poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JAROSŁAW KLEJNOCKI, MICHAŁ LAREK, PIOTR MICHAŁOWSKI, PAWEŁ PRÓCHNIAK, ANDRZEJ SKRENDO, MARIAN STALA, PIOTR ŚLIWIŃSKI, ALINA ŚWIEŚCIAK, MACIEJ URBANOWSKI
ANKIETA: Czy można współcześnie mówić jeszcze o Miłoszowym biegunie poezji polskiej?
Dekada Literacka 2009, nr 4 (236)


Jarosław Klejnocki


***

Szczerze mówiąc, sam się zastanawiam już od pewnego czasu, czy to binarne opisanie poezji polskiej wedle biegunów Przybosia i Miłosza pozostaje aktualne. Abstrahując oczywiście od tego, na ile w ogóle ten binarny koncept krytyczny był uzasadniony.

Wydaje mi się, że gdybyśmy przyjęli perspektywę historycznoliteracką – to owszem, moglibyśmy mówić o czymś w stylu „bieguna Miłosza”. Chodzi tu o pewną dykcję poetycką, o dobór tematów, wreszcie o pewną koncepcję pisarza i roli literatury w ogóle (modernistyczną, mówiąc bardzo ogólnie). Istnieje też grono poetów, których nazwać by można spadkobiercami poezji Miłosza. Ale są to raczej twórcy generacyjnie niemłodzi; moim zdaniem, najbardziej twórczym, oryginalnym, samodzielnym spadkobiercą Miłoszowej dykcji jest Adam Zagajewski.

Z perspektywy krytycznej natomiast domniemywam jedynie (bo zaprzestałem czynnej działalności w tej sferze i nie przyglądam się nowej poezji polskiej już z taką uwagą), że twórczość poetycka Miłosza nie stanowi dla młodszych artystów ważniejszego punktu odniesienia. Być może ostatnimi, którzy w sferę swego pisarstwa wciągali (często polemicznie, pastiszująco itd.) wiersze autora Trzech zim, byli poeci urodzeni w latach 60. A wiąże się to – nie będę oryginalny – z reorientacją z wzorców modernistycznych na postmodernistyczne.

Jako nauczyciel (licealny i akademicki) dodałbym jeszcze, że degradacja nauczania i spadek poziomu studiów humanistycznych też w procederze zapoznawania spuścizny Miłosza ma swój udział.



Michał Larek

Pewnie można, ale po co?

Zastanawiam się, czy w pytaniu postawionym przez Redakcję „Dekady Literackiej” nie zostało wyrażone jej zaniepokojenie rozpoznaniem, że współcześnie już nie bardzo można. A jeśli zostało wyrażone, to chętnie dowiedziałbym się, jakie są źródła owego rozpoznania. Owszem, coś jest na rzeczy, ale przecież nie wszyscy chcą to widzieć. Pytanie może razić swoją ogólnikowością – bo co to znaczy „współcześnie”, „jeszcze”, „Miłoszowy biegun”? – ale z racji tej, że odsyła ono do bardzo ciekawego zjawiska, któremu przyglądam się od paru lat jako dydaktyk uniwersytecki, spróbuję na nie rzucić pewne światło. Mam przy tym nadzieję, że nie uogólnię zanadto swoich prywatnych obserwacji.

Otóż zdarza się często tak, że najciekawsi studenci pierwszego, drugiego roku, których spotykam na zajęciach, są zafascynowani Miłoszem, Herbertem, Szymborską. Lubią o nich mówić, chcą pisać na temat ich twórczości prace. Najwyraźniej te klarowne wiersze, niesprawiające większych kłopotów w zrozumieniu, a raczej uwodzące jasnym formułowaniem istotnych problemów filozoficznych, moralnych, a przede wszystkim egzystencjalnych, obsługują znakomicie ich intelektualne potrzeby. Jednak w toku studiów te potrzeby znacznie się zmieniają. Pod wpływem lektury – na przykład – Piotra Sommera, Tadeusza Pióry, Jacquesa Derridy, Michela Foucaulta, Agaty Bielik‑Robson, Paula de Mana czy Erazma Kuźmy młodzi intelektualiści i początkujący pisarze często dochodzą do wniosku, że po sławetnym „zwrocie lingwistycznym”, po dekonstrukcji, „po Sosnowskim”, nie można bez „złej wiary” myśleć o literaturze, filozofii, podmiocie, człowieczeństwie, miłości, Bogu, wierze itd. w dotychczasowy sposób. Poznając inne idiomy, problemy, perspektywy oglądu, techniki krytycznej analizy, propozycje rozwiązań, zaczynają uprzytamniać sobie, że tradycyjne tryby myślenia i pisania zawodzą w tym coraz bardziej świadomym i krytycznym świecie nauk humanistycznych oraz literatury nowoczesnej. Jeśli więc chciałbym w przypływie irytacji powiedzieć, że nie warto dzisiaj czytać Miłosza, to właśnie dlatego, że zignorował on, zlekceważył, a nawet wyśmiał ważne pytania, jakie rodzą się dzięki lekturze nowych i wartościowych książek. Tak czyniąc, Miłosz na własne życzenie wypadł z gry, wycofał się z tej wielkiej konwersacji, jaką jest dzisiejsza humanistyka. Nic więc dziwnego, że młodzi, rwący się do dyskusji na temat świata, w którym żyją, coraz rzadziej o nim piszą i coraz rzadziej wzorują się na nim jako poecie. Bo po co mają go czytać i komentować, skoro on zawziął się i uparcie obrażał rzeczywistość, w której przyszło im żyć, myśleć i tworzyć?

Problem więc nie w tym, czy można mówić o „Miłoszowym biegunie poezji”, bo można, ale w tym, czy warto na ów biegun organizować wycieczki i eskapady. Odnoszę wrażenie, że tymczasem nie warto. Ale przecież kiedyś, kiedy rządy obejmą coraz bardziej przewidywalni i nudni epigoni Foucaulta oraz Sosnowskiego, niektórzy spośród nas wrócą tam i nawet odetchną z ulgą, jak to się czyni w obrębie czułego chłodu rozmaitych muzeów. Niczego już nie potrafię wykluczyć.



Piotr Michałowski

Ścieżka zamiast autostrady

Od razu muszę wyznać, że Miłosz nigdy nie był dla mnie postacią pierwszoplanową, gdyż znacznie donioślejszą rolę w polskiej poezji XX wieku odegrali Różewicz i Białoszewski, może nawet Szymborska.

Nie przekonuje mnie postrzeganie rzeczywistości literackiej ani biegunowo, ani jako sieci krzyżujących się opozycji. A jeśli już miałbym widzieć współczesną poezję jako rozdroże, to „linia Przybosia” byłaby na mapie drogowej zrujnowaną i prawie nieczynną autostradą, natomiast „linia Miłosza” pozostaje ledwie przedeptaną leśną ścieżką. Przeciwstawienie tych szlaków, zakładające ich równorzędność, jest nieporozumieniem, konstruktem sztucznym, wynikającym z literaturoznawczych upodobań do symetrii, a nie z rzetelnego oglądu zjawisk. Propozycje Czesława Miłosza nie układają się bowiem w równie radykalny program poetycki, który mógłby stanowić przeciwwagę dla awangardy albo w istotnym stopniu go przekształcać na sposób postmodernistyczny.

Żagarowy katastrofizm, potem neoklasycyzm, wreszcie metafizyczne i sylwiczne poszukiwania „formy bardziej pojemnej” trudno uznać za programotwórcze w takim sensie, by ich celem był jakiś literacki przełom, przewrót, a tym bardziej – rewolucja artystyczna. Miłosz raczej na własny użytek wypracowywał formy, które dobrze sprawdzały się w jego poetyce autorskiej, natomiast nie miały znajdować zastosowań uniwersalnych. Zresztą był raczej użytkownikiem wcześniejszych cudzych wynalazków niż wynalazcą i odkrywcą, toteż wydaje się, że jego wielkości warto szukać przede wszystkim w sferze ontologii, epistemologii, światopoglądu i refleksji pozaartystycznych. Jak zauważył Eliot w Muzyce poezji, efekty każdej modyfikacji powinny być trwalsze i oswajane przez dłuższe stosowanie w praktyce twórczej. Miłosz przyjął taką właśnie rolę – stabilizatora i adaptatora, syntetyzującego dla siebie całą tradycję sztuki słowa.

Dziś, kiedy cichnie zagrobny zgiełk, a dzieła Noblisty przysypuje kurz na półkach z klasyką, stajemy trochę bezradni wobec dorobku, wprawdzie imponujacego ilościowo, ale z pewnością nierównego. Na jakiś czas będzie to temat dla literaturoznawców już wyczerpany obfitością nagromadzonych komentarzy. Dla zwykłych czytelników ocaleją tylko „skrzydlate słowa”, zresztą nie wszystkie zdolne do lotu, gdyż niektóre, historycznie obciążone spiżem, nadają się tylko do ozdabiania pomników. Pozostają jeszcze jubileuszowe reaktywacje – może tak efektowne jak obserwowane niedawno w przypadku Herberta, ale nie sądzę, by mogły one cokolwiek zmienić na trwałe.

Za życia poety pojawiły się dość licznie naśladownictwa, jawne lub zamaskowane. Tym jednak wróżę żywot jeszcze krótszy – nurt „miłoszowy” prędko wyschnie jako metafizyczna rzeka okresowa.



Paweł Próchniak

Antypoda.
(cztery notatki o Miłoszu)

1 Dzisiaj wydaje się, że Miłosz jest jednym z tych poetów, którzy kształt naszego języka (i stojącej za nim wyobraźni) zmienili w sposób twórczy i trwały – poszerzyli granice polszczyzny, przydali jej siły i głębi. W dziejach polskiej literatury nie ma ich wielu – Kochanowski, Mickiewicz, Leśmian. Warto jednak pamiętać, że były czasy, kiedy w podobny sposób myślano o Polu, Konopnickiej, Kasprowiczu.

2 Miłosz przez dziesięciolecia ogromniał. I nadal ogromnieje. Jego siła odsłania się jednak przede wszystkim po stronie czytelników, nie w dziełach innych pisarzy. Jeśli rzeczywiście tak jest, to historia literatury stosunkowo łatwo odstawi jego książki ad acta i zamknie nad nimi swoje wieko. Nie dla braku wagi tego pisarstwa, ale dlatego że literatura żywi się rezonansem, żyje z porównań. A z kim porównać Miłosza? Kto z młodszych od niego poetów polszczyzny wytrzyma to porównanie?

3 Dzieło Miłosza oszałamia rozmachem. Jest przy tym integralne i świadome siebie. Zostało ostro zarysowane, spina je mocno autorska sygnatura. Ale jest też w poruszający sposób wielokształtne i nieoczywiste. Autor Ocalenia mówi głosem, który rozpoznajemy bez trudu, głosem na wskroś własnym, silnym i apodyktycznym, ale zarazem jest to głos skłócony wewnętrznie, głos kogoś, kto godzi się na istnienie i nie zamyka oczu ani na jego piękno, ani na grozę, wobec której nawet poeta powinien milczeć. Tak nakreślonej skali trudno sprostać. To dlatego – jak sądzę – biegun Miłosza leży na antypodach uprawianej dzisiaj poezji. Jest biegunem odwróconym. Jego oddziaływanie widać najlepiej w gestach sprzeciwu. W programowej niechęci – jak u Andrzeja Sosnowskiego. W przekorze – jak u Marcina Świetlickiego. W zwarciu bardziej intelektualnym niż poetyckim – jak u Artura Szlosarka. W przewrotności nawiązań – jak u Tomasza Różyckiego. Wyostrzam metrykalny dystans, bo spojrzenie z takiej perspektywy pozwala dostrzec, że dzisiaj o sile oddziaływania autora Traktatu poetyckiego najmocniej zaświadcza wyrazistość napięć. Nie zawsze tak było. Starsi poeci łatwiej godzili się (i godzą) na gest akceptacji. Niekiedy graniczący z manierą – jak bywa u Janusza Szubera. Niekiedy mocny poetycko – jak u Bronisława Maja.

4 Mam wrażenie, że Miłosz wciąż pozostaje dla nas tajemnicą. Porywa. Drażni. Budzi opór. Nie daje wytchnienia. Mówi coś, co w naszych uszach ciągle jeszcze brzmi jako przejmujące i ważne, coś, czego warto słuchać i czemu być może nie sposób odpowiedzieć. I może właśnie dlatego w pisanych dziś wierszach tak trudno usłyszeć echo jego głosu, echo – pełne wagi i znaczenia, odbrzmiewające z nową poetycką siłą.



Andrzej Skrendo

Biegun Miłosza

Sądzę, że „biegun Miłosza” nie istnieje. Co więcej, wydaje mi się, że przestał istnieć o wiele wcześniej, niż zaczęliśmy zadawać sobie pytanie, co się z tym „biegunem” dzieje. Z tego nie wynika, że powstały jakieś nowe „bieguny”. Obawiam się, że sytuacja jest „wielobiegunowa” – co oznacza, że metafora biegunów niewiele już objaśnia.

Mówienie o biegunach ma co najmniej dwa sensy, których zresztą nie odróżnił porządnie Błoński, gdy przedstawiał swą wizję relacji między Przybosiem a Miłoszem. Po pierwsze, może chodzić o zabieg metodologiczny polegający na opozycyjnym zestawieniu dwóch poetyk, po to, aby wyraziściej dojrzeć ich cechy szczególne. Zabiegu tego nie musi uzasadniać rzeczywistość historycznoliteracka. Społeczna świadomość istnienia konfliktu między zestawianymi poetykami jest rzeczą drugorzędną, choć oczywiście stanowić może dobry pretekst dla badacza.

Po drugie, może chodzić o opozycję dwóch tradycji. Żeby posługiwać się tym rozumieniem „biegunowości”, trzeba założyć, że w życiu literackim istnieją warunki do wyklarowania się wyrazistej opozycji dwóch ponadindywidualnych sposobów uprawiania literatury. Przede wszystkim warunki komunikacyjne – nie wystarczy tu sam fakt opozycyjności jakichś dwóch wyróżnionych poetyk.

Jak w tym kontekście wygląda sprawa „biegunowości” Miłosza? Jeśli chodzi o sens pierwszy, kwestia jest dość jasna: nadal, i jak zawsze, warto konstruować opozycje. Na przykład: Miłosz – Różewicz. Tu jednak zastrzeżenie. Zabieg taki jest uprawniony – jak sądzę – przede wszystkim jako wstępna i niejako „pomocnicza” część bardziej rozwiniętej „procedury poznawczej”. Jej druga część to podważenie wyników uzyskanych w pierwszej. Zatrzymanie się na pierwszej fazie więcej powie o tym, kto dokonuje porównania lub o metodologii, jaką wyznaje, niż o ustawionych w opozycji poetykach. Nie jest bowiem tak, jak chciał Błoński – że żyje tylko to, co wewnętrzne sprzeczne. Przeciwnie – żyje to tylko, co nie daje się zamknąć w abstrakcyjnej przestrzeni opozycji… Gdy zaś chodzi o sens drugi – warunki komunikacji literackiej nie sprzyjają dziś powstawaniu relacji biegunowych. Poza tym rośnie potrzeba podkreślania swojej osobności. Bloom się mylił – rzecz nie w tym, żeby stać się prekursorem swojego poprzednika, lecz w tym, żeby przekonać innych, że prekursor urodził się na innej planecie…

Co zatem dzieje się z „Miłoszem” w tej wielobiegunowej przestrzeni, jaką stała się współczesna literatura polska? Nic specjalnego. „Miłosz” traci cudzysłów przy swym nazwisku w miarę tego, jak uświadamiamy sobie, że mówiąc o Miłoszu, mówiliśmy raczej o „Miłoszu”, a nie o Miłoszu. Innymi słowy, stopniowo oddzielamy jego twórczości od ról, jakie Miłosz pełnił i nadal pełni. Oczywiście, Miłosz ma naśladowców – ale nie najlepszych. Posiada miłośników wśród młodych autorów – jednak bardzo niewielu. Jego poetyka nie umarła – ale Miłosza czyta się coraz dziwniej… Wszystko to nie zmienia faktu, że nie istnieje „biegun” Miłosza – ponieważ bieguny nie powstają, i ponieważ nawet gdyby istniały, nie Miłosz stałby na jednym z nich. Stopniowo sprawa staje w innym świetle. Z pewnego punktu widzenia – staje się mniej ważna. Ale z innego – normalnieje.



Marian Stala

***

Czy można dzisiaj, w roku 2009, mówić o istnieniu Miłoszowego bieguna poezji? Odpowiedź na tak sformułowane pytanie wydała mi się w pierwszej chwili oczywista, by następnie skomplikować się w znaczący sposób.

Wrażenie oczywistości wzięło się z rzadko wypowiadanego wprost, ale odczuwanego przez wielu przekonania, iż w ostatnich latach poetyckie dzieło Miłosza przestało być mocnym punktem odniesienia dla najnowszej poezji; inaczej: przestało być tradycją, którą warto wybierać bądź z nią polemizować. Zresztą: odchodzenie od Miłosza, słabnięcie Miłoszowego bieguna poezji dałoby się opisać jako proces trwający od początku lat 90. W końcu: najpóźniejszy Miłosz, ten z tomów ToDruga przestrzeń, to nie był poeta wzywający do powtórzeń czy rozwinięć…

Tyle o kwestiach oczywistych. Sytuacja znacznie się komplikuje, gdy zauważymy, iż pytanie o Miłosza odsyła do bardziej ogólnego pytania o dzisiejszą sytuację poezji, o możliwość przedstawienia jej jako napięcia miedzy biegunami czy jako wiązki dominujących poetyk (postaw zajmowanych wobec słowa i świata). Otóż: ta ogólna sytuacja poezji albo nie budzi istotnego zainteresowania krytyki, albo się jej wymyka. Owszem, słyszy się wprawdzie głośne zachwyty i jeszcze głośniejsze deklaracje, ale wiążą się one przeważnie z wyraźnym zawężeniem pola widzenia. Podstawową strategią poetów i krytyków stało się zamykanie we własnym kręgu i niedostrzeganie kręgów innych. Na tak podzielonej poetycko‑krytycznej scenie ślady obecności i oddziaływania Miłosza są albo niewidoczne, albo widoczne w niewielkim stopniu. Być może spokojniejsze i bardziej zdystansowane (zobiektywizowane? bezinteresowne?) spojrzenie na to wszystko, co działo się w polskiej poezji po roku 1989, pozwoli odpowiedzieć precyzyjniej na postawione na początku pytanie.



Piotr Śliwiński

Po Miłoszu – nuda

Niecierpliwość i koniunkturalny stosunek do idei są to postawy dość częste. W rezultacie przeplatają się, przecież nie tylko u nas, nieistotny w gruncie rzeczy, bo niezobowiązujący nadmiar teorii z… dotkliwie odczuwaną nudą myślenia.

Miłosz był jednym z tych nie aż tak wielu twórców, którzy nie nudzili się myśleniem. Nie zaliczając się do „wąchaczy kadzidła”, narodowego i kościelnego, nie przystał też do towarzystwa „likwidatorów” wielkich tematów, lecz pozwalał tym tematom – religii, historii, powinnościom sztuki, wspólnym treściom ludzkości – nieustannie wracać. W tekstach jego przybrały one postać natrętną, perseweracyjną, ale mimo to ani nie zarosły jego dzieła, ani nie uwięzły w depresyjnym, jakże charakterystycznym, poczuciu niemożności ich pojęcia, a tym bardziej rozwiązania. „Nie wiem” Miłosza nie jest ani bezradne, ani rozpaczliwe, ani tragiczne, ani lubieżnie impotentne, lecz motywujące. A przy tym dalekie od uproszczonej nadziei, dydaktyzmu, arbitralności. Nie rozumiem, skąd bierze się uporczywe posądzanie poety o besserwisserstwo.

Imponująca erudycja i pozorna ignorancja – z kombinacji tych rzucających się w oczy cech Miłosza wyłania się jego eseizujący wiersz, wiersz poniżej i powyżej wiersza, rozgadany, jakby od niechcenia, mimo formy, konserwatywny i niekunsztowny, uniwersalny i poliwersalny zarazem. Wielu irytujący.
 
Miewa mu się za złe… no właśnie, co? Nieomylność czy epizody omylności? Niedostatek sceptycyzmu czy zapatrzenie w wielkość? Nawet nietuzinkowi historycy poezji gotowi byli uważać niektóre okresy jego twórczości, na przykład ten sprzed wyjazdu, za skażone jakimś egocentrycznym realizmem. Przybosiowi wolno było prężyć słowiarskie muskuły, Różewiczowi było wolno detonować ładunki rozpaczy, Herbertowi, Szymborskiej wolno, a Miłoszowi nie. W oczach jego przeciwników „nie był sobą”, a jedynie udawał – talent, rozum, dystans, chyba nawet płodną długowieczność. A jego wiersze udawały wiersze.

Dylemat, czy rzeczywistość Miłosza jest pozaliteracka (Błoński), czy w dużo większym stopniu (Zaleski) literacka, nie wydaje mi się aż tak ważny w porównaniu z silnym poczuciem, że twórca ten miał w czymś oparcie, że istniało dla niego coś, co zapobiec miało (zapobiegło?) ulotności słów. Natura, zmysłowość, ale i na równi z tym – myśl. Z czasem jego pochwały bytu brzmią coraz bardziej pretekstowo, jego katalogi stworzenia wydają się służebne wobec czegoś innego… myśli właśnie, myśli jako doświadczenia. W tym był Miłosz obcy naszym zwyczajom, które doświadczenie przeciwstawiają refleksji – i wywyższają ponad nią.

W tym jest bliski Brzozowskiemu. Wydaje się jego rozwinięciem. Przeszedł podobną drogę wewnętrznych przemian, podobne go charakteryzują wartości – powaga, żarliwość, krytycyzm. Tak samo sprzeciwiał się tyranii narodowego sztafażu, i tak samo był z polskimi sprawami obsesyjnie związany. Także jego religijność zdaje się skutkiem podobnej pracy, intelektualnej, kwestią dojrzałej samodzielności. Byłoby świetnie – mądrze, odważnie, do myślenia – gdyby Krytyka Polityczna Drugiej Generacji za patrona obrała Miłosza.

Ale nie obierze, bo z zestawienia tych dwóch wybitnych postaci taki płynie wniosek, że u nas każda generacja jest pierwsza. Dzięki czemu Brzozowski – po stuleciu – brzmi świeżo i przygnębiająco aktualnie, a Miłosz – po pięciu latach od śmierci – nie tylko na głodomorach idei sprawia wrażenie, jakby był od autora Płomieni, a właściwie to od wszystkich, starszy.

Jak z tego wynika, znudzenie Miłoszem jest prawdopodobne, choć – podobnie jak wiele poprzednich znudzeń – skutki jego będą katastrofalne, chociaż ciche.



Alina Świeściak

***

Najprostsza odpowiedź na pytanie o obecność (poetyckiego światopoglądu i ucieleśniającej go formy) Czesława Miłosza w dzisiejszej polskiej poezji powinna brzmieć, jak sądzę: mało przekonująca.

Co prawda, gdyby odwołać się do nowych odczytań poezji Miłosza (mam na myśli interpretacje Marka Zaleskiego i Ryszarda Nycza), można by uznać, że cała najnowsza poezja pozostaje w jakimś związku z Miłoszową praktyką poetycką, ponieważ to właśnie w wierszach autora Orfeusza i Eurydyki dochodzi do specyficznej coincidentiae oppositorum: jest tu miejsce zarówno dla mimesis i epifanii, jak dla późniejszego, dopuszczającego językowe ukształtowanie rzeczywistości myślenia kategoriami intertekstualności i kolażowości. Tym bardziej dałoby się, jak sądzę, podtrzymać pogląd o nadal obowiązującej w polskiej poezji polaryzacji, w której słychać echa podziału na „stronę Miłosza” i „stronę Przybosia”. Nowymi wcieleniami tych biegunów byliby oczywiście – nazwijmy ich tak umownie – kontynuatorzy wysokomodernistycznej dykcji klasycznej i awangardowej linii eksperymentalnej. Miłosz byłby tu wielkim patronem tych pierwszych – z jednej strony „poetów religijnych”, dla których wiersz to forma modlitwy, religijnego podziwu i zdziwienia (jak Krzysztof Koehler, Wojciech Wencel czy Tadeusz Dąbrowski), oraz zainteresowanych utwierdzaniem się w obiektywności prawd i wartości, afirmatywnych „poetów kultury” (jak Adam Zagajewski, Robert Mielhorski, Jarosław Klejnocki), z drugiej dla poetów metafizycznych i „epifanicznych”, skoncentrowanych na problemie (modernistycznie pojętej) niewyrażalności (jak na przykład Tomasz Różycki, Dariusz Suska czy Jacek Dehnel). Taki obraz polskiej poezji najnowszej wydaje mi się jednak skłamany. O tym, że Miłoszowe patronowanie nurtowi postawangardowemu jest nieco przesadzone, wiedzą wielokrotnie zastrzegający się jego „pomysłodawcy”; węższy patronat – neoklasycystyczny – znacznie łatwiej stwierdzalny, nie wydaje mi się natomiast dla całościowego obrazu polskiej najnowszej poezji szczególnie istotny. Mam wrażenie, że to, co w niej najciekawszego, wymyka się owemu patronatowi, bo wiąże się z nurtem postawangardowym, z którym Miłosza (oprócz wyraźnych polemik i mniej wyraźnych pastiszy) łączy niewiele. Być może autor (chyba jednak słusznie wykpiwanego przez Andrzeja Sosnowskiego) Pieska przydrożnego rzeczywiście genialnie antycypował to, czego dopiero poszukiwać będą najnowsi poeci – wychodzenie „poza”. Nie widzę jednak w odwołujących się do jego patronatu poetów równie ekstremalnego dążenia, gotowości do przekraczania siebie. Mimesis i ocalenie na pewno do aktualnych i dających się twórczo podjąć kategorii nie należą.



Maciej Urbanowski

Spośród piany
głos się dobywa poety

Wszystko zależy oczywiście od tego, co będzie się kryć za kategorią „Miłoszowego bieguna”. Jeżeli to, o czym pisał w roku 1974 Jan Błoński, a powtarzał za nim w roku 1990 Marian Stala, a więc najogólniej rzecz ujmując: liryka nieufna wobec awangardowego kultu „poezji czystej”, czyli autotelicznej, zapatrzonej w samą siebie, izolującej się od dyskursu historiozoficznego, filozoficznego czy teologicznego, swoiście estetyzującej, posługującej się szczególnym narzeczem, nowoczesną „łaciną”, świadomie wykorzeniającej się z tego, co historyczne i zbiorowe, albo – marzenie Przybosia – nieustannie rewolucjonizującej wyobraźnię, odczuwanie i wartościowanie moralne, to chyba tak rozumiany „Miłoszowy biegun” mniej chyba dzisiaj ciekawi krytykę literacką i ma mniejszą siłę przyciągania nowych adeptów. A jeżeli ich przyciąga, to reprezentuje ów biegun – moim zdaniem – Jarosław Marek Rymkiewicz, coraz bardziej krytyczny „uczeń” Miłosza (zob. choćby Kinderszenen czy ogłoszony właśnie zbiór rozmów z poetą), a dla mnie najważniejszy, największy współczesny poeta polski. Tak czy owak, z mojej prywatnej perspektywy można mówić o „biegunie Miłosza/Rymkiewicza” we współczesnej poezji polskiej i – co więcej – ów biegun ma wciąż pozycję centralną. Ale gdy patrzeć na całość życia literackiego, zapewne wyraźniejszy (w sensie statystycznym), „silniejszy”, atrakcyjniejszy jest chyba biegun (bieguny?) – nazwijmy go nieprecyzyjnie – awangardowy czy postawangardowy, którego symbolem byłoby jednak nie tyle nazwisko Przybosia, jak chciał kiedyś Błoński, co Różewicza, Białoszewskiego, Wirpszy, Karpowicza, z młodszych poetów – Sosnowskiego. Nad czym ubolewam i tym tłumaczę sobie moją rezerwę wobec sporych odłamów najnowszej poezji polskiej, w której szukam tego, co Błoński łączył z „Miłoszowym biegunem”, a więc uwrażliwienia na doświadczenie religijne i na bolesną dialektykę historii [oraz] na wzajemne wyniszczanie się wartości, na przekleństwo współczesnego nihilizmu. Na szczęście to wszystko nie wyparowało z poezji współczesnej, tak jak nie zniknęli z niej szeroko rozumiani „uczniowie” Miłosza – od Brylla i wspomnianego Rymkiewicza po – powiedzmy – Wencla, Babuchowskiego czy Dąbrowskiego. Znakomitym dowodem „żywotności” tego nurtu jest choćby Porwanie Europy Koehlera, w którym nie przypadkiem znajduje się poruszające poetyckie „sprawozdanie” z pogrzebu Miłosza, zamykające się słowami:

Spośród piany głos się dobywa poety
I z wysokości tnie jak miecz
Rozcina ciszę śmierci, lamenty legendy,
I wrzask wyniosłego pogrzebu.

 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas