poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Miłosz od innej strony. Na marginesie korespondencji z Giedroyciem.
[„Jerzy Giedroyc – Czesław Miłosz, Listy 1952-1963”, oprac. Kornat Marek, Krawczyk Jacek, Czytelnik, Warszawa 2008] Dekada Literacka 2009, nr 4 (236)

Miłosz korespondował z Redaktorem „Kultury” przez pięćdziesiąt prawie lat i on tę korespondencję rozpoczął listem, na który nie oczekiwał odpowiedzi. Było to podziękowanie za zajęcie się jego osobą, za „przechowanie” go w siedzibie Redakcji w Maisons‑Laffitte, wówczas jeszcze w domu przy Avenue Corneille, za umożliwienie mu przetrwania w sytuacji bojkotu ze strony polskiej emigracji i wściekłych ataków ze strony czynników rządowych w kraju, ale i ataków kolegów literatów. Fale oburzenia wśród emigracji, głównie tzw. londyńskiej, wywołał ogłoszony w majowej „Kulturze” w 1951 roku artykuł Nie oraz odpowiedź na uwagi ogłoszone w pismach emigracyjnych opublikowane dwa numery później. Nie kajał się w nich, lecz tłumaczył trudną dla siebie decyzję zerwania z krajem z chwilą, gdy przekonał się, że zostając w Polsce, musiałby dostosować swą literaturę do wymagań socrealizmu. I tłumaczył się nie tyle wobec pisarzy na emigracji, co wobec kolegów pozostawionych w kraju: Jeżeli wolność ma polegać jedynie na zrozumieniu konieczności – podkreślał z mocą – to ja, nędzny robak, staję na drodze, którą ma przejść Historia w grzmocie czołgów i łopocie sztandarów, i nie obchodzi mnie, że będę nazywany niewolnikiem moich przesądów i odziedziczonych przyzwyczajeń. Ta znamienna wypowiedź stanie się mottem twórczości i działalności Miłosza.

Jerzy Giedroyc zorganizował podpisy pod zredagowanym razem z Józefem Czapskim Oświadczeniem, w którym pisarze z kręgu „Kultury”, m.in. Andrzej Bobkowski, Maria Czapska, Wacław Iwaniuk, Juliusz Mieroszewski, Wit Tarnawski, Melchior Wańkowicz, Stanisław Vincent, Zygmunt Zaremba i oczywiście Józef Czapski oraz Jerzy Giedroyc, zabierali głos w „sprawie Miłosza”. Nagonka na autora Ocalenia posłużyła autorom listu do ogólniejszej refleksji na temat nowych emigrantów, którzy opuszczając kraj, nie muszą się kajać „na wzór procesów moskiewskich”. Nie mamy również prawa – podkreślali – by się deklarował [nowy emigrant] po stronie jednego z licznych obozów politycznych na emigracji.

Wydany przez nieocenioną oficynę, dzięki której od zapomnienia ocalony został epistolarny dorobek Giedroycia, tom listów to dopiero pierwsza część zaplanowanej trzytomowej edycji, które dwaj luminarze naszej kultury pisywali do siebie, odkąd Miłosz opuścił dom w Maisons‑Laffitte aż do śmierci Redaktora (ostatni jego list nosi datę 22 czerwca 2000 roku; Giedroyc zmarł 14 września tego roku). Ale już ten tom, a może zwłaszcza ten tom, zawiera listy na tyle ważne i ciekawe, że na podstawie ich lektury można pokusić się o interpretację tego pasjonującego dialogu. A był to dialog niezwykle żywy, dynamicznie się rozwijający, niewolny od spięć i wzajemnych pretensji. Dialog na wiele tematów, ogólniejszej natury, ale i dotyczący spraw bardzo szczegółowych, czasem osobistych, czasem problemów finansowych, przede wszystkim jednak samej „Kultury”.


O „Kulturze”

Historia wskazuje pomału, że jest Pan jednak genialny – komplementował Giedroycia w jednym z pierwszym listów Miłosz. – Rzuciwszy okiem na „Kulturę” znalazłem tam nazwiska Straszewicza, Parnickiego. Tudzież Iwańskiej. Tak więc w ciągu ostatniego roku zgalwanizował Pan czy przygarnął Gombrowicza, Wittlina, Straszewicza, Parnickiego i Miłosza, Hertza, Iwańską, i kogo tam jeszcze. Moje serdeczne powinszowania.

Miłosz nigdy nie należał formalnie do zespołu redakcyjnego, co niejednokrotnie akcentował, z ukrytą chyba pretensją. Ale nie tylko recenzował kolejne numery pisma, szczerze i bez ogródek wytykając słabe punkty, szczególnie grafomańskie – jego zdaniem – wiersze, lecz także był wielokrotnie proszony przez Giedroycia o opinię na temat materiałów literackich nadsyłanych do „Kultury”. Najważniejszy jednak był twórczy wkład w redagowanie pisma. Miłosz tryskał pomysłami. Proponował numery tematyczne: numer żydowski – wydobyć z zapomnienia cały polsko‑żydowski nurt literatury, co miałoby znaczenie i historyczne, ale byłoby też twórczą prowokacją wymierzoną w kraj, gdzie jest to temat tabu, i przyniosłoby efekt zainteresowania „Kulturą” w środowisku żydowskim, głównie amerykańskim; o powstaniu warszawskim – od innej, nie wspominkowej strony, zwracając uwagę na utwory poetów, którzy zginęli; numer litewski – zresztą zrealizowany (nr 10 z 1955 roku), do którego był szczególnie przywiązany i który zawierał wiersze bez porównania lepsze niż polska poezja emigracyjna; numer poświęcony kulturze masowej – trudny w realizacji z uwagi na obfitość materiałów, o socjologicznym przeważnie charakterze itd.

To zdumiewające, że mając różne wizje „Kultury”, mogli tak znakomicie ze sobą współpracować i współdziałać. Od jakiegokolwiek celu doraźnego ważniejszy jest cel utrzymania w „Kulturze” wyspy, na której ludzie porozumiewają się, za jedyną broń mając rozum – tłumaczył Redaktorowi. Błogosławieństwem dla pisma kulturalnego, sądził Miłosz, jest literatura, bo mieści w sobie wszystko, powie wszystko swoim językiem. „Kultura” jego zdaniem powinna być przedsięwzięciem długodystansowym, jako ważna karta w dziejach polskiego piśmiennictwa, tymczasem Redaktor nie docenia tej siły swego pisma i szuka siły urojonej, pisał bez ogródek. Krytykował polityczne zapędy Giedroycia, który za dużo uwagi zwracał na bieżące sprawy w kraju, na personalne rozgrywki wśród elity władzy i w elitach emigracyjnych. Obaj interesowali się tym, co dzieje się w kraju, ale Miłoszowi chodziło przede wszystkim o współpracę emigracji z krajem w dziedzinie kultury, dlatego nonsensem były – według niego – deklaracje większości pisarzy emigracyjnych o niewydawaniu książek w Polsce. Zarzucał Giedroyciowi instrumentalne traktowanie literatury, która na łamach „Kultury” była marginalizowana albo też służyła za tło politycznych koncepcji. Pisał na przykład, że Redaktor zdradza tendencję do ciągnięcia „Kultury” na stronę pism politycznych, tymczasem ma ona znaczenie dlatego, że drukują w niej ludzie dobrzy literacko. I domagał się, żeby książki wydawane w Bibliotece Kultury były recenzowane.

Czy jednak zarzut upolitycznienia pisma nie był za daleko idący, jeżeli pamięta się, że nie gdzie indziej, jak na łamach „Kultury” oraz w Instytucie Literackim przywróceni zostali polskiej literaturze Gombrowicz i Miłosz. Z zarzutami tymi Giedroyc gwałtownie polemizował i tłumaczył trudności, jakie ma z redagowaniem pisma: Trochę mnie zaczynają irytować utyskiwania, że „przeginam” w stronę polityczną. Jasne, że polityka mnie najbardziej pasjonuje. Ale jeśli jest czasem dysproporcja, to dlatego, że brakuje materiałów. Nie mówmy o nowelach, które drukuję. W większości są to dokumenty socjologiczne czy ubeletryzowane wrażenia z kraju i dlatego dość celowo umieszczam je w odpowiednich działach. Ale skąd je brać? Trudno jechać samym Gombrowiczem, Stempowski jest mało wydajny. Trochę eksperymentuję, szukając nowych talentów, ale rezultaty nie są zbytnio pocieszające. Tak samo z recenzjami. Stale wszystkich proszę, z Panem na czele: dawajcie choćby noty na marginesie lektury. Głucha cisza albo eseje na 30 stron.

Zrekapitulujmy: Giedroyc chciał robić pismo żywe, reagujące na aktualne sprawy i problemy, coraz bardziej z myślą o czytelniku krajowym, jednocześnie zależało mu na prezentowaniu i charakterystyce (eseje, recenzje, noty, z czym miał stale problemy) najnowszych osiągnięć polskiej literatury, ale w kręgu jego zainteresowań leżała też historia literatury, namawiał na przykład Miłosza na szkice o polskiej poezji podziemnej oraz o literaturze dwudziestolecia międzywojennego. Starał się drukować pisarzy emigracyjnych, co realizował nie ze swej winy z różnym skutkiem, bo i poziom, szczególnie poezji emigracyjnej, był nie za wysoki. Ale na przykład na początku lat 50. drukował w odcinkach Leśnika Kuncewiczowej, ciepło zresztą przez Miłosza przyjętego. Starał się też publikować utwory pisarzy krajowych, które ze względów cenzuralnych nie mogły ukazać się w PRL‑u. Ideę druku literatury na łamach „Kultury” rozwinął w projekt wydawniczy. Stworzył Bibliotekę Kultury, pierwszym tomem Biblioteki był Trans‑Atlantyk; a dalej ukazały się tam kolejne książki Gombrowicza i większość utworów Miłosza, od Zniewolonego umysłu począwszy. Była więc Biblioteka literackim przedłużeniem pisma. Gdyby Giedroyc przyjął wizję Miłosza, to powstałaby pewnie emigracyjna mutacja „Twórczości”, a tego nie chciał. Był nie tylko bardziej niż Miłosz zanurzony w teraźniejszości, interesując się w związku z tym również doraźną publicystyką, ale także zdecydowanie większą uwagę przykładał do związków literatury z polityką, od czego odżegnywali się z kolei zarówno Miłosz, jak i Gombrowicz; obaj odmawiali Giedroyciowi komentowania spraw bieżących.

Znamienna jest wymiana zdań na temat pomysłu Giedroycia, by w rocznicę śmierci Stalina zredagować „stalinowski” numer, bez propagandy, jak podkreślał w liście do Miłosza z dnia 15 stycznia 1963 roku, ale taki, który mógłby wywołać echa nie tylko w bloku, ale w prasie światowej. Miłosz był sceptycznie nastawiony do tego pomysłu. Pisał: Chodzi mi o to, żeby goniąc jeden wielki cel, nie zaprzepaścić celów, które wyglądają na drobniejsze, ale może są bardziej ważne, bo możliwe do osiągnięcia. „Kultura” przekształcona w wielką centralę wydawnictw antyrosyjskich, bo do tego prawda o ustroju się sprowadza, zwichnęłaby całkowicie swoją chwiejną równowagę pomiędzy literaturą a polityką, stale zresztą przesuwaną ku polityce. Giedroyc tłumaczył: Nie chcę naruszać równowagi pomiędzy polityką a literaturą ani stawać się centrum wydawnictw antyrosyjskich. Ale przekleństwem naszego kraju jest to, że istniejemy jedynie jako ośrodek większych możliwości. […] Nie jest tak źle z opiniami krajowymi o naszej robocie. Ma się rozumieć, pomijając Schaffa czy Iwaszkiewicza. Bardziej dla mnie znamiennym jest reakcja Dąbrowskiej czy stosunek Krzywego Koła […]. Ciągle mi się wydaje, że na dłuższą metę to jest jedynie słuszna polityka. Numer został wydany, ale bez udziału Miłosza.

Polityk‑Giedroyc interesował się jednak żywo twórczością Miłosza. Jest w listach wiele dowodów na to, że wiernie mu sekundował w twórczych zmaganiach, a autor Rodzinnej Europy nie tylko mu sprawozdawał z postępów twórczej pracy, ale także prosił na przykład o radę w sprawie tytułów książek.


O sobie

Jest wiele rzeczy, do których chciałbym zaprząc swoje pióro. Żebym przynajmniej wiedział, co jest warte to, co robię. Storm Jameson bardzo mnie podpierała swoimi listami – napisała mi, że Captive Mind czytała z wypiekami z mężem, wydzierając sobie nawzajem kartki – no i wydawcy rzucili się na to jak diabły na grzeszną duszę… I jeszcze: Dzisiaj dowiedziałem się rzeczy, która jest mi przyjemna, i jak sadzę, będzie i Panu. Mianowicie Jaspers jest dość przejęty Zniewolonym umysłem, który dostał po niemiecku w maszynopisie. Mówi, że sehr ergriffen, i napisał długą przedmowę, która pewnie stworzy dla książki dobra sytuację na rynku niemieckim, bo tam przecie to nazwisko dużo znaczy. […] Także dostałem wiadomość od Knopfa, że książka została umieszczona przez Book of the Month Club na liście książek poleconych […]. Myślę jednak, że najbardziej Pan cieszyć się będzie z przedmowy Jaspersa, bo wbrew spodziewaniu Miłosz, który nie umie ani słowa po niemiecku, staje się czynnikiem polsko‑niemieckiego zbliżenia.

Giedroyc bardzo się zapalił do wydania Zniewolonego umysłu i poganiał Miłosza w przysłaniu maszynopisu. Tym bardziej że nadarzała się okazja przesłania większej ilości druków do Polski, a książka Miłosza stanowiłaby pozycję najwartościowszą i niezwykle aktualną. Jak słusznie przewidywał Miłosz, ucieszyła też Redaktora wiadomość o przedmowie Jaspersa. Chciał ją drukować w „Kulturze”. Bardzo się ucieszyłem wiadomościami – pisał w styczniu 1953 roku. – To są niewątpliwie sukcesy. Przedmowa Jaspersa „postawi” niewątpliwie książkę w Niemczech i mam nadzieję, że wydawca to inteligentnie wykorzysta. Nie sądzi Pan, że ta przedmowa mogłaby być wykorzystana również w ewentualnym wydaniu francuskim? We Francji Jaspers też jest dużym nazwiskiem. Jeśli przedmowa by pasowała, tzn. nie była przeznaczona dla publiczności niemieckiej jedynie, to chętnie bym ją wydrukował w „Kulturze”, jeśli to by Panu dogadzało. Czy zalecenie przez Book of the Month wpłynie na przyspieszenie wydania amerykańskiego?

Z niecierpliwością czekał także na maszynopis Doliny Issy. Prosił Miłosza o przesyłanie mu w częściach w miarę przepisywania. Miłosz skarżył się, że pisanie tej powieści sprawia mu dużo trudności, że ucieka od pracy nad nią w inne zajęcia literackie. Równie entuzjastycznie przyjął Giedroyc Rodzinną Europę. I przekazywał mu z radością opinie innych o tym dziele: Parę odgłosów na temat Rodzinnej Europy. Olgierd Terlecki z Krakowa pisze „jubileuszowy tom biblioteki po prostu znakomity [Rodzinna Europa była wydana jako 50. tom Biblioteki Kultury]. Powszechna tu opinia. Proszę wybaczyć, że to trochę w tonie, jak czytelnicy do jednego tygodnika”. Berlstein: „Rodzinna Europa świetna!!! Delektuję się. Wydaje mi się, że to jedna z najlepszych rzeczy tego rodzaju. Doskonały obraz epoki i… klucz do Miłosza. Pisana con amore i lżej niż niektóre inne jego rzeczy prozą. Dotrze to do szerokich kół”.

Z radością witał też Giedroyc każdy nowy wiersz Miłosza. Na krytyczne uwagi, że na łamach „Kultury” ukazują się wiersze o nie najwyższych lotach poetyckich, odpowiadał niezmiennie: Najlepszym wyjściem byłoby drukowanie wierszy Czesława Miłosza i marzę o tym… Miłosz był autorem około czterystu artykułów drukowanych na łamach „Kultury”, mimo to zwierzał się czasem Giedroyciowi, że o wielu kwestiach, nie tylko osobistych, łatwiej mu pisać w listach niż w artykułach. A o osobistych, rodzinnych sprawach pisał do Giedroycia nierzadko. Szczególnie w długich, szczegółowych, zawierających bardzo smakowite opisy przyrody amerykańskiej listach z Berkeley. Nie mogę sobie odmówić przytoczenia jednego z bardziej malowniczych opisów krajobrazu. Co prawda Miłosz zaznaczał, że gdyby zaczął się rozpisywać w listach o swoich wrażeniach z pobytu w Ameryce, to dowodziłoby, że pisarzem być przestałem, ale ulegając namowom Giedroycia i Zygmunta Hertza, z którym się bardzo lubili, opisywał: Więc Berkeley rozciąga się, jak to mówią, od górek zarośniętych częściowo iglastym lasem (eukaliptusy, różne gatunki tutejszych sosen, cedry, modrzewie), częściowo rudych od spalonej trawy (opady tu minimalne, stąd rola polewania trawników etc.) w dół do zatoki morskiej. Centrum miasta to tzw. campus uniwersytetu, wielkości Krakowa, rodzaj dziwu gmachów, ścieżek między drzewami, trawników itd. Campus jest zbudowany na zboczu, dlatego gmachy uniwersyteckie są zupełnym labiryntem […]. Wszystko białe, w zieleni drzew. Niebo zawsze niebieskie. Bez chmur, zachody słońca, jakich nigdzie nie widziałem. Przezroczystość podpływająca intensywną czerwienią, coś, skądś, z jakichś opisów czy opowiadań przypominam sobie, że takie bywają we wschodniej Syberii i w Japonii. Giedroyc marzył, że doczeka się od Miłosza Dziennika amerykańskiego. Dziennika się nie doczekał, ale mógł jeszcze przeczytać Widzenia nad Zatoką San Francisco.


O innych

Sporo miejsca w listach zajmują opinie Miłosza o literackich walorach nie tylko utworów drukowanych w „Kulturze” lub do redakcji nadsyłanych, o co prosił Giedroyc, ale również o twórczości polskich przeważnie poetów, rzadziej pisarzy. Z poetów emigracyjnych cenił Czaykowskiego, Czuchnowskiego i Łobodowskiego, chociaż tego drugiego raczej jako tłumacza; cenił też Iwaniuka. O reszcie wyrażał się zdecydowanie krytycznie, podobnie jak o młodych poetach krajowych, z wyjątkiem Białoszewskiego (entuzjastycznie powitał jego debiut, recenzując dla „Kultury” Obroty rzeczy), Herberta, Grochowiaka i Harasymowicza (chwalił niektóre z jego wierszy): Jakkolwiek nie jestem zwolennikiem poezji tradycjonalnej – pisał dobitnie w liście z czerwca 1958 roku – uważam awangardowość pospolitego ruszenia w Polsce i na emigracji za okropną bzdurę, która całkowicie poniża poezję w oczach czytelnika. […] Ci biedni młodzi poeci londyńscy są myślowo zupełnie zdezorientowani, stoją niżej intelektualnie, pomimo wszystko, niż młodzież w kraju, która przy całej swojej niewiedzy ma dużą finezję umysłową.

Bardzo się niepokoił o losy Hłaski, i był w tym niepokoju akcent osobisty, przewidywał też, jakże słusznie, życiowe perypetie oraz obniżenie jego lotów pisarskich: Niepokoję się o tego nieszczęsnego chłopca – zwierzał się Giedroyciowi w liście z listopada 1958 roku.  – Wieści docierające o nim okólnie są złe i obawiam się, żeby nie zrobił jakiegoś głupstwa, na przykład wracając do Warszawy (co jeszcze byłoby nie tak straszne) albo popełniając samobójstwo – nie z powodu odmowy wizy oczywiście, ale z ogólnej depresji. Giedroyc niepokój ten podzielał, niemniej nie posłuchał rady Miłosza, aby nie odcinać mu możliwości powrotu do kraju i nie przyznawać nagrody „Kultury”, lecz starać mu się to jakoś inaczej zrekompensować finansowo. Hłasko nagrodę dostał w grudniu 1958 roku.

Miłosz nie podjął propozycji Redaktora, by napisać o Pasternaku po otrzymaniu przez niego Nobla. Sądził, że poezja rosyjska, w przeciwieństwie do prozy, jest w tyle za polską poezją, a Pasternak plasuje się gdzieś pomiędzy Tuwimem a Iwaszkiewiczem, w poetyce nie wyszedł poza Skamandra. Jest to poezja człowieka spętanego, nie tyle przez cenzurę, ile zastygnięcie literatury w jednym punkcie – odpowiadał Giedroyciowi na propozycję tłumaczenia Doktora Żiwago. – O ile w prozie ma do czego nawiązać w rosyjskim wieku XIX, to w poezji nie. W pewnym sensie jest z tym tak, jak z niektórymi utworami odwilżowymi w Polsce, które wstrząsnęły, ale tylko czytelników na miejscu – coś jak Na wsi wesele Dąbrowskiej.

À propos Dąbrowskiej – Giedroyc bardzo cenił ją samą za mądry dystans do politycznej rzeczywistości oraz jej twórczość. Miłosz twórczością zachwycony nie był, ale zgodził się napisać o niej z okazji jubileuszu. Natomiast obaj zgadzali się co do walorów literackich dwóch tajemniczych prozaików ze Związku Radzieckiego, którzy okazali się Jurijem Danielem i Andriejem Siniawskim, występującymi pod pseudonimami Nikołaja Arżaka i Abrahama Terca. Represjonowani w kraju, dostarczali sobie tylko wiadomymi drogami utwory do „Kultury”.

Zgadzali się też w sprawie politycznej, ale i kulturotwórczej roli rewizjonizmu, również polskiego. Jednak Miłosz w przeciwieństwie do Giedroycia uważał, że w roku 1959 ruch październikowy był już martwy, choć na pewno ożywczo wpłynął na sztukę, literaturę, nauki społeczne, ale to, co było kiedyś twórcze, uległo przemianie, i tamtego momentu nic już nie wskrzesi. Pisał to w odpowiedzi na pomysł Redaktora, aby przygotować antologię tekstów drukowanych w Polsce w latach 1956 i 1957. Po dwóch latach Giedroyc pośrednio przyznał Miłoszowi rację, choć przeniósł problem bardziej na płaszczyznę intelektualną, fermentu myślowego, a nie literackiego: Myślę, że ewentualna nowa fala „październikowa” tym razem będzie się składać ze starych komunistów […] i najmłodsze pokolenie, którego dość reprezentacyjnym typem jest Walicki. Chłopcy doskonale wykształceni, z nalotem naukowości, pozornie niezajmujący się polityką, ale potencjalnie bardzo dynamiczny element. Trudno ich wyszukać, bo albo nie piszą, albo piszą mało i to w prasie „specjalistycznej”. To mnie w tej chwili najbardziej pasjonuje i chcę ich jakoś związać między sobą za pośrednictwem „Kultury”.

Giedroyc miał bliskie i żywe kontakty z Klubem Krzywego Koła, głównie dzięki korespondencji z Janem Józefem Lipskim, o czym często raportował Miłoszowi. Włączanie się w te sprawy dawało – zdaniem Giedroycia – siłę „Kulturze”.


O Brzozowskim

Pracuję teraz nad Brzozowskim. W tym, 1961 roku, upływa 50. rocznica jego śmierci i trzeba zrobić zasadniczy bum. […] Już prawie wszystko przeczytałem. I chcę napisać zasadnicze studium o tym skandalu, jakim jest wielki pisarz, nieprzyjęty z mnóstwa kolejno działających przyczyn. To była płaszczyzna, na której Miłosz i Giedroyc spotykali się i zajmowali absolutnie jednakowe stanowisko, ceniąc wysoko autora Idei jako pisarza przede wszystkim, ale i głębokiego, nietuzinkowego myśliciela. Giedroyc był „brzozowszczykiem” od dawna, od czasu młodości, Miłosz w pełni docenił twórczość i postawę moralną Brzozowskiego w trakcie pracy nad świetnym Człowiekiem wśród skorpionów, który to tytuł bardzo się Giedroyciowi spodobał. Autor Rodzinnej Europy był przeświadczony o wpływie Brzozowskiego na swoją twórczość i swój sposób myślenia. Obaj uważali Brzozowskiego za pierwszego polskiego rewizjonistę, obaj też dużą wagę przywiązywali do koncepcji filozofii pracy. Sam Brzozowski traktował swą działalność z niezwykłą powagą. Najwyższą przecież wartością była dla niego praca – również jego własna praca intelektualna nad kształtowaniem swego systemu filozoficznego, i takiego stosunku dla własnej oraz cudzej pracy wymagał od innych. Giedroyciowi i Miłoszowi bliskie było przekonanie o heroizmie pracy, zwłaszcza intelektualnej.

Ponieważ nie było dzieł zebranych autora Legendy Młodej Polski, przed wojną ukazały się tylko cztery tomy, z zaplanowanych kilkunastu, pod redakcją Artura Górskiego i Stefana Kołaczkowskiego, Giedroyc myślał o zredagowaniu wyboru jego pism, i usilnie namawiał do tego Miłosza, wyobrażając sobie, że studium, nad którym pracował, stanowiłoby obszerne wprowadzenie do tego wyboru. Miłosz jednak bronił się przed tym pomysłem i tak to argumentował: 1) Pisałem,
nie myśląc o antologii. Część środkowa pt. Filozofia Brzozowskiego nie jest niczym innym, jak antologią fragmentów filozoficznych, tak uszeregowanych, żeby czytelnik mógł się zorientować w głównych założeniach Brzozowskiego. […]
2) Co z Brzozowskiego można by było zmieścić na 200 stronach, jak Pan proponuje? Poszczególne eseje z Idei, Głosów wśród nocy i Legendy Młodej Polski? Traktat o Dostojewskim i Towiańskim […]? Owszem, ale eseje są długie i kilka z nich wypełniłoby te 200 stron, z krzywdą dla innych. Taki wybór nie mógłby być dobrze zbilansowany. Ciąć i dawać kawałki szkiców? To właśnie zrobiłem w samym moim studium i byłoby to powtórzenie. […]
3) […] Moje studium apeluje o przywrócenie Brzozowskiemu miejsca, jakie mu się należy w polskiej literaturze, i myślę, że nie jest podobne do tych wielu prób, jakie zrobiono, żeby go na sztandar polityczny wywindować.

Giedroyc po zapoznaniu się z pracą Miłosza uznał jego argumenty. Zaczął kompletować do biblioteki w Instytucie wszystkie dzieła Brzozowskiego, ale na wydanie
ich nie miał środków.

Na koniec tych rozważań warto powiedzieć, że Miłosz zwrócił uwagę na zadziwiające pokrewieństwo filozofii Brzozowskiego i religijnej postawy wobec historii w Doktorze Żiwago. Bo Brzozowski – podkreślał Miłosz – był pisarzem optymizmu, prometeizmu, upojenia odkryciem, że człowiek ma historię.

*

W tym krótkim omówieniu pasjonujących w lekturze listów poruszyłem tylko kilka wątków tematycznych. Nie rozwinąłem sprawy dość kluczowej dla korespondencji Giedroycia i Miłosza, tj. stosunku do postaw nacjonalistycznych i do ludowego przejawu katolicyzmu, dominującego ich zdaniem w Polsce. Jeżeli Miłosz pisał w Rodzinnej Europie, że moje uczulenie na wszystko, co ma zapach „narodowy”, i rodzaj fizycznego wstrętu do ludzi wydzielających ten zapach zaważyły silnie na moich losach, to pod tym stwierdzeniem mógł się podpisać też Giedroyc. Obaj bowiem mieli obsesję na tym punkcie. Pominąłem też problemy finansowe, o których często wspominał Giedroyc i nierzadko prosił Miłosza o pomoc w kontaktach z potencjalnymi sponsorami, żeby użyć współczesnego nazewnictwa. Pominąłem też istotną sprawę opieki, jaką roztaczał Giedroyc nad osobami, z którymi los obszedł się okrutnie. Czasem byli to ludzie, którzy w przeszłości szkodzili Giedroyciowi, jak na przykład profesor Stanisław Kot. Pan jest aniołem – pisał Miłosz, reagując na te przejawy Giedroyciowego zainteresowania dla materialnego położenia swych niedawnych przeciwników politycznych.

Trudno wszystko ciągnąć samemu bez żadnej pomocy, nawet technicznej – skarżył się Giedroyc i zasypywał Miłosza rozmaitymi prośbami, nie tylko redakcyjnej natury. Ciągle Pana zawalam „zamówieniami społecznymi” i to musi Pana mocno irytować. Ale to już odwieczny polski problem. Nie ma ludzi. Dziś właściwie my tylko zostaliśmy na placu i próbujemy coś robić. Jest jednak coraz ciężej – pisał w liście z lutego 1961 roku! A przecież korespondowali jeszcze lat kilkadziesiąt i wspierali się, jak mogli. Miłosza nie irytowały liczne prośby i zamówienia, liczne zlecenia, irytowało tylko to, że nie zawsze Giedroyc słuchał jego rad, że pytał, a i tak robił po swojemu, że zgłaszał mu pomysły, które okazywały się już decyzjami.

Pierwszy tom listów został opatrzony obszernym i bardzo wnikliwym wstępem Marka Kornata oraz pracowicie przygotowanymi przypisami jego autorstwa. Co prawda, niektóre wydają się zbyt oczywiste, ale trudno z góry wiedzieć, na jakiego się czytelnika trafi. Sądzę, że przyszli biografowie, bo może będzie ich jeszcze trochę, mimo że niestety fala zainteresowania Miłoszem, a i Giedroyciem również znacznie opadła – chociaż książka Magdaleny Grochowskiej, o której też na tych łamach piszę, nastraja bardziej optymistycznie – nie będą mogli nie uwzględnić w swoich rozważaniach tej bogatej i niezwykle ważnej korespondencji.


Bogdan Rogatko
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas