poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARCIN KRÓL
Intelektualiści i pieniądze w czasach PRL
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)
Pieniądze naturalnie są niezbędne, a skoro tak, to nie można – zgodnie z logiką – powiedzieć, że są mniej lub bardziej niezbędne. Jednak zapotrzebowanie na pieniądze bywa różne, zależnie od grupy społecznej, najwięcej na ten temat wiemy od Georga Simmla, a także zależnie od okresu. W pewnym sensie zapotrzebowanie na pieniądze jest zależne od powszechnie znanej reguły popytu i podaży. W czasach PRL, a zwłaszcza w okresie przed 1970 r., ale także i potem, popyt był mniejszy i miał zasadniczo inny charakter niż obecnie. Dotyczyło to w szczególności grupy niezbyt precyzyjnie określanej mianem intelektualistów.

Wszystkie (z wyjątkiem zagranicznych) pieniądze były wówczas państwowe. Jednak państwo nie do końca (mimo że totalitarne) panowało nad pieniędzmi, jakie dostawali ludzie. Olbrzymia większość dostawała pensje i korzystała z rozmaitych udogodnień, jakie zapewniało państwo (wczasy, służba zdrowia czy bony na węgiel lub w niektórych okresach kartki na rozmaite towary). Intelektualiści – mowa tu o wszystkich określanych, słusznie czy niesłusznie, zazwyczaj tym mianem – dzielili się na tych, którzy mieli państwową posadę, i tych, którzy jej nie mieli. Większość naturalnie miała, na ogół pobory były zupełnie znośne, a w niektórych okresach przywileje znaczne. Pamiętam, jak Paweł Hertz opowiadał, że w czasach stalinowskich samochodów było tak mało, że kiedy jeździł swoim, przyznanym na talon, na stacjach benzynowych sądzono, że jest dygnitarzem politycznym. A Hertz był wówczas tylko i wyłącznie tłumaczem, miał przez krótki czas etat redaktora w Państwowym Instytucie Wydawniczym i żył z prac teoretycznie dorywczych, ale władza szanowała i doceniała intelektualistów. Oczywiście wyjąwszy tych, którzy się zbuntowali, jak redakcja „Tygodnika Powszechnego ”, i którzy w latach 1953 –1956 wiedli bardzo skromne życie, bo nigdy nie pracowali na państwowym.

Pomijając wszakże takie wyjątki jak „Tygodnik Powszechny ”, którego redakcja w latach 1953 –1956 biedowała, wszyscy intelektualiści mieli dość pieniędzy, chociaż byli bardzo nieliczni, co sami się nie starali, a zostali przez władzę i przez kolegów porzuceni lub o nich zapomniano. To był jednak przypadek tylko kilku osób, które mieszkały na głębokiej prowincji i których los był niemal nieznany.

Istniał także wyraźny zwłaszcza po1956 r. podział na intelektualistów partyjnych i bezpartyjnych.Nie zawsze wynikały z niego wyraźne konsekwencje finansowe, jednak ci pierwsi – zawsze mieli, a ci drudzy – często musieli się kręcić za pieniędzmi, chociaż najczęściej ze skutkiem pozytywnym. Nie wiem,bo nigdy bliżej nikogo takiego nie znałem, ile i jak zarabiali zawodowi partyjni intelektualiści. Mam na myśli nie tyle członków partii, ile jej działaczy, wszelako za Gomułkowskich czasów panowała tendencja nie tylko do nieokazywania większych możliwości fi nansowych,ale nawet do demonstrowania skromności w tym zakresie, co częściowo wynikało z wychowania i temperamentu samego Gomułki. Pamiętam,j ak z pewnym oszołomieniem, ale i poczuciem śmieszności, patrzyliśmy, jak w Kuźnicach w ogromnej kolejce do kolejki stoi Edward Ochab, który uważał, że nie powinien korzystać z żadnych przywilejów (a był wtedy przewodniczącym chyba Rady Państwa).

Pieniądze jednak,chociaż oczywiście są potrzebne w celu przeżycia, to są także, a może przede wszystkim, potrzebne dla zaspokojenia rozbuchanej wyobraźni. Pieniądze są potrzebne nam zwłaszcza wtedy, kiedy inni mają pieniądze, a wzory obyczajowe skłaniają nas do dążenia do rozmaitych luksusów, jak na przykład willa z basenem. Otóż przez większość PRL-u przechował się etos inteligencki (lekko zabarwiony przedwojennym etosem socjalistycznym), który przecież w Polsce wywodził się zawiłymi drogami z etosu szlacheckiego, a wedle którego zarabianie pieniędzy było zajęciem zarówno mało eleganckim, jak i takim, o którym nie należało specjalnie głośno mówić. Nie wypadało też mieć mieszczańskich marzeń, a tym bardziej – w języku niektórych – burżuazyjnych. Opowiadał mi przed laty Marian Brandys,j ak w latach 50., umówiony z Wiktorem Woroszylskim, zaszedł do niego do domu. Woroszylskiego nie było, a jego żona z dumą pokazała Brandysowi nowe firanki. Po chwili wkroczył Woroszylski i bez słowa pozrywał wszystkie firanki, które jego zdaniem były (co niekoniecznie jest prawdą) symbolem burżuazyjnego stylu życia.

Tak czy owak, nie marzyliśmy o luksusach nie tylko dlatego, że nie były dostępne, lecz także dlatego, że ich posiadanie nie należało do stylu życia, jaki uważaliśmy za właściwy. Pieniądze mieli cinkciarze, badylarze i tym podobni, z których nieliczni chcieli i zdołali przebić się do miejsc, gdzie uciechom oddawali się intelektualiści. Skromne zapędy wyobraźni nie wymagały wielkiego wysiłku i  wyrzeczeń oraz panowania nad namiętnościami, bo w zasadzie na niezbędne potrzeby pieniędzy było dość. Książki były zdumiewająco tanie, artykuły konsumpcyjne różnych gatunków – również, a nawet mieszkanie, jeżeli się je udało po latach oczekiwania dostać, nie było drogie. Ja za – wprawdzie mikroskopijne – dwa pokoje (36m 2 ) w 1970 roku zapłaciłem odpowiednik 70 dolarów.

I właśnie. Jeżeli władza komunistyczna czasem okazywała łaskawość – w moim przypadku było to mniej więcej raz na pięć podań – i udawało się wyjechać zagranicę, to wprawdzie tam na ogół byliśmy biedakami, ale za jakieś wykłady czy teksty dostawaliśmy niewyobrażalne w Polsce sumy, które pozwalały na odrobinę luksusu nabywaną w Peweksie. Wprawdzie kiedy raz mieszkałem w domu Polskiej Akademii Nauk w Paryżu, to koledzy intelektualiści z niezwykłą uwagą pilnowali dóbr (klusek i tym podobnych) zostawionych we wspólnej lodówce, a pokoje dla młodszych były czteroosobowe, ale można było oszczędzić. Zdolność do tego nie była mi dana, ale i tak nagroda Kościelskich wystarczyła na kupienie chałupy na mazowieckiej wsi.

Moda na tego rodzaju decyzje dopiero się zaczynała. Przedtem oczywiście były dacze, ale w miejscach, gdzie sąsiadami byli koledzy, na przykład nad Zalewem Zegrzyńskim. Dom na prawdziwej wsi stanowił jedyną okazje do poznania „prawdziwego ” życia normalnych Polaków. Bo przecież z finansowego i organizacyjnego punktu widzenia żyliśmy wtedy w rodzaju ogródka jordanowskiego.  Nie tylko nie znaliśmy prowincji, prawdziwej prowincji, ale wakacje, a często także miesiące przeznaczone na pracę, spędzaliśmy w domach twórczych, w których było tanio, dobre jedzenie i wieczory z kolegami i przyjaciółmi. Zetknięcie z wsią, z lokalnym życiem politycznym i społecznym nie było jednak szokujące. Polityka społeczna PRL-u sprawiała, że nie było dużych obszarów biedy graniczącej z nędzą, a niektóre społeczne patologie były znane z reportaży, zwłaszcza znakomitego Józefa Kuśmierka.

Dla nas jednak znacznie ważniejsze od problemów społecznych i od kontaktów z Polską robotniczo-chłopską były pojedynki z cenzurą i radość z wygranej, która na ogół polegała na przemyceniu aluzji, jaką wszyscy w środowisku doskonale pojmowali, chociaż nie wiem, czy równie dobrze orientowali się czytelnicy „normalni ”. Dlatego powstanie KOR-u i połowa lat 70. stanowiły tak wyraźną cezurę i umożliwiły późniejsze powstanie „Solidarności ”. Wątpiącym wystarczy powiedzieć, że były to pierwsze ludzkie kontakty ze światem nieintelektualnym, pierwsze i już ostateczne wyjście z ogródka jordanowskiego. Później, na swoje szczęście i nieszczęście, intelektualiści już nigdy do tego ogródka nie wrócili.


Marcin Król

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas