poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR SOBOLCZYK
Im-puls (do) pociągu bylejakiego
[Andrzej Mandalian, „Poemat odjazdu”, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2007] Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229)

Nowy tom poetycki Andrzeja Mandaliana, Poemat odjazdu, podobnie jak przedostatni Strzęp całunu (2003), oparty jest na wyrazistym chwycie kompozycyjnym. W Strzępie całunu było to nawiązanie do cyklu trenów, tu wiersze skupiają się wokół sytuacji podróży koleją i dworcowych poczekalni (nawet jeśli wiersze nie mają jawnego tematycznego związku z koleją, w epigrafie pada informacja Poczekalnia – jak np. w *** [- Od kiedy wykrztusiłeś z siebie ten szloch…], W bursztynowej komnacie, *** [Gdzie jest to, czego nie ma…], Pocztówka z Obór, Modlitwa za upadłych aniołów, Wszyscy moi umarli, *** [A że bytów półtrwanie…]). Wszystko to w pierwszym skojarzeniu interpretacyjnym prowadzi ku dość skonwencjonalizowanej metaforze kognitywnej „życie to podróż”, „miłość to podróż”, „śmierć to ostatnia stacja” itp. Po pierwsze jednak, jak uważam, oklepane metafory, wyświechtane formuły, szkodzą najbardziej poetom przeciętnym i słabym – gdy zaś dobiera się do nich poeta świetny, nawet nie przekraczając oczekiwanych skojarzeń, potrafi tak je „zaczarować”, że czytelnik zapomina o „oczywistościach”. Mandalian zaś objawia się w Poemacie odjazdu jako poeta świetny właśnie, moim zdaniem, dużo ciekawszy niż w tomie poprzednim. Po drugie jednak, Mandalian niekiedy pozostaje w obszarze potocznych, „oczywistych” skojarzeń „życie to podróż”, „poczekalnia” jako metafora „ostatnich dni”, czy A więc to jest ten peron, z którego niebawem odjadę (jak głosi tytuł jednego z ostatnich wierszy), ale i często je przekracza. Kluczowy jest tu pierwszy wiersz w tomie O wyższości transportu kolejowego nad lotniczym, gdzie z początku podejmuje geometryczną metaforę podróży jako przemieszczania się po współrzędnych od A do B (Przecież są jeszcze punkty A-1, A-2 / i tak dalej / (nie wspominając już o innych literach alfabetu) / i wszystkim im, aż do Z, / należy się czyjaś obecność), by zakwestionować ten model myślenia o podróży i czasie:

Atlas świata leży pod nami
jak otwarta księga,
z lekka tylko pocięty żyletkami
równoleżników…

Mógłby z pewnością się przydać
do wielkich odkryć geograficznych,
cóż, gdy od dawna mamy je za sobą.

(Tak samo jak sprawę czasu,
linearnego,
tej cholernej gumy do żucia,
ulubionej przez bogów.)

Świat jest więc oczywisty? „Jak otwarta księga”? Dopóki go ranimy, sądząc, że w ten sposób nad nim panujemy. (Być może wręcz żyletka – jako narzędzie kulturowego panowania mężczyzny nad „naturą” własnego ciała – nieść ma tu aspekt genderowy, jakkolwiek jako narzędzie samobójcy jest już uniwersalna). Tak więc linearna podróż, równoleżnikowa (z akcentami osobnymi na „równo” – naddany porządek, i „leżnikowa”, bierna, jakby czekająca), atlas przygnieciony człowiekiem (leży pod nami) wytwarzają wrażenie pewnej oczywistości podróżowania – skoro odkrycia geograficzne mamy już za sobą, to zapewne doskonale wiemy, dokąd podróżujemy, stąd ironiczne wyzyskanie metafory „czytania w otwartej księdze”, dziwnej metafory potocznej, jakby z przedhermeneutycznych czasów… (kiedyś takie były?). Wreszcie w kapitalnej strofie o gumie do żucia (ciekawe, jak długo jeszcze da się rozciągnąć?) w podtekście pojawia się wątpliwość: czy bogowie nie robią nas w balona? Atlas świata, równoleżniki Mandalian zastępuje małymi podróżami, / mierzonymi tak krótkim oddechem, od „ja” do „ty”, a do nich wystarczy nam mapa snu. W przestrzeni snu spotka się bowiem z umarłymi, z żoną, której poświęcony był Strzęp całunu i która w kilku wierszach w nowym tomie powraca, skądinąd nawiązując do swojej kreacji w tamtym tomie (wiersz *** [- Od kiedy wykrztusiłeś z siebie ten szloch…]). Lecz ta przestrzeń dostępna jest rzadziej (również w samych wierszach), nie da się ominąć przebrzmiałego stukotu kół / równie natrętnego, co łomotanie rozpaczy w skroniach…

„Oczywistość” skojarzeń w polu „podróży” okazuje się pozorna także dlatego, że poeta zdecydował się wykreować swoje „kolejowe” wiersze, przestrzegając swoistej ekonomii przemilczeń i dopowiedzeń. Oto mamy wprost natrętnie powracające adnotacje o poczekalni, scenerię peronową, motywy podróżne – jakże oswojone – wiemy więc, że poeta podróżuje, i to dużo. Z drugiej strony zaś – nie wiemy ani dokąd, ani skąd, ani po co. Wytwarza to swoistą atmosferę, powiedzmy, „sennej mgły”, jakby zresztą sam podmiot nie wiedział, po co mu te podróże, a jednak musiał je ponawiać. Bardziej niż słowo „podróż” pasowałoby tu może „błąkanie się”… W Końcu widzenia poeta żegna kogoś, kobietę, oboje nie wiedzą, co powiedzieć, nie mogą się pożegnać, z pozoru z winy wagonowego okna: A dopiero pytałaś, jak wiele zostało nam czasu… // Tyle, ile zużyłaś na mozolne zmaganie się z szybą. Zostaje ten rozpaczliwy ślepy bieg wzdłuż peronu / za umierającym tętnem. W znakomitym Szmat czasu do świąt Mandalian pokpiwa z nazw pociągów jako, by tak uczeniej rzec, transporterów symboliki kolektywnej. (Przypomina się, nawiasem mówiąc, dowcip z komedii Juliusza Machulskiego Pieniądze to nie wszystko z 2001 roku, gdzie mieszkańcy małej postpegeerowskiej wioski siedzą na ławce, obserwują pociągi pędzące po nasypie i kłócą się, czy to „Szymanowski” czy „Mickiewicz”).

„Jadwiga” i „Jagiełło” na równoległych torach,
nigdy się nie spotkają. […]

„Mickiewicz” i „Słowacki” –
zawsze o peron od siebie.  

Poeta opisuje tu sytuację rozmijania się, a także, by tak rzec, drogę symbolu ku pustce. Język, działanie, praca – wszystko w tej perspektywie wydaje się tracić na znaczeniu. Dla Mandaliana. Przekonuje się go bowiem, że droga do symbolu ma życiowy sens, jakby ignorując owo „odklejenie”:

Dziś dopiero jest wszystkich świętych,
szmat czasu do świąt.
Jakoś to zleci.

Umieram każdego listopada,
a jednak żyję.

Kiedy pytam: po co?
Powiadają mi:
abyś świadczył.

Nim zapytam: na czyją korzyść?
rozkładają rozkłady jazdy.

Rozkłady jazdy jak ręce! W poetyckim świecie Mandaliana jednak nazwy się rozjeżdżają (nie wiadomo dokąd), godzin – nie ma (drogę od „ja” do „ty”, mówi w O wyższości…, da się przebyć bez przestawiania zegarów). Wydaje mi się, że Mandalian chce świadczyć irracjonalne, powracające w dwóch (zacytowanych wyżej) miejscach doznanie tętnienia, im-pulsu w głowie, rytmicznego jak stukot kół, którego źródło i cel są jednak nieznane. To tętno nie wpisuje się w żaden rozkład jazdy, jest „ślepe”, a poeta mu ulega – to nawiązanie do toposu „rytm świata”, lecz rytm nie oznacza tutaj harmonii. Albo też powie o moim podkorowym, / moim własnym rozkładzie jazdy, którego doznaje, jadąc pociągiem według wspólnotowego rozkładu jazdy, lecz niedostępnym dla nikogo innego, a i jemu objawiającym się w rozchwianiu zmysłów, w kolejowej senności. Może niekiedy męczy – ale też, przekonują ostatnie partie O wyższości…, pozwala się włączyć w życie przegranych: I będą tak pulsować aż do skonania świata.

Poezję taką określa się niekiedy mianem senilnej. Wiąże się ją z tematyką elegijną, podsumowywaniem życia (często jako klęski), wyrażaniem ostatniej i ostatecznej niepewności, a przede wszystkim z tak niepochwytną kategorią jak „mistrzostwo formy”. Wydaje mi się, że do kategorii „poezji senilnej” można by wprowadzić również podkategorię – pozwolę sobie na takie określenie, współczesna poetyka wszystko zniesie – senilnych bryknięć. Niespodziewanych zwrotów, przewartościowań własnej poetyki, przewrotnych wprowadzeń „młodości” w swój „senilny” dyskurs, żartów, które – jak się mniema potocznie – w pewnym wieku nie przystoją. Paradygmatycznym „senilnym bryknięciem” w polskiej poezji byłyby zapewne ostatnie tomy Staffa. W ostatnich latach w poezji polskiej mieliśmy pewne jego ślady w ostatnich wierszach Czesława Miłosza (choćby w tym Bakowskim czy o marzeniach porno), a także u o rok od Mandaliana (1926) młodszego Bolesława Taborskiego w tomikach Ułamek istnienia (2002) i Nowa era Big Brothera (2004). Widzę pewne zbieżności pomiędzy tym ostatnim a najnowszym tomikiem Mandaliana, zwłaszcza w zakresie ironicznego wprowadzania młodzieżowego języka. Jakkolwiek u Taborskiego „bryknięć” było więcej. Zilustruję tę obserwację krótkim cytatem z wiersza Requiem po Centralnym – o śmierci tego dworca z powodu budowania w pobliżu centrum handlowego Złote Ściany. Oto Mandaliana podjęcie toposu ubi sunt (o tyle ironiczne, że dworzec wciąż jest):

– Kto wyciągnie kogo na sztos?
 – kto pociągnie z kumplem po szmal?
 – kto kogo naciągnie na działkę?
 – kto komu obciągnie w kiblu?

Losy dworca są powiązane z losami języka, a te, oczywiście, jak dowodził Bachtin, są przenośnikami całych historii. I tak sztos to słowo z lat 70., szmal bodajże również, pamiętam je jeszcze z lat 80., potem stopniowo wychodziło z obiegu (obecnie przecież mówi się raczej „kasa”, „kaska”), wciąganie działki pojawiło się – jak i zjawisko narkomanii w Polsce – w latach 80., jak wiadomo, odtąd na centralnym nietrudno jest kupić towar czy spotkać konsumenta; co zaś do obciągania to, o ile się nie mylę, co najmniej od lat 80., a z pewnością z początkiem lat 90. Centralny służył za pikietę, nie tylko gejowską i pedofilską zresztą. A i tak: Pies go trącał, Centralny! / Główna to był dworzec! (z wiersza Za betonową kurtyną). W wierszu Wszyscy moi umarli rozpoczynający się na pozór elegijnie lament (po chwili okazuje się, że wezwania w rodzaju Gdzieżeście moi – nie moi, tak wyblakli wielokrotnie? / Siostro Chloe od siedmiu boleści… są niemal szyderstwem) zostaje przełamany „szczeniacką” eksklamacją: O wszyscy moi umarli, ależ nas los wydymał! W pewnym sensie jest to zarazem przekroczenie modelu poezji dominującego w Strzępie całunu. Wreszcie przejawia się owa „świeżość” starego poety w kapitalnych portretach dworcowego półświatka kloszardów i babć klozetowych (Mańka Skoroświt, Graffiti, Wędrująca z kotami). Są oni jednak wzniośli, poeta przypisuje im swoisty, powiedzmy, „etos sztosu” – stanowią przeciwieństwo grasujących po pociągach band łysych z łomem (Pasaż IV). Oczywiście, jest to jakaś „estetyzacja lumpa” („lump” funkcjonował w krytyce literackiej w latach 60. na określenie bohaterów prozy Hłaski, Nowakowskiego, pewnie też nieprzypadkiem w Za betonową kurtyną na pograniczu jawy i kolejowej senności pojawia się głos nieżyjącego Jana Himilsbacha, przyjaciela Mandaliana, wiecznie żywego patrona duchowego kolejowego menelstwa, zapowiadający dojazd do Centralnego), a więc jego uwznioślanie i „przydawanie godności”, grożące czymś fałszywym – ale, i to chcę podkreślić na koniec, rękę mistrza pokazuje Mandalian w tym właśnie, że wszędzie tam, gdzie można by (gdzie mógłby kto inny) popaść w fałsz czy czułostkowość, wysilone modniarstwo (w podejmowaniu młodzieżowego języka na przykład) – on właśnie wychodzi obronną ręką, samoswoją.


Piotr Sobolczyk

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas