poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ CIEŚLAK-SOKOŁOWSKI
Przy słowie
[Bogusława Latawiec, „Odkrytki”, PIW, Warszawa 2007] Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229)

W Odkrytkach Bogusława Latawiec powraca do stałych składników swojej pisarskiej twórczości. Można by wskazać kilka linii takiej łączności najnowszego tomiku z poprzednimi książkami poetyckimi oraz prozatorskimi autorki. Przede wszystkim powracają – wyodrębnione tu w osobnych cyklach – poetyckie ekfrazy, przemienione w wiersze – konfabulowane? autentyczne? – listy rodziców. Latawiec powraca nie tylko do stałych form, powtarza także właściwe poprzednim zbiorom tematy, motywy (snu, czasu etc.). Wreszcie, przepisane zostają w Odkrytkach także utwory z tomików wcześniejszych (tak dzieje się choćby z fragmentem Ciemnie prywatne z cyklu Zwierzęta nocy, który w tomiku Razem tu koncertujemyz roku 1999 miał formę krótkiej prozy poetyckiej, w zbiorze najnowszym zaś – z drobnymi zmianami – rozpisany został na wersy). Latawiec w najnowszym tomiku szuka nie tyle punktów zerwania, radykalnego odnowienia swojej poezji, co zdaje się raczej wytrwale pisać „jeden wiersz”, w serii powtórzeń otwierając go na przemieszczenia, rozsunięcia. Spróbuję za chwilę opisać stawkę tak określonego gestu, przyglądając się dwóm (symetrycznym) wierszom, które dzieli niespełna dekada.

Kilka słów jednak w tym miejscu warto poświęcić znaczeniu tytułu tomiku. Swego czasu Piotr Michałowski wskazał, że tytuły poetyckich książek Bogusławy Latawiec reprezentują dwa zasadnicze upodobania tematyczne: w szeregu „przyrodniczym” znalazły się m.in. Otwierają się rzeki (1965) i Całe drzewo zdania (1970), w szeregu „optycznym”: Przestrzenie (1975), Z żywych jeszcze źrenic (1981) oraz Powidok (1992). Odkrytki, czyli widokówki, pocztówki, powtarzają preferencję „optyczną”, zarazem jednak – jak napisała sama autorka na czwartej stronie okładki – w słowie „odkrytka” czai się także drugie znaczenie: odkrycie, odtajnienie, odsłonięcie spraw, o których innym językiem niż język poezji mówić się nie da. Dopowiem od razu: interesować mnie tu będzie przede wszystkim owa (meta)literacka refleksja nad językiem poezji.


„O(d)grywanie” poezji

W tomiku Razem tu koncertujemy na stronie 51 pomieszczony został wiersz Chrust niebieski. Utwór ten – zawierający tytułową frazę zbioru – uznać można za wiersz programowy (oczywiście, pamiętając, że ostatecznie każdy wiersz jest programem dla siebie samego). Oto jego druga część:

Z mroku partytura
na skórę, korę pióra
toczy się niespiesznie
a brzmi tak głośno:
ja obok liścia
a liść przy gilu
że nikt z nas nie słyszy
jak ciężko człapie Bóg nad nami
dźwigając chrust niebieski

Poznań, marzec 1994


W tym miejscu zwrócę uwagę jedynie na dwa składniki sytuacji zarysowanej w wierszu. Po pierwsze, ja zostaje zaangażowane w grę bliskości i oddalenia. W wyróżnionym graficznie dwuwersie przestrzeń relacji zdaje się stabilnie uporządkowana. Jest ja, jest liść i jest gil.

Ja nie ma bezpośredniego dostępu, musi się zgodzić na pewne oddalenie, pośrednictwo, jest raczej obok niż przy. Czy może inaczej, przy mu nie przysługuje. Tytułowe razem tomiku zdaje się mieć tu wyraźne ograniczenia (różnice przyimków). Po drugie, ów (stabilny, „przyimkowy”) porządek zabezpieczony zostaje także rytmiczną miarą wersów otwierających cytowany fragment. Sytuacja zdaje się zmieniać w symetrycznym wierszu z tomiku Odkrytki, pt. Co przysłowie:

Niczego już nie umiem
od niczego
Jedno wiem:
co przy słowie
jak imię przy ciele
i moje oko które słyszało
są teraz
na innej stronicy czasu –
beze mnie

Poznań, listopad 2003 r.


W wierszu tym dostrzec można przede wszystkim stałe tematy, motywy pisarstwa Bogusławy Latawiec. Na tym poziomie wiersz ten można by nawet przeczytać jako swoiste podsumowanie poezji widzialności, poezji podmiotowej stawki doświadczenia czasu. Bardziej interesująca wydaje mi się jednak różnica pomiędzy wierszami, postulowanymi tu w hipotezie interpretacyjnej jako symetryczne. Przede wszystkim nie możliwy do odtworzenia okazuje się charakterystyczny rytm poetyckiego skandowania. Wiersz Co przy słowie otwiera zdanie-elipsa. Uporządkowanie relacji (dwóch przyimków; obokprzy), jakie możliwe było w roku 1994, w wierszu Chrust niebieski, w roku 2003 w dwuwersie i tu wyróżnionym graficznie zastąpione zostaje swoistą przyimkową tautologią. Powtórzenie przyimka przy w kolejnych wersach przydaje mu swoistej samodzielności, niezależności, czy może inaczej: sprawia, że staje się on elementem ujawnienia momentu poetyckiej gry. Pora wreszcie zapytać: jak można by przeczytać te dwa wersy? Po pierwsze, jako przysłowie. Jedno wiemto silne stwierdzenie, określenie wiedzy, której nie poddaje się dyskusji. W takiej lekturze usłyszeć się daje echa świadomości, ktoś ją nazwie modernistyczną, że ciało (rzeczywistość, jak by jej nie definiować) jest dostępne jedynie za pośrednictwem słowa, że przyległość słowa do rzeczy ujęta być może jedynie w kategoriach rozsunięcia, niedopasowania, niemożliwej odpowiedniości rzeczy i nazwy. W tym sensie ów przyimek przyz dwuwersu Bogusławy Latawiec niesie także w sobie pragnienie przybliżania, tęsknotę za stanem (naturalnej) przyległości. Tak zdaje się brzmieć późne przysłowie modernistyczne. Po drugie, tautologiczne powracanie przyimka przyprowokuje serię kolejnych frazeologicznych użyć – na przykład „być przy słowie”, „skoro już jestem przy słowie”. Ruch poetyckiej gry, jaką otwiera w tym wierszy przyimek przy, ma prowadzić, jak się zdaje, także do takich momentów, w których wiersz otwiera się na przenikania sensów, odchylanie się znaczeń. Innymi słowy, poezja nie szuka możliwości ekspresji, ekspresji podmiotowych emocji, lecz okazuje się ciągłym procesem stwarzaniem przestrzeni poetyckiej gry, czy jak wolałaby poetka w jednym z wierszy – drobnej gry (Lekcja francuskiego).


Tropy (nie tylko) Boschowskie

Ta niemożliwa przezroczystość poezji szczególnie wyraźnie ujawnia się w serii wierszy, które w najnowszym tomiku złożyły się na cykl Blejtramy.Bogusława Latawiec od dawna wykorzystywała w swej twórczości tropy malarskie, by przypomnieć choćby Boschowski tytuł powieści z roku 1976 Ogród ziemskich rozkoszy.Warto w tym miejscu przeczytać wiersz, w którym tytuł całego cyklu zostaje włączony w materię utworu. Myślę tu o wierszu Ilu nas porwanych, z dopiskiem (Według Boscha). Rozpoznać w nim można zapatrzenie na jeden z Boschowskich, późnych obrazów Kuszenie św. Antoniego, a właściwie na jeden z jego elementów: białe ptaki przemienione w skrzydlate statki szybujące po niebie (to prawy górny róg obrazu, nota bene odmalowany w zasadniczo innej tonacji). Tyle Hieronim Bosch. Jak ten element w ekfrastycznym przedstawieniu rysuje poetka? Zwrócę w tym miejscu uwagę jedynie na dwa fragmenty wiersza. Początek utworu w miarę „wiernie” przedstawia łodzie / z ptasich ciał, wirujące po pustym niebie. Odejście od owych zasad „prostej” naoczności następuje w zakończeniu pierwszej strofy:

chociaż dna tam nie ma
tylko napięte pod blejtramem
płótna

Obraz zdradza nagle sztuczność swego przedstawienia, ujawnia swoje tworzywo (płótno, blejtram). Ta pierwsza intuicja zostaje dopowiedziana w strofie drugiej:

Żeglarze od sterów
niesterowalnych
rybacy od wędzisk zarzuconych
w farbie, słowach
my wierzący w siłę skrzydeł
[…]

Metafora rybaka zostaje tu wykorzystana, wpleciona w strukturze tego wiersza w skomplikowaną relację wyrażania, przedstawiania. Nietrudno rozpoznać budowaną analogię: narzędzi malarskich (farba) i poetyckich (słowa). Wiersz okazuje się więc wędziskiem zarzucanym na rzeczywistość, ale także – blejtramem, przestrzenią napinania innych znaków (mediów, na przykład obrazu) do momentowych połączeń.

Taką stawkę zdaje się stawiać przed swoją poezją Bogusława Latawiec. Różni się tu zdecydowanie od wykorzystującej także ostatnio tropy Boschowskie Ewy Lipskiej. O ile bowiem autorka Pomarańczy Newtona zdaje się uzyskiwać dostęp do esencji rzeczywistości w jej swoistym wpisaniu w Boschowskie przedstawienia, w prostym stosunku sytuacji alegorycznej (najwyraźniej, otwarcie dzieje się tak w wierszu Psi węch, w którym realność doświadczana przez bohaterkę wiersza zostaje nazwana symbolicznymi elementami Boschowskiego Wozu z sianem), o tyle w sytuacjach lirycznych konstruowanych przez autorkę Odkrytek obraz malarski jest elementem rzeczywistości znakowej, członem poetyckiej metafory. (Tę zasadę nota bene dałoby się zastosować nie tylko w przypadku wierszy z cyklu Blejtramy, by wspomnieć w tym miejscu choćby świetny wiersz Wietrzna polana czy serię utworów zbudowanych na obrazie, motywie statku.)

Sergiusz Sterna-Wachowiak pisał niegdyś o pięknych, trudnych, przejmujących wierszach autorki Razem tu koncertujemy. W podobnym tonie wypowiadała się także o tej poezji Adriana Szymańska: Wiersze Bogusławy Latawiec są trudne, często jakby nazbyt mroczne, nazbyt skomplikowane w nakładających się na siebie planach, czasach, znaczeniach. Zapewne ta właśnie „trudność”, czy może inaczej: brak łatwego lekturowego dostępu w dużej mierze decyduje o jej osobnym miejscu na mapie polskiej poezji. Wiersze autorki Odkryteknie mieszczą się w żadnej z wpływowych, dyskutowanych z zapałem opozycji: ani klasycystyczne, ani ostentacyjnie awangardowe, ani poddane bez reszty wyzwalaniu wyobraźni, ani owładnięte pasją lingwistycznych przekształceń. I właśnie chyba o tę „resztę”, o ten wymykający się prostym opozycjom naddatek, nadmiar – warto się ubiegać. Coraz wyraźniej, jak mi się zdaje, widać na marginesach zasadniczych sporów – poetów osobnych (by wymienić w tym miejscu niezwiązane żadnymi więzami osobne poezje Krystyny Miłobędzkiej, Adama Wiedemanna, Wojciecha Bonowicza czy Janusza Szubera etc.). W takiej, niemożliwej do sprowadzenia do jednego mianownika, konstelacji widziałbym miejsce poezji Bogusławy Latawiec.


Tomasz Cieślak-Sokołowski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas