poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KATARZYNA R. ŁOZOWSKA
Cudowna kariera Magdy M.
[Magdalena Miecznika, „Cudowna kariera Magdy M. Powieść współczesna”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009] Dekada Literacka 2009, nr 4 (236)

Jest 2004 rok. Świat zachwyca się właśnie serialami typu Seks w wielkim mieścieAlly McBeal. W Polsce z telewizyjnych ekranów schodzi Kasia i Tomek – pomysł formatu Love Bugs, z nią – atrakcyjną trzydziestolatką, otwartą, bezpośrednią, choć czasem chimeryczną i kapryśną, na co dzień ekspertką w dziedzinie mody oraz mistrzynią zakupów, i z nim – trzydziestopięciolatkiem na kierowniczym stanowisku, uwielbiającym szybkie samochody, dobre komputery i „męski” sport. W łazience, Na spacerze, Domek, Łóżko, Na kanapie, Na plaży – to nie tylko tytuły kolejnych odcinków, ale też elementy ich życiowej przestrzeni, miejsca, w których na powrót definiują znane im pojęcia wolności i dojrzałości. Wszystko kończy się happy endem, więc widzowie TVN z rozrzewnieniem rozstają się ze swymi ulubieńcami. A ponieważ życie nie znosi próżni, pustkę po tym popularnym sitcomie szybko zajmuje nowy obraz. Jego bohaterami zostają kolejni trzydziestolatkowie, którzy choć nastawieni na realizację osobistych ambicji dostrzegają, że życie nie ogranicza się do kariery zawodowej i finansowego sukcesu. Prawdziwą wartość życiu nadaje ta druga „połówka jabłka”. To opowieść o związkach międzyludzkich, poszukiwaniu bliskości, przyjaźni i miłości. A także o odpowiedzialności, jaką ponosimy za tę najbliższą, ukochaną osobę. Odpowiedzialności, o której Lis opowiadał Małemu Księciu (taki opis filmu można odnaleźć na stronie internetowej poświęconej serialowi). Magda Miłowicz i Piotr Korzecki zadomowili się w życiu Polaków na dobre i złe. Panie Małaszyński, niech pan przestanie, bo moja żona od jutra będzie spała z telewizorem – pisze jeden z forumowiczów.

Jednak nie o losy serialowej Magdy M. tu chodzi. Nie o singielkę w Warszawie, lecz o pokolenie, które reprezentuje. Pokolenie trzydziestolatków, wpisane w konsumpcyjną rzeczywistość końca XX i początków XXI wieku. Grupę młodych ludzi, przekonanych o niepodważalnej roli dobrze napisanego CV. Tyle tylko, że w tym życiorysie ciężar pada na wykształcenie, a nie na przykład na związek z historią. Dojrzewają przecież w czasach przełomowych. Doświadczają historii, są świadkami rodzącej się demokracji, wolności. W 1989 roku mają piętnaście lat. Odkrywają, że okres komunizmu to już historia, ale stanie się ona raczej punktem odniesienia niż aktywnością. Ich dorosły świat nie będzie już zlepkiem przypadkowych dyrektyw i prawd. Będą mieli możliwość wybierania, definiowania, kontrolowania swojego życia. Dorastając do samodzielności, nauczą się, że za swoje porażki należy winić tylko siebie. Okoliczności łagodzących życie raczej nie przewidują. Będą dumni lub zawstydzeni. Atakowani nieprzewidzianą aktywnością świata, rozbudują pokłady kompetencji. Kiedy wzrośnie katalog wymagań, przeciwstawią mu repertuar nowych umiejętności. W pogoni za karierą, jako uczestnicy wyścigu szczurów, ulegną jednak swoistej uniformizacji. Przywdziewają jednakowe ubranka, uszyte z tych samych sposobów spędzania wolnego czasu, planów kariery, inwestowania pieniędzy, nawet ich intymność będzie taka sama. Zrobić dyplom, pyknąć aplikację i dostać się do fajowej kancelarii – marzy Magda Miłowicz, a wraz z nią szeregi młodych mieszkańców stolicy i innych większych miast, żyjących w oczekiwaniu na swój zawodowy sukces. Ale początkowo barwni trzydziestolatkowie, powoli zszarzeją. Staną się przewidywalni, a ich perypetie życiowe – oczywiste.

Mimo to niemal trzy lata po zakończeniu emisji kolejnej części losów wziętej pani adwokat i jej przyjaciół, pojawia się kolejna Magda M., tym razem jako bohaterka powieści Magdaleny Miecznickiej. Autorka to także Magda M. W jednym z wywiadów zapowiada nawet literacką wersję losów filmowej pani mecenas. I choć autorkę łączy z bohaterką metryka, reszta – rozczarowuje, dziwi, niepokoi.

Tytułowa Magda M. jest częścią pokolenia połączonego podobieństwem osobności, skrywającego twarz za kolejnymi Gombrowiczowskimi maskami. Na niemal wszystkich stronach powieści słychać wyraźny chichot prześmiewcy. Trzydziestolatkowie zamiast personalnych sporów odgrywanych w nietzscheańskim teatrzyku „historii antykwarycznej” wybierają konkrety, stawiają na indywidualność. Nie uznają starych mistrzów, ale nie mają nowych. Co prawda, w poszukiwaniu wzorców młodzi bohaterowie powieści Miecznickiej przeszukują historię: czytają Sienkiewicza, poznają prawdę o powstaniu warszawskim. Nawet jeden z kolegów Magdy M., który otworzył własną firmę, dzięki kontaktom ojca (jak się później okazało, nie były to kontakty zbyt szlachetne) w wieku trzydziestu lat wybudował dom, kupił jeepa i ożenił się z dziewczyną z rodziny prawniczej, też kiedyś chciał być Zośką. Rodzime autorytety uwikłane w konflikty rodem z przeszłości nie mają dla nich znaczenia. Nie pamiętają o nich, bo nawet nie wiadomo, czy istniały.

Dlatego żyjąc niespiesznie, zauważają dopiero lata 90. Z trzepaka przed blokiem podziwiają pierwsze bilbordy. Nieśmiało wchodzą w czas przemian, przestrzeń transformacji, w której – jak się szybko okaże – także nieudacznicy będą mieli swoich reprezentantów i będą nazywani populistami, a ci, którym się powiodło, będą tworzyć elitę zarządzającą społeczeństwem i rościć sobie prawo do wyrzucania nieudaczników poza demokratyzowaną właśnie przestrzeń. A były to przecież czasy, w których młodzi ludzie do plecaka wkładali Mackiewicza i Michnika, Kisiela i Kuronia, z zapartym tchem słuchali Jastruna i Jandy. Siebie nazywali „dziećmi rozwiedzionych rodziców”, Boga uznawali za najsłabszego z graczy w życie na polskich półperyferiach XX wieku. Bieda, brak pracy oraz niskie zarobki wyznaczały kierunek życia i sprawiały, że wyjazdy za granicę stawały się w czasie transformacji strategią przetrwania dla wielu rodzin z Polski. Wśród wyjeżdżających będzie również ojciec Magdy M. – ofiara komunistycznego systemu. Jego historia wyjaśnia się w bajce o zimnym listopadzie poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego. W tej historii jest czteroletnia dziewczynka, która stojąc na taborecie z nosem przyklejonym do szyby, zapamiętuje kolejne szczegóły swojej biografii. Jego kroki, starą brązową walizkę, czarny płaszcz i to, że się nie odwrócił, by pomachać, i łzy zmieszane z kroplami deszczu na szybie. I fakt, że wypatrując go, wciąż natrafiała wzrokiem na dach i gzyms sąsiedniego bloku. Z czasem zacznie przysyłać alimenty, pięćdziesiąt dolarów miesięcznie. No i zabierze dzieci do Chicago na wakacje.

Dom ojca w Ameryce staje się uosobieniem dziecięcych marzeń i fantazji. Pralka w „specjalnym pokoju” w piwnicy; garaż, w którym oprócz samochodu stały kartony puszek z Coca‑Colą, Seven Upem, Spritem; w kuchni lodówka z sokami z mandarynek i mango. Firanki i meble z katalogu. Pozłacane klamki. Nastolatki posiadające własne samochody i radiomagnetofony. Filmy przerywane reklamami. Ameryka Magdy M. Nie Stany Zjednoczone, ale właśnie Ameryka. Symbol bogactwa, kariery, dobrze ulokowanych pieniędzy. Choć po dwudziestu latach będzie to już tylko dom na przedmieściach z podróbkami mebli, wykładziną tańszą od parkietu, półkami z plastikowymi atrapami zamiast książek. Magda M. zrozumie to kilka lat później na szarej plaży w Acapulco.

Bohaterka Miecznickiej nigdy nie nazwie swoich czasów „wyścigiem szczurów”. To, co jeszcze dwadzieścia lat temu było synonimem kariery robionej za wszelką cenę, tu stanie się oczywistością, koniecznością, normą. Gdy matka Magdy M. z miernym powodzeniem będzie handlować chińskimi kurtkami na bazarze, epoka konsumpcjonizmu – nowej doktryny Polaków, zacznie wpisywać się w „rozkoszne lata 90.” mało heroicznej współczesności. W pokoleniu, które reprezentuje Magda M., nie odrodzi się więc mit inteligencji nakierowanej na sprawy etosu, wspólne dobro. To jakby potwierdzenie faktu, że udało nam się przeprowadzić demityzację naszej rzeczywistości, ale efekt nieco wymknął się spod kontroli. Rzeczywistość stała się bardziej uniwersalna, mniej polska. A najważniejszą umiejętnością okazało się budowanie własnego CV. Kursy, staże, studia, praca, praktyki. Osobowość zamknięta w pudełku z napisem „Towar na sprzedaż”. Kiepskie CV to towar wybrakowany, bezwartościowy. Poza rynkiem niebo jest puste. Młodzi umieją liczyć bonusy, zbierać punkty, wymieniać je na nowe doświadczenia. Pragmatyzm traktują jako naturalny aspekt osobowości. Nie krytykują cynizmu. Wyrzucili ze swojego słownika słowo „empatia”, choć wydawało się, że zrobi ono oszałamiającą karierę. Szybko gorzknieją. Czy potrafią więc zrobić właściwy użytek ze swej niezależności? Czy potrafią ją utrzymać? Wszak razem z innymi „płaczą po papieżu”. Zapalają świecę o 21.37, a godzinę później uczestniczą w esemesowym łańcuszku „dobrej woli”. Bohaterka powieści poddaje się zwątpieniu, popada w stan apatii, ale zaraz podnosi ją siła Ameryki i kariery, jaką zrobi. Wyjazd służbowy to zwrot w biografii i punkt w CV. Córka odchodzi śladami ojca, powtarzając jak mantrę, że budowanie własnej tożsamości na podstawie poprzednich ważnych pokoleń może być niebezpieczne. Bunt przeciwko własnym korzeniom grozi utknięciem w ich perspektywie. Na zawsze.

Magdę M. poznajemy, gdy ma szesnaście lat. To koniec jej dzieciństwa i początek poszukiwań ocalającej miłości. Wyczekiwana już od kilku lat, przychodzi nagle, niespodziewanie, z pojawieniem się tajemniczego sąsiada – radiowca, jeżdżącego czarnym bmw, w domu którego odbywają się głośne imprezy, pachnące wolnością Amsterdamu, uświęcone ciałem top modelek i dziewcząt z rozkładówek poczytnych gazet. Andrzej wydaje jej się prawdziwym światowcem. Na stoliku w salonie fajka wodna, pod ścianą butla do nurkowania (A to z Egiptu, gdzie również byłem), obok deska surfingowa (To jest deska, na której pływałem w Australii; były dwumetrowe fale). W rogu pokoju palma, a pod nią żółw (Przywiozłem go z Algierii). Mam też bliznę na plecach – chwali się Magdzie M. i szybko zdejmuje koszulkę, jeszcze wtedy wprawiając dziewczynę w zakłopotanie. Pierwsze spotkania to chwile wykradzione szkole. Zamiast rozwiązywania zadań z matematyki gorące przytulenia, szepty, magiczne słowa: „bejbi”, „kotku” i te „cudowne rzeczy”, w których „królewicz z parteru” wydawał się mistrzem. To próba generalna, która staje się jednocześnie odpowiedzią na pytanie, czy uda się ta wielka, jedyna miłość, taka na całe życie. Podobnie jak jej koleżanki Magda M. marzy, by historia jej życia była słodką i heroiczną historią dwojga ludzi: jednej kobiety i jednego mężczyzny. Ewentualnie dramatyczną, bolesną, ale ostatecznie piękną historią jednej kobiety i dwóch mężczyzn: bruneta i blondyna. Nie przyszło jej do głowy, że może to być historia jednej kobiety znudzonej związkami z wieloma mężczyznami. Z czasem na obrazie kochanka pojawiają się rysy. Super bryka okaże się zwykłym gratem. Właścicielka mieszkania na parterze odnajdzie się w domu starców, willa z ogrodem stanie się na powrót mieszkaniem w kamienicy. Ale będą jeszcze w ich wspólnej historii rozstania (bo on sypiał z innymi) i powroty (bo przepraszał, tłumaczył i umiał sprawić jej przyjemność). Pierwsze rozczarowanie – odkrycie, że z miłości się nie umiera – Magda M. łagodzi zdaniem: Jestem za stara na idealizm. Pewnie dlatego przez jakiś czas pozostaje tą drugą, a nawet trzecią w życiu swojego mężczyzny.

Magdę M. fascynuje fizyka i matematyka. Ale rozczytuje się również w „książkach zbójeckich”. Pod wpływem Pollyanny Eleanor Hodgman Porter, powieści o sympatycznej dziewczynce wymyślającej grę w zadowolenie, pomaga staruszce z parteru, odwiedza ją, przynosi zakupy. Powoli jednak zrzuca formę grzecznej pensjonarki. Postrzegana jako niezwykle poprawna, trochę na przekór wszystkim zaczyna się buntować. Obserwując koleżanki „z humana”, ona – z matfizu – myśli: […] tak sobie chodzić, pić kawę, wyglądać ładnie, a czasem mniej ładnie, coś tam może przeczytać, ale głównie stać i rozmawiać na przerwach o imprezie i samochodach i nie mieć żadnej zasady, która by nam organizowała życie. To w ramach młodzieńczego buntu bohaterowie biegają do szkoły (niektórzy nawet w srebrnych, snobistycznych tenisówkach), a potem odbywają staże w bankach. Niestety, nie wyhodowali w sobie zdrowej pogardy dla kariery. Przeciwnie, zdaniem autorki powieści, to właśnie pokolenie Magdy M. miało czas na duchowe przygotowanie się do kariery i życia na Zachodzie. Nie mieli więc żadnych marzeń o zostaniu podróżnikami lub poetami, aktorkami i aktorami, filozofami czy bojownikami o wolność. Nie zostali buntownikami, bo i przeciw czemu mieliby się buntować? Przeciw studiom na Harvardzie, pracy w kancelarii prawniczej, przeciw firmie na odpowiednim piętrze w biurowcu? Niby‑naśladowcy Artura z Tanga Mrożka, nie chcą płynąć z nurtem wydarzeń. Starają się mieć wpływ na to, co się wokół nich dzieje. Kiedy będą się z nas śmiać, że za dobrze się uczyliśmy i zbyt grzecznie robiliśmy wszystko, czego chciały od nas mamy i babcie, a nawet znacznie więcej i lepiej – zamiast, jak przystało na młodzież, trochę się pobuntować, pochodzić na wagary, posłuchać muzyki alternatywnej – wówczas należy powiedzieć, że właśnie na tym polegał bunt – wyznają.

Pokolenie trzydziestolatków zdaje się dalekie od świata polityki. To raczej budzenie świadomości języka i pokazywanie strategii manipulacji przekazem, choćby przy pomocy mediów. Bohaterowie nie czytają gazet, nie dyskutują o polityce, nie grają w nasze ulubione polskie „gry polityczne”. Ale co rano radiobudzik podaje im najważniejsze informacje giełdowe, newsy ze świata, wyniki piłkarskie. I tyle. Do następnego poranka. Polityka nie jest im potrzebna. Niewiele z niej rozumieją. Dopasowywanie do zmieniającego się świata, zbieranie dowodów na własną wiedzę, ustalanie miejsca w rankingu – to najczęstsze reguły organizujące życie w ich coraz mniejszym, zglobalizowanym świecie, niewymagające znajomości grupowych interesów, artykulacji kolektywnych tożsamości czy właśnie empatii.

Magda M. nie odkrywa właściwie swojej intymności. Narratorka przybliża jej dziewczęce doświadczenia erotyczne, pierwsze kontakty seksualne, ale potem nie ma już nic. Biała karta, gdy tymczasem studiując geografię intymną trzydziestolatki, czytamy o testosteronowym „dopingu” i zabawach z seksem. I że powinno być maksimum przyjemności. A tu nic z tych rzeczy. Wolny czas Magda M. zabija, włócząc się po galeriach handlowych i sklepach, kupując markowe ubrania, chodząc na basen, który skupia pracowników elitarnych firm. Tak zajęta ani trochę nie jesteś sobą – wyznaje. Kariera to droga ucieczki od traumy, jaką był wyjazd ojca do Stanów, próżne oczekiwanie na jego powrót. Projekty, analizy, spotkania zabijają samotność. Niewracanie do domu przed północą, spanie równo siedem godzin, sauny, baseny, konie, wieczorami seanse filmowe i kolacje. Wszystko po to, by wygospodarowana minuta nie przywołała przeszłości. Dziś żyje się dla kariery, mamo – argumentowała powód swojego wyjazdu.

Koleżanki Magdy M. i ona sama przeglądają kolorowe pisma. Pewnego dnia w autobusie naprzeciw „Elle” siada Fenomenologia ducha. Jakiś czas jadą razem. Wydaje się, że mogą stać obok siebie, dotykać się, nawet uprawiać seks. Ale „Elle” wygrywa. Bycie i czas nie gra w tenisa. Nie jeździ na nartach. Woli zacisze domowego ogniska. Jest passé, więc odpada. Wciąż na topie, „Elle” przesiada się z autobusu najpierw do kolejki metra, a wreszcie do własnego samochodu. Luksusowy magazyn dla pań stał się przewodnikiem po przyszłym życiu Magdy M. Z zaskoczeniem konstatuję fakt, że to nie „Cosmopolitan”, tak chętnie czytane przez nastolatki i młode kobiety poszukujące sposobów na najlepszą karierę i najlepszy seks. W tej miłosnej historii przedstawicielki świata wieżowców z filozofem‑intelektualistą aż kipi od ironii. O swoim partnerze Magda M. nie mówi inaczej niż „Marcinek”. Zdrobnienie nie kryje pieszczoty, ale raczej przekonanie o dziecięcej niezaradności partnera, nie‑dojrzałości mężczyzny, który wybrał studia humanistyczne, kojarzące się bohaterce wyłącznie z rozlazłym i przegranym życiem. Jej decyzja niepokoi przyjaciół. Kochanie, zwariowałaś? – dziwi się Ola modelka. – To filozof… Będziesz teraz, zamiast na nartach w Alpach jeździć na biegówkach po Kampinosie, a zamiast z nami na imprezy, będziesz chodzić do klubów dyskusyjnych. […] Pomyśl, że on cię nigdy nie zaprosi na kolację, a każdy wyjazd na Hel to ty będziesz musiała organizować.

Powieść Miecznickiej to kocioł, do którego autorka chyba z rozmysłem wrzuca Gombrowiczowską formę, Mrożkowy bunt, gazetowyborczą obserwację rzeczywistości. W efekcie zamiast uratować bohaterkę, zabiera jej świat spod nóg. Bo sukcesy, które osiągnęła Magda M., świadomie wybierając drogę kariery w cenionej firmie konsultingowej, kosmopolityczne towarzystwo, zakupy w światowej klasy galeriach handlowych, nie uleczyły z traumy, którą nosiła w sobie od dzieciństwa. Wyciszyły ją tylko na chwilę, by dopaść w najmniej oczekiwanym momencie. Gzyms, mur, dach. Symbole przeszłości wywołujące poczucie krzywdy i winy. Miecznicka nazywa to poziomem egzystencjalnym powieści (!). Ucieczka przed sobą, swoimi tęsknotami, strach przed samotnością, miłym przecież leniuchowaniem, po prostu bycie ze sobą, zupełnie się bohaterce nie udaje. Kilkakrotnie, wbrew Heraklitowemu Panta rhei, wpada w ten sam strumień „winy i krzywdy”. Kariera staje się fałszerstwem, które zmienia winę w krzywdę. W ogóle ta książka jest w znacznej mierze o fałszerstwach, których dokonujemy na samych sobie – bo czym innym jest ucieczka od siebie? – wyznaje Miecznicka (por. Miłość, kariera, pieniądze, światowość, kosmopolityzm, co jest ważne?, z Magdaleną Miecznicką rozmawia Magdalena Smęder, http://kultura.wp.pl/kat,82674,wid,11202329,wiadomosc.html?P%5Bpage%5D=3). Więc każe swojej bohaterce iść ulicą i zobaczyć gzyms, mur, dach, a wszystko dokładnie takie, jak kiedyś, w tamtym miejscu, przy tamtej okazji – której wspomnienie aż do dzisiaj, bez ustanku, a przynajmniej raz na pewien czas, tak strasznie ją raniło. Powrót wspomnień stawał się zapowiedzią nieszczęścia. Kiedy pęka bańka marzeń i wyobrażeń, wraca niepokój. To także zapowiedź zmiany. Hala odlotów dwadzieścia lat później. A mur i gzyms te same. Pamięć o smutnych dziecięcych przygodach powinna pchnąć Magdę M. na kozetkę terapeuty. Ale dla tego pokolenia znaczyłoby to przyznanie się do porażki. Ambicja kazała im przekuwać wszystkie krzywdy w poczucie winy. „Szlachetne poczucie winy”.

Miłość, kariera i „światowość” to formy ucieczki od siebie, twierdzi Miecznicka. Bohaterka jest wyzwoloną kobietą, wyzwoloną z kompleksu polskości, zwanego tutaj kompleksem metafizycznym. Ale Magda M. daleka jest od metafizyki. Podobnie umyka jej świadomość składników tradycji, kultury, które odpowiadają za sposób społecznego myślenia. Tożsamość singielki w Nowym Jorku budowana jest na specyficznych regułach. Ich mistrzynią jest Tamara, amerykańska przyjaciółka Magdy M. Jej zdaniem tylko brutalne zasady pozwalają przeżyć w pełnym pułapek damsko‑męskim świecie XXI wieku. Regułą numer jeden jest posiadanie innych planów. Zawsze trzeba mieć inne plany. Inne najczęściej nie oznaczały lepsze, mogły być nawet gorsze. Ale to podstawa bezwzględnej niezależności. Druga zasada – to umieć czekać na mężczyznę. Czekanie spokojne, w restauracji, z telefonem komórkowym w ręce, to nie tylko wyższy stopień wtajemniczenia, ale także dowód odwagi. To znak pewności siebie wobec wszelkich możliwości: przyjdzie, nie przyjdzie, spóźni się, pojawi się z inną kobietą, zadzwoni, że nie może lub przyśle SMS: „Zapomnij, złotko”. Trzecia zasada ukrywa się w pewności, że przekazywane sobie informacje nic nie znaczą, nie są prawdziwe. Nie należy więc wierzyć w miłość, lojalność, przyszłość. Masz prawo łamać wszystkie reguły tak długo, jak długo podstawowa reguła pozostanie niezłamana: że w gruncie rzeczy nic cię on nie obchodzi – konkluduje Tamara.

W Cudownej karierze Magdy M. jest kilka nowelek, wprowadzanych do tekstu niczym historie o Filidorze i Filibercie w Ferdydurke Gombrowicza. Tu także synteza zderza się z analizą. Syntezą jest historia Marty, która już od urodzenia wiedziała, że chce być kobietą niezależną, prawniczką albo lekarką. Na studiach zapisała się na aerobik, żeby wyglądać atrakcyjnie, i na hiszpański, żeby dzięki znajomości języków obcych coś sobą reprezentować. Po zdaniu ostatnich egzaminów natychmiast znalazła pracę. Popołudniami umawiała się z koleżankami do kina i na wspólne zakupy, a wieczorami chodziła na „kolacyjki”. Bywała w klubach i na imprezach. Miłości poszukiwała „w międzyczasie”, ale jednocześnie bardzo przeżywała każdy nieudany związek i odejście partnera. Jako trzydziestolatka wciąż (!) nie miała mężczyzny, z którym chciałaby się związać. W końcu zamieniła kurs lepienia garnków na zajęcia na siłowni. Było to o tyle dobre posuniecie, że poznała mężczyznę, który zdawał się nie mieć nic przeciwko niej. Zamieszkali razem już po dwóch tygodniach. Miał na imię Marek, nie lubił specjalnie żadnych sportów, nie chodził do barów, nie tańczył. Jego pasją było oglądanie telewizji. Więc Marta też przestała uprawiać sport. Z tym samym zacięciem, z jakim do niedawna lepiła gliniane garnki, teraz przygotowywała obiad, nakrywała do stołu. W weekendy jeździli do jego rodziców pod Warszawę i tam oglądali telewizję. Jedynym problemem okazywał się kompromis pomiędzy teleturniejem preferowanym przez teścia a serialem uwielbianym przez teściową. Poza tym spokój, sielanka. Marta czuła się szczęśliwa. Forma została scalona.

Forma rozbita to historia przejechanego kotka zanurzonego w piekielnej otchłani i potrąconej przez samochód kaczki, której Bogu ducha winne ciało będą roznosić na oponach samochody, senny koszmar o ukradzionym czasie czy kolonijna historia, której główną bohaterką jest cudowna Beata. Te historie odkrywają ciemne strony naszej duszy, zamknięte w Gombrowiczowskim „nie‑do”. Uznanie własnej niższości staje się powodem do dumy, życie w nie‑do‑czasie syntetyzuje dojrzewanie. W związku ze sportowcem‑pilotem ujawnia się nie‑do‑pasowanie, powtarzane jeszcze kilkakrotnie nie tylko przez Magdę M., ale i jej koleżanki. Największym dramatem okazuje się nie‑do‑miłość Joanny, przyjaciółki z dziecięcych lat, która systematycznie, przez kilka lat choroby swojego dziecka, zabijała w sobie miłość do niego ze względu na jego nie‑do‑skonałość. Z bardzo dobrym skutkiem.

Magda M. nie zdąży na ważny pogrzeb, nie przeżyje oczyszczenia, nie uwolni się od dachu i gzymsu. Jej decyzje nadal pozostaną nie‑usprawiedliwione. Leżąc na plaży w Acapulco, tuż nad wodą mieniącą się benzyną z motorówek, z klapkami pod głową, bo kradną, uznaje swą winę i odzyskuje szlachetność oraz piękno duszy. Bo dorosłość to zaledwie koniec euforii, z jaką witało się kiedyś lato – stwierdza Magda M.

Cudowna kariera Magdy M. miała być zapewne opowieścią o losach dzisiejszych trzydziestolatków. Tymczasem z kotła konwencji wyjrzała nuda, a historia tytułowej bohaterki już została przez krytyków włożona między inne bajki glamour. Prawdą jest, że trzydziestolatkowie dostali od życia ogromną szansę. Kariery zaczynali w czasach, gdy entuzjazm i kreatywność liczyły się bardziej niż tytuł naukowy. Na początku lat 90. stawiano na ambicję, przebojowość i indywidualność. Doświadczenie miało przyjść później, bo przecież wiele dziedzin życia jeszcze raczkowało.

Prawdą jest też, że dopiero po latach spędzonych za biurkiem części trzydziestolatków zaczęła dokuczać samotność. W ich głowach wykiełkowała więc myśl, że można być singlem, ale dlaczego, jeżeli na miłość nigdy nie jest za późno. Nie negują, że oprócz sukcesu zawodowego chcieliby wieść udane życie rodzinne. Pojawianie się w powieści Miecznickiej grupy single professional women jest odpowiedzią na transformację ustrojową, która spowodowała zmianę definicji ról kobiety i mężczyzny. Drugoplanowe bohaterki Cudownej kariery budują własne „ja” na podstawie tego, co mogą osiągnąć w pojedynkę, a nie we dwoje. Żadna z tych kobiet nie neguje faktu, że pragnie dzielić z kimś życie, ale nie czynią z tego priorytetu. Swoim partnerom stawiają jednak wysokie wymagania, zaś brakiem odpowiedniego mężczyzny tłumaczą swój pracoholizm. A jednak Magda M. dostrzega swoją samotność, choć jej zdaniem to też efekt dziecięcej traumy. Mimo wszystko Miecznicka wykreowała ją na osobę ciekawą świata, podejmującą wyzwania, pracującą na własny rachunek, odpowiedzialną i kompetentną. Od Tamary uczy się, jak być specjalistką od przerabiania klęsk na sukcesy, emancypacji i właściwego postępowania z mężczyznami. Chłonie wiedzę, jak żyć, żeby się dobrze bawić i nie myśleć o przykrych rzeczach. Na przykład o osobie, która leży w szpitalu po drugiej stronie oceanu. I bardzo się boi. Ale Magda M. boi się bardziej, tak bardzo, że wybierając pomiędzy spotkaniem służbowym a ostatnim zapewne spotkaniem z „tą osobą” stawia na pracę. I tylko na własne usprawiedliwienie […] siedząc w taksówce, płacząc nad tym, co dzieje się właśnie w Warszawie, stara się rozmyć obecne łzy w starej historii.

Cudowna kariera Magdy M. jest produktem kultury popularnej. Powieść Miecznickiej oferuje pewne wzory i pomysły na istnienie człowieka we współczesnym świecie. Ale zakorzenieni już w przestrzeni złotodajnej Ameryki bohaterowie o lata świetlne oddalili się od ważnych kwestii przynależności pokoleniowej, z którą wciąż mierzą się ich rówieśnicy w Polsce. Od momentu ukazania się powieści Douglasa Couplanda Generacja X pokolenie Magdy M. zyskało już kilka nazw. Było zrozpaczoną brakiem pokoleniowego przeżycia „Generacją Nic” i ogarniętym przez chwilę potrzebą wspólnoty i mitu „Pokoleniem JPII”. Ostatnio jednak przyjęło się nowe określenie. Kiedy rówieśnicy Magdy M. ustawili się w kolejkach do banków, ponieważ nie odziedziczyli po rodzicach kapitału, który można by sprzedać, podzielić czy zainwestować, a modelem ich dorosłości stało się życie na ustawicznym debecie i walka z kompleksem polskiego nieudacznictwa, stali się „pokoleniem 1200 zł brutto”. Wciąż jednak, pomiędzy bilansem zysków i strat, angażują się w poparcie dla pomarańczowej rewolucji, wolności dla Tybetu, uczestniczą w demonstracjach w obronie Rospudy. Zagubieni i samotni, rozpaczliwie poszukują dziś własnej przynależności do pokolenia, jakie tworzą, od czasu do czasu tęsknie wzdychając za wojną, która rozjaśniłaby szarość plaż w Acapulco i zniszczyła w końcu dopadające ich zewsząd ojczyźniane dachy i gzymsy. I wciąż marzą o tym, by wreszcie ktoś nazwał ich „pokoleniem 2000 netto”.


Katarzyna R. Łozowska
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas