poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JERZY FRANCZAK
Budować na ruinach. Oblicza współczesnej poezji francuskiej
Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229)

[Na szali znaków: czternastu poetów francuskich, wybór wierszy, przekł., oprac. krytyczne, wstęp i posłowie Krystyna Rodowska, Biuro Literackie, Wrocław 2007.]


Z górą czterdzieści lat temu Jerzy Kwiatkowski rozpoczął swoją rozprawę od znamiennego stwierdzenia: „W poezji francuskiej XIX i XX wieku dokonały się najbardziej zasadnicze rewolucje poetyckie czasów nowożytnych. To dość by poezja ta mogła stać się każdemu bliska, tak prawie bliska, jak poezja własnego narodu” [1]. Stwierdzenie to przypomina raczej powtórzony setny raz truizm niż hipotezę badawczą. Oczywistością, od której wychodzi znakomity krytyk, jest dominująca w naszej nowoczesności rola liryki francuskiej. „Zasadniczych rewolucji” nie przeprowadzili zatem rodacy Eliota i Pounda, Rilkego i Trakla, Chlebnikowa i Mandelsztama, lecz kolejne pokolenia francuskich nowatorów: symboliści, kubiści, twórcy Wielkiej Awangardy, nadrealiści. Takie przekonanie panowało niepodzielnie jeszcze w latach 60., kiedy powstały Poezje bez granic. Zestaw kanonicznych nazwisk (od Baudelaire’a, poprzez Verlaine’a, Rimbauda i Mallarmégo, po Apollinaire’a, Cendrarsa, Jacoba, a następnie Bretona, Eluarda i Aragona) ustalał się i utrwalał przez całe dziesięciolecia wzmożonej recepcji, którą znaczyły antologie Anny Ludwiki Czerny (1925), Stefana Napierskiego (1933), Adama Ważyka (1947, 1973) i Jerzego Lisowskiego.

Co ciekawe, w zacytowanej powyżej frazie historycznoliteracka diagnoza łączy się ze stwierdzeniem innego rodzaju: Kwiatkowski pisze o subiektywnej bliskości poezji francuskiej. Słowem „bliskość” kwituje oczywisty dla niego fenomen silnej i jakby intymnej relacji z obcą poezją, która przestaje być odbierana jako „obca”. Lektura Francuzów była bez wątpienia częścią doświadczenia formacyjnego całych pokoleń. Mnie samego – pozwolę sobie w tym miejscu na niewielkie wyznanie – ukształtowała lektura Rimbauda, Apollinaire’a i Jacoba; mógłbym śmiało podpisać się pod wyznaniami Adama Ważyka czy Julii Hartwig. Znajduję się jednak w sytuacji odmiennie zdefiniowanej kulturowo. „Ich fascynacja literaturą najbogatszą w świecie, poezją poszukującą wciąż nowych dróg i nie bojącą się rozwiązań najbardziej rewolucyjnych” [2] mieściła się w ramach oczywistości: zainteresowanie literaturą francuską, wzmocnione wielowiekowym zapatrzeniem w kulturę francuską jako taką, było dość powszechne. O moich wczesnych wyborach czytelniczych zadecydował zbieg okoliczności, co więcej, moje lektury wydawały się dość anachroniczne, a przywiązanie do pewnych formuł twórczości poetyckiej – nieco ekscentryczne. Poezja francuska już dawno przestała być istotnym punktem odniesienia.

Marginalizacja poezji francuskiej jest częścią większego i długotrwałego procesu: jak wiadomo, około połowy ubiegłego stulecia Francja straciła swój mocarstwowy status, a Nowy Jork ukradł Paryżowi ideę sztuki nowoczesnej [3]. Proces ten kulminuje w siódmej dekadzie ubiegłego wieku – w czasach wyczerpywania się egzystencjalistycznych inspiracji, zmierzchu teatru absurdu i nouveau roman. Przez następne dziesięciolecia poczyna dominować przekonanie, że literatura francuska – zwłaszcza zaś poezja – ma najlepsze lata za sobą, a wszystko, co ciekawe, mieści się w dziale essai. W sytuacji, kiedy gwiazdami humanistyki pozostają Lévi-Strauss, Le Goff, Foucault, Barthes czy Derrida, rodzą się pytania: gdzie potomkowie jasnowidzów? Gdzie spadkobiercy cyzelatorów? Gdzie nowy Sezon w piekle, nowy Rzut kośćmi, nowe Alkohole? Pytania te formułowano z rzadka i raczej niechętnie, gdyż nabierały one coraz bardziej retorycznego charakteru. Mimo prac przekładowych i publikacji (René Char, Jules Supervielle, Paul Claudel, Jacques Prevert, Saint-John Perse, Yves Bonnefoy i inni), nowa poezja francuska przypominała terrae incognitae. Pisano o niej mało, a pojedyncze dzieła funkcjonowały w próżni, wytrącone z szerszych układów odniesienia. Pozostawała wielką nieobecną – co więcej, ciążył nad nią zespół negatywnych sądów, umacnianych przez największe autorytety literackie.

Powszechnie pisano o stanie zapaści, o słabości powojennej poezji francuskiej, o kryzysie wywołanym przez zmianę pokoleń. Reorientacji ku poezji anglo-amerykańskiej towarzyszyły mniej lub bardziej radykalne oskarżenia wypowiadane pod adresem liryki francuskiej. A oskarżano ją na ogół – za Czesławem Miłoszem – o jałowy awangardyzm, odwrócenie się plecami od rzeczywistości, autotelizm, nakierowanie na sam język. W Wypisach z ksiąg użytecznych Miłosz w charakterystyczny sposób krytykuje formułę opisowych poematów prozą Francisa Ponge’a. Stwierdza mianowicie, że jego studia przedmiotów nie są obiektywistyczne, nie oferują „bezpośredniego uchwytu takości rzeczy”. Uwaga to trafna, gdyż dla autora Furii wyrażania proces poznania utożsamia się z przygodą słów, a dysocjacja porządków percepcyjnego, refleksyjnego i werbalnego wydaje się niemożliwa. Pytanie tylko, czy na uwadze takiej można zbudować akt oskarżenia. Celna uwaga Miłosza mogłaby stać się punktem wyjścia dla próby charakterystyki nie tylko twórczości Ponge’a, ale i najnowszej poezji francuskiej w ogólności. Sądzę bowiem, że o jej specyfice decyduje odrzucenie poznawczej utopii, której hołdował Miłosz: utopii epifanijnego wglądu w istotę („takość”) rzeczy. U Ponge’a każdy ogląd interferuje z poglądem, w takość wdziera się inność, a rzecz ujawnia swoją zależność od słowa. Proematy Ponge’a czy prozematy Michela Deguy można by uznać za „formy bardziej pojemne” – takie jednak, które z premedytacją narażają czytelnika na „męki wyższego rzędu”.

Do takich porównań zachęca wydana niedawno antologia, gromadząca przekłady aż czternastu współczesnych poetów francuskich. Na szali znaków, translatorskie opus magnum Krystyny Rodowskiej, wyrasta z przekonania, że poezja francuska nie kończy się na wierszach nadrealistów. Kilkaset utworów poetyckich tworzy tekstową mozaikę, z której wyłaniają się nie tylko sylwetki poetów, ale też przestrzeń dialogu poetyckiego. Używam takiej niejasnej omowni, gdyż antologia nie aspiruje do miana „panoramy”, czyli pełnej prezentacji najważniejszych zjawisk danego okresu. Rodowska zastrzega, iż jej dzieło jest prowizoryczne, a wybór nazwisk arbitralny. Równocześnie obudowuje swoje translacje wskazówkami biograficzno-bibliograifcznymi oraz niewielkimi tekstami eseistycznymi, w których proponuje szerszy historycznoliteracki ogląd i wyjawia swój porządkujący zamysł.

Rodowska wyodrębnia dwa nurty: dekonstrukcjonistyczny nurt burzycieli zastanych języków oraz zachowawczy nurt „nowych liryków”. Rolę prekursora pierwszego z nich odgrywa Francis Ponge, a jego dzieło kontynuują Jean-Pierre Faye, Jacques Dupin, Jacques Roubaud czy Liliane Giraudon. Drudzy – pośród nich między innymi Claude Roy, Philippe Jaccottet, Jean-Michel Maulpoix – poszukują źródeł odnowy liryki w kontemplacji natury, powrocie do liryki wyznania i rehabilitacji skompromitowanej uczuciowości. Poniżej tych programowych różnic znajdują się jednak zadziwiające podobieństwa: wymienność wiersza i prozy, sięganie po sylwy i eksperymenty typograficzne, zamiłowanie do poetyki fragmentu, ogólna nieufność względem językowej ekspresji. Można by, rzecz jasna, skwitować to wszystko prostym stwierdzeniem: Rodowska zaserwowała nam zbiór znakomitych przekładów, w którym każdy może znaleźć dla siebie coś inspirującego. Można jednak pokusić się o redukcję tej różnorodności i postawienie pytania o specyfikę najnowszej poezji francuskiej „jako takiej”. Tak też chciałbym uczynić, w pełni świadom, iż brnę w niebezpieczne generalizacje. Lektura Na szali znaków, jak sądzę, skłania do tego rodzaju refleksji: z tekstu na tekst wyłania się pewien wspólny mianownik, zarysowuje się jakaś głębinowa wspólnota łącząca różne opcje estetyczne i projekty pisarskie.

Najgłębiej odnajduję to, co tak drażniło Miłosza, a co nazwać by można „syndromem mallarmé’ańskim” [4]. Dzieło autora Rzutu kośćmi – na co Rodowska zwraca uwagę w posłowiu (s. 404) – zaciążyło na rozwoju całej XX-wiecznej poezji francuskiej, która odwołuje się do niego afirmatywnie lub per negationem (jak Liliane Giraudon, która stwierdza z mieszaniną sprzeciwu i rezygnacji: „stary Fiut Mallarmé, zawsze on”, s. 314). W dziedzictwie Mallarmégo zawiera się porzucenie przedmiotowości na rzecz tropienia nierzeczywistego i niewysłowionego, gra między przypadkiem a koniecznością, zmieniająca dzieło w twory prowizoryczne i niezborne, a przede wszystkim – niechęć do języka konwencjonalnego, przejawiającą się w ograniczonym zaufaniu do słowa, a także uznanie, że mowa nie jest nośnikiem sensów, lecz ich wytwórcą. Całą powojenną lirykę francuską, zarówno w innowacyjnych, jak i w zachowawczych nurtach, zajmuje w gruncie rzeczy to samo: badanie wytrzymałości języka. W tej formule mieści się zarówno erudycyjny hermetyzm Deguy, jak i figura „poety-gramatyka”, stworzona przez Hocquarda. Odnaleźć tu można szereg różnych, ale głęboko podobnych ruchów: przedzieranie się przez konwencjonalność znaków do sfery niewyrażalnego (Nöel), poszukiwanie tajemnicy w sferze międzysłowia (Meschonnic) lub w algebraicznych kombinacjach (Roubaud), gwałcenie i podporządkowywanie sobie słów (Ponge), kondensację emocji aż do granic niewyrażalności (Faye), dążenie do negatywnych epifanii, przejawiające się jedynie w języku i poprzez język (Maulpoix) itd. itp.

„Syndrom mallarmé’ański” niweczy utopię bezpośredniości, którą żywili się nadrealiści, ale wchodzi w przedziwną symbiozę z żywiołem wyobraźni, wyzwolonej przez grupę Bretona. Niepełne odcięcie się od nadrealistycznych korzeni i wejście w fazę krytycznej samoświadomości określa, jak sądzę, wewnętrznie sprzeczną sytuację powojennej poezji francuskiej. Dodać wypada, iż „pokolenie pozbawionych złudzeń” (według określenia Jean-Michela Maulpoix) dojrzewa w epoce dominacji dyskursu teoretycznego – nurtów formalistycznych i strukturalistycznych. Zwyżkująca nadświadomość objawia się w deklaracjach wstępujących roczników: Jacques Dupin w 1949 roku stwierdza, iż jego rówieśnikom pozostaje „budowanie na ruinach” (s. 387). Metaforę ruin można odnieść bądź do sytuacji literackiej (poezja Ruchu Oporu, fajerwerki nadrealizmu), bądź kulturowej (dylematy czasów powojennych), posiada też swoje konotacje filozoficzne. „Nie zawrócimy z drogi, nie podejmiemy gry metafizyków” (s. 122) – pisze Dupin. Poeta, wrzucony w świat, który nie posiada żadnych metafizycznych sankcji, może jedynie pisać w obliczu pustyni, „bez punktu oparcia, bez celu, w poczuciu absolutnego ryzyka, otwartej przestrzeni”, z wzrokiem utkwionym w „przepaść języka” (s. 127). Tak rozumiana poezja „nie przynosi spełnienia, lecz wprost przeciwnie, coraz bardziej pogłębia doznanie braku i niepokoju” (s. 115).

Ruina, o której pisał Dupin, oznacza też rozpad pewnego paradygmatu, odpowiedzialnego za dystrybucję sensu – mówiąc wprost, byłbym skłonny rozumieć ją z dzisiejszej perspektywy jako diagnozę kryzysu formacji modernistycznej. Jaką perspektywę otwiera taka diagnoza? Czy zapowiada jakiś przełom, transgresję, postmodernistyczne zniesienie źródłowych aporii? Porównanie poezji francuskiej i amerykańskiej lat 60. i 70. skłania do ciekawych wniosków. Użyteczna mogłaby okazać się w tym miejscu znana hipoteza Andreasa Huyssena: strukturalizm i egzystencjalizm to ostatni triumf modernizmu, zaś poststrukturalizm, dekonstrukcja i „zarażona” dekonstrukcją literatura to syndromy modernizmu w stadium wyczerpania. Autor After the Great Divide za jedynie prawomocne źródło postmodernizmu uznaje radykalne i demokratyczne ruchy kontrkulturowe beatników i hippisów oraz spontaniczny powrót do tego, co masowe, nieelitarne, popularne. Francuzi natomiast oddają się rozpamiętywaniu katastrofy, celebrowaniu końca, estetyzowaniu wyczerpania. Pozostają – na przekór epokowym przemianom – „wierni przegranej” [5].

Kusząca to hipoteza, aczkolwiek z pewnych względów niebezpieczna. Jeżeli przyjąć, że to spadkobiercy Ginsberga i O’Hary przekroczyli horyzont awangardy, odrzucili imperatyw oryginalności, przełamali semiotyczną alienację liryki poprzez sięgnięcie po języki kolokwialne, konkret i wątki autobiograficzne, słowem, przełamali pewien impas – to Francuzi jawią się jako pogrobowcy minionej epoki. A przecież polska poezja czerpie współcześnie przede wszystkim z inspiracji anglo-amerykańskich. Oznaczałoby to, że dylematy, wokół których budują swoje poetyckie projekty Deguy czy Alferi, mamy dawno za sobą i pozostaje nam przyglądać się z dystansu ich bezcelowym zmaganiom. Na takie odczytanie nie sposób przystać, aczkolwiek podczas lektury Na szali znaków nie mogłem pozbyć się wrażenia, że czternastu poetów z antologii porusza się po trasie wyznaczonej przez kilka dobrze znanych problematów, jakby celowo unikając przełamania tego zaczarowanego kręgu.

Istnieją, jak się wydaje, dwa różne sposoby dowartościowywania poezji hermetycznej, skupionej na języku, odrzucającej Miłoszowską utopię poznawczą. Jedni przystają na kryzysową diagnozę i poszukują symptomów wychodzenia z zapaści. Tak czyni chociażby Maciej Niemiec w posłowiu do zbioru Michela Deguy Temu, co się nie kończy. Tren: „Poezja francuska dopiero wydobywa się z impasu, spowodowanego zarówno ciężarem swojej świetności z XIX i początków XX wieku, jak i, zapewne, dwuznaczną postawą Francji wobec nazizmu czy późniejszą fascynacją zarówno strukturalizmem, jak i próbą kontynuowania linii Mallarmé’owskiej – zablokowanej w języku, w znaczeniach znaczeń, w zadawaniu niemożliwych pytań i poszukiwaniu niemożliwych odpowiedzi. Nie wątpię, że poezja francuska zaczyna powracać z nową siłą, wypracowaną w podziemiach swoich poszukiwań, z nowym poczuciem swej tożsamości i z odnowionym poczuciem rzeczywistości” [6]. Niemiec podejmuje negatywną kwalifikację syndromu mallarmé’ańskiego i wypatruje ozdrowieńczych symptomów w tekstach podejmujących trud mimetyczny (takich jak funeralny cykl Deguy).

Inaczej postępuje Krystyna Rodowska, która skłonna jest zamazywać specyfikę poezji francuskiej, podkreślając jej uniwersalny wymiar i zaznaczając podobieństwa do współczesnej poezji polskiej [7]. W dwóch tekstach tłumaczka wyjawia nieśmiało istotę swojego zamierzenia: chodzi o przełamanie dominacji jednej opcji estetycznej, zbudowanej w nawiązaniu do poezji amerykańskiej (s. 8), a także o poszerzenie terenu obserwacji i ośmielenie do „wypraw w niepodejrzewanym lub słabo dotychczas zbadanym kierunku” (s. 417). Antologia ma więc przede wszystkim inspirować, otwierać oczy na nierozpoznane lub zapoznane obszary lirycznych poszukiwań. Czy jednak ma szanse zrealizować w ten sposób sformułowane cele? Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, aby współczesna liryka polska była otwarta na tego rodzaju inspiracje… Choć niewykluczone, że wgląd w poetyckie dokonania Francuzów przyczyni się do wyodrębnienia jakiegoś nowego i wyraziście odmiennego tonu.

Jerzy Franczak


PRZYPISY:

[1] Jerzy Kwiatkowski, Poezje bez granic. Szkice o poetach francuskich, Kraków 1967, s. VII.

[2] Julia Hartwig, Podziękowanie za gościnę. Moja Francja, Gdańsk 2006, s. 19.

[3] Serge Guilbaut, Jak Nowy Jork ukradł ideę sztuki nowoczesnej. Ekspresjonizm abstrakcyjny, wolność i zimna wojna, tłum. Ewa Mikina, Warszawa 1992.

[4] Zob. Maria Delaperrière, Dialog z dystansu. Studia i szkice, Kraków 1998, s. 55 i n.

[5] Andreas Huyssen, After the Great Divide. Modernism, Mass Culture, Postmodernism, Bloomington Indiana University 1986. W ostatnim zdaniu nawiązuję do tytułu zbioru esejów Samuela Becketta: Wierność przegranej, przeł. Antoni Libera, Kraków 1999.

[6] Maciej Niemiec, Kolokwializmy cierpienia i erudycji. Posłowie tłumacza, w: Michel Deguy, Temu co się nie kończy. Tren, Poznań 2002 (strony nienumerowane).

[7] Czy w książkach tak różnych od siebie poetów jak Tymoteusz Karpowicz, Miron Białoszewski, Jerzy Ficowski czy Krystyna Miłobędzka, Eugeniusz Dycki czy Andrzej Sosnowski, nie fascynuje nas przede wszystkim żywioł i stopień zindywidualizowania ich języka? Czy w tomikach większości poetów polskich młodej i najmłodszej generacji nie mamy do czynienia z renesansem koncentracji na języku? (zob. W żywiole języka i przekładu. Z Krystyną Rodowską rozmawia Paweł Dunajko, w: http://www.biuroliterackie.pl/przystan/czytaj.php?site=240&co=txt_1586, stan z dn. 24. 05.2008.)




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas