poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PAWEŁ KOZIOŁ, MICHAŁ PIĘTNIEWICZ, PIOTR SOBOLCZYK
ANKIETA: Czesław Miłosz – inspiracje?
Dekada Literacka 2009, nr 4 (236)

Paweł Kozioł

Głosy i twarze


Miłosza zacząłem czytać dość wcześnie, więc pierwszy moment niezgody zdarzył się na etapie lektur szkolnych – gdy w którejś książce z wywiadami znalazłem krytykę Słowackiego i jego hektycznych wypieków. Pomimo moich słownikowych niedoborów zarzut nadmiernej gwałtowności był zrozumiały – jednak w samym geście malowania twarzy poprzednika chorobliwym karminem, różem czy innym ceglastym przekrwieniem coś niepokoiło, i to mocno. Bo to nie była sytuacja jednoznaczna, jak domaganie się (w tym samym cyklu rozmów) bardziej mięsistych wierszy od Baczyńskiego. Tu gorączkować się miał poeta, którego teksty nie sprawiały wrażenia puszczonych na żywioł, pisanych z wyłączoną kontrolą. Coś się nie zgadzało.

Ten sam instynkt (było nie było, każący kłócić się z jednym z pierwszych głosów, który poezję prezentował mi jako sprawę poważną, nie przedelikaconą) w pełniejszej formie uruchomił się dużo później – po lekturze Wata, sztorcowanego znowuż za „secesyjność”. Tym razem Miłoszowe rozgraniczenie między zbędną dekoracją a siłą wyrazu różniło się od mojego poglądu w sposób ewidentny, albo przynajmniej problem łatwiej dawał się nazwać świeżo upieczonemu studentowi.

Obie przytoczone krytyki uderzały w przeczucia szkolne i studenckie – leżące jeszcze daleko poza możliwościami realizacji, lecz proponujące już konkretny obraz literatury: pełnej komplikacji i napięcia, oddalającej się za to od porządkujących uroszczeń filozofii (ach, te uruchamiane przez Miłosza nazwiska i terminy). Teraz jednak szukam dla całej sprawy nazw możliwie dwuznacznych, które pomieściłyby racje obu stron. I powiem tak: Miłosz był przeciw celebrowaniu w poezji napięcia, przeciw językom wysilonym i trudnym, które dla niego zwykle osuwały się w jakąś nadmierną, nieadekwatną emocjonalność. Traktatowe zaklęcie Mowa rodzinna niechaj będzie prosta domagało się dykcji nie tyle symplifikowanej, ile po prostu naturalnej. I miało swoje niebagatelne zalety – choćby tę, że gdy za normalny stan języka poczytujemy dyskursywność, jasność i racjonalność, to odrobinę łatwiej jest tworzyć literaturę, która znaczy. Tyle że samo myślenie o poezji traci, gdy zbyt wyraźnie powołujemy się na naturę.

Ciekawe, że – co zauważył już Andrzej Sosnowski – Miłoszowa krytyka dotyczy z reguły głosu i twarzy. Poezja jest tu traktowana w sposób bezlitośnie osobowy, niby papierek lakmusowy charakteru, z mocnym akcentem na normalność i typowość. Nie wiem, co na to własna twarz i akcent Miłosza: Wilniuka w Warszawie, Słowianina w Stanach. Zastanawia mnie, czy pomysł na siebie‑poetę, który jest instrumentem dla zewnętrznych głosów, nie bierze się właśnie z tego źródła – czy aby nie jest on próbą ucieczki od osobności. I doprawdy chciałbym pojąć, czemu między tą wielokrotnie powracającą wizją a językiem okazjonalnej krytyki zieje przepaść. Czyżby poeta bał się przyznać, że przez jego kolegów po piórze przemawia jakaś inna, konkurencyjna zewnętrzność, inny zestaw idei, inne rozumienie świata? Czy ich redukcja do twarzy i głosów nie była próbą skonstruowania polemicznej broni ostatecznej?

Sprawę Miłosza komplikuje fakt, że przy stopniowej rezygnacji z poetyckiego napięcia odrzucał on jednak coś, co nie było mu obce: ciemną energię Trzech zim, gwałtowność wizji, która faktycznie mogła konkurować ze Słowackim czy z Watem. Mówimy o agonie, który był wojną domową, prawdopodobnie wygraną przez niewłaściwą frakcję. O agonie – niestety – równoległym wobec procesów, jakie zachodziły w poezji polskiej pojętej jako całość. Wybór ustawionego głosu kosztem nieprzewidywalności, stylistycznej powagi kosztem ryzyka, słowem wybór naprędce konstruowanej tradycji kosztem buntów dwudziestolecia – zyskiwał legitymizację w Miłoszu czytanym bez świadomości opisywanego wewnętrznego konfliktu. Zapoznany został potencjał Miłosza‑awangardysty, spod którego pióra przy nieco tylko innym wyborze drogi twórczej mogłyby równie dobrze wyjść słowa nie może jednak mowa być traktatem i niczym więcej, słowa dowartościowujące nieprzezroczystość, komplikację i napięcie.

Nobla by z tego zapewne nie było. Za to – o ile mniej zapominania o nowatorstwie, o ile bardziej skonfliktowana tradycja, o ile mniej jednoznaczny kanon. A tym, którzy próbują dzisiaj pisać tak, jak gdyby stanowili część tej widmowej historii literatury, przypadłaby w udziale rola o wiele mniej śmieszna.



Michał Piętniewicz


Moja przygoda z Miłoszem

Twórczość Czesława Miłosza pozostawała i mam nadzieję pozostawać będzie ważnym dla mnie punktem odniesienia. Pamiętam, że wiersze jego towarzyszyły mi w trudnym czasie, kiedy po nieudanym forsowaniu poetyckich bram próbowałem rodzić się na nowo – jako człowiek i jako poeta.

W skwarne popołudnie siedziałem na balkonie i czytałem Świat. Poema naiwne. Widziałem i doświadczałem głębokiej, łagodnej i spokojnej frazy (niewolnej jednak od egzystencjalnych sprzeczności), pewnego rytmu tej poezji, który utwierdził mnie w przekonaniu, że sens istnieje – nie tylko w poezji.

Miłosza odbieram jako poetę przede wszystkim metafizycznego, który przez doświadczenie realnego (to ważne, by powiedzieć realnego) i widzialnego konkretu otwiera trudne – zarówno metafizyczne, jak i egzystencjalne bramy, gwarantując w ten sposób doznanie wciąż nowych i zaskakujących odkryć epifanicznych.

Miłosz jest dla mnie poetą zarówno trudnej codzienności (dużo śpię, czytam Tomasza z Akwinu), egzystencjalnej rozterki, jak i wysokiej, głębokiej metafizyki, której punktem wyjścia i zarazem dojścia pozostaje codzienny banał (falbanki sukni, ramiączko, które zsuwa się z luźno ubranej panienki – by przypomnieć wstęp do Rodzinnej Europy).

Miłosz zmagał się bowiem nade wszystko ze światem w jego trudnej, ale jednocześnie pięknej i zmysłowej realności, doświadczał konkretu i – co ważne – konkret ów afirmował, dając świadectwo po Nietzscheańsku pojętej wiedzy radosnej. Cały ten projekt poetycki i zarazem świadectwo głęboko przeżytej egzystencji nie był jednak wolny od – jak to napisał Łukasz Tischner – manichejskich trucizn. Doświadczając i zarazem afirmując Obecność, Transcendencję, by powiedzieć wreszcie śmiało, Boga – doświadczał Miłosz silnie zła, które immanentnie, niczym trucizna tkwi w świecie.

Tak pojmowany „manicheizm” Miłosza miał niewątpliwe źródło w jego biografii (człowieka, który przeżył dwie wojny światowe, widmo komunizmu i „heglowskie ukąszenie”, naprawdę niewiele jest w stanie zaskoczyć).

Jednak pomimo cierpienia Miłosz pozostał poetą ekstatycznym i afirmującym byt, w odróżnieniu od jego wielkiego poetyckiego rywala Tadeusza Różewicza – poety uznanego za piewcę nicości.

Między tymi dwoma biegunami – afirmacji i negacji – została rozpięta współczesna poezja polska, która obecnie skłania się raczej ku skrzydłu Różewicza; czego świadectwem jest na przykład poezja Andrzeja Sosnowskiego – „uwolniona” od wymagań Transcendencji, szukająca raczej Apokalipsy i ruin niż fundamentalnej, opartej na sprawdzonych wartościach konstrukcji i sensu.

Dla mnie mistrzami są zarówno Miłosz, Różewicz, jak i Sosnowski. Mam poważne trudności z Miłoszowym postulatem „poezji obiektywnej” (która wydaje mi się po prostu niemożliwością); równocześnie blisko mi do Miłosza – niestrudzonego poszukiwacza sensu w świecie; nawet, a może przede wszystkim za cenę wielu pułapek i sprzeczności.

Sprzeczność bowiem, jak mawiała ukochana przez Miłosza Simone Weil, jest dźwignią Transcendencji.



Piotr Sobolczyk


***

U Miłosza najbardziej cenię jego eseje, szczególnie Ziemię UlroZniewolony umysł. Miłosz potrafił docenić dwoje wybitnych poetów, tak od niego różnych, a którzy są mi bardzo bliscy, czyli Mirona Białoszewskiego i Annę Świrszczyńską. Bardzo cenię Dar nieprzyzwyczajenia, znakomitą recenzję Czesława Miłosza z Obrotów rzeczy Białoszewskiego. Sam Białoszewski, jak się wydaje, niespecjalnie cenił poezję Miłosza. Są na ten temat dwie relacje. Dzięki najnowszemu numerowi „Zeszytów Literackich” (2009, nr 2) znamy fragmenty dziennika amerykańskiego Białoszewskiego (1982): Dzwonił Miłosz. Mówiłem mu o jego pisaniu. On, że stara się nie rozgraniczać prozy od wierszy. Ja mu na to, że niektóre jego wiersze są esejowate. Przytaknął, jakby z wahaniem. Zwierzyłem mu się, że czuję się wobec niego gapowaty, intelektualnie nierozgarnięty. Białoszewski, pamiętajmy, chce być tutaj taktowny, ale – jak się wydaje – „poprawia” Miłosza: „proza” nie jest dokładnie tym samym co „esej”. To raczej Białoszewski w pewnych okresach nie rozgraniczał „prozy” od „poezji”. Drugą relację zawdzięczamy Annie Pogonowskiej, która w swoim dzienniku w grudniu 1981 roku zanotowała lakonicznie rozmowę z Białoszewskim u niej w domu, m.in. o Wałęsie i Miłoszu. Mówi, że u Miłosza ceni tylko prozę. Poznał go już w Paryżu w 1957 roku. Tym, co wydaje się najbardziej zasadniczo różnić poezję Świrszczyńskiej, Białoszewskiego, a w dalszej perspektywie także Słowackiego (mistrza Białoszewskiego i przypuszczalnie nieobojętnego też Świrszczyńskiej, szczególnie przedwojennej) od Miłosza, to lekkość, nieco prowokacyjny, ale zwykle inteligentny w konsekwencji dowcip, w ogóle – wybór dowcipu, żartu jako środka do komunikowania tzw. „mądrych rzeczy” (i nieoczywistych). Trochę „ślizganie się”, „miganie (się)”, ironia, „taniec na błędach” (i puentach; oczywiście sokratejski). Miłosza formy są ciężkie, zasadnicze, a kiedy mówi dowcip, to zostaje z miną wyczekującą aplauzu, zamiast czmychnąć i podglądać reakcję z krzaków, zza kulis. Miłosz nawet o wątpliwościach mówi tonem pozbawionym wątpliwości, narzucającym się, wymagającym uznania, przy czym – zwykle uznania własnej „mniejszości”. Dlaczego więc jednak „kupił” Białoszewskiego i Świrszczyńską, a nigdy nie docenił ironisty Słowackiego? Myślę, że względów jest parę. Pierwszy to osobisty mit romantyczny Miłosza, który chciał być spadkobiercą Mickiewicza; podjął więc romantyczne i modernistyczne dyskusje nad tym, kto większy. Tu też działał pewnie „maskulinistyczny” mechanizm rywalizacji i hierarchizacji („ktoś musi być większy, a do tego potrzebny jest ktoś umniejszony”). Po drugie jednak, myślę, odpychało go od Słowackiego… podobieństwo. Lęk przed wskazaniem na nie. W czym mistyczny Słowacki gorszy od Blake’a? Dlaczego Słowackiego zainteresowanie duchowością, gnozą, ma być gorsze od Miłoszowego? Trzecia wreszcie sprawa – myślę, że przy współczesnym imporcie studiów genderowych hipoteza taka nie powinna być przyjęta jako nadmiernie skandaliczna – uważam, że w stosunek Miłosza do Słowackiego wpisany jest męski „lęk przed ciotą”, mówiąc zupełnie współcześnie, albo delikatniej, „niemęskością”. Męski Mickiewicz z całą pewnością był „bezpieczniejszy”. Zmierzam ku temu, że Miłoszowi bardzo zależało na kreowaniu aury „męskości” (rozumianej jako „ciężkość”, „zasadniczość”, „przekonanie o swojej racji” itp.), jaką konstruował mniej więcej w ramach kultury, w której się wychował i żył, czyli przez polaryzację, odsuwanie (lękowe) tego, co „kobiece” (w kobiecie i mężczyźnie). Myślę dalej, że Białoszewski (nie Iwaszkiewicz, nie Andrzejewski, bo mówię tu cały czas o kwestiach „literackości”, a więc i „homoliterackości” oraz „feminoliterackości”) pozwalał Miłoszowi przezwyciężać ów „lęk przed ciotą” (poetycką), podobnie jak Świrszczyńska „lęk przed babą” (poetycką). Zapewne to „oswojeniu” ze Świrszczyńską zawdzięczamy Miłoszową próbę żartu w Uczciwym opisaniu samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis z To (owo Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy młodości).

Krótko mówiąc, bliższy jest mi inny model poezji niż Miłoszowy – i nie tylko w swoim pokoleniu nie jestem w tym odosobniony. W trakcie studiów uczęszczałem na wykład profesora Balbusa (o którym sam Miłosz zresztą mawiał, że jest jedyną osobą w Polsce, z którą może porozmawiać o wersyfikacji) głównie o Miłoszu, na seminarium magisterskie w znacznej mierze poświęcone Miłoszowi, a na studiach doktoranckich na roczny wykład o Miłoszu. I gdy skojarzenie potoczne podsuwa myśl o „komentarzu, który zabija piękno oryginału”, to moje doświadczenie było dokładnie odwrotne (o czym zresztą powiedziałem profesorowi, gdy pytał) – siedzę, słucham, myślę: „ten Miłosz jednak potrafi być ciekawy”. Na fali tego docenienia wracam do domu, biorę Miłosza w dłoń i… Miłosz‑bez‑Balbusa prawdziwie zadziałał na mnie raz: późnym wierszem Na cześć księdza Baki. Nie tylko dlatego, że uwielbiam Bakę. Wbrew temu, czego nauczał Balbus, że Miłosz jest mistrzem stylizacji (jeśli tak, to tym bardziej winien kochać Słowackiego…?), mnie zawsze jednak drażniło ewidentne „wyłażenie Miłosza” z tych wierszy (porównajmy choćby Rozmowy na Wielkanoc 1620 roku, gdzie też pojawia się motyw „muchy”). W tym przypadku mamy zgrabne połączenie Bakowskiej lekkości z horrorem metafizycznym – z rejestru raczej niskiego. Ale i tu „wyłazi Miłosz”, rzecz w tym, że – po prostu – jak na mój gust, udatnie: u Baki przecie nie ma „otchłani”. Powiadano, aby zdyskredytować Bakę, na przykład w XIX wieku: „Baka‑kaka”. U Miłosza „otchłań”, mało Pascalowska, mało romantyczna (Byronowska), mało modernistyczna, może jest „łajnem”. Ale ponieważ „otchłań” jest jakimś (jak u Leśmiana, później też u Szymborskiej) „minus‑bytem”, lustrzanym odbiciem in minus, znaczy to, że choć ciągnie nas do owego „łajna”, nie wiedzieć czemu, to tu może jednak go nie ma (jest „łajno in plus” – nawóz?, pokarm?), dlatego warto odprawić swoje figle. Jak obrządek. I słyszę tu Słowackiego (z Poema Piasta Dantyszka), słyszę Białoszewskiego (z Tanga Kici Koci), i słyszę żarciki Świrszczyńskiej (Otchłań nie je, nie pije / I nie daje mleka; a Świrszczyńska: Środek też ma swój środek. / Chcę dojść do środka tego środka. / Środek tego środka / też ma swój środek), i słyszę Miłosza. I podobają mi się wszyscy jednogłośnie.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas