poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)]

Z niechęcią zacząłem czytać artykuł Rafała Stobieckiego „Co zrobić z komunistyczną przeszłością?” opublikowany w łączonym numerze „Tygla Kultury” (7–9/2007). W ciągu ostatnich dwóch lat upiory tej przeszłości straszyły wyjątkowo często i bezwzględnie. Jednak okazuje się, że tekst zamiast oczywistej (sic!) diagnozy stawia pytania i opisuje próby oswojenia przeszłości. Stobiecki przywołuje trzy polskie strategie radzenia sobie z przeszłością. W pierwszej przeszłość jest odrzucana lub marginalizowana, w drugiej – potępiana, trzecia próbuje oswoić lub zrozumieć historię najnowszą. Strategia odrzucania przeszłości opiera się na wierze w skuteczność wybaczania i zapominania, a sprawy historii chce zostawić specjalistom. Jednak tak gruntowne zapomnienie nie jest możliwe. „Wywodząca się z tradycji jakobińskiej i kontynuowana przez bolszewików, idea nowego początku, staje się w tym przypadku symbolem przekreślenia przeszłości w imię budowy lepszego i bardziej przyjaznego świata. […] Odwołują się one [środowiska postkomunistyczne – przyp. R.K.] do myśli zawartych w słynnym referacie Nikity Chruszczowa „O kulcie jednostki i jego następstwach”, w którym krytyka stalinizmu oparta była na ideach amnestii i amnezji. Ta pierwsza odnosiła się do sfery prawno–ustrojowej, druga – do sfery mentalnej”. Natomiast dla tych, którzy potępiają komunizm, jest on wciąż aktualizowaną lekcją, doświadczeniem ewangelicznym, a historia staje się fundamentem wspólnoty narodowej. Ta postawa jest silnie nacechowana aksjologicznie i nie chce dopuścić do relatywizowania pamięci o czasach PRL. Jednak dążenie do napiętnowania za wszelką cenę komunistycznej przeszłości zakłada (nieprawdziwą) wizję świata podzielonego na dobrych i złych. Zwolennicy trzeciej strategii „wybaczają, ale pamiętają”. Chcą oddzielić jednoznacznie negatywną ocenę poprzedniego systemu od ocen zachowań poszczególnych ludzi. Historycy identyfikujący się z tym podejściem nie chcą zmieniać się w prokuratorów, bezkrytycznie ufających papierom bezpieki. Podsumowując swój wywód, Stobiecki nie daje odpowiedzi na tytułowe pytanie. Każdy z Polaków sam musi sobie odpowiedzieć, czy zrozumieć, czy potępić (i w jakim stopniu) przeszłość komunistyczną.

Czytając rozważania Łukasza Śmigiela na temat śmierci i sensu życia („Kreowanie sensu”), dochodzi się do wniosku, że w czasopiśmie kulturalnym można zamieścić już dowolnie naiwne wywody, które chyba tylko dlatego nie mogły znaleźć się w jakimś kolorowym tygodniku, że odwołują się powierzchownie do kilku książek. Choć można byłoby te odwołania wykreślić, gdyż nic z nich nie wynika. Artykuł pełen jest „błyskotliwych” obserwacji filozoficznych, antropologicznych i socjologicznych. Na przykład takich, że dziwność świata najlepiej dostrzec po wyczerpującym, dwutygodniowym przygotowywaniu się do egzaminu. Niesamowite! A na dodatek autor uważa, że o „dziwności” właściwie nie sposób pisać, nie odwołując się do filmu „Matrix”. Jednak on podejmuje tę heroiczną próbę i rzeczywiście nie wspomina więcej o tym niezwykle ważnym – w kontekście podstawowych pytań filozoficznych – dziele. Oddajmy na chwilę głos autorowi: „Pewnej nocy obudziłem się nagle o 2.35. Pamiętam dokładnie, że była to akurat ta godzina. Specjalnie rzuciłem okiem na zegarek, aby sprawdzić, jak daleko jeszcze do chwili, w której, przyprawiając mnie o dreszcze, włącza się budzik. Obudziłem się z wewnętrznym przeświadczeniem, że jest mi źle. Chociaż leżałem w ciepłym łóżku, w bezpiecznym domu, otulony miękką pościelą, uczucie wcale nie mijało. Przyssało się do mego żołądka, rozgościło w głowie i w ustach. Miało okropny, żelazowy posmak. Chwilę wcześniej śniłem o dziewczynie, którą, jak mi się zdawało, kochałem przez długie lata. Przypomniało mi się, jak którejś nocy rozmawiałem o niej z przyjacielem na cmentarzu, w pobliskim parku”. Państwo wybaczą te przydługie tortury, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten tekst jest jakąś parodią poszukiwania sensu na poziomie licealnego wypracowania. Darujmy sobie nieznośnie naiwne rozważania o szukaniu sensu w obliczu nieuchronnej śmierci, o teorii użyteczności, o cmentarzach odwiedzanych przed świętami. Zakończenie tekstu godne jest całości: autor głosem popularnych poradników („Jak zostać szczęśliwym w 32 dni?”) namawia do wykreowania własnego życiowego sensu. Tak… A nie lepiej byłoby go wygenerować?

W tym numerze „Tygla Kultury” warto przeczytać krótki tekst Jana Morawickiego „Kościół katolicki: granice władzy”, przetłumaczony z rosyjskiego przez Michała Pietranka. Jest to tekst odważny, jak na polskie warunki, ale należy potraktować go raczej jako zaproszenie do dyskusji niż poważną analizę. Zdaniem Morawickiego kościół w swojej historii stał się medium, instytucją w taki sposób pośredniczącą między człowiekiem a Bogiem, że zetknięcie z bóstwem zostało sprowadzone do kontaktu człowieka z człowiekiem. Kościół zyskał też monopol w rozporządzaniu bogactwami duchowymi, dzięki czemu zyskał realną władzę. Morawicki pisze, że kościół był grupą, która „pozyskiwała prawo do reprezentowania poglądów tworzonych przez samą siebie, wraz z ich potwierdzeniem, dzięki władzy, którą sama sobie przyznała, chociaż nie na korzyść konkretnych osób i bez względu na ich miejsce w hierarchii”.

Wierszami Elżbiety Wichy-Wauben (opublikowanymi przez kwartalnik „Akcent” 3/2007) można skomentować głośną wystawę malarstwa flamandzkiego, zorganizowaną przez Muzeum Narodowe w Warszawie przed kilkoma miesiącami: „Złoty wiek malarstwa flamandzkiego” (6 listopada–30 grudnia 2007 r.). Wiersze nie opisują tych obrazów, które znalazły się na tłumnie odwiedzanej warszawskiej wystawie. Nie chodzi o ten rodzaj dosłowności. Chodzi o obserwacje tego rodzaju: „dwaj mężczyźni / swą przykładnością / mocno osadzeni / w miejscu i czasie / ledwie dopuszczają do głosu / młodzieńca / z drugiego planu / który niepewny / nowych kształtów / swojego ciała / nie czuje jeszcze gruntu pod stopami” („Rembrandt: „Trzej pieśniarze: zmysł słuchu”, ok. 1625, kolekcja prywatna, widziany w Hadze w Mauritshuis w 1995”). Oprócz obrazów Rembrandta, Wicha-Wauben komentuje też obrazy Meinderta Hobbema, Johannesa Vermeera, Jana van Goyena, Pietera de Hoocha, Jana Steena, Jana Miense Molenaera, Jacobusa Victorsa i innych. Oglądając dzieła tych znanych i mniej znanych malarzy flamandzkich, można powiedzieć – używając słów Wichy-Wauben – że są ze światem w o wiele głębszej relacji niż świat z nimi. Właściwie były w relacji ze światem niedostępnym dla nas, trochę tylko przez te obrazy odsłanianym. Gdy się je ogląda, ma się wrażenie, że są namalowane na oknach do przeszłości, których otworzyć się nie da, a zaglądnąć przez nie sposób, bo dawni mistrzowie pokryli je farbami.

Szczególnie w tym numerze „Akcentu” chciałbym polecić duży tekst Łukasza Marcińczaka „Wergiliusz pod Somosierrą”. Niezwykły świat lubelskich nekropolii. Przez nagrobki na cmentarzach można opisać historię miasta. W sumie jest to dość banalne stwierdzenie, ale pod piórem Marcińczaka odżywa wielokulturowa i barwna historia Lublina. Wędrówka po nekropoliach zaczyna się od cmentarza żydowskiego, jednego z najstarszych na ziemiach polskich (powstał w XV w.). Autor artykułu przypomina, że Lublin był nazywany Jerozolimą Królestwa Polskiego, że ten Żydowski Oxford cieszył się sławą daleko poza granicami Rzeczypospolitej. Stało się to za sprawą sławnego i uczonego rabina Szaloma Szachny. „Wymowność i uczoność Szachny szybko przekroczyła granice ówczesnej Rzeczypospolitej, a do Lublina z całej Europy zjeżdżać poczęli – mijając być może na popasach udającego się wtedy w przeciwnym kierunki, do Padwy, Jana Kochanowskiego – żądni prawdziwej mądrości żydowscy młodzieńcy”. Marcińczak pisze o kolejnych mędrcach żydowskiego Lublina, których nagrobki można jeszcze znaleźć na kirkucie – o Salomonie Lurii (który żył, podobnie jak Szachna, w XVI w.) i Jakubie Icchaku Horowitzu, zwanym Widzącym. Horowitzowi poświęca duży fragment, pisząc o jego wizjach pożaru świata, który miał zostać podpalony przez Napoleona, o sławie Widzącego i wpływach ruchu chasydzkiego, o tym, że radosna wizja się nie spełnia i Mesjasz nie przybywa, a Napoleon nie podpala świata. Marcińczak snuje też opowieść o grobie i życiu Jana Kozietulskiego, którego pamiętamy z książki Mariana Brandysa. Mamy też opis lubelskiego cmentarza składającego się z trzech części (prawosławnej, katolickiej, protestanckiej), oddzielonych od siebie murkami. Jeszcze jest wywód poświęcony cmentarzowi prawosławnemu i pochowanym na nim mieszkańcom Lublina, których już nikt nie pamięta, a którzy piastowali niegdyś ważne urzędy. „Na starych pomnikach na tym cmentarzu co rusz natknąć się można na odkute zaraz pod nazwiskiem rangi kancelaryjne i drobne profesje: referent, rzeczywisty radca stanu, regent kancelarii ziemskiej, sekretarz towarzystwa dobroczynnego, starszy zgromadzenia kupców, opiekun sali sierot, nadleśniczy lasów rządowych […] itd. Inną kiedyś przykładano do tego miarę, urzędnik czy rzemieślnik to była persona, to był ktoś, przed kim czapki zsuwały się z głów. […] Może jednak żadna ludzka historia nie przepada na wieki, może wszystko to uładzi się kiedyś w wielkim archiwum”.

Lekturę tekstu Marcińczaka warto uzupełnić ciekawym artykułem Agnieszki Krzemińskiej i Joanny Podgórskiej „Wyprawa na wieczność”, opublikowanym przez „Politykę” z 27 października 2007 r. (nr 43). Autorki analizują zachowania, zwyczaje, wierzenia związane ze śmiercią i pochówkiem, a także pamięcią o umarłych, w różnych czasach i kulturach. Podobnie jak autor tekstu zamieszczonego w „Akcencie” wędrują po różnych nekropoliach. Sposoby grzebania zmarłych i związane z tym wierzenia często odwoływały się i odwołują do wiary w powtórne narodziny. „W wielu kulturach zmarłych chowano w skurczonej pozycji, czasem zwłoki były krępowane w ten sposób. Może to być rodzaj zabezpieczenia, by zmarły nie powrócił do świata żywych. Ale jest to także pozycja płodowa. Składanie zmarłych w ziemi właśnie w tej pozycji jest charakterystyczne zwłaszcza dla kultur rolniczych. „Kurhan grobowy jest prawdopodobnie obrazem napiętego jak bęben brzucha Matki Ziemi, pod kurhanem skrzynia to jej macica, w skrzyni zmarły, skurczony jak embrion, czeka na ponowne narodziny” – pisze Kowalski. Śladem wiary w kontynuację życia po śmierci są też prawdopodobnie dary grobowe” (Krzemińska i Podgórska przywołują książkę „Eros i kostucha” etnologa Krzysztofa Kowalskiego). Autorki zwracają też uwagę na ważną, terapeutyczną funkcję opłakiwania zmarłych, obrzędów pogrzebowych itd. Były to kulturowo i społecznie uwarunkowane sposoby radzenia sobie z bólem po śmierci bliskiej osoby. Obecnie śmierć z domu przeniosła się do szpitala, a zmarłych oddajemy w ręce fachowców. Oddalając w ten sposób śmierć, nie oddalamy żalu, rozpaczy, traumy. Wręcz przeciwnie: nie mamy już sposobów na radzenie sobie z takim smutkiem.

Czwarty numer kwartalnika „Opcje” z ubiegłego roku ilustrowany jest ciekawymi zdjęciami Marty Deskur, m.in. z cyklu „Nowe Jeruzalem”, w którym do scen biblijnych pozują współcześni ludzie, w swoich zwykłych ubraniach. Jak Oskar Dawicki z papierosem w ręce, na fotelu przykrytym białą materią – jako „Chrystus Zmartwychwstały”. Pewną „wariacją” biblijną jest na tym zdjęciu fryzura z pejsami. Powtórzy się ona na wielu innych zdjęciach z cyklu, np. „Judasz Iskariota” – Bartek Materka, „Św. Mateusz Ewangelista” – Sławek Shuty. O tym, jak powstawały te zdjęcia apostołów Deskur opowiada w rozmowie z Małgorzatą Grygielewicz („Duch Kleina, szachy z Duchampem i Nowe Jeruzalem”).

Ten numer kwartalnika otwiera ciekawa proza autobiograficzna Dariusza Bitnera „Przejścia nie ma”. Są to wspomnienia Szczecina z lat dziecinnych i młodzieńczych. Szczecina dziwnego i magicznego nie tylko ze względu na magię wspomnień, ale i z powodu nietypowych obszarów eksploracji podejmowanej przez młodego bohatera. Fascynowało go miasto podziemne, bunkry, przejścia, włazy, kanały ściekowe. „W tamtych czasach byłem przekonany, że pod ziemią funkcjonuje, drugie, tajne miasto. Na początku jego mieszkańcami byli ukrywający się od czasów wojny Niemcy, w hełmach, z karabinami maszynowymi takimi jak w „Stawce większej niż życie” i w mundurach; musiały tam być gabinety, kwatery i koszary dla szeregowych żołnierzy – Niemcy cierpliwie czekali na swój czas, pozostając w kontakcie z tajnym dowództwem w NRF-ie. W telewizji słyszałem, że zabiorą nam Szczecin, a los Polaków będzie niewiadomy”.

Warto poświęcić więcej czasu na lekturę „Opcji”, gdyż nie brakuje w tym numerze ciekawych artykułów. Takich jak „Polska psychodelia, początki progresji” Jarosława Nowosada, z którego można się dowiedzieć o związkach polskiej muzyki rozrywkowej (rockowej) ostatnich dziesięcioleci z ambitnymi dokonaniami zachodnich zespołów rockowych. Artykuł raczej dla wtajemniczonych słuchaczy takiej muzyki. Inny krąg wtajemniczonych doceni świetny artykuł Jędrzeja Siwka o roli wpływów i kontynuacji w muzyce jazzowej („Niewolnicy influencji”).

Robert Kozela

 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas