kościółku, nie marnujmy czasu na gładką, niewiele znaczącą rozmowę. Kultura towarzyskości nie musi być jednak czymś bezwartościowym i szkodliwym, jeśli tylko w trakcie naszych rozmów pojawią się jakieś nowe tematy. „Gen Brzozowskiego”, o którym mówiła tu profesor Teresa Walas, jest czymś bezcennym, jeśli tylko nauczymy się z niego korzystać. Jednak tocząca się od pewnego czasu w mediach dyskusja o Brzozowskim świadczy o czymś wręcz przeciwnym – „gen Brzozowskiego” jest ciągle uśpiony. Przywołanie Brzozowskiego służy dziś zupełnie innym celom – jest znakiem mobilizującym do działania przede wszystkim w sferze politycznej. Oczywiście, można próbować wyzyskać Brzozowskiego dla poważniejszych spraw niż tego typu spory. Poza jego krytyką, która przeniknęła już do kilku warstw polskiego myślenia i nie jest dla nas chyba zaskoczeniem, możemy szukać nowych treści w jego filozofii, tak jak robią to Agata Bielik-Robson, Paweł Pieniążek i Paweł Kłoczowski. Ale taki Brzozowski jest prawie nieobecny w innych dyskusjach. Tam dominuje albo Brzozowski-krytyk polskości, albo Brzozowski-prekursor rewolucji. Tyle że pierwsza z tych ról wygląda jednak dość mizernie (bo kto poza Dariuszem Gawinem chce dziś bronić Sienkiewicza?), a druga sprawia wrażenie wymuszonej (czy Sławomir Sierakowski musi występować od razu jako Nieczajew lewicowej rewolucji?). Brzozowski jako myśliciel krytyczny wobec romantycznego subiektywizmu polskiej inteligencji, jej oderwania od rzeczywistości, jest ciekawy, a jego krytyka pewnie i dziś jest aktualna; ale Brzozowski jako obrońca nowoczesności silnej, konstruującej, nowoczesności rozumianej jako twórczyni wielkich mitów i narracji, może być dziś przyjmowany chyba tylko jako pamiątka z dawnego świata.

JP: Brzozowski i „Sturm und Drang”?

AP: Tak, Brzozowski jako wielki bohater i cierpiący inteligent, czyli Burza i szał.

MU: Ale z drugiej strony, kiedy, jak dzisiaj, jesteśmy pogrążeni w intelektualnej apatii, pojawia się naturalna potrzeba, by myśleć ryzykowniej, by przynajmniej stawiać sobie pytania, jakie stawiał Brzozowski, albo chociaż wprowadzić do naszej debaty charakterystyczny dla niego „ton”…

TW: Aby nie żyć cudzym kosztem, aby nie korzystać z dobrodziejstw całej Europy, samemu strojąc się w szaty romantyczne, odcinając kupony od martyrologii… O tym pisze Brzozowski w Legendzie… A jak jest dzisiaj? Co dziś jest życiem na koszt Europy, na koszt cudzej pracy?

AP: Zgadzam się, że jeśli Europa rzeczywiście staje się wielkim, posthistorycznym, „kryształowym pałacem”, w którym ludzie żyją trochę jak rośliny w szklarni, to z pewnością trzeba się z tego stanu wydobyć.

JP: Pan ma na myśli sytuację duchową dzisiejszej Europy?

AP: Tak.

JP: Dzisiaj mamy Europę bankierów, a potrzebna jest Europa proroków?

TW: Wielu jednak sądzi, że lepiej, gdyby to byli prorocy niewierzący. Wiara bez Boga. Być może to właśnie jest niepokojące u Sierakowskiego. Bo nigdy nie wiadomo, kto lub co może stać się bogiem tej wiary.

AP: Być może znów – tak jak kiedyś – w tej próżni pojawi się miejsce dla umęczonego inteligenta, który stanie na czele jakiegoś – już niekoniecznie robotniczego – „proletariatu”? Powstanie coś w rodzaju leninowskiej awangardy, która przeprowadzi rewolucję. Wówczas inteligenci znów zrozumieją sens zaangażowania i dalej będziemy mówić o biernym społeczeństwie i szlachetnych elitach.

TW: Nie wiem, w jakim kierunku miałaby ta rewolucja iść, bo wszystko wskazuje na to, że rok 1980 był ostatnią arią robotnika na scenie historii…

JP: Myślę, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej jednak nie przeżyły pokoleniowej rewolty w latach 60. Tego, co było próbą wstrząśnięcia zadowolonym z siebie kapitalizmem. U Güntera Grassa, Heinricha Bölla, jest taka nienawiść do kapitalistycznego sukcesu Niemiec powojennych, oni tęsknią za Samsonem, który wstrząśnie kolumną świątyni i spowoduje jej zawalenie, nota bene u nas wtedy był siermiężny komuch. Młodzież miała być tym Samsonem. Być może o tym myśli Sierakowski?

MU: Ale w tym przypadku bliższy powinien im być Gombrowicz. O ile Brzozowski chciał, aby Polacy byli dojrzali, dorośli, poważni, o tyle Gombrowicz chciał ich wyzwolić z tej dojrzałości, chciał, aby byli niedojrzali, dziecinni, beztroscy…

AP: Ale właśnie dlatego Sierakowski nie chce Gombrowicza. Bo potrzebuje pewności, wiary i powagi, dojrzałości. Dla niego Gombrowicz jest już upupiony, bo sprowadzony – rzekomo – do ironii i śmiechu. A ironia – jego zdaniem – nie jest w stanie naruszyć podstaw systemu, który – jak powiedziałby Brzozowski – jest olbrzymią, potworną maszyną. Nie można tu też skorzystać z doświadczeń maja 1968 roku, o którym mówi profesor Jan Prokop, bo ci młodzi ludzie z Sorbony, którzy pragnęli przecież autentyczności, wolności, dezalienacji i wyzwolenia z okowów kapitalistycznego społeczeństwa, szybko swój protest skomercjalizowali.

MU: A Brzozowski pełniłby tu funkcję kostiumu, a nawet pancerza? Powtarzałaby się trochę sytuacja, o której kiedyś pisał Fryde – wszyscy mówią o Brzozowskim, a nic z tego nie wynika? Tym niemniej – nie ukrywam – potrzeba „nowej zasadniczości” u Sierakowskiego mi się podoba. Zgadzam się jednak, że odwoływanie się do Brzozowskiego więcej nam mówi o Sierakowskim czy Michalskim niż Brzozowskim, przy czym o ile związki Sierakowskiego z lewicą są oczywiste, o tyle Michalskiego kojarzono raczej z prawicą. Łączy ich chyba apetyt na jakąś rewolucję, przewrót w kulturze polskiej.

MAREK KOZICKI: Niewątpliwie Brzozowski jest tu traktowany instrumentalnie, ale zastanówmy się, kto mógłby być patronem tego typu przewrotowych ruchów. Mówiliśmy już o Gombrowiczu; inną tego typu osobowością – jeśli chodzi o rangę i wielowymiarowość – jest Witkacy. Ale żaden z nich się nie nadaje.

MW: Są na to zbyt prześmiewczy. Ponadto ma to tworzyć pewien kanon lewicowości, a w tym kanonie znajduje się w większości literatura drugorzędna, jak się okazało.

AP: Ujawnia się tu też dość specyficzne pomieszanie, charakterystyczne chyba dla epoki, w której żyjemy. Bo wiele wskazuje jednak na to, że Brzozowski byłby lepszym patronem dla prawicowej „Teologii Politycznej”, a nie dla lewicowej „Krytyki”. Tyle że znowu ci pierwsi odrzucają Brzozowskiego z powodu jego przeciwpolskości.

TW: I przez Sienkiewicza.

MU: Pod tym względem charakterystyczny jest tekst Krasnodębskiego z tygodnika „Wprost”. Pokazuje on Brzozowskiego jako prowincjonalnego w gruncie rzeczy intelektualistę, który chciał modernizować Polskę przez odcięcie się od tradycji narodowej, i przeciwstawia mu światowego Sienkiewicza, który patronowałby takiej modernizacji, jaka jest swoiście konserwatywna, gdyż nie odrywa się od „korzeni”.

AP: Słyszałem ostrzejsze porównanie: że Brzozowski był Krońskim swoich czasów, że chciał kolbami karabinów wybijać alienację…

MW: To ta nahajka.

AP: Ta nahajka. Ale wydaje mi się, że to akurat jest niesprawiedliwe wobec Brzozowskiego. On nie miał takiego pędu do racjonalizacji.

TW: On nie był antypolski; po prostu uważał, że wartościowa polskość wcielona jest w Prusa, a nie w Sienkiewicza.

JP: Nie zapomnijmy jednak, że bohaterami Płomieni są terroryści Narodnej Woli. Zachwyty Brzozowskiego dla Al-Kaidy tamtych czasów są niewątpliwe. Potem – w Książce o starej kobiecie – wycofuje się z tego. Także w tekście Kryzys w literaturze rosyjskiej, gdzie pisze, że rosyjska inteligencja z opozycyjnej, rewolucyjnej, buntowniczej, zmienia się w państwotwórczą, pozostającą na usługach idei imperialnej (posłużyłem się tu terminem dzisiejszym, on to inaczej formułował). Bohaterem staje się nie rewolucjonista, który rzuca bombę na cara, ale minister, który wiesza rewolucjonistów (Stołypin) i rzeczywiście Rosję modernizuje. Nie jest to bynajmniej ideał Brzozowskiego, ale emblemat nowej rosyjskiej inteligencji.

MW: W Kryzysie literatury rosyjskiej Brzozowski mówi: uważajcie, nadchodzi rosyjski urzędnik, straszny, ale inteligentny. Zresztą dzieje narodnowolców pokazują, że historia oddała im, co należało: jeden zamach na cara się udał, ale sprawcy zostali powieszeni. Mnie ten straszny urzędnik rosyjski Brzozowskiego jako wizja przyszłości kojarzy się zawsze z zakończeniem Szewców Witkacego, gdzie pojawiają się dwaj panowie z teczkami, aby zakończyć zbyt długo trwający dziejowy spektakl.

AP: Brzozowski niewiele mówił o polityce, ale w Pamiętniku znajdziemy sugestię, że dobry polityk to polityk skuteczny. Państwo powinno być rządzone przez urzędników, którzy potrafią swoją politykę przekuć w realną zmianę.

JP: Ale dlaczego sanacja mogła się Brzozowskim zachwycać?

MW: Był raczej po stronie sanacji niż endecji. A widziano go w dwudziestoleciu międzywojennym inaczej: endecja w naturalny sposób starała się go przyswoić.

JP: Zdziechowski zachwycił się Brzozowskim i wydał wybór jego pism, i to mimo zachwytów Brzozowskiego dla rewolucjonistów rosyjskich.

MW: Pod szyldem gloryfikacji pracy.

JP: A z kolei Zdziechowski był bliski Piłsudskiemu pod względem idei kresowej.

TW: Ale emocjonalnie byłby Brzozowski związany z sanacją, z wyobrażeniem mocnego państwa. 

JP: Późny Brzozowski. A jak się sanacja zaczynała? Od bombowych zamachów PPS-Frakcji Rewolucyjnej. Więc wczesny Brzozowski również. Wczesny Brzozowski był „rewolucyjny”, a późniejszy – „pragmatyczny”.

AP: Dla późnego Brzozowskiego najistotniejsza byłaby chyba właśnie kwestia suwerenności – politycznej i ekonomicznej. Państwo musi mieć swoich urzędników, swoją armię; musi być jak mocarstwowa Anglia. Jednocześnie w tak zaprojektowanym państwie powinno się znaleźć miejsce dla odrobiny romantycznej duchowości, tak by jednostka mogła się (samo)realizować. Ale dla Brzozowskiego priorytetem była zawsze wspólnota, bo to ona utrzymuje nas na powierzchni. Jednostki są – owszem – ważne, jeśli tylko wypracowują dostatecznie dużo energii i nie tracą czasu na bezproduktywną kontemplację. 

JP: To pytanie, jak on widział na przykład Kiplinga. 

MW: Pisał przede wszystkim o powieści Stalky i spółka – o młodych Anglikach.

MU: W Legendzie Młodej Polski wygłasza wielką, wspaniałą apologię humoru literatury angielskiej. Potem odkrywa Chestertona, Wellsa, Lamba, Newmana…

JP: Anglikom udawało się realizować pewne bardzo piękne pomysły, które nam w większości przypadków się rozwiewały. Staś z W pustyni i w puszczy też jest stylizowany na dzielnego Anglika. Akurat endekom podobali się Anglicy i ich pragmatyzm.

TW: Ciekawe, czy Brzozowski byłby zwolennikiem naszej Ligi Morskiej i Kolonialnej…

MU: Ja bardziej zastanawiam się nad Brzozowskim jako patronem nie tyle polityków, ile krytyków literackich. Czy on w ogóle w tej perspektywie jest dzisiaj interesujący? Sierakowski we wstępie do Płomieni widzi go jako krytyka „sztuki sytej”, dość jednoznacznie podkreślając jego aktualność i w takiej roli.

TW: Ale ma to być rola „krytyka zaangażowanego”, czyli w jakieś mierze usytuowanego politycznie. To jest Brzozowski z roku 1905. Całość jego działalności krytycznej trudno podporządkować takiemu zaangażowaniu.

AP: Ale jednocześnie myślał o literaturze, która będzie robotnika zachęcać do pracy; literaturze, która poprawi jakość pracy robotnika.

MW: Dokładnie to samo postulował Peiper. 

MU: Obaj to myśliciele-utopiści.

MK: Ale to też jest ruch elitarny, który nie ma żadnego przełożenia na rzeczywistość. Jest moda i klimat dla utopii z różnych względów, ale te utopie nie mają żadnych szans powodzenia. Nasza kultura jest wewnętrznie na tyle stabilna, że utopie są bez znaczenia.

JP: Może tak jest u starców „z poradlonym czołem”, ale młodzi wciąż tęsknią do czegoś totalnego.

MU: Ale czy w takim razie sięgnięcie do Brzozowskiego świadczyłoby o jakieś współczesnej potrzebie utopii nie tyle politycznej, ile kulturowej, a nawet artystycznej? 

AP: Moim zdaniem, z jednej strony Brzozowski pojawia się tu jako swego rodzaju podpórka-rekwizyt, dzięki któremu będziemy się lepiej czuć w tym zatęchłym polskim pokoju. Z drugiej zaś – wciąż jako emblemat zachodniości, rewolucyjności – przykrojonej, oczywiście, na naszą polską miarę. Ówcześni (dzisiejsi już chyba w znacznie mniejszym stopniu) młodzi ludzie, żyjący na przełomie wieków, zaczytujący się w nowoczesnej literaturze, mogli mieć jednak poczucie jakiegoś uwięzienia.

TW: Ówcześni byli kwiatem buntującym się przeciw korzeniom!

AP: Brzozowski, który po raz pierwszy wyjechał na zachód Europy w grudniu 1905 roku, pytał sam siebie, czy po rewolucji 1905 Europa Wschodnia zacznie się zmieniać, czy wypadnie już nam widzieć nowy świat, czy też będziemy na całe życie tylko pasażerami objeżdżającymi cuda nie przez nas stworzone. To chyba ciągle aktualne pytanie.

MU: Jest to jednak pewien paradoks, że w imię modernizacji reaktywuje się filozofa, który umarł prawie sto lat temu, czytając go tak, jak gdyby niewiele się zmieniło, jakbyśmy nie przeżyli tych stu lat, nie dowiedzieli się trochę więcej o konsekwencjach pewnych pomysłów bliskich Brzozowskiemu i całej jego formacji umysłowej.

TW: Zabawne, na co już zwróciliśmy uwagę, że Sierakowski, starając się przeprowadzić paralelę między końcem XIX wieku a współczesnością, dochodzi do wniosku, że obie sytuacje są niemal identycznie. Historyzm tamtego czasu porównuje z postmodernizmem, klasyczny determinizm zestawia ze współczesnym determinizmem kapitalistycznym, wolnorynkowym. Co ma stwarzać wrażenie, że myśl Brzozowskiego zachowuje wszczepioną przez ten paralelizm aktualność.

JP: Warto tu przywołać książkę Leszka Kołakowskiego Obecność mitu. Każdy sobie zadaje pytanie: w co wierzyć, „do czego Polska szła?” Jestem zwolennikiem wielu posunięć PIS-u, lustracji i zlikwidowania procesów, które spowodowały miękkie lądowanie PRL-u w Polsce Odrodzonej; natomiast odgrzewanie tradycji historycznej, z jaką spierał się Brzozowski, wydaje mi się niewypałem. Niektórzy próbują ożywić Sienkiewicza. Potop czyta z wypiekami na twarzy mój ośmioletni wnuk; podejrzewam, że to ostatni raz, kiedy bierze tę prozę do ręki. Jeśli proponujemy takie lektury dorosłym…

TW: Czym innym jest tradycja jako pamięć wspólna, czym innym archaizowanie mentalności; tego się nie da zrobić i to się zawsze źle kończy – stylizatorstwem duchowym.

MU: Mówiliśmy o wzruszaniu wywoływanym przez książki Brzozowskiego. Ciekaw jestem, który jego tekst Państwa osobiście dotyka?

TW: Samego wśród ludzi wciąż czytam z wielką wewnętrzną namiętnością. 

JP: Przypomnę, że współczesna mu Nietota Micińskiego to Król Duch napisany przez Eugeniusza Sue, ale to samo dałoby się powiedzieć o Płomieniach: sensacje, pedofile, straszne rzeczy.

AP: Gdybym miał coś wybrać, to Legendę Młodej Polski, niektóre eseje i listy, które są świetnym dokumentem.

MU: Mnie, o czym już mówiłem, porusza Brzozowski „stary”, z lat ostatnich. To jest Brzozowski docierający do zrozumienia katolicyzmu i Kościoła, i w tym sensie wyzwalający się z intelektualnych trucizn epoki. Dodam, że często myślę o jego książkach „utraconych”, dopiero zamierzonych, o jakich wspomina w Pamiętniku; na przykład o cyklu Napoleonidzi (o latach 1831-1863) albo o studium o filozoficznym pojęciu Boga, które miało być i obroną religijnego życia, i atakiem na optymistycznego filistra, szlachcica i Żyda. Nieodmiennie mnie zachwyca zagadkowy, piękny esej o Charlesie Lambie z Głosów wśród nocy oraz Humor i prawo z Legendy Młodej Polski. I takie zdania jak to, że w Polsce Jowialski jest straszniejszy od Inkwizycji. Chyba bardzo prawdziwe…

JP: Moim zdaniem, Brzozowski jest niezłym komentarzem do problemów poruszonych w Wyzwoleniu Wyspiańskiego. Jeśli zaś chodzi o odgrzewanie staroci, to z wielkim zainteresowaniem przeczytałem ostatnio eseje Stanisława Tarnowskiego, gdzie on – tonem znacznie spokojniejszym niż Zdziechowski – pisze o świecie zmaterializowanym, który traci odniesienia metafizyczne i właściwie zmierza ku katastrofie. Bardzo się dziwię, że daliśmy się zwariować słynnemu tekstowi Boya na temat starej ciotki mieszkającej na Szlaku i wykasowaliśmy obecność Tarnowskiego jako jednego z liberalnych konserwatystów.

MK: Dla mnie jednak Pamiętnik Brzozowskiego. Człowiek opuszczony, odrzucony, nadal jednak namiętny, gorączkowo czytający – nie zgadzam się, że wychłodzony. Moim zdaniem, „Teologia Polityczna” także traktuje Brzozowskiego instrumentalnie, ponieważ odnoszą się tylko do prób zawłaszczenia jego myśli przez obóz „Krytyki Politycznej”. Więcej, traktują go nieco pogardliwie – to chyba Gawin powiedział, że Pamiętnik był dla niego tragiczny, bo kojarzy mu się z tymi chaotycznymi lekturami, które przywodzą mu na myśl polskich intelektualistów przy kserokopiarce: zachłanne wzorowanie się na cudzym. A przecież te liczne lektury czytane były przez Brzozowskiego tak… frywolnie, że trudno tu mówić o jakiejś myślowej zależności. Ta czytelnicza gorączka, jak myślę, spowodowana jest częściowo chęcią włączenia zaściankowej Polski w osobie genialnego Brzozowskiego do ogólnoświatowej dyskusji. To nie Polak przy kserokopiarce, ale ktoś, kto próbuje zabrać głos. Publikował przecież także trochę we włoskiej prasie, czytał w kilku językach.

MW: Istniało przecież wtedy pismo, które zapoznawało go z literaturą światową – „Chimera”. Brzozowski był wprawdzie przeciwnikiem „Chimery”, ale to nie znaczy, że nie spełniała ona tej funkcji. Więc znowuż nie była Polska taka zaściankowa. I sami pisarze dużo podróżowali (patrz ten „prowincjonalny” Sienkiewicz, naprawdę obywatel świata – bo nie tylko Europa, ale Ameryka, ale Egipt…). Trzeba też pamiętać, że niektóre prognozy Brzozowskiego dla polskiej literatury dramatycznie się nie sprawdziły. Uważał na przykład, że światową, a w każdym razie europejską karierę powinny zrobić powieści Żeromskiego. Dopóki Europa ich nie pozna, dopóty sama nie będzie wiedziała, kim jest – sądził. Ta prognoza była zdumiewająca i pozbawiona szans na spełnienie. Dotknął tej sławy Sienkiewicz, ale nigdy nie dotknął jej Żeromski. Natomiast ja wciąż chętnie czytam listy Brzozowskiego. Myślę, że o nich znów będzie trzeba zacząć pisać obszernie, być może inaczej, niż się dotąd pisało. Chętnie też czytam Brzozowskiego-weredyka, złośliwca, na przykład Widma moich współczesnych. Te satyryczne kawałki to druga strona jego osobowości.

JP: Chciałbym jeszcze dodać, że Brzozowski jest pośrednio pochwałą intelektualnej zawieruchy, jaką czasem w umysłach młodych ludzi wywoływało rosyjskie gimnazjum. Co Żeromski oskarży w Syzyfowych pracach, potem Zdziechowski opisze we Wpływach rosyjskich na duszę polską, to Brzozowski w siebie wchłonął. Ale, jak widać, warto było porządnie się nauczyć języka i przeczytać wielkich Rosjan w oryginale.

MW: Kiedy myślę o podsumowaniu naszej rozmowy, widzę taką oto możliwość jej zamknięcia. Uderzające wydaje się, iż tak mało mówiliśmy o Brzozowskim-powieściopisarzu, szerzej: o literacie. Zaś on sam przywiązywał ogromną wagę do swoich projektów pisarskich, uważał się za śmiałego eksperymentatora, twierdził na przykład, iż takiej powieści jak Sam wśród ludzi nikt przed nim nie napisał, ani nawet nie pomyślał. I jest w tym jakaś twórcza racja. Jego projekty przerastały go, czas gonił, niczego nie mógł ukończyć. Ukończył książkę dziś w czytaniu trudną i mało porywającą – Płomienie właśnie.

Technika powieściowa Płomieni (o czym nowi wydawcy nie piszą) jest bardzo nowatorska. To jedna z pierwszych prób „autentyku”, literatury faktu w polskiej prozie. Brzozowski nie studiował bowiem źródeł historycznych, lecz przede wszystkim gazety („Byłoje”).

I ostatnia uwaga na zakończenie. Maciej Urbanowski powiada, iż najbardziej wzrusza go Brzozowski „stary”. Ależ on nie był stary, zwracając się ku religii i metafizyce! Był rozbrajająco „młody” w tym gorączkowym poszukiwaniu samozadowolenia umysłowego. A że za tym stała śmierć – to problem inny, ale nie związany w tym przypadku ze statusem „starca”.

19 czerwca 2008

PRZYPISY
1 Krzysztof Pomian, Wartości i siła: dwuznaczności Brzozowskiego, w: Wokół myśli Stanisława Brzozowskiego, red. Andrzej Walicki, Roman Zimand, Kraków 1974.
2 Marian Stala, Jakub Momro, Brzozowski. Reaktywacja, „Tygodnik Powszechny” 2008, nr 21.
3 Por. Czesław Miłosz, Bulion z gwoździ, „Żagary” 1931, nr 5, s. 1-2.
4 Zob. „Europa” 2008, nr 19.
5 Zob. debata „Teologii Politycznej” z dnia 2 czerwca 2008 r. w Instytucie Socjologii UW. 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas