poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Dusza i ciało
[Andrzej Szczeklik, „Kore: o chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007] Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229)

Nasze ciało nie pozwala nigdy o sobie zapomnieć. Istnieje i to jest absolutnie pewne, słucha nas w młodości, przeciwstawia się nam w starości. To doświadczenie dotkliwe i powszechne; może o nim coś powiedzieć starzec i piękna kobieta, ale wiedza ta wciąż wydaje się, z każdego punktu widzenia, ułomna. Tę ułomność łagodzi wiara w istnienie duszy. Ale gdzie jej szukać? W sercu czy w wątrobie? W mózgu czy w tajemnicach krążenia krwi? Może w oku, jak nam wmawiają wróżące cyganki? Albo w liniach papilarnych naszych dłoni, których każdy zakręt oznaczać może śmierć?

Kościół przekonuje nas o istnieniu duszy, wierzący nie mają zatem kłopotów. Ale co z innymi?

Czytam Kore Andrzeja Szczeklika, lekarza, profesora medycyny, i zastanawiam się, czego po tej książce oczekuję. Napisał ją specjalista od ciała, którego, jak łatwo się domyśleć, nie tylko ciało interesuje. Chciałabym troszczyć się o swoje ciało, bo może ono, utrzymane w dobrym stanie, pozwoli mi zajrzeć w głąb mojej duszy, jeśli ją posiadam. Medycyna doskonali ciała i pozwala im osiągać stan równowagi, podsuwa środki konserwacji, pielęgnuje jak cenny mebel.

Pisarz Eustachy Rylski mówi mimochodem w wywiadzie: Wierzę w nieśmiertelność duszy, ale nie wierzę, iż każdy z definicji człowiek ją posiada. Odwrotnie, uważam, że duszę ma niewielu, dlatego niewielu zostanie zbawionych, a fizyczne podobieństwo do człowieka, czy nawet fizyczna identyczność, nie przesądzają niczego.

Dla Szczeklika brzmi to zapewne jak herezja. Nie pisałby o ciele, gdyby nie było ono z natury uduchowione. Bo czyż warto pisać o czymś, co rozkłada się, brzydko pachnie, potyka się i upada, wiotczeje, sinieje i krwawi. Lekarz, ratując je, ratuje również duszę – bo jest piękna i wzniosła. Ma swoje choroby, to prawda, ale są to choroby twórcze, nie degradujące.

Pisarz Rylski chętnie widziałby duszę w genotypie, w genetycznym dziedzictwie. Nie musiałaby prezentować się pięknie, ale co niektórzy przedstawiciele gatunku ludzkiego są w nią wyposażeni lepiej niż inni; być może ziemianie, arystokraci, bo ich dusza ma przeszłość, aby tak rzec, rodową. Urodziwa być nie musi.

Pisarz i lekarz występujący w roli pisarza wydatnie się między sobą różnią. Ale nie w tym rzecz. A co powiedzieć o powieściopisarzach, fabulantach, a także poetach którzy wokół nagłych i pospolitych doświadczeń fizycznych budowali formuły duchowości?

Ja duszę na ramieniu wiecznie mam
Cały jestem zbudowany z ran …

– pisał Edward Stachura. Dusza na ramieniu to metafora strachu i niepewności. Stachura w samobójczej próbie stracił rękę. Nie wiemy czy zmieniła się wówczas jego dusza, czy też przemieściła się może do innego organu. Czy zadał ranę tylko ciału czy tylko duszy?
Tomasz Mann w Dziennikach informuje szczegółowo czytelnika o stanie swojego uzębienia; bardzo cierpi, wciąż bolą go zęby. Często odwiedza dentystę, nie są to zresztą jego jedyne kłopoty z ciałem. Niestrawność, ta również daje się we znaki. Jedzenie ma być lekkie, uduchowione. Trochę szampana, potem trochę muzyki. Dla dobrego trawienia przechadzka z psem, może krótka rozmowa z wierną i mądrą żoną. Dzieciom nie wolno przeszkadzać wielkiemu ojcu, kiedy stroi swojego ducha. I potem pisze genialne strony prozy.

Ciało bowiem można wykorzystać i przekształcić je w dzieło. Tomasz Buddenbrook kończy wielki ród kupiecki, jego mały syn Jano nie wyjdzie bowiem poza dziecięctwo. Tomasz Buddenbrook opuszcza swoją nieskazitelną formę po ekstrakcji zęba, upada na ulicy, traci przytomność, przypadkowi przechodnie rozpoznają w nim co prawda znanego w Lubece konsula, ale jest on już tylko śladem po sobie doskonałym, jego ubranie pokryte jest błotem, jego twarz zakrwawiona. Jednocześnie uchodzi z niego – choć konsul jeszcze chwilę będzie żył – dusza. Ciała więc nie warto ratować, choć podejmuje się w tym celu wysiłki.

Współczesna proza feministyczna uczyniła z ciała przedmiot podlegający okaleczeniom, często skrajnie brutalnym, kobieta maltretuje swoje ciało na różne wyrafinowane sposoby, czytelnik czuje wstręt do tych zabiegów (patrz Jelinek, czy niemiecki przebój Tereny podmokłe napisany przez Charlotte Roche), ale skłonny jest widzieć w nich patologiczny co prawda, ale bohaterski sposób na rozprawienie się z ciałem. Paradoksalnie – to remedium na ujarzmienie ciała. Ciało zaatakowane przestaje sprawiać kłopot. Nie jest przecież chore i nie trzeba go leczyć. Jest zbudowane z ran – jak u Stachury, zaś rany te dostarczają rozkoszy.

Andrzej Szczeklik nie czytał zapewne książek feministek, więc nie wie jak jest staroświecki. Wierzy w terapię w szerokim sensie, w terapię ducha i ciała.

Staroświecki – czyli nudny?

Opisuje różne narządy i sposoby ich leczenia a także historię i przeszłość owych terapii. Bowiem medycyna wciąż się doskonali, podrzuca ciału części zamienne, ale czy przypadkiem nie kaleczy tym sposobem duszy?

Jakkolwiek by nie było, imperatyw poszukiwania duszy jako naszego materialnego fragmentu nie opuszcza człowieka od wieków, jest to najbardziej uciążliwa podróż, bez gwarantu, że duszę odnajdziemy, wznosząc się tym samym ponad własne, fizyczne cierpienia. Ale przecież uduchowieni i święci cierpią srodze, i nie mamy pewności, czy dusza im to wynagradza.

Szczeklik pisze:

Jak zobaczyć duszę, bodaj na chwilę? Gdzie jej szukać? Zaczaić się na nią, gdy opuszcza ciało, wszak o tej chwili mówił Achilles i pisał Słowacki. […]

A zatem dusza musi mieć masę, podlegać prawom ciążenia i dać się zważyć. Tak rozumował w roku 1901 Duncan MacDougall, lekarz w szpitalu miejskim w Haverhill, w stanie Massachusesetts. Jako człowiek czynu zakończyło filozofowanie i przystąpił do dzieła. Posłużył się wagą dźwigową, na której umieścił łóżko z konającym. Przez cztery godziny prowadził drobiazgowe pomiary. Obserwował chorego uważnie – aż ten wydał ostatnie tchnienie. I w tym momencie belka wagi opadła; ciało straciło na wadze! Badania swoje powtórzył jeszcze czterokrotnie – zawsze z podobnym wynikiem. Kiedy natomiast ludzi zastąpiły psy, wynik doświadczeń był jednoznacznie negatywny.

Ten eksperyment, który wzbudził zdumienie i podziw, dziś mówi nam, że wiara w empirię i kult doświadczenia jest co prawda zrozumiała, ale również absolutnie niepotrzebna. Dalej będziemy szukać duszy w różnych regionach ciała; będziemy się do niej zbliżać, może najbardziej dotkliwie, poprzez perypetie mózgu, poprzez upadki pamięci i próby jej odzyskania, poprzez udary, afazje, chorobę Alzheimera; ale dotykają jej, najczęściej już nie wiedząc o tym, nie tylko ci, co utracili pamięć.

Jest ona przywilejem doświadczenia mistycznego i doświadczenia religijnego w szerszym sensie.

Nawet widząc mózg z bliska – co bywa przywilejem lekarza – nie zrozumiemy go.

Był jak ogromna kula lodów cassate, która mama przed laty przyniosła do kuchni i złożyła w głębokim talerzu, gdzie czekała na podanie wieczorem do stołu. W tej samej kuchni, na identycznym talerzu do zupy, leżał teraz przede mną – gładki, lśniący, obły, w mgiełce oparów z formaliny – mózg ludzki. Wyniosłem go ukradkiem z prosektorium […]. Trzepotał po drodze w plastikowej torbie jak ryby na Boże Narodzenie i śliski jak one o mało nie wymknął mi się z rąk podczas przekładania na talerz.
[…] nie kierowała mną ich [czyli innych lekarzy – przyp. moje, M.W.] nieugaszona ciekawość, lecz raczej strach przed zbliżającym się kolokwium z anatomii mózgu. Kolokwium to otaczała atmosfera grozy, miało ono być najtrudniejszą do przebycia przeszkodą na pierwszym roku studiów lekarskich. „Z waszymi mózgami nigdy nie przebrniecie przez kolokwium z mózgu!” – oświadczał szyderczo nasz asystent, zacierając ręce.

Mózg budzi strach, czy dusza również budzi strach?

Nie sposób rozłączyć dotykalną materię mózgu od ulotnej duszy. Nie sposób również wskazać, gdzie się ze sobą te dwa światy stykają, a gdzie rozdzielają. Trafiamy co prawda na sprawdzalne ślady owych połączeń, ale nigdy nie wiemy, czy aby pęknięte naczynie w mózgu nie podyktowało genialnego pomysłu, nie dopuszczając jednocześnie do jego ostatecznej realizacji.

Artyści uważani za boskich szaleńców nie zastanawiali się nad strukturą swojej kory mózgowej. Kiedy lekarz pisze książkę, która w zamyśle jest dziełem artystycznym, a nie opisem własnej profesji, daje czytelnikowi do ręki subtelne narzędzie: można by je nazwać przewodnikiem po świecie fizjologicznym, gdzie jednakowoż profesjonalista nie wyrzeka się tajemnicy, opisując swoje wielorakie doświadczenia z ciałem, które w jakimś momencie zamykało się przed nim. Lekarz chciałby stać się również wizjonerem. I mimo że medycyna doskonali się, dostarczając złudnego przeświadczenia, iż sekrety duszy odsłonią się wreszcie, eskulap pozostaje pełnym zdumienia widzem Lekcji anatomii profesora Tulpa. Jego wiedza oparta jest na zaskoczeniu, wciąż takim samym, jakie zostało namalowane przez Rembrandta na słynnym obrazie.

Mniej kłopotów sprawia nam dusza kulturalna. Decydują o niej myśli, idee epoki, książki, które się czyta, nauki, które się pobiera.

Dusza medycznego ciała, choć nie jest przecież od kultury odseparowana i korzysta z niej, zdaje się rządzić własnymi prawami. O niej, choć nie tylko o niej, pisze Szczeklik.

Nasze dusze kulturalne respektują prawa pamięci i zapominania, ale niechętnie myślą o śmierci. Nie chcą wiedzieć o tym, co stanie się z duszą kreacyjną, gdy ciało odmówi jej posłuszeństwa. Może to będzie tak:

Natchnienie jak śmierć nadciąga. Och, senność ostateczna
I szklane zapatrzenie, i strach wielkiego zawrotu!
Skończyła się rzecz doczesna, idzie samotność wieczna
I światłość wiekuista zaczyna płynąć z przedmiotów.


Marta Wyka

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas