poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Andrzej Skrendo
Różewicz od początku
Tadeusz Różewicz, „Nauka chodzenia / Gehen lernen”, Biuro Literackie, Wrocław 2007.

 Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229) 
 
 

Tadeusz Różewicz przyzwyczaił nas do tego, że ze znanych wcześniej swoich wierszy układa nowe książki. Wolno domniemywać, że wydając tego rodzaju kompozycje, za każdym razem chce nam powiedzieć o sobie coś nowego, namówić do powtórnej lektury, wskazać na coś, czego dotąd nie widzieliśmy dość wyraźnie. Co chce nam zasugerować, wydając tom „Nauka chodzenia / Gehen lernen”?

Sugestii tych jest kilka. Zacznę od tego, że odrzucę jedną z nich: iż „Nauka chodzenia” nie zasługuje na specjalną uwagę, bo jest zbiorem okolicznościowym. Takiej sugestii Różewicz nie składa, choć trudno zaprzeczyć kilku faktom: książka ta zbiera wiersze już znane (głównie z niedawno wydanego „Wyjścia”); powstała z inspiracji nowego wydawcy Różewicza, Biura Literackiego (dotąd Różewicz współpracował z Wydawnictwem Dolnośląskim); ukazała się na jubileusz 86-lecia poety oraz z powodu przyznania mu doktoratu honorowego na wrocławskiej ASP. Mimo to jest książką ważną, której znaczenie wykracza poza okoliczności jej wydania.

„Nauka chodzenia” ma wyrazistą konstrukcję. Składa się z 18 wierszy, którym towarzyszą ich niemieckie przekłady (Karla Dedeciusa, Bernharda Hartmanna, Andrzeja Słomianowskiego). Są one oddzielone od siebie dokonanymi przez Eugeniusza Geta-Stankiewicza rzutami aksonometrycznymi modelu budowli „Y” autorstwa Jana Jaromira Aleksiuna (nota bene promotora doktoratu h.c. Różewicza). Get sporządził swe rysunki czarnym i szarym tuszem według punktów obserwacyjnych rozmieszczonych co 18 stopni - budowla się zatem obraca, obraca ruchem odwrotnym do ruchu zegara. „Nauka chordzenia”, dodajmy, to nie pierwsze wspólne przedsięwzięcie obu artystów. Przed pięciu laty zorganizowali oni wspólną wystawę w Muzeum Narodowym we Wrocławiu „Zabawy Przyjemne i Użyteczne”.

Co wynika z tej konstrukcji? Najogólniej rzecz ujmując, można by powiedzieć, że „Nauka chodzenia” pokazuje jak w soczewce działanie głównych sił, które decydują o odrębności i oryginalności dzieła Różewicza. Te siły to polska tradycja literacka, literatura niemiecka i malarstwo. Przyglądając się bliżej, powiemy, że rysunki Geta ilustrują jakby kolejne kroki w „nauce chodzenia”, jaką podejmuje poeta. Zachodzi wyraziste podobieństwo między surową, geometryczną estetyką Geta, a estetyką poezji Różewicza, która rozpięta jest między lirycznym skrótem a „epickim”, narracyjnym rozgadaniem, między monochromatycznością a kolorem, dyscypliną a bezformiem. Można by też pomyśleć, że bryły Geta są obrazami jakiegoś labiryntu, po którym błąka się poeta. Tym labiryntem jest współczesna kultura medialna, bo to w niej umiejscowiony jest ktoś, kto mówi w wierszach Różewicza.

Komentarz do tej kwestii znajdziemy w wierszu „Szara strefa”, w którym czytamy m.in.:

malarz Get
mówi mi że nie widzi kolorów
[...]
być może rysunek jest najczystszą
formą malarstwa
rysunek jest wypełniony
czystą pustką

dlatego rysunek
jest ze swej natury
czymś bliższym absolutu
niż obraz Renoira

Ten fragment pokazuje w całej pełni, co jest stawką gry, jaką podejmują Get-Stankiewicz i Różewicz w „Nauce chodzenia”. Rysunek jakby oczyszcza pole percepcji z tego, co nieistotne i w ten sposób przybliża nas do tego, co transcendentne. Jest to zresztą paradoksalne, bo jeśli „Nauka chodzenia” coś pokazuje, to właśnie zanieczyszczenie pola percepcji przez śmieci płynące do nas wszystkimi możliwymi kanałami komunikacji. Czystość rysunku jest zatem raczej czymś, do czego poeta dąży i czego osiągnąć nie potrafi, a w związku z tym jego poezja staje się zapisem dramatycznego docierania do owej „czystej pustki”, która wypełnia rysunek. Z tego punktu widzenia między estetyką Geta a estetyka Różewicza zachodzi sprzeczność, są one jakby po dwóch stronach doświadczenia, po stronie czystej i nieczystej, albo inaczej mówiąc - malarz jest już tam, gdzie poeta (być może) będzie. Poeta wyznaje wprawdzie: „świat w którym żyjemy / to kolorowy zawrót głowy / ale ja w tym świecie nie żyję” - ale to niezupełnie prawda. „Nauka chodzenia” - podobnie jak tomy „Szara strefa”, „Wyjście” czy wcześniej „Uśmiechy” - zaświadcza, że właśnie w tym
 
ANDRZEJ SKRENDO
 
świecie „zawrotu głowy” Różewicz się znajduje, w nim jest umieszczony czy też do niego wrzucony, choć bez wątpienia czuje się w nim obco.

Takie pomieszanie uczuć widać na przykład w wierszu „Regression in die Ursuppe”:

czas wracać do ur-zupy
bracia poeci (i siostry
poetki tyż!)
wracajmy do fazy analnej
tam źródło sztuk wszelkich
pięknych i brzydkich
tertium non datur?
ależ! datur datur
właśnie tertium powstaje
na naszych oczach

Właśnie owo „tertium”, owa „zupa”, w której nic się ze sobą nie łączy i nic do siebie nie odnosi - jest jakimś nowym początkiem. Są to wody, nad którymi nie unosi się duch. Coś, w czym poeta - jak mówi w innym miejscu tego wiersza – „tonie”. Owo tonięcie w świecie multimedialnego chaosu to ważny temat „Nauki chodzenia”. Bo przecież miedzy innymi z tego powodu trzeba „uczyć się chodzić” od nowa, że rzeczywistość ulega ciągłej i postępującej degradacji.

Nie ma co ukrywać - Różewicz myśli konserwatywnie. W jego wierszach pobrzmiewa ton, który przydarza się nawet mędrcom - zrzędzenia na nowoczesne zepsucie i wspominania, jak to dobrze było za czasów własnej młodości. Ten ton słychać na przykład w ostatnim wierszu z „Nauki chodzenia” pod tytułem słowa. Mówi on o tym, że „słowa zostały zużyte”, podczas gdy -jak wspomina poeta – „za mojego dzieciństwa / można było słowo / przyłożyć do rany / można było podarować/ osobie kochanej”. Cóż - jeden z największych tematów Różewiczowskich (ma on wspaniałe realizacje choćby w „Płaskorzeźbie”), temat degradacji języka, wyraża się także w wierszach nieudanych. Obawiam się, że siłą poezji Różewicza nie jest narzekanie na współczesne zepsucie i tęsknota za dawnymi dobrymi czasami - i to niezależnie od tego, co powiedzą na ten temat moraliści.

Ale „nauka chodzenia” to metafora, która znaczy jeszcze coś innego. Pobrzmiewa w niej wątek Staffowski. Młody Różewicz zafascynowany był Staffem, który na starość planował napisanie cyklu wierszy „Ala ma kota”. Staff - komentował autor „Niepokoju” - zaczynał na starość wszystko od początku. Stary Różewicz naśladuje Staffa, podejmuje od nowa „naukę chodzenia”. Różni się od Staffa, a nawet sprzeniewierza się mu i swojej własnej nim fascynacji o tyle, o ile sugeruje, że w gruncie rzeczy wcale podejmować nauki chodzenia nie zamierza, bo to raczej inni, którzy zeszli „na czworaka”, powinni zacząć uczyć się chodzić. Powinni przypomnieć sobie, co to znaczy przyjąć postawę wyprostowaną -taką, jaką zachowywali ludzie dawniej. Tego rodzaju wyniosła ironia jest obecna w „Nauce chodzenia” - i ten ton, jak mówiłem, nie budzi mojej sympatii. Jeśli jednak kłaść nacisk na Staffowski sens Różewiczowskiej metafory, to wówczas nabiera ona barwy i staje się nośna. Opisuje sytuację, w której nie ma prostego podziału na tych zachowujących pozycje wyprostowaną i na tych raczkujących.

To jednak nie wszystko. Metafora tytułowa ma jeszcze inny sens - Bonhoefferowski. Bo właśnie o Bonhoefferze traktuje tytułowy wiersz tomu. Zasługiwałby on na obszerną analizę, tu powiedzmy tylko tyle - Różewicz odcina się od Nietzschego i przyznaje do Bonhoeffera, przedstawiając swoje relacje z tradycją metafizyczno-religijną. Poezję Różewicza można opisywać (sam to robiłem) jako szereg konsekwencji wyprowadzonych z jego zgody na Nietzscheańską diagnozę „śmierci Boga”. Odwołanie do myśli (i biografii) Bonhoeffera podsuwa inne rozumienie Boga: Bóg nie umarł, ale odszedł. Bezsilny, porzucił świat. My musimy uczynić podobnie i doświadczyć tego samego - wejść w świat przez Boga opuszczony. Uczestniczenie w boskości to doznanie tej samej słabości, której doświadczył Bóg, a nie uciekanie do pocieszających a kłamliwych form tradycyjnej religijności. Doświadczenie ateizmu czy nihilizmu byłoby w tej perspektywie negatywnym dotknięciem boskości, ale też zarazem czymś pozytywnym: wyrazem solidarności między Bogiem a człowiekiem. W kluczowym fragmencie wiersza Różewicz pisze (przedstawiając tyleż swoje, co Bonhoeffera przekonania):

 trzeba się z tym zgodzić
że Bóg odszedł z tego świata
nie umarł!
trzeba się z tym zgodzić
że jest się dorosłym
że trzeba żyć
bez Ojca

Ta dorosłość jest jednak czymś, do czego trzeba dojść. Trzeba zacząć się jej uczyć -nawet gdyby tę najważniejszą naukę przyszło pobierać na starość. Trzeba się uczyć, nawet gdyby całe życie było bezskuteczną nauką chodzenia po świecie, w którym nie ma Ojca. I nawet gdyby przyszło umrzeć nie doczekawszy „dorosłości”. O tym mówi „Nauka chodzenia”.

Tyle o „Nauce chodzenia”. Do kwestii obecnych w tym tomie będziemy z pewnością wracać, bo Różewiczowska „nauka chodzenia” wciąż trwa. Podobnie jak nasza „nauka chodzenia” - za Różewiczem i po jego śladach.


Andrzej Skrendo
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas