poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229)]

To, czy ktoś jest związany na przykład z Instytutem Teatralnym, czy nie, może rzutować na ocenę spektaklu lub twórczości młodego reżysera. Tak mówią niektórzy krytycy (z instytutem niezwiązani). O takiej zależności widzowie i czytelnicy recenzji teatralnych oczywiście najczęściej nie mają pojęcia. I najczęściej nic na tym nie tracą. Jednak przyglądanie się sporom krytyków może być ciekawym zajęciem, jeśli odczyta się je w kategoriach gry społecznej. Taką analizę współczesnej krytyki literackiej proponuje Alan Sasinowski w szkicu Dwie Ustawki. Jedna Krwawa, wydrukowanym w kwartalniku „FA-art” (3/2007). Na początku tekstu Sasinowski stawia dwie tezy. Pierwsza dotyczy zamknięcia historii polskiej literatury lat 90. Symbolicznym zamknięciem miały być dwa wydarzenia z roku 2007: ukazanie się książki Przemysława Czaplińskiego Powrót centrali oraz rezygnacja Dariusza Nowackiego z pracy w kolegium redakcyjnym „FA-artu”. Sasinowski wyjaśnia niewtajemniczonym, że Nowacki odszedł z tego czasopisma po konflikcie z naczelnym, Konradem C. Kęderem, który zarzucił mu serwilizm: napisanie pochlebnej recenzji Nagrobka z lastryko Krzysztofa Vargi tylko dlatego, że obydwaj pisują w „Gazecie Wyborczej”. Mam wrażenie, że Sasinowski przywiązuje do tych dwóch faktów zbyt dużą wagę, do czego zresztą za chwilę sam się przyznaje. Wywołuje jednak temat, który ciekawie rozwija w dalszej części artykułu: relacje krytyki (i literatury) z kapitalistycznymi środkami przekazu, czy – jak to barwnie określa – wdarcie się wolnorynkowych chimer na literacki parnas. Charakteryzując krytykę literacką jako grę społeczną, autor odwołuje się m.in. do dyskusji krytyków wywołanej przez „Dziennik”, a także prowadzonej na łamach „Tygodnika Powszechnego”. „Nie miał racji Andrzej Skrendo, pisząc na łamach »Dziennika«, że prawdziwa krytyka literacka nie odbywa się w wysokonakładowych pismach, lecz w hermetycznych publikacjach niskonakładowych. Okazuje się, że hermetyczne »tam« podlega takim samym ograniczeniom jak kapitalistyczne »tu« – a ograniczenia te biorą się z tego prostego faktu, że ani »tam«, ani »tu« nie chodzi o literaturę, tylko o władzę”. Ostatnie zdanie cytatu jest najważniejszym stwierdzeniem tego artykułu: w krytyce literackiej jako grze społecznej chodzi o władzę. Nie ma jakiejś „pastelowej krainy polonistycznej transcendencji”, z której z obrzydzeniem patrzy się na wolny rynek i wyścig szczurów, takie zadanie (patrzenia z obrzydzeniem) stawiając też literaturze. Krytyka jest uwikłana w szereg kapitalistycznych relacji i nie zamknęła się w żadnym domu z kości słoniowej. Zresztą, nawiasem mówiąc, przywołana opinia Skrendy jest na to dowodem: o jedynie prawdziwej krytyce literackiej ulokowanej w niszowych wydawnictwach (500, 700, 900 egzemplarzy nakładu) pisze on w ogólnopolskim dzienniku. Sam Skredno działalności krytycznej nie ogranicza do czasopism literackich, prowadzi audycje poświęcone literaturze w drugim programie Polskiego Radia, który wprawdzie z punktu widzenia stacji radiowych (i polityków) jest niszowy, ale w porównaniu z czasopismami kulturalnymi ma ogromną publiczność (kilkaset tysięcy słuchaczy). Rozumienie krytyki jako gry o władzę wiąże się też ze zmianą (zadań, roli, kształtu) krytyki i krytyków. Zdaniem Sasinowskiego krytyka już od dawna nie jest partnerką literatury, pomagającą czytelnikowi w lekturowej przygodzie (określenie Janusza Sławińskiego). Krytyk przestał być „człowiekiem poważnym”, a stał się „człowiekiem retorycznym” (wg Stanleya Fisha). Krytyk jako człowiek retoryczny jest twórcą literatury, a nie jej partnerem, i twórcą przestrzeni literackiej. W tej przestrzeni krytycy tworzą swoje konstrukcje retoryczne. Są obrońcami prawdziwej kultury przed zalewem kultury masowej. Wykorzystują przy tym argumenty sprzed dziesięcioleci (odwołania do Karola Irzykowskiego czy Cezarego Jellenty są wciąż w cenie): „binarne opozycje skonstruowane w okresie Młodej Polski są ludziom zajmującym się literaturą potrzebne do zachowania zasadności dyskursu apokaliptycznego, który ich głos uprawomocnia i uszlachetnia, a do tego pozwala im niszczyć innych krytyków literackich za pomocą argumentów tyleż zabójczych, co niewymagających eksplikacji (»Romansujesz z wolnym rynkiem!«).” Sasinowski ciekawie relacjonuje i ocenia spory krytyków, role w grze społecznej, metody, cele współczesnej krytyki. Nie będę ich streszczał, odsyłam do tekstu. Przywołam jeszcze tylko jeden, ważny cytat. „Ktoś może powiedzieć, że w tej perspektywie gubi się to, co w krytyce literackiej najważniejsze, czyli literatura. Odpowiedź na to może być tylko jedna: ależ nic nie szkodzi. Powtórzmy: krytyka literacka nie jest narracją o literaturze, jest narracją o władzy. Zawsze nią była. Idee, języki, metodologie, jakie aplikują nam krytycy literaccy, nie zbliżają nas do prawdy o sztuce, są one przede wszystkim »żetonami« w illusio, których wartość zależy od różnorakich koniunktur”.

Czytając „FA-art”, warto też zwrócić uwagę na ciekawe opowiadanie Kamila Gołaszewskiego Zapowieszony. Jest to opis życia człowieka, który wielokrotnie usiłuje się ze swojego nieudanego życia wyzwolić. Żadna z tych samodzielnych prób się nie powiodła, właściwie nic mu się w życiu nie udało. Skutecznie dusi go dopiero ktoś obcy, w szpitalu…

Gdy po raz pierwszy kartkowałem dwumiesięcznik „Pogranicza” nr 5/2007, pomyślałem, że Anestezja Marzeny Brody może być ciekawym kawałkiem prozy. Jednak sama lektura tego fragmentu przygotowywanej do druku powieści zmieniła wstępne wrażenie. Jak bolesna to była weryfikacja, niech pokaże jeden krótki cytat: „Na korytarzu idą ramię w ramię, blisko siebie, tacy doskonali w przeciągającym się milczeniu, że można ich podziwiać. W porównaniu z nimi drzewo jest po prostu nieśmiertelne”. Nie zachęcam więc do lektury Anestezji.

Zachęcam natomiast do przeczytania tekstu Agaty Zawiszewskiej Krzywickiej przygody ciała i umysłu. Zawiszewska zebrała teksty publicystyczne Ireny Krzywickiej, w swoim artykule krótko charakteryzuje przedwojenną twórczość tej kontrowersyjnej krytyczki feministycznej i przywołuje opinie (najczęściej niechętne) współczesnych o niej. Konserwatywni mężczyźni krytykowali ją w niewybredny sposób: Jerzy Braun nazywając współpracowniczką „Wiadomości Ginekologicznych”, Adolf Nowaczyński – „boyówką”, Jan Emil Skiwski – zwolenniczką „życia ułatwionego”, wyznawczynią „boyszewizmu”. Określenia nawiązywały do jej zażyłości z Tadeuszem Żeleńskim. Krzywicka była też krytykowana przez środowiska kobiece, z którymi zresztą się nie identyfikowała, zauważając, że wiele kobiet (matron-Dulskich, przewrotnych sekretarek, świętoszek itd.) jest zainteresowanych utrzymaniem tradycyjnego kontraktu płci. Krzywicka pisała o sprawach, których dzisiejsi konserwatyści nie uznaliby za kontrowersyjne, a które dla współczesnego jej kołtuństwa (i nie tylko) były obrazoburcze. Przytoczmy za Zawiszewską dłuższy fragment artykułu Krzywickiej Nieporozumienie i zła wola, wydrukowanego przez „Wiadomości Literackie” nr 46 z 1932 r. Z tego fragmentu wyraźnie widać, że jej publicystyka była otwarta, ale w żadnym wypadku wulgarna, a przez nią właśnie stała się obiektem brutalnych ataków, o czym Zawiszewska pisze w dalszej części artykułu. Wróćmy do zapowiedzianego cytatu: „[…] Jak dalece trudno jest żyć świadomie, przekonałam się niedawno na ostatnim moim artykule […] dotyczącym comiesięcznej słabości kobiety. […] Zdawałoby się, że to kwestia poważna, zatrącająca o ustawodawstwo pracy […]. Tymczasem, ach jakże się gorszono! Uśmieszki, śmieszki, chichoty, obrzydzenie, oburzenie, wstręt nietajony. Jeszcze w życiu się nie nasłuchałam typu wymysłów. […] Biedni erotomani, więc wystarczy, aby coś było bezpośrednio związane z seksem, aby was tak daleko wytrącić z równowagi, podniecić, zaniepokoić? […] Zwracam się do kobiet, ale wiem, że i z nimi się nie dogadam. Łamię przecie solidarność płci, tak, nie żartuję, o to mnie właśnie oskarżają kobiety. Czuję zgrozę swojego postępowania, ale trudno, już się nie cofnę. Dotychczas egzystowałyśmy kłamstwem, podstępem, sekretem, spróbujmy szczerością, może będzie lepiej. Tzw. społeczniczki oskarżyły mnie ostro. […]
Ach, moje panie, to nie ja odkryłam, że kobiety chorują co miesiąc”. Autorka szkicu przytacza też ohydny atak antysemicki Nowaczyńskiego, po którym Krzywicka już nigdy nie wypowiadała się tak swobodnie jak wcześniej.

Chciałbym wrócić jeszcze do „Tygodnika Powszechnego” z 16 marca br. (nr 11/2008). Przede wszystkim ze względu na artykuł Elżbiety Isakiewicz Harmonia sfer. Dotyczy on życia i twórczości ks. Michała Hellera. Artykuł pełni funkcję okolicznościową: prezentuje księdza Hellera jako laureata nagrody Templetona – najwyższej na świecie nagrody finansowej, przyznawanej indywidualnie naukowcowi (1,6 mln dolarów). Nagroda przyznawana jest za – mówiąc najprościej – interdyscyplinarne łączenie nauki z religią. W swoim reportażu Isakiewicz pisze, że wtedy, gdy Heller przychodził na świat, uczeni już zastanawiali się, jak stworzyć model, który opisze zarówno prawa rządzące makroświatem, jak i mikroświatem. Z czasem ten poszukiwany model zostanie nazwany teorią ostateczną lub teorią wszystkiego. Właśnie za badania zbliżające nas do teorii wszystkiego ks. prof. Heller otrzymał nagrodę Templetona. Po przyznaniu nagrody pojawiło się w mediach wiele wypowiedzi na temat laureata, chciałbym jednak przywołać wypowiedź, która nie znalazła się w dziennikach telewizyjnych. 12 marca br., dosłownie w kilka godzin po tym, jak dowiedzieliśmy się o nagrodzie Templetona dla polskiego naukowca, na wykładzie dla dziennikarzy naukowych w Warszawie (w siedzibie „Gazety Wyborczej”) prof. Marek Demiański z Instytutu Fizyki Teoretycznej Uniwersytetu Warszawskiego powiedział, że praca ks. Hellera zbliża nas do wyjaśnienia związków między najmniejszymi cząstkami i strukturami, które poznali naukowcy, a prawami rządzącymi wszechświatem. Zbliża nas więc do odpowiedzi na najważniejsze pytania o początek i funkcjonowanie świata, które zadają nie tylko naukowcy, ale i artyści. Wróćmy jednak do artykułu Isakiewicz. W różnych ujęciach przedstawia ona, jak Heller łączy filozofię z naukami przyrodniczymi i matematyką. Szczególna przygoda z matematyką zaczęła się w jego przypadku od lektury książki na temat geometrii różniczkowej prof. Sikorskiego z Politechniki Warszawskiej. Metoda ta nadawała się do zastosowania w teorii względności. Ks. Heller rozpoczął współpracę z uczniami nieżyjącego prof. Sikorskiego. „I oto po jakimś czasie wspólnego uprawiania metody Sikorskiego (zwanej metodą przestrzeni różniczkowej) zaczyna się stopniowo wyłaniać coś świeżego: równania puszczają obiecująco oko, a czasem tupną nóżką, pokażą figę, zachichoczą i trzeba odgadnąć, o co im chodzi. – Tak, te równania nas zaskoczyły – przyznaje Heller. – Pokazały całą masę różnych rzeczy, np. jak powstaje materia w kosmosie, jak tam funkcjonuje termodynamika. Przedtem nie mieliśmy o tym bladego pojęcia”.

Do tego numeru „Tygodnika Powszechnego” można też (i trzeba) sięgnąć ze względu na temat stricte kulturalny: w specjalnym dodatku dużo na temat festiwalu Misteria Paschalia, który odbył się w Krakowie w dniach 17-24 marca br. Szczególnie polecam rozmowę z Jordi Savallem (Piękno ocali świat – wywiad przeprowadzony przez Witolda Bobińskiego) i artykuł Bohdana Pocieja na temat muzyki baroku (Tygiel duszy).


Robert Kozela

 

 
karwala     2011-02-11 20:44:07
co do prozy brody, to jest to akurat krypto cytat z wiersza sylvi plath :( dziwne, że Pan nie skojarzył.Aśka

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas