poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR SOBOLCZYK
Jezus winien był zostać filozofem
[Eduardo Mendoza, „Niezwykła podróż Popomniusza Flatusa”, Wyd. Znak, Kraków 2009] Dekada Literacka 2009, nr 4 (236)

Poprzednia (tak na rynku hiszpańskim, jak i polskim) powieść Eduarda Mendozy, Mauricio, czyli wybory (wyd. hiszp. 2006, pol. 2008) wydała mi się książką „straconych szans” – mogła być powieścią z gatunku political fiction (ale była tylko po części), mogła być obrazem Barcelony tuż przed olimpiadą w 1992 roku (ale nie była „panoramą”), jest chyba powieścią o odkrywaniu dojrzałości trzydziestoparolatka – jako „niedorobieniu”, „niedociągnięciu”, także stylistyczno‑gatunkowym, rozmywaniu się rzeczy „istotnych”. To był Mendoza tak zwany „poważny”, bo nurt humorystyczny, za który, zdaje się, „najbardziej go kochamy”, przeplata się z poważnym.

Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa (wyd. hiszp. 2008) to książka dla odmiany krótka, dowcipna i niekiedy błyskotliwa. Jeżeli ktoś chce, może ją potraktować jako nawiązanie do postaci „bezimiennego detektywa” znanego choćby z Przygody fryzjera damskiego, przeniesionej w czasy antyczne. Pomponiusz Flatus, jak bezimienny detektyw z trylogii, wydaje się nieco gamoniowaty, nie wystarczająco odważny, a prowadzi śledztwo w dość powikłanej sprawie; w kryminalno‑sądowym dénouement jednak zaskakuje otoczenie (i czytelnika) wnikliwym wywodem analityczno‑dedukcyjnym á la Sherlock Holmes. Na przykładzie tej uroczej powiastki możemy też dobrze zaobserwować różnicę w stosunku do powieści innego popularnego prozaika hiszpańskiego, José Carlosa Somozy. Jaskinia filozofów (wyd. hiszp. 2000, pol. 2003) to kryminał osadzony również w antyku, w Atenach czasów Platona i jego Akademii. Prowadzone jest tam śledztwo dotyczące morderstw uczniów. Jednak Somoza wątki sensacyjne wysuwa na plan pierwszy, traktuje ze śmiertelną powagą, niewątpliwej erudycji zaś używa jako ornamentu czy materiału uwiarygodniającego kostium historyczny. U Mendozy śledztwa prowadzone są raczej w stylu Jacquesa Clouseau, przy czym istotniejsze od intrygi i jej rozwiązania wydają się „scenki” i humor sytuacyjny, a także ten wynikający z operowania erudycją.

Innymi słowy: czytam, że Mendoza przeniósł się w czasy Jezusa „po coś”. Czytam tak – a zapewne można całkiem inaczej – że jest to podróż ironicznie sentymentalna w lepsze czasy, kiedy jeszcze nie było chrześcijaństwa jako zinstytucjonalizowanej religii. Jest to podróż w czasy – rzekłby Nietzsche – „genealogii moralności”. Czasy, kiedy wszyscy oprócz Żydów są wielbicielami „przelatywania od tyłu”. Pomponiusz Flatus spotyka Arabów: Proponuję, żebyśmy okradli go z resztek dobytku, przelecieli kolejno od tyłu i ucięli mu głowę, jak zwykła postępować z podróżnikami nasza perfidna rasa. Pomponiusz Flatus ma sen o jawnie Ezopowym rodowodzie, o lisicy, kruku i serze: – A gdybym tak zamiast dać mu ser, przeleciał go od tyłu? – A któż to kiedy widział, żeby kruki tak robiły? – dziwi się lisica. – Najtrudniejszy jest pierwszy raz – oświadcza kruk. Rzymianin Pomponiusz o Grekach: Ateny nie są już tym, czym były za czasów Peryklesa. Dziś preceptorzy, zamiast wpajać swym uczniom wiedzę, myślą tylko o tym, żeby ich przelecieć od tyłu. Po opuszczeniu Nazaretu Pomponiusz znajduje się u Cherusków z rodziny Wandalów w Germanii: Czczą Thora, boga wojny, a wodzem zostaje zawsze mąż o największym doświadczeniu bojowym, najbardziej waleczny i najlepiej władający toporem. Póki zachowuje krzepkość, wszyscy okazują mu szacunek i posłuszeństwo i przelatują go od tyłu, nie czekając, aż tego zażąda. Gdy zaś Pomponiusz wykona poruszenie w swym ulubionym temacie wśród Żydów, ci odpowiedzą mu nieomal (w błędnym zresztą przekładzie) biblijnie: to obrzydliwość. (Jak twierdzą znawcy Biblii, mowa nie o „obrzydliwości”, lecz o „obcości” tych „pogańskich”, babilońsko‑perskich praktyk, „niekoszerności” – co zresztą też nie było całkiem prawdą). W obszernej charakterystyce Żydów, rozpoczynającej rozdział trzeci, a uroczo parafrazującej Cezara (zob. Palestyna dzieli się na cztery części: Idumea, Judea, Samaria i Galilea), Pomponiusz – zanim jeszcze sam ujrzał Palestynę – daje się poznać jako, dziś byśmy powiedzieli, antysemita: […] nie ma gorszego ludu na świecie jak Żydzi […] prostaccy, dzicy, nieufni, zamknięci na logiczne argumenty, odporni na wszelkie wpływy, wiecznie uwikłani są w wojny, oraz, uwaga: wzbraniają się przed zaakceptowaniem rzymskiego panowania i odrzucają dobrodziejstwa z nim związane, to jest pokój, pomyślność i ład (dzięki tej wstawce, a także polifonicznej perspektywiczności z Cervantesa duchem, nie można tego antysemityzmu w pełni przypisywać samemu pisarzowi); […] o ich dziwactwie i skąpstwie najdobitniej świadczy fakt, że wierzą w jednego boga […]. Żydzi bez przerwy wyrażają skruchę za przewiny, których dopuścili się w przeszłości, oraz za te, których dopuszczą się w przyszłości, przy czym postawa ta nie sprawia bynajmniej, by postępowali mniej nierozsądnie, niehonorowo czy niedorzecznie niż reszta śmiertelników; na domiar złego: z niewiadomych przyczyn, nie przepadają za przelatywaniem się od tyłu, nawet między przyjaciółmi. Kiedy jednak trafi do Nazaretu, Pomponiusz zaprzyjaźni się z wieloma Żydami, a także będzie starał im się pomóc. (Jakkolwiek przelecenie od tyłu nie nastąpi; tylko stosunek z matką Marii Magdaleny, również prostytutką).

Mendoza sięga do genealogii moralności judeo‑chrześcijańskiej. Człon „judeo” mamy już – za sobą. Spójrzmy na moment tuż przed narodzinami chrześcijaństwa. Pomponiusz zostaje wciągnięty w kryminalną intrygę przez około dziesięcioletniego Jezusa, syna cieśli Józefa. Zabieg Mendozy jest nader zabawny: liczne znane z przekazów przypowieści czy zwroty, przypisywane Chrystusowi, tutaj padają z ust innych, starszych od dziesięciolatka, który ich nie rozumie, ale chłonie. Pomponiusz staje się dla niego rabbim, napotkany żebrak Łazarz udziela nauki: […] świat to gniazdo jadowitych węży. Najlepiej być biednym i liszajowatym. W ten sposób nie wywołuje się niczyjej zawiści ani chciwości. […] Ostatni będą pierwszymi. Złośliwość Mendozy polega tutaj na demitologizacji postaci Chrystusa. Kreowany przez chrześcijaństwo obraz sugerowałby wszak, iż niepoślednie mądrości przypisywane mu przez Ewangelistów były efektem głębokich przemyśleń i miały awangardowy walor nowości. Mendoza zwraca uwagę na czas, jaki upłynął, zanim Chrystus ogłosił się Mesjaszem (który nie jest znany z relacji), i pokazuje, że były to mądrości powszechne, z ulicy. Zresztą – jak w Żywocie Briana Monty Pythonów, który w pewnym momencie jest tu niemal zacytowany – w owych czasach co i rusz ktoś ogłaszał się mesjaszem. Ale nie tylko dlatego Jezus okazuje się postacią – by tak rzec – wtórną; także w sensie: powtarzającą. Otóż intryga kryminalna została uknuta przeciwko jego ojcu Józefowi. Zlecono mu wykonanie krzyża, na którym wkrótce ma zawisnąć w wyniku niestarannie przeprowadzonego procesu. Choć Józef jest niewinny, nie chce tego dowodzić, pragnie bowiem umrzeć w imię wyższych celów. Mały Jezus wynajmuje Pomponiusza po to, aby go przed tym ocalić – co się udaje. Krótko mówiąc, pisarz zdaje się sugerować, że późniejsza, mityczna postać Chrystusa ma „kompleks ojca”. Pragnie dokończyć dzieło samoupokorzenia i złożenia się w ofierze, którego nie udało się wypełnić jego ojcu. (Oczywiście, w planie mityczno‑psychoanalitycznym Ojcem jest Jahwe). A przestrzegał Pomponiusz na pożegnanie Marię: Zachowaj monety, ale nie wspominaj o tym Jezusowi. A kiedy będzie trochę starszy, wydaj je na jego wykształcenie. To niedużo, ale może się przyda. Jest mądrym chłopcem, mógłby studiować retorykę albo fizjologię, albo coś innego, byle tylko nie miało związku z religią. Interesująca jest też scena z Epulonem, który sfingował swoją śmierć, wypił halicacabon, napój usypiający, a następnie został złożony w grobie, po trzech dniach obudził się i przy pomocy egipskiej dźwigni, jak miał w planie, podważył kamień i wyszedł z jaskini. W ten sposób intryga kryminalna została rozwiązana.

Czytam Mendozę, jak widać, jak jakieś anty‑Quo vadis. Jeszcze dwie ciekawe kwestie są tu do zaobserwowania. Po pierwsze, areligijny Pomponiusz pod koniec powieści, już po rozwiązaniu zagadki, doznaje teofanii. Z początku, nasłuchawszy się tyle o mesjaszach, myśli, że oto ujrzał właśnie jego; potem myśli, że to piękny Filip, Grek, który go uwodził; postać jednak przedstawia się jako Apollo i wyjawia nieszczęsnemu, jak pomógł mu rozwiązać zagadki, a także uniknąć śmierci… Po drugie, Pomponiusz, przebywając w Nazerecie, cały czas puszcza wiatry. Ten sam wiatr rozwiewał fetor gazów, które nieustannie wydobywały się z mego brzucha. Wiem dobrze, że ten prostacki szczegół nie przydaje wartości mej historii, lecz jestem badaczem Natury i jej zjawisk, nie Poezji i jej form, i sądzę, że będąc na moim miejscu, ani Archimedes, ani Tales z Miletu, ani Strabon w swych uczonych traktatach nie pominęliby tego detalu ze względów estetycznych. A św. Paweł? Otóż – znamienne – natychmiast po opuszczeniu krainy Flatus, co po łacinie dosłownie znaczy, na ile mnie latynizacja nie zawodzi, wzdęty – zdrowieje: […] drgawki ustały tak nagle, jak przyszły, ogarnęła mnie ogólna błogość i pojąłem, że odzyskałem zdrowie i siły. Taka właśnie nieodgadniona bywa etiologia pewnych powszechnych chorób, ich symptomy diakrytyczne i prognostyka. Wspominałem jednak o wspaniałej Cervantesowskiej szkole ironii. Otóż powieść zaczyna się ujawnieniem celu podróży Flatusa, którym jest odnalezienie cudownego strumienia mądrości. Po drodze próbował rozmaitych wód i jedna najprawdopodobniej mu zaszkodziła gastrycznie, ale może też – zesłała omamy. Czyli: zamiast mądrości – znalazł początki chrześcijaństwa? Ale może ono było tylko zmyśleniem, wizją, nie było żadnego Jezusa, Mesjasza, świat jest piękny, a teraz, po ustąpieniu wzdęcia, przeleć mnie od tyłu?


Piotr Sobolczyk

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas