poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Tomasz Kunz
Modernizm jako przestrzeń interpretacji. Z dodaniem kilku uwag o nieoczywistych powinowactwach dwóch polskich poetów współczesnych
Dekada Literacka 2008, nr 2-3 (228-229)

 

 

 „Z jednej strony Malewicz; z drugiej El Lissitzky.
Z jednej Chirico, z drugiej Duchami”.

Jean-Francois LYOTARD,
„Odpowiedź na pytanie: co to jest postmodernizm?”

 

Istnieją dwa podstawowe sposoby porządkowania zjawisk literackich. Pierwszy z nich, oparty na generacyjnym modelu opisu dynamiki przemian historycznoliterackich, postrzega proces literacki przez pryzmat socjologicznej „zmiany pokoleniowej”. Model ten, sprawdzony wielokrotnie w polskim literaturoznawstwie powojennym, synchronizuje z reguły owe zmiany z rytmem przemian społeczno-politycznych, przyznając tym drugim nadrzędne znaczenie, determinujące w istotnym stopniu artystyczne wybory i decyzje pisarzy. Do modelu tego odwoływali się z upodobaniem debiutujący twórcy, którzy w identyfikacji grupowej i definiowaniu własnej odrębności poprzez gest pokoleniowej kontestacji dorobku poprzedników trafnie dostrzegali najskuteczniejszą strategię promocyjną. Kolejne, na ogół jałowe, „spory programowe” wyznaczały fałszywą dynamikę ewolucji polskiej poezji, a ów w znacznej mierze koniunkturalny i sztucznie podsycany konflikt generacyjny stał się dla wielu krytyków podstawą do tworzenia scalających opisów i syntez.

Niekwestionowane na ogół przekonanie o wspólnocie historycznego doświadczenia i wpisanej na trwałe w owo doświadczenie społecznej roli literatury jako narzędzia wewnętrznego rozpoznawania się zbiorowości, w połączeniu z reglamentowanym - przynajmniej do połowy lat 70. - obiegiem literackim, sprzyjały dodatkowo utrwalaniu się takiej praktyki. Pojawienie się w Polsce niezależnego obiegu publikacji nie zmieniło zresztą silnie scentralizowanego i zinstytucjonalizowanego charakteru polskiego życia literackiego, a jedynie nadało mu strukturalnie nowy, dwubiegunowy charakter. Początkiem końca owej bipolarnej struktury stało się dopiero pojawienie się pod koniec lat osiemdziesiątych wydawnictw trzecioobiegowych, naruszających monopol owych dwóch ośrodków na definiowanie przestrzeni społecznej oraz obecnych w niej potrzeb kulturalnych i ideowych. Ostatecznym jej końcem było zaś powstanie w nowych warunkach gospodarczych swobodnie konkurujących ze sobą wydawnictw prywatnych, pluralizacja i rozdrobnienie rynku wydawniczego, wykształcenie się wielu niezależnych, lokalnych (w sensie terytorialnym i ideowym) obiegów. W nowych warunkach społecznych dalsze odwoływanie się do generacyjnego paradygmatu przez krytykę literacką świadczyło już tylko o jej bezradności wobec nowych zjawisk, dla których nie znajdywała właściwych narzędzi opisu. Decydował o tym rzecz jasna w znacznym stopniu brak dostatecznej perspektywy, pozwalającej ocenić skalę zachodzących przemian. Stąd tak częste na początku lat 90. odwoływanie się do sprawdzonych kategorii generacyjnych oraz etosu pokoleniowej wspólnoty.

Tymczasem tzw. pokolenie „bruLionu” okazało się tworem iluzorycznym, wyzbytym potrzeby tworzenia jakiejś ideowej więzi i toczenia literackich oraz światopoglądowych polemik z twórcami starszych generacji. „BruLion”, jako swoista zdecentralizowana instytucja, nie wchodził w spór z poprzednim pokoleniem, ale zakwestionował pewien ogólny paradygmat pojmowania kultury kształtujący obraz literatury polskiej po roku 1945, wprowadzając do niego tematy i zjawiska skutecznie dotąd tabuizowane lub wykluczane jako marginalne, peryferyjne i niegodne zainteresowania. W kontekście tym nie powinny więc dziwić oskarżenia o ideowy nihilizm, chęć jałowego epatowania i infantylizm, wysuwane pod adresem „bruLionu” w imię dojrzałości polskiej kultury oraz wypracowanej przez nią partykularnej specyfiki. Mało kto potrafił wówczas dostrzec, że zainteresowanie zjawiskami z pozoru tak marginalnymi, jak kultura rock’n’rollowa, new age, pornografia czy środki psychodeliczne jest zapowiedzią rychłej zmiany perspektywy opisu zjawisk literackich (i kulturowych w ogóle), w której realia społeczno-polityczne, pełniące dotychczas funkcję głównych tożsamościowych determinant, ustąpią miejsca czynnikom antropologiczno-kulturowym związanym z takimi kwestiami, jak przynależność etniczna, płeć kulturowa, orientacja seksualna, typ duchowości czy rodzaj wykorzystywanego medium komunikacyjnego.

Drugi sposób opisu i porządkowania zjawisk literackich odwołuje się do kategorii poetologicznych i opiera się na śledzeniu ewolucji form literackich. Historia literatury staje się w takim ujęciu przede wszystkim historią przemian poetyk historycznych, historią kontynuacji i zerwań, przekształcania się i obumierania gatunków, stylów i prądów literackich. Perspektywa ta opiera się na przekonaniu o swoistym i rozpoznawalnym charakterze wypowiedzi literackiej, której specyficzne cechy formalno-strukturalne (gatunkowe, stylistyczne) nadają jej status odrębnego języka. Przy czym częstotliwość i dynamikę przemian i zwrotów w tym obszarze determinuje przede wszystkim dystans czasowy dzielący badacza od przedmiotu jego analiz. W miarę skracania się tej perspektywy nasila się tendencja do rozdrobnionego postrzegania zjawisk literackich, mnożenia prądów, szkół i poetyk, którym przypisuje się niewielką rozpiętość czasową, nieprzekraczającą w przypadku zjawisk najnowszych kilkunastu, a czasami nawet kilku lat.

Problem wyznaczników literackości, nurtujący nowożytnych badaczy literatury i będący podstawą wyodrębnienia się poetyki strukturalistycznej jako osobnej dziedziny wiedzy, dążącej do możliwie precyzyjnego opisu specyfiki językowej i kompozycyjnej budowy dzieła literackiego, stracił dziś jednak niemal całkowicie swoje praktyczne znaczenie. Odpowiedzi na pytanie o specyfikę literatury szuka się obecnie nie w jej formalnych właściwościach, ale raczej w pełnionych przez nią kulturowych funkcjach, sięgając do języka psychoanalizy, antropologii, filozofii czy szeroko - kulturowo właśnie - pojmowanej polityki. Nawiązywanie przez pisarzy do tej czy innej poetyki, takiego czy innego sposobu pisania trzeba dziś odczytywać przede wszystkim w kategoriach hermeneutycznych, jako formę aktualizacji heterogenicznego pola intertekstualnych odniesień projektujących pożądany sposób interpretacji. Coraz rzadziej nawiązania te bywają próbą rozwijania lub przekształcania zastanych albo zapomnianych poetyk, odnawiania gatunków czy kontynuowania zerwanych tradycji uobecniających się w postaci mniej lub bardziej skodyfikowanych homogenicznych nurtów czy prądów literackich. Instytucjonalna autonomia literatury jako odrębnej dziedziny wyróżnionej z obszaru mowy nieliterackiej i domagającej się specyficznego, wypracowanego przez poetykę strukturalną, języka opisu wydaje się coraz trudniejsza do obrony.

Przypomniane przez mnie modele nie są wobec siebie alternatywne, ale raczej komplementarne, gdyż oba pracują w służbie tej samej nadrzędnej idei, jaką jest porządkowanie i hierarchizowanie zjawisk literackich w zgodzie z racjonalnym paradygmatem ewolucyjnego następstwa zjawisk i tradycji, które układają się ostatecznie w pewną spójną całość. Czy możliwy do pomyślenia jest jednak taki rodzaj krytycznoliterackiej narracji, taki rodzaj mówienia o literaturze, który obywałby się bez owych standardowych narzędzi i pojęć, za pomocą których porządkujemy zwykle zjawiska literackie, wyznaczając im miejsce w ewolucyjnym, spójnym i racjonalnym ciągu przemian? Czy w odniesieniu do współczesnej literatury możliwa jest taka zmiana optyki, która nie tylko wydłużałaby i poszerzała perspektywę, w jakiej ją postrzegamy, ale także dokonywała wyraźnego przesunięcia w zakresie języka i problematyki jej opisu? I jaką cenę trzeba by zapłacić za ową zmianę, która musiałaby pociągać za sobą rezygnację z tworzenia historycznoliterackich narracji - bądź to podporządkowanych dyktatowi biologicznego kryterium następstwa pokoleń, wpisywanego w nadrzędny, objaśniający go porządek przemian historycznych, bądź to poszukujących uparcie czysto literackich, po-etologicznych kryteriów, pozwalających przedstawić historię literatury jako dzieje ewolucji form literackich?

Próby uzgodnienie owych dwóch porządków, scalenia ich w spójnej i wewnętrznie niesprzecznej narracji kończyły się z reguły upodrzędnianiem zjawisk literackich wobec logiki i rytmu historyczno-politycznych przełomów. Takie ujęcie pomijało z natury rzeczy cały szereg związków z innymi typami dyskursów kultury, uznając rzeczywistość społeczną i wspólnotę historycznych doświadczeń za jedyną prawomocną płaszczyznę porozumienia, pozwalającą na tworzenie skutecznych i drożnych kanałów komunikacyjnych między pisarzami a czytelnikami. Osobliwe, że właśnie tak wyprofilowany dyskurs służyć miał obronie autonomii i swoistości literatury, której gwarantem stawało się coraz bardziej instytucjonalizujące się literaturoznawstwo (wyraźnym świadectwem tego procesu są zacieśniające się więzi między pisarstwem, krytyką a uniwersytetem, coraz powszechniejsze łączenie ról krytyka, pisarza czy eseisty z rolą profesjonalnego akademickiego literaturoznawcy).

Scharakteryzowane tu pokrótce modele historycznoliterackiej narracji cechują więc, jak się wydaje, dwa zasadnicze ograniczenia. Z jednej strony, tendencja do skracania perspektywy czasowej, której zasadnicze kontury wyznacza dynamika następujących po sobie grupowych, generacyjnych wystąpień, z drugiej - skłonność do redukowania kulturowego kontekstu zjawisk literackich do wydarzeń społeczno-politycznych lub też (w skrajnych przypadkach) próba całkowitej autonomizacji literatury i wyodrębnienia jej jako dziedziny w pełni „sprofesjonalizowanej”, posiadającej odrębny język i odrębną, swoistą dla siebie problematykę (szczególną rolę odegrały tu fenomenologia i strukturalizm, które na plan pierwszy wysunęły kwestie statusu fikcji literackiej, ontologii dzieła literackiego, struktury semantycznej języka poetyckiego czy swoistych, uniwersalnych reguł budowy przekazu literackiego itp.).

Jeśli część młodej współczesnej polskiej krytyki odrzuca dzisiaj - zasadnie - taki sposób uprawiania literaturoznawstwa, głosząc potrzebę poszukiwania nowych języków opisu, to czyni to - niestety - bardzo często z pozycji nachalnie prezenty-stycznych, wikłając się jedynie w nowego typu ideologiczny (i pokoleniowy) redukcjonizm, ufundowany na naiwnym i pospiesznie przyjętym przekonaniu o nieodwracalnym anachronizmie tradycyjnych języków krytycznych. Prowadzi to do jałowego powielania syndromu „wojny pokoleń”, w której rozstrzygającym argumentem okazują się ponownie metryka urodzenia i przynależność środowiskowa. Osławiona zmiana paradygmatu w praktyce przybiera coraz częściej postać banalnej zmiany pokoleniowej, zamiast wydłużenia perspektywy opisu zjawisk literackich obserwujemy nieustanną krzątaninę wokół bieżących rankingów popularności, podsycaną skutecznie przez rozbudowany system nagród i chimeryczność medialnej promocji, zamiast refleksji nad miejscem i znaczeniem literatury w zmieniających się warunkach kulturowych widzimy ostentacyjne upodrzędnianie literatury wobec kryteriów ideologicznych i bezceremonialne sięganie po miarę społecznej użyteczności, maskowane mętną frazeologią współczesnej lewicowej filozofii społecznej.

W tej sytuacji rzeczą absolutnie niezbędną jest wspomniane już maksymalne wydłużenie, sfragmentaryzowanie i zwielokrotnienie perspektywy oglądu współczesnych zjawisk literackich, oderwanie ich od bieżących, doraźnych kontekstów i uniformizujących dyskursów, których czysto pozorowana różnorodność skrywa dość nieudolnie ideologiczny dogmatyzm. Jednocześnie właśnie dzisiaj, gdy status literatury staje się coraz bardziej problematyczny i domaga się niemal każdorazowego uwierzytelnienia (o czym wiedzą doskonale ci wszyscy, którzy zajmują się profesjonalnie nauczaniem literatury), dobitniej niż kiedykolwiek przedtem należy pytać o praktyczne sposoby związania literatury z naszym życiem.

Wydaje się (a dowodem tego są liczne, ukazujące się w ostatnich latach publikacje), że szansę na skuteczną reorientację dyskursu krytycznoliterackiego stwarza zastosowanie kategorii modernizmu - jako szeroko rozumianej formacji kulturowej i światopoglądowej - w funkcji swoistej „przestrzeni” hermeneutycznej, pola interpretacyjnych odniesień dla możliwie szerokiego repertuaru współczesnych zjawisk literackich1.

Rzecz jasna nie ma jednego modernizmu i każdy, kto posługuje się tym terminem, musi go definiować na własny rachunek. Nie oznacza to jednak arbitralności i braku trwałych punktów oparcia. Tym, co łączy rozmaite i często otwarcie konkurujące ze sobą koncepcje literackiego modernizmu, jest przede wszystkim zastąpienie podstawowej historycznoliterackiej reguły ewolucji prądów i tradycji zasadą dyferencjacji i przezwyciężania antynomii definiujących przestrzeń literatury2, co zmusza do postrzegania relacji między poszczególnymi zjawiskami artystycznymi raczej w kategoriach zależności sieciowych niż linearnych następstw o charakterze przyczynowo-skutkowym. Drugim istotnym elementem wspólnym jest wyraźne osadzenie badań literaturoznawczych w obrębie szeroko rozumianej problematyki filozoficznej i kulturowej oraz restytuowanie w oparciu o nią funkcji poznawczych literatury nowoczesnej, dla której zasadniczym kontekstem stały się zagadnienia epistemologiczne, a ściślej kwestia odnoszenia się języka do świata.

Problemem pisarzy modernistycznych nie jest już romantyczne rozdarcie związane z niemożnością adekwatnej językowej autoekspresji czy reprezentacji rzeczywistości, ale niepewny status samej rzeczywistości, której ontologiczna odrębność i uprzedniość wobec aktów językowej ekspresji zostaje podana w wątpliwość. Wiersz nowoczesny staje się przez to nie tyle indywidualną formą ekspresji podmiotowego doświadczenia, ile konfrontacją z narzucanymi przez kulturę sposobami językowej artykulacji owego doświadczenia. W tym sensie język staje się głównym problemem poezji nowoczesnej, choć nie w takim znaczeniu, jakie nadawały temu zjawisku inspirowane językoznawstwem szkoły formalistyczne. Język poetycki pełni bowiem nade wszystko funkcję krytyczną: skupia uwagę odbiorcy na własnej organizacji językowej, aby sproblematyzować i zakwestionować komunikacyjną i poznawczą wartość tych zastosowań języka potocznego, które bazują na powszechnym i zdroworozsądkowym przekonaniu o jego referencyjności.

Przywołane tu kategorie wyznaczają, jak sądzę, wyraźne punkty orientacyjne dla takiego rodzaju działalności interpretacyjnej, która, wytrącając poszczególne zjawiska literackie z ich tradycyjnych kontekstów i hierarchii, pozwala na łączenie ich w nowe, nieoczekiwane konstelacje, w których spoza powierzchniowych różnic prześwitują powinowactwa tyleż głębokie, co nieoczywiste. Jeśli próbuję więc zestawić ze sobą - prowizorycznie - w wyznaczonym w ten sposób polu interpretacji twórczość tak różnych poetów jak Artur Szlosarek i Andrzej Sosnowski, to czynię tak w przekonaniu, że ich projekty artystyczne dają się odczytywać z powodzeniem w kontekście wspólnej i kluczowej dla nich modernistycznej problematyki językowej i podmiotowej alienacji, rozpadu tradycyjnej struktury doświadczenia oraz tradycyjnego modelu odnoszenia się języka do świata, stanowiącego oparcie dla klasycznej teorii reprezentacji.

Obaj poeci podejmują tę problematykę na swój własny, indywidualny sposób, obaj jednak czynią to z pozycji niejako zewnętrznych wobec niej. Pozostaje ona dla nich najgłębiej współczesna, ale jednocześnie mają oni intensywną świadomość jej historyczności. Ustosunkowując się do niej, ustosunkowują się z konieczności do wcześniejszych artystyczno-filozoficznych prób jej rozwikłania, co nadaje ich tekstom zarazem intertekstualny i metatekstowy charakter (wchodzą one w dialog z innymi, wcześniejszymi tekstami, poruszającymi pokrewną tematykę, ale jednocześnie czynią owe teksty oraz własny do nich stosunek przedmiotem ironicznej refleksji). Na tę typowo ponowoczesną perspektywę nakłada się, ściśle z nią związana, problematyka tożsamościowa - w specyficzny sposób prze-formułowana i pozwalająca pytać o rolę i status podmiotu w owym szczególnym egzystencjalno-tekstowym wymiarze, który Ryszard Nycz określił niegdyś mianem „podmiotowości sylleptycznej”, gdzie „<> rzeczywiste i <> literackie wzajemnie na siebie oddziałują i wymieniają się właściwościami, ukazując wielostronne powiązanie sztuki z porządkiem (i nieporządkiem) życia”3. Równie dalecy od strukturalistycznej nieufności wobec pozatekstowych przejawów podmiotowości autorskiej, jak i od wszelkiego psychologizowania, biografizmu czy genetyzmu, możemy zatem pytać o tę osobę, która stojąc poza tekstem (jako jego autor empiryczny), realizuje się jednak i kształtuje dopiero poprzez niego, wypracowując w ten sposób owe tożsamościowe, niepowtarzalne rysy, które zostają nam zadane do interpretacji.

Artur Szlosarek należy do grona twórców obierających za przedmiot swojej poezji te graniczne rejony języka, w których manifestuje się przeczuwana zaledwie sfera rzeczywistości - nieobecna w codziennym językowym doświadczeniu, intersubiektywnie niedostępna, lecz wcale przez to nie mniej rzeczywista. Poezja Szlosarka nie zajmuje się bezpośrednią naocznością świata i nie pyta o relacje między językiem a tą rzeczywistością, która objawia się nam w doświadczeniu zmysłowym. Niewiele w jego wierszach znajdziemy sensualistycznych obrazów, a jeśli już, to ich złudna konkretność rozpływa się natychmiast w abstrakcyjnych metaforach i świadomie przestylizowanych frazach, burzących wszelką iluzję referencjalnej więzi między językiem poetyckim a materialnym światem. Szlosarek jednak wydaje się wierzyć w jakiś szczególny rodzaj trwałej relacji między językiem a światem. Relacja ta nie dotyczy jednak „widzialnego” świata, lecz, paradoksalnie, świata nieobecnego i niedostępnego ludzkiemu poznaniu. O specyfice i sile poezji Szlosarka rozstrzyga więc, jak się wydaje, rzadkie dziś wśród poetów przekonanie o rewelatorskiej sile poezji, powołanej do odsłaniania prawd w inny sposób niepoznawalnych, przekonanie odwołujące się do tego nurtu wysokiego modernizmu, który wyrasta z symbolistycznych koncepcji języka poetyckiego. Pogoń za nieuchwytnym czy niewypowiadalnym przybiera jednak u autora „Popiołu i miodu” nader często formę poetyckiej repetycji, stylizacji, jawnego lub ukrytego cytatu. Głos poety gubi się i rozprasza pośród słów cudzych, przywoływanych, powtarzanych i powracających jak echo.

Jeśli zatem modernistyczny paradoks inwencji związany z rewelatorskim wymiarem języka poetyckiego polegał na tym, że to, co odkrywane przez sztukę, było przez nią zarazem formowane, nie pozwalając oddzielić przedmiotu od narzędzia, przekazu od „medium”, to w przypadku wierszy Szlosarka intencja rewelatorska ogranicza się już niemal wyłącznie do próby ewokowania (przywoływania i uobecniania) owego szczególnego wymiaru mowy, do próby wejścia w relację nie tyle z niewyrażalnym obszarem rzeczywistości, ile z samym językiem, który kiedyś służył do jego uobecniania. Paradoksalny wymiar tej poezji polegałby więc na tym, że próby tworzenia własnych reguł organizacji tekstu poetyckiego okazywałyby się efektem - egzystencjalnie motywowanego - powielania pewnej strategii modernistycznego uprawiania literatury, którą można by nazwać prowizorycznie epifanijnym nurtem poezji nowoczesnej. Proces tworzenia takiego języka, motywowany niegdyś pragnieniem przebicia się do tego, co niepoznawalne, w przypadku Szlosarka byłby inspirowany już tylko chęcią doświadczenia owego stanu uwznioślającego uczestnictwa w akcie twórczym. Cechowałby go swoiście kompensacyjny i obronny charakter, mający zabezpieczać przed dotkliwym doświadczeniem chaotyczności, rozpadu i fragmentaryczności współczesnego życia. Rola poety nadawałaby więc życiu upragnione pozory spójności poprzez włączenie w duchowy obszar sensu, mitycznego lub symbolicznego uniwersum świadczącego o istnieniu trwałego, choć niewidocznego, porządku rzeczy.

W zupełnie inny sposób i w całkowicie odmiennym celu posługuje się powtórzeniem (aluzją, cytatem) Andrzej Sosnowski. Nie powoduje nim z pewnością żaden rodzaj wzniosłej nostalgii za niedosiężną całością. Autor „Życia na Korei”, inaczej niż Szlosarek, przystaje na nieuleczalne rozbicie, fragmentaryzację, niekoherencję (świata, podmiotu, sensu). Afirmując nieustanny ruch i przepływ znaczeń, nie szuka trwałego, metafizycznego oparcia. Jacek Gutorow, przenikliwy komentator tej poezji, pisał przy okazji pierwszej książki Sosnowskiego o „przechodzeniu od modernizmu do czegoś, co z braku innych terminów można nazwać postmodernizmem, przejściem od retoryki i wzniosłości do lekkości, od powagi do pastiszu i parodii”4. Ale Sosnowski, odmawiając słowom ciężaru, który miałby być pochodną ich mocnego związania ze światem, nie odbiera im funkcji poznawczej. Jest to jednak zupełnie inny rodzaj „poznania”, bo na inny -paradoksalny i swoiście „apofatyczny” - typ percepcji i odniesienia obliczony. „Strategia Sosnowskiego - pisze Gutorow - polega na nieustannym czynieniu aluzji przy jednoczesnym zrywaniu logiki tej operacji i anulowaniu jej rezultatów”5. W efekcie racjonalna funkcjonalizacja znaczeniowa tych aluzji staje się praktycznie niemożliwa. Słowa nie odsyłają do zewnętrznego świata, ale także przestrzeń tekstowa nie daje niezbędnego oparcia, na którym można by ufundować jakieś stabilne znaczenie. Akt referencji staje się niedostępny, odniesienie trafia w pustkę, nie znajdując dostatecznie silnego semantycznego uzasadnienia. Sosnowski zdaje się mówić: nikt nie może dysponować słowami, bo nikt nie może zająć uprzywilejowanej pozycji wobec języka. Dlatego tekst jest nieustanną i nigdy niespełnioną obietnicą odniesienia, która wyczerpuje się zawsze „jedynie w objawieniu i zanikaniu samego języka”6.

A jednak Sosnowski wydaje się także, w sposób negatywny, wskazywać na obszar niewypowiadalnego, ukrytego poza słowami, pisząc: „Poza granicami języka jest, być może, tajemnica, „większa aktywność”, w której zanurzone jest życie. [... ] Poezja jako doświadczenie języka [... ] jest próbą okrążenia tej większej aktywności milczenia”7. Owa „aktywność milczenia, margines ciszy, gdzie kryje się to, co niewypowiadalne” nie zawiera w sobie jednak żadnego możliwego do wyobrażenia „sekretu”, gdyż znajduje się poza wszelką relacją językowego wyrażania, przedstawiania czy uobecniania. Możemy jedynie „powierzyć się językowi i dać się nieść w stronę tyleż niemożliwego, co nieuchronnego wyciszenia”. W sformułowaniu tym kryje się radykalny i zaskakujący projekt egzystencjalny, ufundowany na bolesnej i dotkliwie przeżywanej świadomości, która stanowi odwrotną i często (z premedytacją?) pomijaną przez krytyków stronę afirmacji zawrotnego i niepowstrzymanego ruchu znaczeń. Człowiek jawi się tutaj w całej swej bezradności i samotności jako zagubiony w otaczającym go zewsząd chaotycznym i hałaśliwym rozgwarze głosów, od których pragnie się wyzwolić. Droga do wyzwolenia nie prowadzi jednak w stronę jakiejś formy podmiotowej integracji, która musiałaby się opierać na (fałszywej) stabilnej relacji wobec świata jako uporządkowanej przestrzeni znaczeń, w której, jak to zwięźle określa Sosnowski, „można <>, że coś jest tym albo tamtym, [lub] że coś nie jest ani tym, ani tamtym, ale wciąż jest w przestrzeni możliwej wypowiedzi”8. Droga ta wiedzie w odwrotnym kierunku, ku wizji pożądanego ogołocenia, ostatecznego rozproszenia się i zniknięcia podmiotu „w otwartej przestrzeni, która pochłonie i unicestwi piszący podmiot” wyprowadzony poza swoje nietrwałe granice przez nie znający własnych granic język, autonomiczny i samo-napędzający się system mowy.

Obaj przywołani autorzy uchodzą za poetów trudnych i hermetycznych. Obaj wymykają się skutecznie próbom przyporządkowania do poręcznych rodzimych kontekstów. Obaj stoją poza głównymi sporami generacyjnymi i estetycznymi ostatniego dwudziestolecia. Obaj budują swoje suwerenne projekty poetyckie poza głównym nurtem polskiej poezji, poszukując dla siebie punktów odniesienia w szeroko pojmowanej tradycji zachodniego modernizmu, która nie układa się jednak dla nich w żadną spójną całość, w żadną czytelną linię rozwojową, za której kontynuatorów mogliby się uznać. Obaj wreszcie wpisują swoje poczynania i decyzje pisarskie w ogólniejszy projekt o charakterze egzystencjalnym. Szlosarek, imitując poetycki idiom „wysokiego modernizmu”, poddaje się owej, opisywanej niegdyś celnie przez Lyotarda „estetyce wzniosłości”, w której „smak” i powtórzona forma, „dzięki jej poznawalnej spoistości”9, prowadzą ku kompensacyjnej formie pocieszenia, ku nostalgii za obecnością i ulotnej wierze w to, że poezja może nadać porządek i spójność ludzkiej egzystencji. Sosnowski, imitując najbardziej radykalne retoryczne gesty modernistycznych awangard, poszukuje z kolei w pisaniu ostatecznej, ekstatycznej formy rozproszenia indywidualnej podmiotowości, poddania się „rwącemu nurtowi języka”, który zamiast prowadzić podmiot do wiedzy pewnej („z powrotem do samych rzeczy”, jak by powiedział Husserl), wyrzuci go ostatecznie w otwartą przestrzeń bez „punktów odniesienia - ja, miejsca, świata”10.


Tomasz Kunz

PRZYPISY:
1 Na szczególną uwagę zasługuje w tym kontekście książka Andrzeja Skrendy „Poezja modernizmu: interpretacje” (Kraków 2005), która z powodzeniem realizuje ów postulat.
Por. „modernizm w stopniu szczególnym definiował się poprzez szereg antynomii, co nadało jego rozwojowi wyjątkowy charakter: zamiast ewolucji (antynomie się nie stopniują) polegał on na różnicowaniu i wzmacnianiu dychotomicznych struktur. Równocześnie narastała potrzeba uchylenia całego paradygmatu zbudowanego na antynomiach” (Jerzy Franczak, „Poszukiwanie realności. Światopogląd polskiej prozy modernistycznej”, Kraków 2007, s. 570-571); „modernizm „napędzany” jest [ ... ] - w toku permanentnej ekskluzji i różnicowania - przez opozycje i sprzeczności wynikające i z jego ogólnoformacyjnej specyfiki, i z lokalnych tradycji i uwarunkowań” (Ryszard Nycz, „Literatura nowoczesna: cztery dyskursy (tezy)”, „Teksty Drugie” 2002, nr 4, s. 35).
3 Ryszard Nycz, „Język modernizmu. Prolegomena historycznoliterackie”, Wrocław 1997, s. 110.
4 Jacek Gutorow, „Różnica i powtórzenie”, w: tegoż, „Urwany ślad”, Wrocław 2007, s. 162.
5 Tamże, s. 163.
6 Andrzej Sosnowski, „O poezji flow i chart”, w: tegoż, „Najryzykowniej”, Wrocław 2007, s. 67.
7 Tamże, s. 66.
8 Tamże, s. 67.
9 Por. Jean-Francois Lyotard, „Odpowiedź na pytanie: co to jest postmodernizm?”, przeł. Michał Paweł Markowski, w: „Postmodernizm. Antologia przekładów”, wybór, oprac. i przedmowa Ryszard Nycz, Kraków 1997, s. 60.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas