poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Dzieci i wnuki Miłosza
Dekada Literacka 2009, nr 4 (236)

1. Sprzeczne głosy

Nie mogę obcować z moim pokoleniem, bo to są nieżywi albo ledwo żywi1 – powiedział Czesław Miłosz w roku 1993. Było to dla poety doznanie tak silne (choć niekoniecznie tylko i wyłącznie dotkliwe), że nie wahał się nazwać go sytuacją, określając tym słowem nowy status intelektualny, jaki stał się jego udziałem po powrocie do Polski. Najbardziej aktywnymi partnerami poety zostali w tych latach ludzie mniej więcej pięćdziesięcioletni2, z nimi najchętniej i najczęściej rozmawiał, on ich kształtował, ale również oni kształtowali jego. Niektórzy z nich pisali o nim książki, uważając go za swojego mistrza. Zaczęło się to przed mniej więcej dwudziestoma pięcioma laty, gdy poeta nie był jeszcze starcem. Metrykalni „wnukowie” poety natomiast już nie stykali się z nim fizycznie bądź towarzysko, ale to oni właśnie rozpoczęli – posłużmy się tutaj niemodnym i starym określeniem – „proces likwidacyjny”3. Nie wszyscy, rzecz jasna, i nie z tych samych powodów. Proces ten trwa, formułuje się różne projekty wyroków, aczkolwiek nie wiadomo bliżej, jaka instancja ów wyrok miałaby zatwierdzać. Przeciąga się on w czasie i być może to czas właśnie ostatecznie ów wyrok zatwierdzi – bądź anuluje.

Przypomnieć warto, iż poeta już wcześniej zdawał sobie ostro sprawę z faktu, iż tworzenie podobnych sytuacji intelektualnych jest co najmniej obosieczne: twórca bowiem nie tylko zabiega o audytorium, rozmówcę, partnera dialogu; kieruje nim drugi, równie silny impuls, czyli poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o własną tożsamość. W Ziemi Ulro czytamy: Mówić do ludzi, obcować z ludźmi, wpływać na nich i ich wpływowi ulegać […], co prawda obierając dwudziestolatków za swoich partnerów, popadałem w ciągłe zwątpienie, bo licho wie, ile z naszych słów natrafia na wrodzoną tępotę czy brak przygotowania4. Nowa, polska, a nie amerykańska sytuacja, zdawała się chronić przed tymi lękami. Nie chroniła jednak przed szkodliwym dla życia idei upływem czasu, a także stwarzała specyficzne limity, związane z wiekiem interlokutorów. Co w dalszym ciągu się okaże.
W książce wydanej u schyłku roku 2007 Piotr Śliwiński mówi: Kiedy umarł, jeden z młodych poetów mówił w radiu, że skończyła się nie tylko epoka wielkości, ale i czas supremacji, uciążliwego władztwa, jakie Miłosz sprawował nad polską literaturą, że teraz nareszcie rozwiążą się języki…5.

Justyna Sobolewska, krytyk literacki, pisze: W latach 90. Czesław Miłosz stał się nietykalną personą, mędrcem i instytucją, co na życie poetyckie miało wpływ blokujący: inne języki poetyckie były marginalizowane jako hermetyczne i niezrozumiałe6.
Jest to zdanie wymowne, bo jego autorka dotyka w nim mimochodem pewnej kwestii ogólniejszej: takiej mianowicie, iż dla jej pokolenia (bo pisze zapewne nie tylko we własnym, ale również pokoleniowym imieniu, choćby czyniła to bez wyrachowania) bycie personą i mędrcem to kwalifikacja zdecydowanie negatywna. I kto właściwie marginalizował te inne języki: nie sposób bowiem mówić o formach przymusu dokonującego się tylko dlatego, że żyje i pisze poeta wyrazistego języka? Jaki wpływ na tę sytuację miał naprawdę sam Czesław Miłosz, a w jakim stopniu sytuacja ów stan zbudowała? Mówiąc o sytuacji, myślę przede wszystkim o przemianach formacyjno‑kulturowych, nie chcę się bowiem zbliżać do nieuchronnie pojawiającego się na horyzoncie problemu „salonu” ani przypominać inwektyw związanych z jego demonizowanym istnieniem7. Może uda się opisać ten układ inaczej.

Chociaż… Układ mistrz – uczeń nie może trwać w nieskończoność i tyleż szczęściem co nieszczęściem poety było jego długie życie. W pewnym momencie zarówno język liryczny, jak dyskurs eseistyczny, które uprawiał i w znacznej przecież mierze odnowił, zaczęły nabierać cech literackiej historyczności i przestały inspirować młodszych twórców (nie wszystkich oczywiście8). Nieustająca jednakowoż aktywność i ruchliwość umysłowa Miłosza, jego wola współuczestnictwa zarówno w literaturze, jak w życiu społecznym i politycznym, a także, do pewnego stopnia, niezmienność jego zasadniczych poglądów, spowodowały, iż zaczął przemieniać się w oczach młodszych, inaczej umysłowo nastrojonych, w twierdzę, której nie warto zdobywać, skoro w pobliżu znajdują się pola otwartych walk, gdzie każda broń jest dozwolona. Miłosz zaczął tym samym tracić ludzkie cechy.

Zatem… Choć mówi się tutaj o literaturze, a także o formach ekspresji idei, które w niej można wyróżnić i opisać, o rozmyślaniach poety o świecie, który go otacza, nie da się uniknąć dotknięcia polityki. Stary Miłosz znalazł się, nie mając już na to bezpośredniego wpływu, w orbicie ostrych sporów, stając się argumentem negatywnym – co zależało od kontekstu – w rozgrywce młodej, średniej i starej inteligencji.
[…] piękne exemplum rozwiniętej endekofobii z najwyższej intelektualnej półki stanowi Czesław Miłosz – pisze Rafał Ziemkiewicz9. Warto zauważyć, iż zdanie to (prawdziwe, bo Miłosz konsekwentnie przestrzegał przed współczesnym odradzaniem się endecji, której żywiołowo nie znosił) jest motywowane nie tylko merytorycznie, ale także – co ciekawe – rodzinnie. Podobnie zatem jak motywowana była w znacznej mierze „endekofobia” Miłosza. Bowiem parę zdań poniżej Ziemkiewicz wyznaje: Ale nie odpuszczę. Mój dziadek, Stanisław Ziemkiewicz, był działaczem Stronnictwa Narodowego. Nigdy w życiu nie zrobił niczego, za co musiałbym się dzisiaj wstydzić. […] Mój stryj, Kazimierz Ziemkiewicz, całe życie oddał stowarzyszeniu PAX, w którym pełnił różne funkcje, mało eksponowane, ale wymagające mrówczej codziennej pracy10.

Czym zawstydzałby zatem swojego prawicowego wnuka (gdyby okazał się nim Ziemkiewicz) Czesław Miłosz? Zapewne przynależnością do takiej Familii (określenie Ziemkiewicza), której zasad wnuk nie akceptuje, ceniąc jednocześnie konieczność istnienia wybranej intelektualnej rodziny. Ale nade wszystko tej, do której sam należy. To rodzina wierna zasadom „swojszczyzny”, głęboko pozytywistyczna (mrówcza codzienna praca…), bogobojna i niewadząca nikomu.

Drugą, gorszą Familię tworzą najgłośniejsze nazwiska byłej opozycji – Michnik, Kuroń, Geremek […]. Wspierają je uznani twórcy kultury – reżyser Wajda, noblista Miłosz, filozof Kołakowski, naukowcy. Wspiera je z emigracji Jerzy Giedroyc, a z Zachodu tamtejsze salony polityczne i intelektualne. Wielu wspiera z pewnymi zastrzeżeniami, ale Familia bez trudu przedstawia sprawę tak, że przeciętny obywatel o tych zastrzeżeniach nic nie wie11.

Czegóż niestosownego (z punktu widzenia cytowanego wyżej felietonisty) doświadczył w rodzinie – swojej własnej, naturalnej oraz intelektualnej – Czesław Miłosz? Odebrał przecież wychowanie katolickie, którego nigdy się nie wyrzekł, przeciwnie, widział w nim jedną z najważniejszych stałych dominant swojego światopoglądu. Formy religijności XX stulecia zaprzątały go do końca życia. Wzrastał jako dziecko w niewielkim kresowym dworze, zaś jego edukacja szkolna miała wszelkie cechy wychowania wedle pozytywistycznych reguł.

Jeśli więc mowa o „fobii” związanej z endecją, nie tyle należałoby ją potępiać, ile przyjąć pewną niewielką myślową poprawkę, nieznaczną, powtarzam, ale wymowną. Taką mianowicie, iż publicysta ocenia przymierze swojej własnej rodziny z endecją z perspektywy rodzinnej opowieści, którą bez zastrzeżeń akceptuje. Czasy tej opowieści są dla niego popartą faktami fabułą, której jednak sam nigdy nie przeżył, bo przeżyć jej nie mógł. Miłoszowa „fobia” wspiera się, jakkolwiek byśmy ją oceniali, na doświadczeniu życia w tamtych czasach, z wszystkimi konsekwencjami, jakie towarzyszą kształtowaniu umysłowości, kiedy jedne fakty życia społecznego i politycznego są przez nią silniej, inne słabiej przeżywane. Następstwa tego mało skomplikowanego stanu rzeczy mogą okazać się długotrwałe i niezmienne. Nie próbuję tutaj tłumaczyć wyborów Miłosza, próbuję tylko przypomnieć, iż obce mu było „partyjnictwo” (nieobce na przykład Gałczyńskiemu), iż nie był osobowością polityczną, zaś określone predyspozycje jego „młodego umysłu” miały pozostać niezmienne aż do późnej starości. Istotną rolę odegrała w dochodzeniu do światopoglądowych „niezmienników” pamięć świadka czasów oraz intensywność tamtych przeżyć. Choć epoka młodości Miłosza odznaczała się szybkim życiem i ominął ją komfort długiego trwania, zdążyła ukształtować lub przenieść z przeszłości i zaadaptować dla potrzeb nowych czasów zbiór imponderabiliów.

Podobnego doświadczenia mieć nie może, co zrozumiałe, ba, nawet usprawiedliwione, pokolenie wnuków. I dlatego stosowne wydają się tylko takie dyskusje z poglądami Miłosza, które biorą za punkt wyjścia spotkania na terenie książkowym, jego interpretacje roli literatury w polskich ideowych kontekstach, a nie sprawdzanie, w jakim mianowicie bywał on salonie bądź kogo w swoim domowym salonie przyjmował.

I o tym właśnie – o Miłoszu w książkach, wobec książek, w pokoleniach, wobec pokoleń – będzie się tutaj mówiło. Inaczej się obecnie te książki czyta, dlatego jeszcze raz, z perspektywy życia zamkniętego, podejmujemy tę lekturę.

We wspomnianych już wywiadach poeta powiedział, iż jednym z jego wielkich osiągnięć duchowych był fakt, iż nigdy nie uległ dezintegracji. Miał na myśli przede wszystkim swój okres paryski, kiedy to „lewy brzeg” dyktował warunki dyskusji intelektualnych i weryfikował oceny współczesności; czasy, kiedy dyktatorem był Sartre i jego formacja. Właśnie – dyktatorem. To działo się w latach 50. i 60. XX wieku i tego świata Miłosz – już mieszkaniec Paryża – nie umiał i nie chciał zaakceptować.

U schyłku XX stulecia formacja Sartre’a wróciła co prawda (częściowo) do łask, ale trzeba było na to pół wieku doświadczenia. Łaski zaś korzystają z dobrodziejstwa dystansu, który był niezbędny, aby młody autor Mdłości okazał się tą samą – lub prawie tą samą osobą, co autor Dróg wolności i Przy drzwiach zamkniętych, a przede wszystkim znakomitych autobiograficznych Słów.

2. Powróćmy zatem do dzieci

Powiedzieć trzeba, że ich, czyli dzieci, lektura została wytyczona przez tych wybitnych krytyków starszej generacji, którzy nigdy nie podawali w wątpliwość, iż Miłosz stał się dla polskiej literatury XX‑wiecznej jej Monsalwatem, jej świętą górą, dominującą nad krajobrazem modernizmu i postmodernizmu. Tyle przecież miał na myśli Jan Błoński, tytułując swoją książkę Miłosz jak świat, podobnie sądził Andrzej Kijowski, zaś pamiętając o tym, można zrozumieć pretensję Sobolewskiej: tak, Miłosz był przeszkodą zasłaniającą inne horyzonty. Musiał stać się w jakimś momencie przeszkodą.
Zaczęło się tak dziać, gdy powrócił, a więc w latach 80.: powrócił, że tak powiem, „osobowościowo”, wyłonił się z cienia, aby zająć miejsce najwyraźniej oświetlone, a wraz z nim cień ten opuściły jego książki. Pisał wtedy Marek Zaleski: Miłosz powrócił i już nie sposób jego obecności nie zauważyć. Może denerwować niektórych, można więc pisać „nowocześnie” przeciwko Miłoszowi, szukać nowych środków wyrazu, odrzucać i burzyć. Ale pod warunkiem, że będzie istniało niewzruszone centrum, że ponad tym wszystkim będzie unosił się cień kogoś takiego jak Miłosz. Inaczej te próby i bunty zmienią się w bezpłodne zabawy, w grę w chowanego w ciemnym pokoju12. Święta góra, niewzruszone centrum, cień, przeszkoda – co nam mówi dziś zbiór tych epitetów? Twierdza? Kto i co jej broni?

Przywołując tutaj tytuł książki Artura Górskiego o Mickiewiczu (Monsalwat), myślę przede wszystkim o otwarciu przestrzeni mitu, jaka, poprzez powrót Miłosza do kraju w przełomowym momencie historycznym, dokonała się za sprawą poety. Mickiewicz co prawda do kraju nie wrócił, lecz jego dzieło już w modernizmie zaczęło podlegać mitologizacji. Stawało się też znakiem rozpoznawczym kondycji polskiego poety XIX‑wiecznego. Miłosz zdawał się przywracać Mickiewiczowską „świętość”, dodając do niej własną biografię duchową, która w znaczący, poruszający sposób stykała się z Mickiewiczowskim wzorem. Miłosz nigdy się tego pokrewieństwa nie wyrzekał, przeciwnie, z biegiem lat dodawał do niego nowe argumenty.

„Dzieci” poety, rozmówcy, którzy byli mu bliscy, sami znajdowali się w kondycji poszukiwaczy wielkich uzasadnień i wielkich mitów. Bo przecież istniały polskie przestrzenie mitologiczne i nadszedł czas, aby je oświetlić jasnym światłem, pokazać, opisać – i przeżyć wraz z poetą.

Zniewoleni przez Miłosza (jak chce Sobolewska) i uwiedzeni przez Miłosza. Pomiędzy tymi dwoma skrajnymi biegunami rozpościera się rozległa przestrzeń umysłowa. A także obrażeni i rozżaleni, bo jego myśl nie wypełniała takich przestrzeni, które się przed nowymi, młodymi umysłami otwierały. Tej nowej młodości Miłosz dostarczał za mało argumentów – ciekawe, iż mniejszy miały one (i nadal mają) kłopot z Brzozowskim, myślowo dość chwiejnym. Stosuje się bowiem wobec pisarstwa Brzozowskiego taki chwyt lekturowy, który pozwala na niewymagający drobiazgowych tłumaczeń wybór spośród jego zróżnicowanego dorobku: jak komu wygodnie, powiedzieć by można. Jednemu przydaje się filozof, innemu ideolog, innemu znów prozaik (najrzadziej, a jeśli, to niekoniecznie ten najlepszy). Być może dyskursywne (bo o takim przede wszystkim piszę) dzieło Miłosza też stanie się w przyszłości obiektem i terenem podobnych manewrów – na razie linie wyboru są dość wyraźnie wytyczone i dadzą się wyodrębnić.

Kiedyś Miłosz uznał, iż musi odkupić jedno zdanie, które napisał o Brzozowskim. Znalazło się ono w Legendach nowoczesności i brzmiało następująco: […] kiedy chce się odnaleźć choć paru ludzi w Polsce, którzy w ogóle coś myśleli, trzeba się natknąć na Brzozowskiego, który jest odrażający, i na Witkiewicza, który nie jest przyjemny, choć przynajmniej nie ma zamiaru być wychowawcą narodu. Ostatecznie ruch życia zbiorowego nie zawsze ma na swoje usługi osobistości zrównoważone i klasyczne, a może nawet ich brak jest ceną, jaką się płaci za śmiałość i desperackość13. Dług ten Miłosz „żywy” zaczął spłacać w Legendach…. Miłosz „pośmiertny” podzielił do pewnego stopnia los tych dwóch, ale nikt jak dotąd nie próbował odwołać bądź uzasadnić inaczej niż frontalnym atakiem powodów tej utraty miejsca na intelektualnej i artystycznej mapie polskiej współczesności literackiej. Podejrzewać wolno, iż ten proces wymazywania bądź umniejszania Miłosza wiąże się z generalnymi zmianami, jakie zaszły w kulturze i jej postrzeganiu: zaczęły się mianowicie stopniowo unieważniać układy hierarchiczne związane ze stereotypem mistrzostwa. Mistrzowie zaczęli wymierać, nie tylko w sensie dosłownym, lecz kulturowym. O tym jednak później. Bowiem i tutaj nie ma zgody pomiędzy poszczególnymi frakcjami umysłowymi. Rodzi się niepewność, niegdysiejsze pewniki okazują się co najmniej problematyczne.

Zakładam, iż szlak wielkiej akceptacji dzieła Miłosza zaczął wytyczać Jan Błoński. A także Jerzy Kwiatkowski, mniej od Błońskiego emocjonalny. Kwiatkowski poszukuje dla Miłosza obiektywnego miejsca w polskiej literaturze XX‑wiecznej, Błoński odtwarza emocjonalne bodźce popychające dzieło Miłosza aż ku granicy ubóstwienia. Skoro bowiem dzieło Miłosza identyfikuje on ze światem (a jest to metafora pojemna) – co dał temu „światu” poeta, myśliciel, wielki duch? Inaczej jeszcze mówiąc: jaki był udział Miłosza w budowaniu umysłowej ontologii współczesności?

Błoński woli pisać raczej o poecie niż o myślicielu. Ale jednak zadaje pytanie: Gdzie umieścić – czy jak rozpoznać – jego „ojczyznę myśli”, jak pisał Mickiewicz?14 I dodaje: Jednak nigdy nie przedstawia siebie jako jednostki, osobliwego egzemplarza hominis sapientis. Nie podaje się za dziwotwora, jak Tuwim, za błazna, jak Gałczyński, za inżyniera świata, jak Przyboś. Nie jawi się nawet jako szarak, kloszard, biedaczyna. W głębi duszy chciałby chyba być prorokiem. Ale jak sam napisał, przeszkadzają mu ciągle jakieś inne zajęcia15. Nie mógł Błoński przewidzieć, iż potencjalny prorok przemieni się w oczach zbuntowanych wnuków w uzurpatora, tyrana nawet. Jakaż więc miałaby być – według Błońskiego – ta „ojczyzna myśli” Miłosza? Kłopot z tym, iż język, który tę ojczyznę „opiewa” (zgódźmy się, iż jest ona „mickiewiczowska”), nie jest jednolity, zaś jego zmienność, bo przecież nie tylko o poezję tutaj chodzi, tyleż zachwyca krytyka, co wprawia go w konfuzję; gdzie bowiem myśl Miłosza miałaby się najmocniej uprawdopodobniać: w liryce, w eseju, w formach mieszanych, coraz częstszych u końca twórczości, w powieści, w polemice, w popularyzacji, w przekładach? Wybierać pośród tego bogactwa nie miałoby większego sensu, zatem Błoński odwołuje się do konceptu krytycznego sformułowanego przez badacza z innej kategorii formacyjnej. Ryszard Nycz proponuje określenie „bio‑grafia idei”, Błoński je akceptuje. Według Nycza, intertekstualność dzieła Miłosza, coraz częstsze łączenie w nim różnych stylów, posługiwanie się cudzą mową, nie tylko w formie cytatów, staje się gwarantem zarówno jego współczesności, jak budulcem samorozumienia, które zachodzi wewnątrz tego dzieła16. A być może również sygnałem, iż stary Miłosz dostrzegał, a przede wszystkim brał do siebie, czyli do własnej twórczości, te fundamentalne zmiany, jakie zaszły w kulturze i literaturze późnej modernitas (a nawet postmodernistycznego przełomu). Chciał w nich uczestniczyć, to pewne, na ile zaś mu się to udało?

Błoński w taką kodę ujmuje swój esej: Taki byłby chyba zenit Młoszowej poetyki: przypomnieć, ożywić, przywołać wszystko, co zaistniało w kręgu życia. Wszystkim znaleźć – choćby skromne – miejsca w przemienionym, ocalonym sztuką świecie. Zachować porządek, właściwą hierarchię. Nie zmarnować daru, daru istnienia. Stać się jak świat17.

Czy da się – współcześnie – zaakceptować wizję sztuki i artysty, pełną szlachetności i wzniosłości, ale odnoszącą się do świata tak doskonałego, że przede wszystkim życzeniowego i wyimaginowanego? Błoński nie podejmuje tego kluczowego dziś pytania, bo prawdopodobnie nie uważał go za ważne, może zgoła nie istniało ono jeszcze dla niego: co myśl Miłosza wynalazła dla współczesności, co w niej utrwaliła, co jest w niej żywe, a co – jednak – obumarłe? Czy to, czego uczył się Miłosz od innych, dalej pozostaje dla innych nauką? Błoński wymienia co prawda nazwiska, które, jego zdaniem, dzięki poecie właśnie, dobrze osiadły w naszej świadomości kulturalnej: Oskar Miłosz, Swedenborg, Simone Weil, Jeanne Hersch, Valéry, Walt Whitman (to z Nieobjętej ziemi).
Jest ich oczywiście o wiele więcej.

Problem zatem w czym innym jeszcze leży. Czy współczesna formacja kulturalna, ta, która najbardziej dynamicznie organizuje świat kultury, a także ocenia efekty własnych programów dla literatury, chce wejść w ten zasób Miłoszowy? Zważmy, iż wymienione nazwiska, osobowości i książki, w Polsce w znacznej mierze mało znane w latach, gdy Miłosz o nich pisał, a więc odkrywał je i animował dla polskiej świadomości, mają w tej chwili znaczenie historyczne. Są wyznacznikami, z jednej strony, autobiografii samego poety (Weil, Oskar Miłosz, Jeanne Hersch), i w takim kontekście odznaczają się jednostronnością, z drugiej są nie tylko mistyczne, ale przede wszystkim ezoteryczne (Swedenborg), zaś nieobecni w tym zasobie, bo poeta ich w jakimś momencie odrzucił, dzisiaj odgrywają istotną rolę w formowaniu nowoczesnej myśli filozoficznej (Nietzsche). Wyjątek stanowi Witkacy i jego wielka sprawa z Miłoszem, i oczywiście Gombrowicz. A także Brzozowski, choć znacząco inny niż ten z Człowieka wśród skorpionów. Ich forma i myśl wciąż żyją pod Miłoszowym piórem, mimo że nie każdy chce to przyznać. I wreszcie cała ta kulturalna rozprawa dotyczy późnych lat 60., zatem epoki historycznej i zamkniętej. Dzieło – powie ktoś słusznie – jest wieczne i odporne na działanie czasu. Takie być powinno. To prawda, ale przełom w humanistyce i generalna wymiana paradygmatu, jakiej jesteśmy świadkami, chcąc nie chcąc, dzieło to umniejszać może, a także zmienić proporcje jego oceny. Bo jednak prorocy już się nie zdarzają – choć taka jest na poły tylko żartobliwa sugestia Jana Błońskiego.

Przewodnik Błoński poprowadził za sobą drużynę solidarną, ale młodszą, zatem poszukującą poza ustanowionym przez niego kanonem; doceniającą znaczenie interpretacji hermeneutycznej, która wiele wnosi i dalej wnosić może w czytania Miłosza18. Interesuje mnie jednak nie tyle recepcja dzieła Miłosza, bo tę opisać stosunkowo łatwo, ile raczej próbuję z niej wydobyć – być może stronniczo – pewne znaczące sygnały wskazujące kierunek zmian, jakie musiały nastąpić i następowały w kulturze. Zaś ma ten proces dla dzieła Miłosza znaczenie również negatywne, nie tylko je wzbogacał i zmieniał, ale też pewną jego część anulował – jako przydatną dla nowoczesności.

Adam Zagajewski napisał esej o Miłoszu jako pośmiertny hołd złożony poecie. Dołączam go jednak do „szlaku Błońskiego”, aczkolwiek powstał w okolicznościach specjalnych, które zawsze wpływają na myśl i strukturę tekstu. Trzy zdania Zagajewskiego. Pierwsze: Miłosz nigdy nie był wyniosłym konserwatystą, chcącym narzucić swym współczesnym zasady poprawnego zachowania; był poetą głęboko nowoczesnym, był jednym z nas, zranionym przez modernizm, ale i usiłującym poradzić sobie z tą raną. Żył w klatce jak my wszyscy, ale jego pieśń wydobywała się spoza tej klatki. Drugie: Był człowiekiem wzorowej intelektualnej prawości; był nie tylko nieprzekupny w zewnętrznym czy politycznym sensie, ale także, czytając jego eseje, zauważamy, że piękno znaczyło dla niego nieraz mniej niż prawda. Trzecie: Druga przestrzeń stanowi potwierdzenie, iż Miłosz był także jednym z wielkich poetów starości. Te ostatnie wiersze, jak w majestatycznej symfonii, pozwalają nam usłyszeć po raz ostatni tematy, dla których zawsze po niego sięgaliśmy. Niektóre znane postaci powracają jak aktorzy, którzy kłaniają się publiczności, gdy magia tragedii już się prawie rozwiewa19. Zdanie pierwsze poświadcza poczucie jedności z poetą i jest wyznaniem przynależności do tej samej rodziny. Choć Zagajewski nie mówi o tym wprost, pokrewieństwo z Miłoszem wydaje się jemu samemu oczywiste, zaś – jak wolno się nam domyślać – wypływa ono w przeważającej części z wierności estetyce piękna, czyli językowi wzniosłości. Jest to prawda dość znana, ale Zagajewski właśnie w tym memoratywnym szkicu jeszcze raz daje jej wyraz: tę rodzinę łączyło piękno, a potem – jak czytamy – prawda, choć różnie na przestrzeni lat układały się proporcje pomiędzy nimi, wreszcie akceptacja repetycji. Więzi były stabilne i w tym układzie nie sposób było ich przerwać. Ale zaczynały się stopniowo kurczyć szeregi adeptów wzniosłości, osaczane i wypierane na margines przez inne języki poetyckie. Zaczął się też zmieniać stosunek odbiorców dzieła Miłosza do poetyki powtórzenia, dla niego wyróżniającej. Bowiem zasób powtórzeń nie zmieniał się, zaś doświadczenie współczesności zmieniało się radykalnie. Miłosz, jak się wydaje, zamknięty został nie tyle w klatce modernizmu, co w klatce repetycji, które zaczęły tracić artystyczną atrakcyjność. Nie sposób zaś było wymagać więcej od poety. Doświadczenie jego starości, postrzegane oczyma wnuków, nie dostarczało już żadnego wsparcia sędziwemu twórcy. Repetycje były poruszające, zatem zachwycano się nimi, ale próby intelektualnych polemik nie spotykały się ze spodziewanym odzewem, toteż sam Miłosz użyje w jakimś momencie słowa „lamus”, aby określić własny zasób intelektualny20 jako miejsce przez mało kogo odwiedzane. Inaczej jeszcze mówiąc, historyczne nachylenie myśli Miłoszowej zdawało się anachroniczne, bo mało kto z publicystów i krytyków interesował się jego „historycznością”. Wydawała się ona należeć do nudnej dziedziny podręczników, nie próbowano zaś opowiedzieć o niej w innym języku. Słowem, Miłosz był przewidywalny, zatem pozbawiony głębi, łatwo dawał się ustawiać w kontekstach krytycznych absolutnie jednoznacznych21.

Ewa Bieńkowska wydaje książkę o Miłoszu w roku śmierci poety. Jej tytuł brzmi W ogrodzie ziemskim. Książka o Miłoszu. Autorka przyznaje, iż jej inspiracją jest Błońskiego Miłosz jak świat, zaś w krótkim wstępie, napisanym już zapewne po śmierci poety, powiada tak: […] jest w dziełach poety wewnętrzny porządek […]. Ten porządek jest również związany z historią, w której człowiek jest zanurzony, z „zewnętrznymi” fazami jego życia. Zwłaszcza u kogoś wyczulonego tak jak on na czas – mały i wielki, indywidualny i zbiorowy. Świetną formułę krytyka „Miłosz jak świat” rozumiem również „Miłosz jak czas”. Czas, który upłynął od roku 1911, a nawet co najmniej od połowy XIX wieku – do pierwszych lat wieku XXI, gdzie oto się znaleźliśmy22. Wielkie metafory tych dwóch tytułów (świat, ogród) świadczą o założeniu badawczym, którego punktem dojścia jest kompozycja całości. Wydaje się dziś, iż zadanie to jest prawie niemożliwe, że zawsze w dziele Miłosza pozostaną jakieś miejsca niedookreślone, domagające się artykulacji, i wciąż nie wiemy, co stanie się impulsem takiej potrzeby. Jednak aby poeta stał się „ciemny”, musi przejść przez kwarantannę czyśćca.

Tamto stulecie było wiekiem Miłosza – to wielka przewaga żyć tak długo, dopełnić miary swojego czasu […] – powiada Bieńkowska23. Nie ulega dla niej wątpliwości, iż życie w tym samym stuleciu co Miłosz to łaska, dana niektórym pokoleniom. Ale czas łaski, jak się okazuje, nie jest wieczny. Trzeba bowiem w tym celu pokochać również idee Miłosza; i tu paradoks: a niepodobna kochać idei24. Książka więc musi się kończyć sformułowaniem o zabarwieniu oskarżycielskim, co oczywiście nie było intencją autorki. To ostatni moment, by uwierzyć w poezję, by przebrnąć przez pustynię nowoczesności. Ziemski ogród miałby tę pustynię nawodnić i obsadzić ideami. Świat miałby ten ożywczy obraz zaakceptować. Rzeczywistość literacka ukazuje dziś, iż dzieje się zgoła inaczej.

Nie do końca jednak Miłosz został porzucony. Jeśli niewygodna stawała się jego „historyczność”, wciąż podnoszono mityczny i emblematyczny charakter tej biografii. Wymieniono już wcześniej nazwisko Ryszarda Nycza, Marek Zaleski pisze o arcywzorze biografii poety25, Jerzy Jarzębski nie ma wątpliwości, iż Miłosz spełniał warunki bycia wieszczem (echo romantyczne i postromantyczne wciąż zatem powraca)26. Zaleski wyprowadza Miłosza z tradycyjnego kręgu historycznego, podobnie jak niegdyś z takiego kręgu wyprowadzony został Mickiewicz, aby pokazać niezbędność jego biografii jako „znaku historii”, a zatem symbolu, bez którego nasza kultura współczesna (również postmodernistyczna) nie jest do końca zrozumiała27. (Podobnie będzie postrzegał związek pomiędzy podmiotowością, historycznością i kreacyjnością Charles Taylor).

Zacieranie się konkretnych, indywidualnie przeżytych konturów historii, coś w rodzaju „utraty ciała” owego doświadczenia, które już tylko samemu poecie jest dostępne, nie musi oznaczać upodrzędnienia owego doświadczenia. Ale wysiłek umysłowy, jaki towarzyszy pokonaniu owej „góry” historycznej przeszłości, wydaje się nie zasługiwać na podjęcie przez młodych krytyków, w większości przeciwników poety. Zaprzątnięci usypywaniem własnego kopca idei wolą, odrzucenie niż mediację z „arcywzorem”.

Aby pozostać jeszcze w kręgu pokoleniowym biorącym swój początek w Błońskim, spójrzmy na esej Włodzimierza Boleckiego Miejsce prozy w projekcie nowoczesności Czesława Miłosza28. Bolecki przyznaje, co badaczom Miłosza dobrze jest wiadome, iż proza nie była gatunkiem, który go pociągał, choć napisał dwie powieści. Jednakowoż podobną funkcję, jaką niegdyś pełniła mimetyczna proza fabularna, przypisuje on esejowi, a także formom pogranicznym: paraboli, dokumentowi, kronice. To kroniki właśnie – prozatorskie i poetyckie – staną się szczególnie wyraziste w schyłku twórczości. Za utajoną w strukturze parabolicznej autobiografię uważa również Bolecki Zniewolony umysł29. Podobnie czytali tę książkę Carl Jaspers i Witold Gombrowicz. Bolecki sądzi, iż w prozie Miłosza, eseistycznej, traktatowej, powieściowej, znalazły wyraziste odbicie podstawowe konflikty nowoczesnego umysłu; widzi je krytyk jako zbiór przeciwieństw, wobec których twórca nowoczesny bądź bywa bezradny, bądź próbuje wyrazić je w dyskursie. Byłyby to: konflikt pomiędzy polityką i historią oraz różnymi możliwymi sposobami ich rozumienia; konflikt pomiędzy człowiekiem, który podejmuje się rozumieć świat, i człowiekiem, który niczym oko kamery rejestruje tylko bogactwo faktów, jakie demonstruje przed nim rzeczywistość; wreszcie konflikt pomiędzy rozumieniem sztuki jako języka autonomicznego tworzącego odrębny świat i sztuki rozumianej jako transgresja różnych języków i konwencji. Bolecki ustawia zatem twórczość Miłosza na pozycji partnerskiej wobec nowoczesności. Nie pisze o klatce modernizmu, bo inny niż Zagajewski modernizm ma na myśli. Kładzie nacisk na intertekstualny charakter dzieła Miłosza i jego gry z językiem. Słowem, interesuje go najpierw świat tekstu („nie ma nic poza tekstem”), potem świat idei. Nie interesuje go – jak Błońskiego – wielkie emocjonalne uogólnienie. Woli wytyczać kierunek przemian, jaki Miłosz chciał nadać dyskursowi, aby jego perswazja myślowa nie okazała się tylko retoryczną figurą.

Więc przestaje chodzić o to, czy Miłosz jest „jak świat”. Zadać należy inne pytanie: w jakim stopniu twórca, aktywny przez cale nieomal stulecie, był zdolny do postrzegania kulturowych przemian, które go otaczały, a więc do pisania o nich, kiedy zaś repetycja stawała się formą samoobrony przed owym światem i obustronnym niezrozumieniem? Czy Miłosz ma nadal rację? – zapytuje, powtórzmy, Piotr Śliwiński. Jaka to racja?

Generacja „wnuków” nie kłopocze się już jednak tym znakiem zapytania. Przenosząc dzieło Miłosza w jednowymiarowy świat idei, szybko pragnie rozstrzygnąć, gdzie ma być miejsce poety. Zarówno za życia – jak po śmierci. Nie wszystkich jednak to spostrzeżenie dotyczy. Jedną z nielicznych prób obiektywnego spojrzenia na światopoglądowe ustalenia, ale także fobie oraz idiosynkrazje myśli Miłosza, jest propozycja Dariusza Gawina. Po raz pierwszy bodaj w „miłoszologii” krytyk podejmuje w swoim wywodzie wątek apostazji, nazywając wręcz Miłosza wielkim apostatą, zaś jego niechęć do Polski i Polaków, bardzo specyficzną, tłumacząc koniecznością „ucieczki od Polski”, bo tylko ten akt pozwolił poecie mentalnie do Polski powrócić (nie mówiąc już o fizycznym powrocie). Wyparcie Polski nie było zresztą totalne: jak wiadomo, dotyczyło ono określonych epizodów życia międzywojennego, i nie był Miłosz w tej reakcji odosobniony. Tak samo, a może jeszcze bardziej dramatycznie myślał Jerzy Stempowski, upatrujący jedynych jasnych punktów międzywojnia w piosenkach Miry Zimińskiej i kręgu Ziemiańskiej, czy Bolesław Miciński, wyśmiewający z kolei to, co Stempowski rzewnie wspominał; pisał wtedy o „figaryzmach”, lekkomyślności, nie‑powadze dwudziestolecia. I może warto dorzucić, iż poeta, który po wybraniu przez Miłosza wolności, napisał Poemat dla zdrajcy, dla starego poety staje się jednym z najbardziej wiarygodnych świadków „złego dwudziestolecia”. To Gałczyński, wedle starego Miłosza, najlepiej oddał beznadziejność i smutek lat 20., pisząc Piosenkę – nostalgiczny liryk, skierowany w gruncie rzeczy nie tyle do ukochanej, ile do „bezrobotnej inteligencji” konsumującej swój smutny los na brudnych dworcach II Rzeczpospolitej.

Nie chodzi oczywiście o to, czy Miłosz wybaczył Gałczyńskiemu. Może i tak, o czym świadczyłyby niektóre fragmenty korespondencji z Giedroyciem. Zobaczył natomiast w tej liryce smutek i beznadziejność tamtego świata, zobaczył też próbę formalnej prostoty. Sam przecież, w chwili dramatycznej, napisał właśnie Piosenkę o końcu świata.

Bezpośrednio po śmierci poety zaczął powstawać osobny zbiór tekstów, które usytuować można w pobliżu poetyki mowy pogrzebowej. Jeśli mu się uważnie przyjrzeć, okazuje się on nieoczekiwanie zróżnicowany: od niewybrednych inwektyw związanych z wyborem miejsca pochówku (na Skałce, czyli w narodowym Panteonie) po eseje pochwalne, utrzymane w innej oczywiście stylistyce, ale przestrzegające określonych reguł formalnych. Ostatnim pochowanym na Skałce (przypomnijmy) przed Miłoszem wybitnym twórcą był Wyspiański.

W roku 2009 Przemysław Czapliński w książce Polska do wymiany30 umieścił rozdział zatytułowany Pogrzeb założycielski. Opisując okoliczności pochówku poety, przede wszystkim zaś funkcję, jaką spełnił on w organizowaniu dwóch co najmniej – paradoksalnie – dyskursów, czyli liberalnego i antyliberalnego, widzi w pogrzebie poety istotny czynnik decydujący o „rozmontowaniu kanonu”. Nie wchodząc w szczegóły ciekawego rozumowania Czaplińskiego, podkreślmy w nim taką oto uwagę: przeciwnicy Miłosza podjęli wówczas próbę „ulepienia Obcego”. To właśnie poeta o „antypolskim obliczu” stawał się (po śmierci) jego personalizacją. Zatem w roku śmierci poety okazało się, iż kanon faktycznie można rozmontować. Nas obchodzą tutaj w większym stopniu artystyczne kontrargumenty jako konsekwencja tego procesu, który, jak się okazało, miał trwać i przedłużać się poza tym jednym faktem.

Powróćmy jednak do obrzędu.
W roku 1932 młody Miłosz napisał, co następuje: Życie Wyspiańskiego. Nie ta piramida narodowych ideałów – ale życie szczupłego człowieka, chorego na syfilis, targanego namiętnością życia i namiętnością sztuki. Dziś drobne pieski defilują szeregiem koło grobu swego wieszcza.
Każdy uważa za stosowne podnieść nóżkę i wylać hołd.
Na tym polega klęska umarłych. Nie ustanie ruchów serca i nie rozkład ciała na związki chemiczne tworzą grozę śmierci. Śmierć – to bezbronne oddanie się na pastwę głupcom31.

Dwa pogrzeby – grudzień 1907 i sierpień 2004. Wyspiański chowany jest w cztery dni po zgonie, istnieją liczne opisy i relacje, w tym fotograficzne, z tego wydarzenia32 jako podniosłej manifestacji patriotycznej. Karol Frycz i Ferdynand Ruszczyc zaprojektowali dekoracje z nieśmiertelników, trumnę wystawiono w kościele NMP, po nabożeństwie żałobnym kondukt przeszedł Drogą Królewską, trumna spowita kirem stała na czarnym katafalku, wśród wieńców znalazł się ten z ulubionych kwiatów artysty, fiołków. W czasie pogrzebowego obrzędu w Krypcie Zasłużonych nie było żadnych przemówień, odezwał się dzwon Zygmunta. Dziennikarskie opisy pogrzebu Miłosza podnoszą powagę tego obrzędu, wyliczając skrupulatnie wszystkie etapy, poświadczające jego mityczny i symboliczny charakter i znaczenie. Podczas mszy odczytany zostaje telegram od Papieża, Jana Pawła II; wybitna śpiewaczka żegna wielkiego poetę; w ostatniej drodze towarzyszą Miłoszowi strzelcy podhalańscy, Bractwo Kurkowe, straż miejska, aktorzy, poeci, pisarze, politycy, studenci. Przeor paulinów w mowie pożegnalnej: Poeta zostanie pochowany w Krypcie Zasłużonych obok innych wybitnych postaci, które w życiu zmagały się o piękno, prawdę i dobro. Przemawia szereg wybitnych osobistości świata kultury i polityki, recytuje się jego wiersze. Na sarkofagu z jasnego granitu znalazł się napis: Bene quiescat i cytat z Księgi Mądrości: A dbałość o naukę jest miłość33.

Dwa pochówki zostały tutaj przypomniane jako fakty symboliczne, których nie trzeba ze sobą porównywać. Porównać można natomiast kulturowy wymiar obu ceremonii, z których pierwsza otwiera XX stulecie, kończąc jednocześnie, w mitycznym wymiarze, linię jego spadku XIX‑wiecznego, druga zaś jest definitywnym tego stulecia zamknięciem. Wyspiański, żegnany przez naród i krakowian, odchodzi w poetyce i rytuale pogrzebowego obrządku, jako artysta niepotrzebujący retorycznego wsparcia. Akceptuje się jego ostatnią wolę, a tym samym jego rozczarowanie narodem, jego wyniosłą samotność i gorycz porażek. Nie ma przemówień wytyczających przyszłość dzieła. Uznaje się wielkość twórcy. Upłynie jeszcze wiele lat, zanim Polska stanie się niepodległym państwem, zatem ten akt ma i takie dodatkowe, patriotyczne znaczenie. Milkną spory, gdy chodzi o manifest „zjednoczonego ducha narodowego”.
 
Tłum żegnający Czesława Miłosza, tłum w różnych jego wcieleniach, również został postawiony wobec narodowej potrzeby i narodowego ducha – ale zwaśnionego i warcholskiego, nie tylko solidarnego. Poniechanie rytualnych elementów tej manifestacji mogłoby oznaczać zgodę czy częściowe przyzwolenie na rozrywanie szczątków duchowych poety pomiędzy prawdziwych i nie‑prawdziwych patriotów. Zatem im więcej rytuału, tym silniejsza i bardziej skuteczna obrona przed przeciwnikami poety34.

I ten sam ton da się odtworzyć w tekstach napisanych bezpośrednio pod wpływem tej śmierci. Pochwała pośmiertna musi towarzyszyć tekstowi funeralnemu. Nie sposób oczywiście skompletować tutaj pełnego zbioru tych pochwał. Milczącej żałobie, jaka towarzyszyła Wyspiańskiemu (choć i on miał przecież wrogów), da się przeciwstawić wielomowną, wielowątkowa, gwarną, jeśli tak wolno powiedzieć, żałobę wokół Miłosza. Kto się z nim zetknął jako z Osobą i doświadczył jego żywotności, kto miał przywilej tworzyć krąg bliskich afirmujących wraz z nim życie, chciał teraz przełożyć ten empatyczny stan na dyskurs hołdowniczy i pochwalny. Samotnik Wyspiański wydał w tym względzie wyraziste ostrzeżenie: Niech nikt nad grobem mi nie płacze. Mizantropia Miłoszowi była obca. Zatem, nie wiedząc już o tym, wziął jednak udział w nadaniu kierunku pośmiertnym wspomnieniom.

Ale czy takich „mów pogrzebowych” oczekiwał? Więcej w nich bowiem o „dobrym Polaku”, „patriocie”, „myślicielu”, słowem – fundatorze światopoglądu, mniej zaś o poecie. Czy należy więc wnosić, iż charakterystyczna dla Miłosza w ostatnich latach dążność do wyzwolenia się od „światopoglądu” na rzecz „światoodczucia” nie była respektowana, a raczej została zawieszona w oczekiwaniu na nowe czytania jego poezji? Że myśl właśnie przeważyła w jego poetyckim gospodarstwie? Że od nowa będzie się dopiero ustalać antynomie – jeśli takie jeszcze istnieją – polskiej poezji współczesnej, nowoczesnej?

Miał nadzwyczajny dar przetwarzania osobistego losu w doświadczenie społeczne – pisał wtedy Włodzimierz Bolecki. I jeszcze:  Na pozór zanurzony pamięcią w historii narodowej, rodzinnej i indywidualnej, niestrudzony kolekcjoner jej osobliwości, był równocześnie otwarty na  najbardziej współczesną problematykę socjologiczną (ułożył pierwszą polską antologię tekstów na temat kultury masowej!)35. Bolecki podkreśla takie ustawienie umysłu Miłosza, które odznaczało się temperamentem wyraziście socjologicznym. To o nim pisał w Rodzinnej Europie jako o utylitarnej kresce. To ono właśnie łączyło go z dziedzictwem i doświadczeniem XIX‑wiecznym. Podobnie jak Darwinowska lektura przyrody, podobnie jak akceptacja modelu wychowania, jakiego doświadczył w latach szkolnych.

Myśl Miłosza odznacza się zadziwiającą ciągłością. Czy właśnie ta ciągłość – pytamy dzisiaj – nie była sygnałem, za życia poety nierozszyfrowanym, komunikującym zaś, iż uczestnictwo w nowoczesności zamykało się przed nim? Pozostawały prześwity, które umożliwiały kulturową komunikację, ale były one jednorazowe, krótkie, przypominające epifanię?

Tak skłonny był sądzić Stefan Chwin, pisząc: Nie jestem pewien, czy historiozoficzne prognozy, jakie formułował w swojej eseistyce, były trafne, czy więc nadal żyjemy w kończącej się cywilizacji, o której pisał, czy raczej wchodzimy w cywilizację nową, w której jego niepokoje przestaną już być naszymi niepokojami?36

Obowiązkowa lektura dzieł Miłosza zaczęła się – ale zarazem skończyła – w bohaterskiej epoce Solidarności. Była to lektura heroiczna i demokratyczna, daleka od katastroficznych naleciałości. Wymieniła ją zaś, z biegiem lat, lektura innych jego książek: mówiących o religii, doświadczeniu mistycznym, znaczeniu chrześcijaństwa37.

Linie zamknięcia, nawet w pośmiertnych wspomnieniach, rysują się bardzo stanowczo. Zarówno wtedy, gdy mówi o nich Adam Zagajewski, jak Maria Janion. W wieku XXI musimy sobie radzić sami – powie Zagajewski. Zaś Maria Janion wyzna: Zawsze marzyłam o tym, żeby napisać o nim rozprawę pod staroświeckim tytułem „Czesław Miłosz wśród prądów epoki”. Ciekawe to zdania38.

Dramatyzm opuszczenia przez poetę, jaki odczuwa krąg jego „dzieci”, nie udziela się już „wnukom”. Być może anonimowy „późny wnuk” powróci do jego spadku. Wydziedziczeni pozostaną zaś nieodwołalnie samotni. Tajemnica Miłosza musi się dopiero objawić.

Metafora „przewodnika łodzi”, jakże romantyczna, której używa Maria Janion, zawiera w sobie jednak pewne poznawcze niebezpieczeństwo. Ważniejsze bowiem wydają się dla nowoczesnego umysłu te właśnie prądy, które omijał, niż te, które uważał za twórcze i myślowo niezbędne. Być może przyczyny tego stanu rzeczy upatrywać należy w stopniowym znikaniu we współczesnej pamięci Europy Wschodniej i wschodniego Europejczyka wraz z całym jego wieloznacznym bagażem kulturalnym, który przestaje być intelektualnie podniecający.

Decyduję się tutaj odnotować, po namyśle, przypadek skrajnie stronniczej lektury fragmentu poematu Miłosza, lektury pozbawionej merytorycznej uczciwości. W roku 2008 ukazuje się Esej o duszy polskiej pióra filozofa Ryszarda Legutki. Miłosz użyty zostaje przez autora (właśnie użyty, jeśli nie spożyty) w sposób tak dalece tendencyjny, iż warto ten akapit, będący w gruncie rzeczy fragmentem osobistego autobiograficznego wyznania autora, przywołać jako przykład instrumentalnego działania o charakterze ideologicznym, niewiele mającego wspólnego z motywacją, jaka przy powstawaniu tych wersów towarzyszyła zapewne poecie. Legutko wyjmuje z Traktatu poetyckiego dwa znane wersy: Niech tutaj będzie wreszcie powiedziane: / Jest ONR‑u spadkobiercą Partia, czyniąc poetę odpowiedzialnym za umacnianie się w Polsce anty‑endeckich fobii, a także za nadanie negatywnego kierunku polskim ocenom dwudziestolecia. To Miłosz miałby umniejszać historyczne znaczenie każdej narodowej filozofii (również tej związanej ze skrajną wersją nacjonalizmu – czyli Falangą), tym samym zaś Polakom odebrano możliwość sprawiedliwej oceny ideowego pluralizmu międzywojnia. Legutko nie napomyka natomiast o kontekście, w jakim owo zdanie pojawia się w Traktacie poetyckim; kontekstem zaś jest przedwojenna liryka Gałczyńskiego i jednoznaczne zaangażowanie tego poety po stronie skrajnej prawicy, z czym dyskutować niepodobna, jako że fakt ten nie pozostawia żadnych wątpliwości. „Sława” Gałczyńskiego, biegnąca przez „dwie epoki”, jest przypadkiem indywidualnym, bardzo skomplikowanym, układy pomiędzy oboma poetami wieloznaczne i zmieniające się w czasie, i wydaje się, iż te dwa wersy nie upoważniają w żadnej mierze do czynienia z Miłosza dwuznacznego herolda nadchodzącej komunistycznej lewicy. Filozof „użył” poety w sposób mało odpowiedzialny, zaś jego manifest o polskiej duchowości mógłby się doskonale obejść bez takiego, mało rycerskiego z punktu widzenia czystości myśli, chwytu. Tym bardziej że poeta nie mógł już nic na swoją obronę powiedzieć. Choć zapewne nic by powiedzieć nie miał ochoty…

Teksty napisane z powodu śmierci… Te dawniejsze musiały przestrzegać reguł gatunkowych i składać się z trzech członów: lamentacji, pochwały i konsolacji39. Ale milczenie, które towarzyszyło niektórym pochówkom, mogło też oznaczać cześć najwyższą albo wzruszenie bezsłowne. Milczące pożegnanie Słowackiego było – wedle współczesnych – znakiem odrzucenia. Biedny, biedny – skomentował ten fakt Krasiński. Milczenie wobec trumny Mickiewicza oznaczało cześć najwyższą i ekstazę. Podczas krakowskiego pogrzebu Mickiewicza mowy wygłaszano – ale mówcy nie przestrzegali ściśle ich reguł. Zmieniał się topos obrzędu. Postrzegano śmierć poety jako akt przemocy, jako gwałtowne przerwanie życia, które mogło jeszcze trwać, zbliżając się tym samym do modernistycznych przedstawień śmierci40, uwypuklających w śmierci przede wszystkim działanie przemocy. Krytyk współczesny, Przemysław Czapliński, pisze – przypominam – o demontażu paradygmatu, który dokonał się wraz ze śmiercią poety i okolicznościami jego pogrzebu. Tym samym, jak się wydaje, pochówek Miłosza wraz z zasobem tekstów pożegnalnych znalazł się w obszarze dekonstrukcji. Odstępując od tradycji retorycznej, a tak się stało, choć zachowując jeszcze pewne jej elementy, uczestnicy obrzędu nieświadomie potwierdzili, iż ten wzorzec „bycia wieszczem” został wyczerpany.

3. Estetyka i etyka recepcji

Wybrano tutaj takie głosy i stanowiska, które ukazują zasadnicze linie czytania Milosza, uformowane przez świadomość pokoleniową czytających – ale też przez ich świadomość estetyczną. Przynależność metrykalna, nieskażona politycznymi uprzedzeniami, determinuje, jak widać, ten rodzaj sądów, które przede wszystkim widzą w Miłoszu autora wielkiego projektu moralnego, nauczyciela, wyznaczającego granice nieprzekraczalne. Odpowiedzialność poety za całe stulecie jest doprowadzona do maksymalnego natężenia, ubrany w strój proroka zaś budzi reakcje równie przesadnego odrzucenia przez przeciwników, co ubóstwienia przez uczniów. O racji obiektywnej nie sposób mówić, gdy emocje są tak wyraźne i jednoznaczne. Etyczny jest też Miłosz‑nauczyciel Polaków, choć grono jego uczniów jest po prawdzie dosyć wąskie. Parę lat po odejściu dzieło i osoba Miłosza stają się z wolna własnością badaczy, ale dokonując jego krytyki, nie dokonano jeszcze jego dekonstrukcji. Jak wyżej jednak powiedziano, wyprowadzono twórcę na jej tereny. Ta święta góra oczekuje przede wszystkim na eksplorację wolną od ideologii – co nie znaczy wolną od myślenia.

Możliwości, jakie stwarza, są zaś nieograniczone i zgromadzone tutaj w niewielkim wyborze recepcyjne głosy dowodnie o tym świadczą. Kto zdobędzie ten szczyt i w jakim stylu ten akt się dokona? Siłą i słabością dzieła Milosza jest ta jego cecha, którą sam wskazał w dziwnym poemacie Żywotnik, a którą nazywano też postawą dialogiczną. U schyłku życia (Żywotnik jest datowany na rok 2002) napisał (czy o sobie?):

W swoim myśleniu nieco pogmatwany,/ Zgłaszał swój udział w rozmowie pokoleń. Starzejąc się zaś, jeśli nie miał być zapomniany, Miłosz oddalał się ku mistrzostwu. Młode pokolenie zaś oczekiwało mistrza, z którym się będzie mogło zmierzyć w bezwzględnej czasem walce umysłowej, atakując go bezpardonowo i do pierwszej krwi. To pokolenie bowiem udaje się w każdorazowej dyskusji na wojnę, czego zresztą wcale się nie wypiera. Miłosz nie chciał się bić, chciał zrozumieć. Zmieniał swój styl, upraszczał go, szukając nowego wiersza; w międzyczasie jednak powstawały takie nowe formy liryczne, które co prawda zauważał, ale nie był w tym tyglu stylów partnerem. Więc wciąż dla niego, aż do końca, wzorem stylu średniego, a więc ustabilizowanego pokolenia, odpowiadającym jego gustowi, pozostanie Adam Zagajewski. Dostrzeże i zachwyci się Tomaszem Różyckim, stylizatorem. Będzie otwarty na młodych poetów, ale obrazy współczesności (nowoczesności), jakie oferuje mu proza, uzna za odrażające.

Jedną z książek dzisiaj uznawanych za najbardziej poruszający obraz nieszczęśliwej kondycji człowieka nowoczesnego Miłosz przeczytał zaraz po jej ukazaniu się we Francji (zanim jeszcze została w Polsce przetłumaczona i podziwiana), były nią zaś Cząstki elementarne Michela Houellbecqa (pożyczył ją potem Janowi Błońskiemu…). Uznał ją za odrażającą. Ta część doświadczenia człowieka nowoczesnego, o której stanowi rozpaczliwy seks, a także atomizacja egzystencji, została przez poetę oceniona jednoznacznie: jako dowód upadku. Znał przecież dobrze inne literackie obrazy upadku – myślę chociażby o prozie Alberta Camusa. Bohater Camusa „upadł”, bo odrzucił imponderabilia. Bohater Houellebecqa wyczerpał swój świat w tragicznym seksie. Wartości już dawno przestały go interesować. Miłosz nie chciał zaakceptować tej granicy ani jej przekroczyć, choćby tylko we własnym umyśle. Rysuje się zresztą w tym miejscu problem o wiele bardziej pojemny, o którym tylko mogę napomknąć: jest nim mianowicie pytanie o różne formy XX‑wiecznego nihilizmu, pytanie, które fascynowało poetę co najmniej od Legend nowoczesności, a zakorzenione było w międzywojniu czy nawet we wczesnym modernizmie. Zostawmy je na razie bez odpowiedzi. Symboliczne (bo nie tylko czytelnicze) odrzucenie Cząstek elementarnych zdaje się świadczyć o tym, iż Miłosz odszedł w momencie, gdy jego uczestnictwo w takiej nowoczesności – nawet jako czujnego stróża gospodarstwa poezji – mogło okazać się niemożliwe.

Marta Wyka

Tekst ten jest fragmentem większej całości.

Przypisy

1 Świadectwa takiego samopoczucia duchowego znajdujemy w książce Rozmowy polskie 1979–1998, t. 1, Kraków 2007. Są to przedruki prasowych wywiadów i rozmów, jakie poeta w tych latach przeprowadzał.
2 Zob. m.in. Teresa Walas, hasło Czesław Miłosz, „Dekada Literacka” 2007, nr 2/3, s. 55–60.
3 Mam tutaj na myśli tekst Kazimierza Wyki Syntezy i likwidacje Młodej Polski, w: tegoż: Łowy na kryteria, Warszawa 1965, s. 162–85.
4 Czesław Miłosz, Ziemia Ulro, Instytut Literacki, Paryż 1980, s. 36.
5 Piotr Śliwiński, Świat na brudno. Szkice o poezji i krytyce, Warszawa 2007, s. 119. I dalej krytyk pisze: […] istniał też u nas kompleks Miłosza – i to co najmniej w dwóch postaciach. Pierwszą, tę, która dała o sobie znać podczas przygotowań do pogrzebu, pomijamy jako ordynarne łajdactwo przebrane w patriotyczny kostium. Druga zasługuje na moment uwagi.
Patrząc na lirykę współczesną okiem młodego poety, aż się prosi, aby zadać następujące pytania: pierwsze – czy poezja nadal przedstawia? drugie – czy poezja nadal ocala? Inaczej: czy Miłosz ma nadal rację? (tamże, s. 120–121).
6 Zob. „Dziennik” z dn. 29.07.2007.
7 Marcin Król w książce Nieco z boku. Autobiografia niepolityczna (Warszawa 2008) pisze o niefortunności określenia „salon” w odniesieniu do kręgów inteligencji opozycyjnej schyłku PRL, z których miałaby się wywodzić potężna i wpływowa Familia, podobna do tej, którą wymyślił Ziemkiewicz. Król przypomina typowe, skromne mieszkanka inteligenckie tamtych czasów, w których „spiskowano”, ale w poetyce na pewno odmiennej niż „salonowa”.
8 Porównaj na przykład wiersz Tomasza Różyckiego, napisany na wiadomość o śmierci poety. Niejedyny to zresztą wyraz hołdu złożonego mistrzowi – ale nas interesują tutaj związki innego nieco rodzaju, umysłowe przede wszystkim, nie liryczne.
9 Rafał Ziemkiewicz, Michnikowszczyzna. Zapis choroby, Lublin 2006, s. 356.
10 Tamże, s. 358.
11 Tamże, s. 77.
12 Marek Zaleski, Zamiast. O twórczości Czesława Miłosza, Kraków 2005, s. 20. Tekst, z którego pochodzi cytowany fragment, został napisany w roku 1981.
13 Czesław Miłosz, Legendy nowoczesności, Kraków 1996, s. 132.
14 Jan Błoński, Miłosz jak świat, Kraków 1998, s. 72.
15 Tamże, s. 92. To również aluzja do wiersza Piosenka o końcu świata.
16 Błoński odwołuje się do książki Ryszarda Nycza Sylwy współczesne. Problem konstrukcji tekstu (Wrocław 1984).
17 Jan Błoński, Miłosz jak świat…, dz. cyt., s. 121.
18 Mam tutaj przede wszystkim na myśli książki Aleksandra Fiuta z Momentem wiecznym (Kraków 1998) na czele.
19 Wszystkie cytaty zostały wyjęte z tekstu Oko cyklonu („Zeszyty Literackie” 2005, nr 4 (91), s. 37).
20 Przypominając postacie i pisma z lamusa – tak brzmi pierwszy człon ostatniego zdania eseju Czesława Miłosza Warszawa środkiem ustali się świata („Tygodnik Powszechny” 2002, nr 13).
21 Książkę o Gombrowiczu Michał Paweł Markowski rozpoczyna od takiego właśnie przeciwstawienia, które sprowokowało wiele sprzeciwów, ale – z punktu widzenia Markowskiego‑interpretatora – sąd ten daje się usprawiedliwić: nie sposób bowiem uczynić Miłosza przedmiotem takich gier interpretacyjnych, jakie Markowski z powodzeniem stosuje wobec Gombrowicza. „Niedojrzałość” daje asumpt nowoczesności, nie daje go natomiast „historyczność”, albo czyni to na specjalnych warunkach. Sądzę jednak, że ten stan rzeczy ulec musi rychło zmianie.
22 Ewa Bieńkowska, W ogrodzie ziemskim. Książka o Miłoszu, Warszawa 2004.
23 Tamże, s, 267.
24 Tamże, s. 269.
25 Marek Zaleski, Arcywzór biografii poety, w: tegoż, Zamiast…, dz. cyt., s. 249.
26 Jerzy Jarzębski, Być wieszczem, „Teksty” 1981, nr 4/5, s. 246.
27 Zob. również w tej kwestii Marta Wyka, Jak Miłosz czyta Mickiewicza, w: Poznawanie Miłosza 2, red. Aleksander Fiut, Kraków 2001.
28 Wygłoszony i opublikowany w języku francuskim pt. La place de la prose dans le projet de modernité de Miłosz (w: Czesław Miłosz et le vingtieme siecle, red. Maria Dellaperrière, Paris 2006, s. 109).
Ta część książki, w której pomieszczony został esej Boleckiego, nosi tytuł Miłosz – pisarz nowoczesny?. Znak zapytania sugeruje wyraziście, że problem ten istnieje, zatem dzieło Miłosza, już po jego zamknięciu, nie stało się tylko częścią przeszłości, zachowując zdolność „komunikowania się” z teraźniejszością.
29 Nazywa Bolecki Zniewolony umysł – traktatem, kładąc nacisk na jego literackość, nie na zawartość polityczną. (zob. również Czesław Miłosz, Zniewolony umysł. Lekcja literatury z Cz. Miłoszem i W. Boleckim, Kraków 1999).
30 Przemysław Czapliński, Polska do wymiany, Warszawa 2009, s. 253.
31 Czesław Miłosz, Przygody młodego umysłu. Publicystyka i proza 1931–1939, Kraków 2003, s. 63. Uwaga ta wiązała się z wystawieniem w teatrze na Pohulance w Wilnie sztuki Wyspiańskiego Zygmunt August. Wyspiański, przypominam, zostaje przywołany, gdy Andrzejewski relacjonuje dalszy ciąg krzeszowickiej wizyty i pobyt z Miłoszem na Skałce.
32 Można je było zobaczyć w roku 2008 na wystawie w krakowskiej Kamienicy Szołayskich, zatytułowanej Okey, Wyspiański, autorstwa Maszy Potockiej.
33 W styczniu 1975 roku Kraków żegnał Kazimierza Wykę, rówieśnika Miłosza. Pogrzeb prowadził kardynał Karol Wojtyła (na wyrażone przed śmiercią życzenie zmarłego). Władze polityczne zabroniły relacji z tej uroczystości, która stała się wielką manifestacją poparcia dla osoby i myśli Kazimierza Wyki. Wyka odszedł w ponurym dla polskiej kultury momencie, niezapowiadającym radykalnych zmian.
34 W rok po śmierci i pogrzebie Miłosza Dariusz Gawin pisze w szkicu Miłosz i Polacy: […] wszelkie głosy kwestionujące polskość Miłosza okażą się żałosne. Przede wszystkim zaś dotyczy to protestów tradycjonalistów przeciwko złożeniu prochów poety na krakowskiej Skałce. W rzeczywistości trudno było o bardziej wymowne zakończenie sporu, jaki z Polską toczył całe życie autor Rodzinnej Europy. Nie sposób bowiem oprzeć się wrażeniu, iż w fakcie złożenia prochów Miłosza w panteonie kultury polskiej, można upatrywać nie tylko należnego hołdu oddanego wielkiemu Polakowi (znalazł się tam bowiem obok m.in. Stanisława Wyspiańskiego i Jacka Malczewskiego), lecz także pewnego rodzaju dobrotliwej ironii Opatrzności kierującej biegiem ludzkich spraw (zostali tam bowiem pochowani tacy twórcy jak Wincenty Pol czy Henryk Siemiradzki, symbolizujący wszystko to, co w kulturze polskiej budziło zawsze najgłębszą niechęć autora Roku myśliwego (tegoż, Polska, wieczny romans. O związkach literatury i polityki w XX wieku, Kraków 2005, s.189).
35 Włodzimierz Bolecki, Pamięci poety, „Zwoje (The Scrolls)” 2004, nr 3 (40).
36 Stefan Chwin, Między pięknem a okrucieństwem świata, „Zwoje (The Scrolls)” 2004, nr 3 (40).
37 Zob. Ireneusz Krzemiński, Miłosz i polski światopogląd, „Rzeczpospolita” z dn. 23.10.2004 (nr 43), dod. „Plus Minus”.
38 Zob. „Tygodnik Powszechny” 2004, nr 34, dod. „Pożegnanie Poety”.
39 Odwołuję się tutaj do ciekawej rozprawy Mikołaja Sokołowskiego Mowy pogrzebowe wygłaszane z powodu śmierci Adama Mickiewicza wobec tradycji gatunku, „Pamiętnik Literacki” 2005, z. 4, s. 123–141.
40 Można o tym przeczytać w cytowanej wyżej rozprawie Sokołowskiego, w której przytacza się również anglojęzyczną literaturę przedmiotu.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas