poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
CZESŁAW MIŁOSZ
Elegia
Dekada Literacka 2009, nr 4 (236)

Jest moją sprawą prywatną, że matka moja, Weronika Miłoszowa, repatriowana z Wilna w październiku, umarła 22 listopada pod Gdańskiem na tyfus brzuszny. Jest moją sprawą prywatną i moją prywatną stratą. Jej troska i jej modlitwy nie będą już oddalać ode mnie niebezpieczeństw, jak to czyniły w ciągu długich lat okupacji. Nie będzie już tej obecności, stwarzającej więzy poprzez czas i poprzez obszary ziemi. Zostało tylko gorzkie poczucie, że dzieci nigdy nie umieją kochać rodziców tak, jak kochać powinny.

Fakt tej śmierci włączam w ogólny rachunek strat mojego narodu. Jakikolwiek byłby mój żal osobisty, nie umiem go oddzielić od żalu nad losami jednego z najnieszczęśliwszych ludów. Przyjmowałem z pozoru spokojnie widok przytłaczających go nieszczęść. Miałem jednak chwile, kiedy dławiły mnie po prostu, odczute w gardle, łzy litości. W człowieku, jak wiadomo, mało jest uczuć dobrych. Wszystko, co wynika z głodu, strachu, ambicji, popędów erotycznych – to śmiecie. Może ocalić go tylko litość. Po tych doświadczeniach przypuszczam, że trwałe są jedynie dzieła rąk ludzkich, które wynikają z litości. Dotyczy to i poezji. Formuła Arystotelesa, że podstawą tragedii są litość i groza, jest poprawna.

W ciągu tych lat zadawałem sobie nieraz pytanie, jak to się dzieje, że naród polski, posiadający wiele cnót, ma tak twarde serce. Może nie twarde serce, ale jakąś beztroskę wobec ludzkich losów, brak zabiegania o polepszenie doli słabych, bezbronnych, maluczkich. Brak mu tego, co bodaj Czesi nazywają humanitność, i właśnie ten brak bywa źródłem politycznych błędów. Polskie ruchy demokratyczne miały w sobie jakąś doktrynalną abstrakcyjność, nie krążyła w nich krew, nie ożywiała ich myśl o pomocy zaraz, natychmiast, słabym i pokrzywdzonym, nie przenikały w ciało narodu, który nie lubił budować szkół, sierocińców i domów dla starców, a obojętnie patrzył na krwawą krzywdę chłopa. Kiedy nadchodził dzień wielkiego sprawozdania narodów, co zrobiły – Polacy zjawili się bez własnej tradycji społecznej, bez własnych form lewicowego ruchu, bez własnej religijności czynnej, zdolnej wydać akcję charytatywną na większą skalę. Mieli ulegać wpływom prawicy, zupełnie nieelastycznej i zagubionej w tych nowych warunkach światowego układu, mieli potem na gwałt budować lewicę, odczuwaną przez wielu jako coś obcego, coś przychodzącego z zewnątrz.

Niejeden z nas zaciskał bezsilnie pięści, patrząc na przejawy polskiej nieczułości. Zaciskałem bezsilnie pięści we wrześniu 1939 roku, kiedy długimi rzędami leżeli ranni żołnierze, a nigdzie nie było żadnego sanitarnego wozu, nigdzie nie było samochodu, który by mógł ich odwieźć – bo odwoziły na południo‑wschód zdrowych, mocnych jegomościów, „aby walczyć dalej”. Ranni, z czarnymi, spieczonymi wargami, przysypani grubą warstwą białego kurzu, byli już niepotrzebni, byli jak te wdowy po nich i sieroty, wobec których prawdziwy Polak, ceniący tylko tych, którzy są zdolni do action directe, odczuwa zniecierpliwienie. Ten obraz, zobaczony w pogodne wrześniowe popołudnie, w huku artylerii znad Wisły, na tle płonącego Kurowa, był wtedy dla mnie symboliczny. Może się myliłem. Może po prostu klęska i związany z nią chaos. Ale później ileż to razy musiałem przyznać słuszność słowom Norwida, że patriota w Polaku jest olbrzym, a człowiek – karzeł, i jesteśmy tragiczna nicość i śmiech olbrzymi. Byliśmy natchnieniem świata i wydawaliśmy w Warszawie prasę w takiej ilości jak żaden naród okupowany. Sławić jesteśmy skłonni nasze bohaterstwo. Nikt jednak nie pyta, czy życie ludzkie, które wtedy rzucano na szalę, było odważone odpowiednim ciężarem na drugiej szali, czy waga ludzkiego życia coś znaczyła dla tych, którzy mieli nią dysponować. Widzieliśmy śmierć dzieci, które wypisywały „Oktober” i „Polska walczy” na murach, widzieliśmy śmierć młodych kurierek, roznoszących gazetki pełne bzdur – i spotykaliśmy się w kawiarniach z ich zwierzchnikami. Zamawiali koniak i mówili: ofiary muszą być. Kiedy pewne grono ludzi rozwijało propagandę przeciwko gazetkom, zalecając zamiast nich wydawanie książek, które nie narażały nikogo, bo nie można ich było odróżnić z zewnątrz od książek przedwojennych – ten argument oszczędzania życia ludzkiego nie zaważył bynajmniej.

W ustosunkowaniu się Warszawy do ghetta była i niechęć, i współczucie, i wstyd, i antysemityzm. Nad wszystkim górowała jednak bezmyślna nieczułość. Te karuzele pełne śmiechu, obracające się w dymach płonącego obok ghetta – to nie był objaw żadnego antysemityzmu, to była zupełna obojętność wobec losu bliźnich, taka obojętność, że nie pozwalała nawet skłonić głowy przed nieszczęściem, pójść do domu i poświęcić chociaż godzinę milczenia tym, którzy giną i którym nie można pomóc. Zastanawiałem się nieraz, jaka była rola Niemców w zaaranżowaniu tego piekielnego widowiska. Wiadomo, że nieraz kazali tłumowi grabić Żydów i filmowali te sceny. Może się mylę, ale myślę, że tym razem ich udział polegał jedynie na skwapliwym przyzwoleniu.

Powstanie warszawskie. Jest już legendą, a w legendzie zacierają się szczegóły i ówczesne reakcje poszczególnych osób. Obraz nie byłby jednak pełny, gdyby pominąć ducha rewolty przeciwko faktowi takiego powstania, ducha rewolty, który nawiedzał nie tylko tych, co bali się o swoje domy i kosztowności – ale każdego, kto na stolicę patrzył nie jak na abstrakcję, na ideę, ale jak na zbiorowisko ludzkich losów, na wspólną własność, chorych, niemowląt i starców. Muszę myśleć o bohaterskiej śmierci młodego filozofa, który zapewne nigdy przedtem nie miał w ręku karabinu, starał się, aby go posłano do akcji i w godzinę potem zginął w ataku na gmach sejmu. Był wyznawcą filozofii Heideggera, filozofii przecinającej związki z ludźmi i troskę o ludzi, stawiającej człowieka wobec anonimowego istnienia: Ofiara tego młodego filozofa była czysta, ale w blasku tej ofiary znikała ziemia, znikało nieszczęśliwe miasto, pozostawał on i Bóg – i nie była to śmierć w obronie bezbronnych ani ku zdobywaniu pokoju ziemskiego – był to akt sam w sobie, całopalenie. Dużo, bardzo dużo było takich śmierci i one to, włączone do rachunku razem z decyzjami przywódców, każą szukać źródeł polskiego bohaterstwa. Cnoty nieraz wynikają z wad, wady z cnót. Śmiem twierdzić, że wkraczać na drogę bohaterstwa jest Polakom o tyle łatwiej, o ile ich humanitność jest mniejsza od humanitności innych cywilizowanych narodów. Gdyby człowiek w Polaku nie był karłem, olbrzym‑patriota musiałby się z nim pasować i decyzje jego byłyby lepiej odważone. To są gorzkie słowa, ale potrzebne. Nie godzą one w wielkość powstania. Próbują szukać równowagi. Niech inni sławią nasze bohaterstwo, nie my. Val Gielgud z BBC, Anglik pochodzenia polskiego, oburzył się, kiedy mu powiedziałem, że wolałbym, abyśmy nie mieli opinii tak bohaterskiego narodu, ale żeby Warszawa stała. Val Gielgud nie widział jednak szesnastoletnich chłopców idących z dubeltówką na bunkry Stauferkaserne, co jest całopaleniem, ofiarą Izaaka. Skłonny jestem przyznać mu słuszność, że powstanie jest czynem, który na wieczne czasy powinien być zapisany w sumieniu ludzkości. Nikt nas jednak nie zmusi, abyśmy uznali całopalenie synów pierworodnych za normalną instytucję narodową.

Zgodzę się z zarzutem, że jestem małoduszny i niewojenny. W narodzie wielkodusznym i wojennym tacy są potrzebni. Oto jest pokój. Ci małoduszni, troszczący się wyłącznie o to, aby człowiekowi w Polsce było lepiej, powinni być w swoim żywiole. I oto znów pięści zaciskają się w bezsilnym gniewie. Brak troski o człowieka jest w Polsce doprowadzony do jakichś gigantycznych rozmiarów. To przepaść, nad którą ogarnia rozpacz. Fala powracających z obozów, która szła przez Czechosłowację, była przez Czechów pielęgnowana, karmiona, obdarowywana. Zaledwie przekraczali polską granicę, otaczała ich głucha obojętność i nikt im w Krakowie darmo szklanki wody nie podał. To jeden przykład, przykład brutalnego kontrastu, wskazujący, że granica mowy jest nieraz granicą sumienia i obyczaju.

Matka moja umarła, bo władze kierujące moją rodzinę na tereny objęte epidemią tyfusu nie uprzedziły o tym, nie żądały świadectw szczepienia, nie zarządziły ochronnego szczepienia, ani nie zatroszczyły się, aby osadnikom zapewnić lekarską opiekę. Ktoś powie: nieporządek, trudności, pierwsza faza. Nieprawda. To tylko obojętność i nieczułość, obojętność i nieczułość, które stanowią stały element składowy wielkiej tragedii repatrianckiej, o której milczy się, jak zwykle milczy się o prawdziwych tragediach.

Nie piszę tego wszystkiego, aby urządzać publiczne samobiczowanie się narodowe. Zbyt wiele spada na nas oskarżeń, abyśmy je mieli jeszcze mnożyć. Piszę z myślą, że jeden, dziesięć, pięćdziesiąt takich głosów wyżłobią wąską ścieżkę w sercach i zjawi się dwóch czy trzech ludzi, którzy zaczną szerzyć w Polsce naukę dobroci i troski o człowieczeństwo. Tak, to jest sprawa wychowania. Kto zajmie się tym wychowaniem? Czy państwo? Niech mi wybaczą ci, co z zachwytem śledzą wzrastającą wszechwładzę urzędów – ale nie wierzę w państwo. Nie wierzę nie tylko w jego moc wskrzeszania zmarłych – nie wierzę w moc ochronienia żywych. Tylko potężne zrzeszenie wyłonione przez samo społeczeństwo, wielki zakon świecki, pełen poświęcenia i zapału, mobilizujący opinię publiczną, podołałby temu zadaniu – wierzę, że podołałby nawet tu, w kraju nędzy i żalu.

Mieszkałem kiedyś za granicą w domu Armii Zbawienia, przeznaczonym dla najuboższych. Śmieszyły mnie mundury, granie na trąbkach i śpiewanie psalmów z towarzyszeniem bębna. Dziś jednak oceniam ludzki sens tej instytucji, jej myśl podania ręki biednym i samotnym w imię Chrystusa. Jakiejś nowej Armii Zbawienia potrzeba, aby podbiła Polskę – ucząc miłości do dziecka, szacunku dla starca, opieki nad chorym – najbardziej elementarnych, najbardziej zapomnianych uczuć.

W czasie wojny wielu Polaków za granicą korzystało z pomocy międzynarodowego stowarzyszenia żydowskiego Joint. Dawni współpracownicy oenerowskich i żargonowych pism zasiadali tam przy jednym stole, bo Joint karmił bez względu na rasę i przekonania polityczne. Chętnie należałbym do takiej partii, jak Armia Zbawienia czy Joint – do partii pomocy i opieki. Nie potrafię jej stworzyć, nie jestem działaczem ani organizatorem. Wydaje mi się, że gdyby udało się zacząć – znalazłoby się wielu zwolenników, więcej niż mogłaby liczyć jakakolwiek partia polityczna, bo wszyscy czują, że toniemy w bagnie złodziejstwa i obojętności.

Mówiło się przed wojną źle o filantropii. Nie warto zabierać głosu na temat wspierania ubogich przez bogatych, bo to już przeszłość. Dzisiaj jest sprawa wspierania ubogich przez ubogich, dzielenia się ostatkiem, jak tego wielu z nas nauczyły doświadczenia wojenne.

Mogą te rozważania nie mieć żadnego wpływu. To nic. Kiedy zawodzą teorie, kiedy pojawia się tylu fałszerzy pojęć – zwrot do działalności praktycznej jest nieunikniony.


Czeslaw Miłosz

Copyright © 1987 by The Czeslaw Milosz Estate

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas