poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Dorota Wojda
Sprzeczności uczuć. O liryce miłosnej Wisławy Szymborskiej
Wisława Szymborska, „Miłość szczęśliwa i inne wiersze”, Wydawnictwo a5, Kraków 2007.

 

Na okładce najnowszego wyboru poezji Wisławy Szymborskiej zwraca uwagę czerwona róża z ryciny Pierre'a Josepha Redoute, kwiat symbolizujący miłość i lirykę miłosną, a nad nią widnieje, utrzymany w tej samej czerwonej tonacji, tytuł książki: „Miłość szczęśliwa i inne wiersze”. Taka zapowiedź może sugerować, że jest to zbiór poetycki, który z radością przyjmie ukochana lub ukochany na znak odwzajemnianego uczucia. Antologia, „zbiór kwiatów”, bywa wiązanką wierszy połączonych wspólnym tematem albo sygnaturą pisarza, w wypadku kompozycji erotyków to coś w rodzaju bukietu mającego scalać miłosne wyznania czy wręcz miłość samą, w jej różnych postaciach. Tom Szymborskiej byłby zatem esencją liryki, kojarzonej z mową ekspresywną, nastawioną na wyjawianie innemu tego, co do niego się czuje. Mogłoby tak być, gdyby autorka nie była ironistką, a tutaj ironia podważa treści eksponowane na okładce: dzięki dwuznaczności tytułu „miłość szczęśliwa” staje się - dosłownie - wierszem, ale poza nim są przecież te „inne”, nieszczęśliwe, i jest ich znakomita większość. „Negatyw”, „nieprzyjazd”, „nieobecność”, „niepamiętana” to tylko niektóre z przeczeń, jakimi poetka mówi o miłości. Ironia Szymborskiej nie zatrzymuje się jednak na prostej antyfrazie, na odwróceniu pierwszoplanowych sensów, lecz podąża dalej, by ukazać wartość nieszczęśliwego uczucia, zarówno w życiu, jak i w lirycznej antologii.

 

Tak samo pisała o stracie Elizabeth Bishop w wierszu „Ta jedna sztuka”:

 

Trać rozleglej, trać szybciej, ćwicz - wejdzie ci w nawyk

utrata miejsc, nazw, schronień, dokąd chciałeś uciec

lub chociażby się wybrać. Praktykuj te sprawy. [...]

 

Nawet gdy stracę ciebie (ten gest, śmiech chropawy,

który kocham), nie będzie w tym kłamstwa. Tak, w sztuce

tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy;

tak, straty to nie takie znowu (Pisz!) straszne sprawy.

 

W tym wierszu strata ma wydawać się czymś zwyczajnym, niemalże nawykowym, ale słowo „Pisz!” ujawnia, że takim nie jest - że pragnie się uchylenia straty i obecności drugiej osoby, choć to niemożliwe. Pozorowany dystans kryje tutaj żarliwość: litota wzmaga siłę wyrazu zagrożonego uczucia, a im bardziej dyskurs miłosny siebie neguje, tym większe jego oddziaływanie. Podobnie jest u Szymborskiej, na przykład w wierszu „Perspektywa”:

 

 

Minęli się jak obcy,

bez gestu i słowa,

ona w drodze do sklepu,

on do samochodu.

 

Może w popłochu

albo w roztargnieniu,

albo w niepamiętaniu,

że przez krótki czas

kochali się na zawsze […]

 

A ja tylko przez moment

pewna, co widziałam,

próbuję teraz w przygodnym wierszyku

wmawiać Wam, Czytelnikom,

że to było smutne.

 

Zamiast liryki miłosnej otrzymujemy „przygodny wierszyk” o uczuciu, które już się skończyło, mówi zaś o nim autorka patrząca na dawnych kochanków z okna, z dalekiej perspektywy. Jednakże „kto patrzy z góry, / ten najłatwiej się myli” - słowa te pozostają w sprzeczności z puentą wiersza, gdzie czytamy, iż poetka wmawia nam tylko, że to było smutne. Im bardziej tekst podaje w wątpliwość znaczenie wygasłych uczuć, im więcej tutaj dystansu, tym bardziej strata staje się dotkliwa, tym bliżsi czytelnikom są ludzie, którzy „Minęli się jak obcy”. Mowa Szymborskiej jest podwójna: „Czyli nic się nie stało / nawet jeśli się stało” - to prawda, tak widać z oddalenia, ale trudno zapomnieć o perspektywie, z jakiej, nawet jeśli nic się nie stało, stała się ta wyjątkowa chwila, kiedy kobieta i mężczyzna przez „krótki czas / kochali się na zawsze”. Podobna dwoistość występuje w utworze „Podziękowanie”, zaprzeczającym wizji świętego Pawła, zgodnie z którą miłość „wszystko zakrywa, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko znosi”. Jak czytamy w „Liście do Koryntian”, „miłość jest największym darem”, lecz bohaterka Szymborskiej składa podziękowanie „tym, których nie kocha”, nie przysparzają oni bowiem bólu. „Nie czekam na nich, / od okna do drzwi. / Cierpliwa / prawie jak słoneczny zegar, / rozumiem / czego miłość nie rozumie, / wybaczam, / czego miłość nie wybaczyłaby nigdy”. A jednak w tym podziękowaniu kryje się sens odwrotny, wyraz wdzięczności dla tych, którzy są obdarzani miłością. „Nic im nie jestem winna” - tak „powiedziałaby miłość” niekochanym, zatem kochani usłyszeliby od niej: wszystko wam zawdzięczam. To, co w miłości sprawia cierpienie, też jest darem, tak cennym i tak trudnym do przyjęcia, że słowo „dziękuję” nie może zostać wprost wypowiedziane.

 

Antologia Szymborskiej powtarza prawidłowość wyraźną w poszczególnych zbiorach poetyckich, „Soli” czy „Wszelkim wypadku”, gdzie utwory dotyczące miłości rozmieszczono bez logicznego planu i następstwa. Nie układają się one w historię uczucia ani też nie oddają jego istoty, ale są jakby migawkami z różnych etapów czy odmian bliskiej relacji: spotkanie, rozłąka, wrogość, czułość, namiętność. Stała jest tu gra między różnymi poziomami znaczeń, tym samym intensyfikacja przekazu dokonująca się przez maskowanie stanów wewnętrznych. Komentarzem do takiej liryki może być wiersz nie ujęty w zbiorze:

 

Znam ludzi, którym w sercach zgasło,

lecz mówią: ciepło nam i jasno,

i bardzo kłamią, gdy się śmieją.

Wiem jak ułożyć rysy twarzy

by smutku nikt nie zauważył.

„Do zakochanej nieszczęśliwie” oddaje charakter liryki Szymborskiej, ponieważ mowa tutaj o sprzeczności uczuć doznawanych i okazywanych: pod spodem smutek, dla niepoznaki śmiech, z tym, że zamiast kłamstwa w wierszach poetki występuje ironia, która tyleż ukrywa, co odkrywa emocje. W Rozgniewanej muzie, innym wierszu pominiętym w antologii, powściągliwość łączy się z lękiem przed niestałością uczuć i przed zaprzeczeniem prawdzie wysławianej w poezji:

 

Czemu piszę tak mało

miłosnych pieśni? [... ]

 

Skoro milczę - to milczę

tylko przez bojaźń

że kiedyś ból mi zada

piosenka moja,

że przyjdzie dzień i nagle

słowom zaprzeczy,

zostaną rytmy, rymy,

miłość uleci

i będzie niepochwytna

jak cień gałęzi.

 

W utworach zebranych w książce czytamy najczęściej o przemijaniu miłości, o doznaniach przychodzących wówczas, gdy rozmowa jest niemożliwa, kiedy odczuwa się lęk przed stratą, ukochany przestaje darzyć kobietę spojrzeniem, odchodzi albo umiera. Są tu też jednak wiersze o tym, z jakich drobnostek składa się bycie razem, jak powstaje i umacnia się zażyłość, a także o tym, co ją poprzedzało. Można odstąpić od przyjętego układu i odtworzyć historię miłosną ukazywaną przez Szymborską od początku do końca albo jeszcze inaczej, wbrew ograniczeniom czasu - od końca do początku.

 

Taki właśnie tytuł, „Koniec i początek”, ma zbiór, z którego weszły do antologii wiersze „Rachunek elegijny”, „Kot w pustym mieszkaniu” i „Pożegnanie widoku”. Mówi w tych utworach ktoś, kto został sam lub wypowiada się w imieniu osamotnionych. Nieobecność wynika tu z rozłąki ostatecznej, ze śmierci, jakkolwiek brak wyrażanej wprost rozpaczy. „Nie obwiniam, Nie sprawia mi to bólu, Przyjmuję do wiadomości, Niczego nie wymagam” - tak deklaruje kobieta odnosząca się do praw życia i śmierci, odpowiadających za to, że jednym dane jest rozstanie, a innym wspólnota, i że wiosna nadchodzi, choć nie może już być z ukochanym dzielona. To, czego odmawia bohaterka Szymborskiej, to przeżycie, w dwóch znaczeniach tego słowa: „Na tyle Cię przeżyłam / i tylko na tyle, / żeby myśleć z daleka”. Zieleń młodych liści, kolory toni jeziora nie będą przeżywane, bo nie można uczestniczyć w ich pięknie, jeśli „przeżywać” oznacza „współdoznawać”, „współistnieć”. Stąd słowa: „Na jedno się nie godzę. / Na swój powrót tam. / Przywilej obecności - / rezygnuję z niego” („Pożegnanie widoku”). Podobny dystans, z całą mocą ujawniający siłę uczuć, widać w „Rachunku elegijnym”, gdzie symuluje się zliczanie zmarłych, by ukazać nieprzeliczalność straty, a także w wierszu o kocie, który nie rozumie, czemu zabrakło jego pana - inaczej niż człowiek, znający władzę śmierci, i tak samo jak człowiek, nie mogący na tę władzę przystać.

 

„Rachunek elegijny” pokazuje, że dalszy los bliskich nie jest nam znany. Ale poetka mówi wciąż do tego, kogo zabrakło: „Na twojej ciemnej twarzy jasne cienie” („Negatyw”), „Nad całym Twoim życiem / i moim, jeszcze nie całym [...]” („Chmury”). Wszystko poświadcza pragnienie rozmowy, kobieta staje się w wyobraźni duchem nawiązującym kontakt ze zmarłym dzięki jego nie wywołanej fotografii („Negatyw”), śni przebudzenie na dźwięk telefonu, który ktoś z tamtej strony wykonuje („Słuchawka”), jej śpiące ciało stwarza ukochanemu w akcie powtórnej genesis niebo i ziemię, wszystkie pory dnia i roku (Sen). Na to nie ma jednak żadnej odpowiedzi - Szymborska gra znaczeniem słowa „negatyw”, by nazwać życie „burzą przed ciszą”. Po przerwanym życiu rozmowa jest niemożliwa: „Śni mi się cisza, / bo zamilknął dzwonek”.

 

Zanim dojdzie do rozgraniczenia życia i śmierci, kochający się ludzie mogą stworzyć związek, w którym panuje doskonała jedność: „Spełza płeć, tleją tajemnice, / w podobieństwie spotykają się różnice / jak w bieli wszystkie kolory”. Małżonkowie ze „Złotych godów” są jak bliźnięta, wplątani nawzajem w linie swoich dłoni, widzą to samo, bo tak bardzo się w siebie zapatrzyli. Osiągnięty pokój poprzedziły jednak bitwy, „przywłaszczenia i wywłaszczenia”. Szymborska znów ukazuje, że miłość, sedno życia, jest burzą, walką, ścieraniem się różnic:

 

Musieli kiedyś być odmienni,

ogień i woda, różnić się gwałtownie,

obrabowywać i obdarowywać

w pożądaniu, napaści na niepodobieństwo.

 

„Złote gody” to wyjątek w pisarstwie Szymborskiej, większość jej wierszy zdaje bowiem sprawę z katastrofy, do której prowadzą potyczki między kochankami. W „Niespodzianym spotkaniu” bohaterowie milkną, spotykając się po latach. To, co w nich ludzkie, nie umie podjąć ze sobą dialogu, a to, co bestialskie, nie powoduje już emocji: „Nasze wilki ziewają przed otwartą klatką. // Nasze żmije otrząsnęły się z błyskawic”. Charakterystyczny dla poezji Szymborskiej motyw burzy zyskał najbardziej chyba przejmującą realizację w tekście „Na wieży Babel”, gdzie kobieta i mężczyzna mówią do siebie, ale każde o czymś innym. To pomieszanie języków nie jest niezwykłe, po prostu ludzie nie mogą się porozumieć, jednak mężczyzna stale wraca do apokaliptycznego snu o niebie pękającym w „stu-błysku „- jakoś daje o sobie znać poczucie, że kres miłości jest końcem świata. Samo rozstanie, jego zwiastuny i pustkę, która po nim przychodzi, ukazuje Szymborska tak, jak w wierszu „Perspektywa”, zawierającym ironiczną uwagę „Czyli nic się nie stało / nawet jeśli się stało”:

 

Tak bardzo pozostali sami,

tak bardzo bez jednego słowa

i w takiej niemiłości, że cudu są godni -

gromu z wysokiej chmury, obrócenia w kamień. [ . ]

 

Ale nic się nie zdarzy. Żadne, samo z siebie,

nieprawdopodobieństwo. [ . ]

 

Nad tym wierszem widnieją słowa „Bez tytułu”, bo i o nazwę trudno dla utworu mówiącego o zwyczajnym, żałosnym rozstaniu. A jednak takie właśnie zdarzenie godne jest nadnaturalnej interwencji, bardziej prawdopodobnej od „niemiłości”, która stała się udziałem kochanków. Co przychodzi później? Od tego się nie umiera, mówi poetka. „Rozśmieszały się smutki, leciał dzień za dniem, / a oni, pocieszeni, znikali na grypę” („Album”). Namiętności tłumi proza życia, z wolna przychodzi rozpoznanie, że trzeba znieść to, co wydawało się totalną zagładą, że świat nie runął, kiedy ukochany zamknął za sobą drzwi. „Ona wstała, jak się wstaje. // Ona chodzi, jak się chodzi. // Nawet śpiewa czesząc włosy, / które rosną” („Ballada”). Opuszczona kobieta sprawia wrażenie zabitej, każdy jej ruch jest cudem na miarę fantastycznej ballady, ale po jakimś czasie powstaje z martwych, by zmienić się z Ofelii w zatroskaną o strój i makijaż aktorkę - non omnis moriar znaczy tutaj: „przeżyję w praktycznych pazurkach” („Reszta”). Mówiąc o miłości, Szymborska często sięga po metaforę teatru - kategorie iluzji, przedstawienia, roli wprowadzają dystans i maskują ból:

 

Najpierw minie nasza miłość,

potem sto i dwieście lat,

potem znów będziemy razem:

 

komediantka i komediant,

ulubieńcy publiczności,

odegrają nas w teatrze.

 

(„Buffo”)

 

W tym wierszu powściągnięciu emocji służy igranie przestrzenią i czasem oraz powoływanie do istnienia postaci patrzących na kochanków z odległej perspektywy. Historia miłosna staje się zaprojektowaną w przyszłości sceną, na którą spogląda kobieta cudzymi oczami, widząc farsę, nie zaś żywą tragedię. Sobowtórowe kreacje pozwalają zrelatywizować i oswoić trudne do wyrażenia uczucia, nierzadko zastępują też jednak główną bohaterkę w przeżywaniu tych doznań, umożliwiając pełniejszą ekspresję. Cień bierze na siebie „patos i cały jego bezwstyd”, to on w chwili rozstania „położy się na torze” („Cień”). Kobieta z dawnego portretu staje się zaprzeczonym wizerunkiem kobiety współczesnej: „Nie używam rozpaczy, bo to rzecz nie moja, / a tylko powierzona mi na przechowanie” („Pejzaż”). Różne perspektywy czasowe zderzają się też w wierszu „Śmiech”, gdzie wchodzą w konflikt dwa wcielenia jednej osoby. Kobieta zdradza partnerowi miłosny sekret dziewczynki, którą kiedyś była, nie mając świadomości, że niczym się od niej nie różni: na wiele jest gotowa, by wzbudzić, nikłe choćby, zainteresowanie ukochanego. To w spojrzeniu tej małej, jak w oczach umarłych, widać rozpacz i niezawinioną winę.

 

„Śmiech” mówi o śmierci - w tej aliteracji wybrzmiewa związek Erosa z Tanatosem, dostrzegany przez kobietę bezpieczną jeszcze w ramionach mężczyzny. Także inne bohaterki Szymborskiej wyczuwają rozstanie i śmierć przed właściwą im porą. Jedna z nich doświadcza „niewieczności” obdarzanego uczuciem człowieka, kiedy ten prowadzi ją do swojej matki, ku swojemu początkowi. Wtedy pojawia się myśl: jeśli został urodzony, musi umrzeć, jego życie to odroczenie „od powszechnego wyroku”. Stając twarzą w twarz z matką ukochanego, kobieta zyskuje bolesną wiedzę, że ten, bez kogo nie wyobraża sobie istnienia, jest „Narażony / na nieobecność swoją / zewsząd / w każdej chwili” („Urodzony”). Wobec takiej wiedzy inna bohaterka postrzega życie mężczyzny jako cudowne ocalenie od zagrażającej mu po wiele-kroć śmierci, w samej sobie czując ślad jej przejścia i tymczasowego odwrotu:

 

Więc jesteś? Prosto z uchylonej jeszcze chwili? [...]

Nie umiem się nadziwić, namilczeć się temu.

 Posłuchaj,

jak mi prędko bije twoje serce.

 

(„Wszelki wypadek”)

 

W objęciu drogich ramion kobieta może pozostawać bezsenna, by rozmyślać o tym, że utraciła już miejsce w snach mężczyzny. Kiedyś, jeszcze daleka, była tą wyśnioną, gościem, „przed którym rozsuwają się ściany”, który ma „łaskę znikania sprzed zdumionych oczu”, dla którego budzi się do życia senny świat (*** „Jestem za blisko, żeby mu się śnić...”). Dzisiaj, w zbliżeniu, wydana jest jawie i oddalona: „Za blisko, Ja jestem za blisko”. W innym wierszu mężczyzna stwarza kobietę władzą wzroku, sprawiając, że partnerka układa poezję, śmieje się i tańczy, dopóki nie spostrzeże końca jego zapatrzenia. Wtedy, w samym środku miłości, przy zwykłym winie, „Ewa z żebra, Wenus z piany” widzi swoją śmierć:

 

Kiedy on nie patrzy na mnie,

szukam swojego odbicia

na ścianie. I widzę tylko

gwóźdź, z którego zdjęto obraz.

 

(„Przy winie”)

 

Odrębną grupę utworów stanowią w antologii wiersze poświęcone codzienności, byciu razem w zwykłym dniu. Tutaj więcej jest ciepłego humoru, ale również pojawia się ironia, powiązana z myślą o możliwej stracie. Szymborska ukazuje kobietę jako kształtującą swoją tożsamość w relacji z drugą osobą, gotową na zmianę, a mężczyznę - jako zamkniętego w ustalonych granicach, trwającego przy swoim. Ona

„Musi być do wyboru. / Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło”, on zaś „Należy do tych mężczyzn, co wszystko chcą robić sami”. Ona jest słaba i silna zarazem, używa rzeczy, kiedy to konieczne, „Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most”, on - wciąż pozostaje chłopcem, otacza się przedmiotami, „z których był albo będzie przypuszczalny pożytek”. Bohaterka „Portretu kobiecego” – „Albo go kocha, albo się uparła. / Na dobre i na złe i na litość boską”, a bohatera „Męskiego gospodarstwa” – „Trzeba [... ] kochać łącznie z półkami i szufladami”. Właśnie rzeczy ważne są w życiu partnerów, ale jeśli dla kobiety poświadczają one ludzki los, to dla mężczyzny sprowadzają się do obiektów posiadania. Szymborską bardziej zajmuje ta pierwsza perspektywa. W wierszu „Jawność” krzesła, szklanki i drzewa przedstawione zostają jako heroldowie miłosnej nowiny. Skąd ten pęd rzeczy do jawności? Kobieta odpowiada, że miłość jest niczym światło prawdy, któremu trzeba złożyć świadectwo, bo wszystko ku sobie przyciąga: „Może on widzi więcej od nas / bystrością owadziego wzroku? / Ja nie przeczułam, tyś nie odgadł, / Że nasze serca świecą w mroku”. Domniemana mowa pozaludzkich bytów jest jednak zagrożona niewiernością: „Gdyby rzeczy mówiły - / ale gdyby mówiły, mogłyby i kłamać”. W tę mowę wkradną się pomówienie i obłuda, kiedy ludzi przestanie łączyć prawda. Wtedy przedmioty, tak jak ich właściciele, staną się fałszywymi świadkami („Gdyby”).

 

Rzeczy odgrywają dużą rolę podczas rozłąki, którą chciałoby się natychmiast przerwać jakby w lęku przed ostatecznością. Tęsknota, oczekiwanie na list, borykanie się i bratanie z rzeczami na drodze do wymarzonego celu - od tego zaczyna się antologia Szymborskiej. Utwór „W banalnych rymach” od razu wprowadza w świat tego zbioru, gdzie miłość łączy się z brakiem, pragnieniem i codziennością. Jest tu też ironia, choć na ukrytym poziomie nie ma jeszcze rozpaczy, tylko żarliwe, samo ze sobą prześcigające się w radości uczucie:

 

i jeszcze większa: tylko tydzień,

już tylko cztery dni do końca

i jeszcze większa: to walizka

zamknęła się, gdy klękłam na niej [... ]

i jeszcze większa: ciemno ciemniej,

w ten wieczór już będziemy razem.

 

Spotkaniu, które wreszcie nadchodzi, towarzyszy częsta w poezji Szymborskiej litota - kiedy bohaterka znajdzie się przy ukochanym, powie na widok kwiatów: „- Czemu kupiłeś taaakie drogie?” Banalność osłania tu i wyraża uczucia, dla których nie ma właściwych słów. Brakuje ich też w innym utworze poświęconym spotkaniu, a właściwie niespotkaniu, bo przez negację opowiada poetka o tym, co miało się wydarzyć, ale nie doszło do skutku. Znów pojawiają się list, walizka i pociąg, lecz tym razem są znakami nieobecności pozbawionej wypełnienia - to nie my spotkaliśmy się na peronie i nie nasz był pocałunek. „Gdzie indziej. / Gdzie indziej. / Jak te słówka dźwięczą” („Dworzec”).

 

Zanim nadejdzie codzienność, kobieta i mężczyzna są bezgranicznie w sobie zakochani, ale już wtedy, kiedy więź dopiero między nimi się rodzi, nawiedza ich myśl o zagrożeniu. Bohaterka Szymborskiej odczuwa nagłą wspólnotę z ukochanym niczym stworzenie świata, o którym mówi przez odniesienie do nicości, jaką cudem opuściła: „już tylko się domyślam z ręką na twoim ramieniu, / ile po tamtej stronie pustki na nas przypada” (*** „Nicość przenicowała się także i dla mnie”.). Istnienie „tamtej strony” wciąż jednak o sobie przypomina, jakby miłość nie mogła obyć się bez niemiłości. Pamięć o dniu wczorajszym, co może stać się jutrem, nie opuszcza bohaterów wiersza „Zakochani”, chociaż piosence „Ty pójdziesz górą a ja doliną” nie chcą dawać wiary. Szymborska tworzy obraz miłości przez odwołania do kodu sakralnego - kochankowie wstępują w siebie, czyniąc świadkami tego aktu całą naturę, od liści i ziemi po niebiosa, klękają nad jeziorem, uświęcani aureolą z ptasich skrzydeł. W ich imieniu ktoś kieruje do ulatującej w niebo jaskółki słowa litanii:

 

Serce jaskółki

zmiłuj się nad nimi.

 

Odbicia drzew dymiły

na zdrobniałej fali.

Jaskółko, spraw, by nigdy

nie zapominali.

 

(„Upamiętnienie”)

 

Ale jaskółka jest „cieniem chmury” i nie wróży dobrze zakochanym. Jeśli połączyć „Upamiętnienie” z „Pierwszą miłością”, okaże się, że modlitwa nie została wysłuchana, jaskółka nie była dobrym bóstwem, lecz - jak to zwykle bywa - zwiastunem burzy. Wspominając pierwszą miłość, kobieta mówi: „Nasze jedyne spotkanie po latach / to rozmowa dwóch krzeseł/przy zimnym stoliku”. O miłości szczęśliwej trudno zaś dodać coś więcej ponad to, że jest rzadka i budzi zawiść. W wierszu, który użyczył antologii tytułu, dominują określenia wskazujące na skandaliczność takiego uczucia, ale wypowiada się tutaj ktoś, kto chyba nigdy nie był zakochany (szczęśliwie). Staje on po stronie użyteczności publicznej, religii i poezji, dla których ważniejsze są związki nieudane. W tle słychać jednak głos afirmatywny wobec tego, co wyjątkowe, i kpiący, choć nie bez ubolewania, z występującego w imieniu świata oratora: „Niech ludzie nie znający miłości szczęśliwej / twierdzą, że nigdzie nie ma miłości szczęśliwej. // Z tą wiarą lżej im będzie i żyć, i umierać”. Tu ironia Szymborskiej idzie chyba najdalej, bo mierzy poniekąd w całość zbioru, podważając wiarygodność persony, która z wiersza na wiersz coraz dobitniej ukazywała klęskę szczęśliwego uczucia. Może wypada jednak inaczej odczytać lirykę miłosną poetki, by zwrócić uwagę na to, co jeszcze - oprócz ironii, metaforyki burzy i poświadczania straty -powtarza się w tych wierszach: na cud objawionej nagle miłości, błysk szczęścia, okazującego się po prostu czymś innym niż harmonijne, doskonałe trwanie. O takiej chwili, zagrożonej kataklizmem, ale przecież jak najrealniej doświadczanej, czytamy w poezji Szymborskiej:

 

Jakby tylko gdzie indziej burzyły się morza

i rozrywały brzegi horyzontów.

 

Jest dziewiąta trzydzieści czasu lokalnego.

[…]

 

Jak okiem sięgnąć panuje tu chwila.

Jedna z tych ziemskich chwil

proszonych żeby trwały.

 

(„Chwila”)

 

Książkę zamyka utwór „Miłość od pierwszego wejrzenia”, odłączony od pozostałych wierszy z „Końca i początku”. To wyjątkowe przesunięcie, gdyż inne teksty (poza dotąd nie publikowanym „Gdyby”) ułożono w porządku zgodnym z następowaniem po sobie tomów, od „Dlatego żyjemy” (1952) do „Dwukropka” (2005). Umieszczenie na końcu tego właśnie utworu nie jest bez znaczenia, mówi on bowiem o tym, co poprzedza miłość, o drobnostkach, które dopiero z dalszej perspektywy mogą okazać się przypadkami wiodącymi do spełnienia losu. W antologii Szymborskiej czas podlega więc zaburzeniu - koniec przenosi nas na początek, niejako w przedakcję miłości, co więcej, w ostatnich słowach wiersza, a tym samym zbioru, czytamy, że „Każdy przecież początek / to tylko ciąg dalszy, / a księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie”. Nie wiadomo zatem dokładnie, gdzie się znajdujemy, czy miłość - tak samo jak przeczytana książka - właśnie dobiega kresu, czy też dopiero się zawiązuje, wciąż jeszcze jest pasmem nieczytelnych znaków („Może trzy lata temu / albo w zeszły wtorek /pewien listek przefrunął/ z ramienia na ramię?”). Ale jeśli zamkniemy książkę, znów zobaczymy różę.

 

Z perspektywy zawartości zbioru róża z okładki jest symbolem miłości szczęśliwej, a zarazem pozostałych, „innych wierszy” - kolce na łodygach kwiatu dają o sobie znać. Owa róża poświadcza wyjątkowość jedynej chwili, kiedy kocha się „na zawsze”, jedynego imienia, zamilknięcia wobec tego, co się raz jedyny przydarza. W wierszu „Nic dwa razy” Szymborska mówi, że róża, tak jak miłość, to imię dane w nieobecności, zanim nadejdą pytania:

 

Wczoraj, kiedy twoje imię

ktoś wymówił przy mnie głośno,

tak mi było, jakby róża

przez otwarte wpadła okno.

 

Dziś, kiedy jesteśmy razem,

odwróciłam twarz ku ścianie.

Róża? Jak wygląda róża?

Czy to kwiat? A może kamień?

 

 

Dorota Wojda

Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas