poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ALDONA KOPKIEWICZ
Poeta dla poetów
[Tadeusz Pióro, „Asortyment”, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2008] Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229)

Asortyment, nazwa obszernego wyboru wierszy Tadeusza Pióry, jest tyleż niepozorna, co błyskotliwa i przewrotna, sugeruje bowiem, że mamy tu przede wszystkim do czynienia ze zbiorem towarów, zestawem produktów czy wyborem gatunków. Nawet jeśli nazwa ta kojarzy nam się dobrze: z konfekcją, delikatesami czy perfumerią, chodzi tu raczej o handel i bezduszną ekonomię, napędzaną wirtualnym obiegiem giełdowych papierów. Poezja przypomina towar, kiedy odsłonimy jej kłopotliwy i dwuznaczny status: przyporządkowana systemowi kultury, języka, ekonomii, jako obiekt fetyszyzmu nabiera nadrealnego charakteru, może wobec tego odzyskać samoistność i zawładnąć czyjąś wyobraźnią, by pod złudnym wrażeniem ruchliwości i różnorodności skrywać ciągły powrót tego samego. Wymowa tego tytułu nie wydaje mi się jedynie prostym gestem ironicznym, poprzez który handlowa metaforyka podkreślałaby specyficzną osobność, wyjątkowość poezji. Myślenie Pióry jest bowiem głęboko paradoksalne, jeśli to wyświechtane słowo cokolwiek jeszcze dziś znaczy, a migotliwość i zmienność refleksji, które obserwujemy w jego wierszach, wynikają nie tylko ze słabości do ironii, ale i do dialektyki, zwłaszcza tej rozgrywającej się między podmiotem pragnienia i Innym. Dopiero z tego miejsca można wymknąć się ekonomii. Wiersz Tam, gdzie nie ma kamieni wydaje się pod tym względem „programowy”, nawet jeśli brzmi dość despotycznie (choć podejrzewam, że ten styl jest ironicznym pastiszem moralizatorskiej maniery à la Herbert czy Miłosz): za nic miej konkret wszystko kalambur […] / zabłądź w bezużytecznej przestrzeni / i przewróć do góry nogami. w obliczu wyboru. / weź jedno i drugie / spal mosty niech przegra rozsądek […] / idź dalej w nieskazitelność.

Pióro nie wierzy w poezję bezpośredniego wyrazu, bo ta najłatwiej wpisuje się w towarowy obrót literackich dóbr; kpi z twórczości głównego nurtu: przewidywalnego, koturnowego pisarstwa, które zapoznaje wszelkie nowoczesne kryzysy, ukrywa własną doczesność i umowność – jest „naiwna i sentymentalna” dokładnie tak, jak opisał ją Andrzej Sosnowski. W cyklu wierszy Towar z tomu Pieśni miłosne znajdziemy na przykład trawestacje typowych tematów poetyckich. W komentarzu do tego tekstu Pióro wyjaśniał, że w antologiach wierszy każdy autor zamieszcza wiersz w następujących, wziętych tu w ironiczny nawias, konwencjach: I (Przemijanie), II (Ars poetica), III (Zaangażowanie, postawa), IV (Miś) – czyli miłość i śmierć, V (Piękno przyrody). Nie są to jednak typowe parodie: otwierają je bezpośrednio opowiedziane anegdoty, które dla Pióry mogą być formą stylu niskiego. Czasem autor kąśliwie je ośmiesza, zwykle jednak mimochodem wkrada się tu metafora, wprowadzająca ironię czy krytykę poważniejszego sortu. Podobnie w nowym wierszu (bo Asortyment zawiera też wiersze nowe) Towar VI (styl międzynarodowy), gdzie drwi się z tytułowego stylu, używanego chętnie przez poetów piszących łatwe do przetłumaczenia, zrozumiałe wiersze na tematy podane powyżej w nawiasach, przede wszystkim po to, by skrócić sobie drogę do Nagrody Nobla. Niechęć Pióry wobec takiej poezji nie jest jedynie manifestacją preferencji estetycznych, to tylko aspekt znacznie istotniejszej awersji – do instytucji i wspólnoty, a zwłaszcza do ich represywnych wymiarów. Niezwykła wrażliwość na ideologiczną przemoc przybiera tu wiele postaci, warto pod tym kątem czytać zwłaszcza Wiersze okolicznościowe. Znajdziemy tu, chociażby w wierszu pod – podkreślającym obrzydzenie podmiotu – tytułem Blattela germanica, zwięzłą, lecz mocną konstatację na ten temat:

Skłonność do metafor wiecznie
namaszczonych
na obraz komunii i podobieństwo atomów
jest zrozumiała i nieuchronna
bo wojna to domena cierpienia.

Wszakże to reszta jest poezją (Minimal compact); poezja zaczyna się tam, gdzie: śnimy tę nadwyżkę rozkoszy / by zapomnieć o tym, co nam pozostało: / jarskie metonimie pod zimnym niebem / koloru pestek granatu, wśród ust zastygłych / patyną zdania, które wszystko wyjaśnia: / Smak potęgą jest, i basta! (Cud na Wembley). Liczy się więc nadwyżka: bezinteresowna, autoteliczna i idiomatyczna zarazem, a właściwie – właśnie nadwyżka się nie liczy, nie ma do odegrania żadnej roli w wymianie i komunikacji społecznej. Z punktu widzenia instytucji, taka poezja jest skandaliczna i wywrotowa, a jej welon jest niezbadany niczym wyroki rewolucji (Pożegnanie z poezją). O tym aspekcie poezji Pióry pisał zresztą Grzegorz Jankowicz w recenzji Contre-lettre. Sprawa wydaje się jednak godna przypomnienia, zwłaszcza wobec prostodusznych zachcianek społecznie zaangażowanych krytyków literackich, które przewijały się ostatnio w prasie.

U Pióry ceni się zwykle lekką subtelność myśli i abstrakcyjną metaforykę wierszy, których efemeryczny i ozdobny język ma w sobie coś z dandysowskiej sztuczności, nieco przesadnie wyrafinowanego estetyzmu, zaprawionego ironicznym humorem i erotycznymi aluzjami. Jeśli dorzucimy do tego autorską fascynację byciem poetą dla poetów dla poetów, łatwo możemy dać się zwieść i zakończyć lekturę na niemalże zmysłowej przyjemności, jaką daje obserwacja poetyckiej ekwilibrystyki. Nie ma w tym nic złego. Byle nie zapomnieć, że przyjemność ma swoją śmiertelną ambiwalencję, a stawkę w tej poezji stanowią raczej pragnienie miłości albo jouissance. Dla mnie bowiem punktem wyjścia twórczości Pióry jest , otwierający tom Wola i Ochota, wiersz Minimal compact – wiersz osobliwy, wyróżniający się prostotą, rytmiką, brakiem zdobień i dowcipów. Ta niepokojąca nagość współgra z ostatecznością refleksji:

prawie bez oporu
słaby dotyk dłoni
ciało drga lub stygnie
reszta jest poezją
niesprawną jak zawsze
szuka głodu zawsze […].

Ledwo wyczuwalny puls ciała współgra z rytmem powtórzeń słów i paraleli składniowych, konstruujących tekst. Znajdujemy się w sferze bez słów, bez reszty, między pragnieniem a zaniemówieniem. Dopiero przekroczenie tej sfery otwiera możliwość pisania, lecz jednocześnie podmiot twórczy chwyta się literackich naddatków ze wzmożoną, dość obsesyjną, fascynacją. Autoteliczność zyskuje jeszcze inne wymiary, jeśli przyjrzymy się jej z wnętrza tej poezji. Wielorakie międzytekstowe gry zostały oparte o ciągłe, mimowolne powtarzanie. Z jednej strony wpadamy w rytm powracających zwrotów, słów, cytatów, które nie są słowami-kluczami, wymagającymi rozszyfrowania. Tworzą natomiast chaotyczną, mgławicową sieć, oddającą postapokaliptyczne doświadczenie języka, i jednocześnie w dość perwersyjny sposób odtwarzają jego strukturę, sferę symboliczną. Inny stanowi bowiem jedyną ramę, w której podmiot może się ukonstytuować, tyle że za cenę całkowitej podległości, wywłaszczenia. Bardziej interesujące okażą się zatem przewijające się przez wiersze ślady pragnienia – ukryte skrawki pamięci, przejęzyczenia, niespodziewane asocjacje i uskoki w obrazowaniu, skłonność do metonimii, asonanse fonetyczne, sny, obsesyjne perseweracje – wszystko to, co rozbraja ład języka, a więc i polityki, metafizyki itd. Obserwować to można zwłaszcza w tomie Wola i Ochota, gdzie symbolem narzuconego porządku staje się nowoczesne miasto. Podmiot ciągle inscenizuje swoje ucieczki z niego, błąka się po metaforycznych obrzeżach i krańcach, eksperymentuje z mapą, ale przejście poza granice, jak wspominałam, jest możliwe jedynie dzięki transgresji i miłości, w sferze języka zaś – dzięki pragnieniu i wyobraźni. Problem jednak w tym, że zapisanie ich to zarazem wpisanie w przestrzeń śmierci i nieobecności. Mogą być przywołane jedynie jako utracone, co potęguje melancholię podmiotu. Nie sposób przezwyciężyć językowego impasu, ale można grać – w podchody albo „marienbadki”, o których w związku z Piórą napomykał Sosnowski (Marienbad powinien się tu kojarzyć nie tyle z kongresami psychoanalitycznymi, ile ze słynnym filmem Alaina Resnais) – Ważne, żeby Innemu nie uszło na sucho. W Daj mi tam, gdzie nie myślę dwa pierwsze wersy dopowiadają tytuł: W namacalne ziarenko rozkoszy / kryjówkę zaginionych rozkazów. Wiersz ten to dialog między figurą władzy, kapitana, porządku, rozumu i obywatelem, suwerennym podmiotem za dychę, prawdopodobnie też owym ziarenkiem rozkoszy. W końcu proponuje się tu pewne rozwiązanie konfliktu, lecz jego komunikacyjna metaforyka świadczy raczej o sceptycyzmie i dość gorzkiej ironii Pióry:

Istnieje wyjście spod tej sterty protez
wielebny ojcze, procedura jest prosta:
jak usłyszysz sygnał, zarejestruj swój głos.
Gdy wrócę z niebytu, niezwłocznie
oddzwonię.

Niemożność wyjścia poza język staje się tym bardziej dotkliwa, gdy podmiot marzy o dotarciu do drugiego. Pytanie o możliwość dyskursu miłosnego powraca tu wyjątkowo często. Jeśli jednak nową metaforą poezji i języka jest Hotel bez okien, gdzie czytamy: Niewiele po nas zostało: szyb dźwigu, gwiazdy, cegłówka / i zdanie, co ponosi śmierć z własnej ręki gdy brnie / w śnieżną zaspę i zapada w milczenie: „Mnie jest Stefan, tobie Zocha” – a nasza elokwencja / była legendarna nim poszła w zapomnienie. Ta śmierć to także najgłębsze pragnienie / waszej mowy […] i tylko nikła fosforencja / na powierzchni powiek usprawiedliwia czyjąś obecność: to koda / historii jednego zdania, z którym nie dało się żyć – to refleksje na temat miłości okażą się nieuchronnie związane z konstatacjami o niewydolności języka. Wyraźnie pokazuje to wiersz O dwa kroki stąd:

choć sądzę, że wolno nam kochać
jeszcze przez chwilę, po cichu, to chyba
 nie mamy czym: zero przy kości, lufa w
mianowniku, a żarówkę
i lustro rozparcelowano już kilka pokoleń
wstecz. Obawiam się, że skończymy
potulni jak brygady duchów u wrót  
każdego z dyskursów.

Kiedy zaś pojawia się tu nadzieja, że my również zaistniejemy, bez porównań, pewnego / dnia, następuje gwałtowna, przerażająca pobudka: Otwieram oczy i olbrzymieję / jak język lecz w twej twarzy nie ma już ust.

Ale tak jak w paradoksie Fragmentów dyskursu miłosnego Barthesa, tak i tu sprawa nie wydaje się całkiem przegrana: afirmacja pragnienia obejmuje cały styl wypowiedzi podmiotu. W poezji Pióry znajdziemy dwie wizje spełnionego podmiotu: dzięki ekstazie może osiągnąć on czystość, „nieskazitelność”, lecz wolność ta możliwa jest tylko tam, gdzie mnie nie ma, poprzez negację, w pustce. Natomiast dzięki miłości i wyobraźni przeistacza się w wampira układającego kaligramy, który okazuje się figurą spajającą „ja”, zasypującą rozziew, ustanawiającą pełną tożsamość, a także pogodzenie konfliktów związanych z pisaniem – kaligram to wszakże znak całkowicie niwelujący dystans między przedmiotem i obrazem. Po tych marzeniach w języku pozostają jedynie ślady. To one jednak przynoszą poetyckie efekty. W tej perspektywie słynne, naznaczone niezwykłą ambiwalencją, zdanie z wiersza Nostra vita, nawiązujące zresztą do Kroku Sitonena Bohdana Zadury: w końcu tętno, i tylko ostatnia nić / języka, jakieś piękne, trudne zdanie / trzyma nas na krawędzi świata – nabiera egzystencjalnej ostrości.


Aldona Kopkiewicz

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas