poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARCIN WILK
Na miarę czasów skrojona
[Magdalena Miecznika, „Cudowna kariera Magdy M. Powieść współczesna”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009] Dekada Literacka 2009, nr 4 (236)

Trudno jest omawiać literacki debiut Magdaleny Miecznickiej, zapominając o wykonywanym przez nią zawodzie publicystki opiniotwórczych gazet. Warto jednak podjąć ten trud, co piszę z pełną odpowiedzialnością, po lekturze Cudownej kariery Magdy M. Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na misterną konstrukcję powieści, która nie pozwala na sądy jednoznaczne, domaga się zaś tropienia wieloznaczności.
 
Już sam tytuł powieści odczytać można jako „dwuznaczną” zaczepkę wobec czytelnika. Z jednej strony, w sposób oczywisty, odsyła on do imienia i nazwiska autorki. Z drugiej strony zaś nasuwa skojarzenia z popularnym polskim serialem telewizyjnym Magda M.. Tak w serialu, jak i w książce, mamy do czynienia z opowieścią o atrakcyjnej i młodej kobiecie, która mimo korzystnej społeczno‑kulturowej koniunktury i materialnej niezależności nie do końca radzi sobie z rzeczywistością. Tu bowiem więzi częściej się rozpadają i stanowią dowód przeciwko wartości inwestowania w życie uczuciowe niż motywują do osadzania się w jednym miejscu, z jedną osobą, jednymi przekonaniami. Kariera więc zastępuje dom, przyjaciele – rodzinę, a samodzielność daje poczucie komfortu na tyle silne, że emocjonalne zgrzyty szybko się zasklepiają. Przynajmniej na powierzchni. Bo gdzieś głębiej jest tęsknota za nieobecnym ojcem, który zostawił córkę i wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Nieobecny ojciec to zarazem młyn na psychoanalityczną wodę wart opisania, ale i kolejny punkt wspólny łączący bohaterkę książki z bohaterką serialu.

Poza tytułem wiele mówi też sama oprawa graficzna okładki. Thérèse Dreaming Balthusa ze zbiorów nowojorskiego The Metropolitan Museum of Art – voyeuryzująco‑fetyszyzujące dzieło z pedofilskim podtekstem – świetnie współgra z niejednoznaczną atmosferą ewokowaną w samej książce. Cała akcja Cudownej kariery Magdy M. rozpoczyna się zresztą od mocnych scen przemocy w karykaturalnym, jeśli nie Hitchcockowskim z ducha, wydaniu. Pierwsze zdanie powieści brzmi: Kilka lat temu, jadąc ulicą, zobaczyłam małego kotka rozjechanego przez samochód: tułów miał przecięty na pół równo jak nożem. To symboliczne wprowadzenie potem zestawione jest już w fabularnej warstwie innego rodzaju z – mniej dosłownym, ale może boleśniejszym nawet – metaforycznym łamaniem kręgosłupa młodej bohaterki. Dokonuje tego na przykład starszy od niej mężczyzna, sąsiad, który nie jest w stanie się zdeklarować. I w sumie sytuacja byłaby przejrzysta, gdyby nie fakt, że pozostawia pewien niesmak – po stronie podglądanej przez nas małoletniej bohaterki. Nie bez przyczyny przecież pojawia się w pewnym momencie Lolita – książka podniesiona przez urokliwego sąsiada z chodnika. Sąsiad wygłasza przy okazji zdania żywcem wyjęte z tanich podręczników do tanich podrywów: Zobacz, jak u mnie jest przyjemnie, posiedzimy razem na tarasie, a jak twoja mama nie wróci, to możesz spać u mnie. Mała, ja nie gryzę! – śmieje się za głośno. Po czym gryzie cię lekko w ramię. Lolitowatość całości wzmacnia zaś rewers Balthusa – czyli czwarta strona okładki, gdzie Magdalena Miecznicka w całej rozciągłości i filuternej pozie leżąca na kanapie, zachęca do czytania książki i zdaje się mówić z przymrużeniem oka: „Niech was okładka nie zmyli”.

Problem w tym, że czytając Cudowną karierę Magdy M., nie można w ogóle niczego być pewnym. Jak bardzo dwuznaczne komunikaty wysyła ten tekst, można prześledzić, przyglądając się trzem wybranym tematom, do omówienia których prowokuje książka Miecznickiej.

Po pierwsze zatem, będzie to rozlany pomiędzy poszczególne sceny obraz transformacji Polski lat 80. i 90. Ucieszy ta wiadomość tropicieli śladów rzeczywistości w literaturze, zwłaszcza że Miecznicka nie tylko tę rzeczywistość nostalgizuje (czyni to przede wszystkim, pisząc o latach 80.), ale również jeszcze raz stawia pytania o cenę przemian. Co warte osobnego podkreślenia, dla narratorki tej książki lata 90. to czas stracony w tym sensie, że nie tylko niedostępne są tamte emocje, wigor i entuzjazm z powodu nowego smaku odzyskiwanej wolności, ale zamknięty jest również projekt jak najbardziej przynależący do racjonalnej sfery – określonych decyzji politycznych czy wyborów tożsamościowych. Generalna ocena tamtych czasów z dzisiejszej perspektywy narratorskiej nie brzmi zaś budująco. Zdania typu Trwały rozkoszne lata dziewięćdziesiąte – ojcowie i ich dzieci myśleli, że to dla nich prezent urodzinowy, i przyjmowali go bez ceregieli, pojawiają zbyt często, by zawczasu nie rozpoznać, po której stronie stoi narratorka.

Gorzki posmak „straconego czasu” doskonale współgra zresztą z rzeczywistością wyścigu szczurów, a nawet – napisać można spokojnie, czytając książkę Miecznickiej – ścigających się szczurzyc. Emancypacja ekonomiczna w polskiej transformacji nałożyła się na emancypację obyczajową, społeczną i kulturową. W rezultacie mężczyźni przestają być jedynymi wykorzystującymi. Obok nich dumnie pojawiają się zastępy kobiet – złaknionych uczuć, ale też i nierzadko zdolnych do okrucieństwa oraz pokazania, że i one są niezależne. Na wielu różnych poziomach.

Napisać zresztą, że wokół kobiet się kręci fabuła Cudownej kariery Magdy M., będzie truizmem. Z drugiej strony trudno klasyfikować tę książkę jako przykład tzw. literatury kobiecej czy tym bardziej feministycznej. Choć i tego nie należałoby przesądzać. Miecznicka w końcu należy do pisarek, które można utożsamić raczej z postfeminizmem. W tej przestrzeni społecznej kobiety przepracowały nierówność, uzyskały własny głos i mogą, z mniej lub bardziej czystym sumieniem, działać we własnym imieniu. Bez płci, na równych zasadach, bez żadnych ograniczeń. To ma w sensie uniwersalnym oraz etycznym swoje złe i dobre strony, rzecz jasna, a Miecznicka – jak na dobrą fabularną graczkę przystało – nie rozstrzyga niczego do końca, a raczej stara się zadawać pytania o wartość przemian kulturowych. Zwraca przy tym uwagę drugoosobowa narracja, którą można – z jednej strony – odczytywać jako archaizujący, nieco irytujący, ale też pełen uroku zabieg. Ale z drugiej jednak strony, gest ten nie jest może tak daleki od autorskich intencji, przez co wskazywałby na skojarzenia z terapeutyzującym językiem. Przypomnieć tu wypada, że na łamach kolorowych czasopism poradnikowych drugoosobowa narracja pojawia się zarówno w odpowiedziach na listy od czytelniczek, jak i w artykułach problemowych dotyczących rodzajów depilacji, prostowania zębów czy antykoncepcji. Zabiegi związane z ciałem, będące wiodącymi tematami prasowych tekstów, na swój sposób harmonijnie współgrają z poszukującą własnej drogi bohaterką.

Gra z konwencją – nie tylko na poziomie szeroko pojętego dyskursu feministycznego i tzw. literatury kobiecej – to trzecia z interesujących spraw, na które zwraca uwagę autorka. Pokawałkowaną i pociętą różnymi historiami bohaterek oraz bohaterów fabułę spinają brzmiące niczym moralitet narracyjne przerywniki. Całość (trzy Próby) wraz z częścią wstępną (Przygoda pierwsza oraz Wyjazd) i domykającą (Acapulco) przypomina w pewnym momencie konstrukcję klasycznej tragedii antycznej. Jest wszak prolog, wejście i wyjście chóru, są też epeisodiony przeplatane stasimonami. Nastrój jest podniosły, właściwa zbrodnia (opuszczenie przez ojca bohaterki) ukryta przed okiem widza, proporcje zachowane. Jednocześnie wiadomo przecież, że do klasyki i archaicznego porządku tej fabule daleko. Autorka swobodnie operuje szyderstwem, nie stroni od ironii, chętnie sięga po groteskę. Moment, w którym wszystko na naszych oczach składa się pięknie i gładko, jest jednocześnie w tej prozie punktem, gdy nasza pewność staje się chwiejna, a środki użyte do czytania – mało poręczne. Miecznicka zadbała nie tylko o to, by nie można było przyporządkować jej książki ani do wysokoartystycznej próby, ani do pisarstwa popularnego – Cudowną karierę Magdy M. trudno także klasyfikować jako tzw. literaturę środka, dobrze i przystępnie napisaną prozę, niestroniącą od łatwych klasyfikacji rzeczywistości, choć wciąż przecież niepokorną wobec świata.

Dziwna przygoda czytelnicza czeka tych, którzy zdecydują się sięgnąć po debiut Magdaleny Miecznickiej. I choć nie powinno się oceniać książek po okładkach, w tym wypadku śmiało można tego dokonać. Powtórzę zatem jeszcze raz: dwuznaczność przekazu, jaki płynie z tytułu, opisu i graficznej oprawy, nie jest przypadkowa. Znajduje ona potwierdzenie w fabule i konstrukcji książki. Rozgrywa się rozlana – szerokim gestem świadomej, jak się zdaje, swoich zalet i wad autorki – od pierwszego do ostatniego zdania. Końcówka brzmi zresztą znamiennie: Och, niewinność z pewnością nie jest równie prawdziwa i bolesna – więc może tak (to znaczy: będąc winną) jest właśnie lepiej i piękniej – a nawet szlachetniej? Przy tak sformułowanym problemie faktycznie trudno powiedzieć coś jednoznacznego, a każda deklaracja – w tę czy drugą stronę – będzie tylko działać na naszą niekorzyść. Takie mamy czasy, a ta książka, naprawdę niezła, jest na miarę naszych czasów skrojona.


Marcin Wilk

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas