poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
WACŁAW TWARDZIK
Przypowieść o nocnych miłośnikach i szyderczym ogonie
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)

Jednej styczniowej odwieczerzy, spędzanej jak każda inna w macierzystym Instytucie Języka Polskiego, gdym spostrzegł, że umysł mój zaczął mi odmawiać posłuszeństwa i nawet przymuszany gwałtem siłą mocą (jak byli przymuszani do siejby, kośby, młocki, orki i innych trybutów feudalnego prawa moi przodkowie) nie chce mi służyć, bym jak co wieczór i co noc oddał się zapamiętale pomnażaniu wiedzy o języku naszych praprzodków, położywszy potulnie uszy po sobie umyśliłem pojechać do domowego legowiska ostatnią czternastką o godzinie 22.51, a nie, jak to miałem w zwyczaju, conocną taryfą. Temu też udałem się na najbliższy przystanek (róg ulicy Karmelickiej i Batorego), stojąc przede wszystkim o to, bym zdążył dojść na tyle w porę, żeby mi ona nie uciekła. Na przystanku stało tylko dwoje opartych o ścianę i wtulonych w siebie młodych ludzi; obszedłszy ich bokiem oparłem się kilkadziesiąt metrów dalej o metalowy drążek, na którym umocowana tabliczka opiewała przejście dla pieszych. W pewnej chwili minął mnie bliżej nieokreślonego wieku chwiejący się na nogach jegomość, który zmierzył prosto ku tym młodym i zaczął ich o coś nagabywać. Po minucie-dwóch jego nagabywania, choć daleko mi do wtrącania się w nieswoje sprawy, przecie użaliwszy się w duchu nad nimi, zwłaszcza że przypomniał mi się stosowny na taką okoliczność cytat, podszedłem z tyłu do niego i ozwałem się w te słowa: „Zali nie wie pan szanowny, o co jeden z największych polskich stylistów XX wieku upraszał, gdy w „Żywych kamieniach” pisał?: „Niech nikt nie mija kochanków bez smutnego uśmiechu dla ich szczęścia motyli. A kto mądrzejszego jest serca, niech przechodzi, jak gdyby nic nie spostrzegając. Godzi się tedy i nam przejść mimo nich, zostawiając młodych sobie”. Na co pijaczyna, jak się zaraz okaże, człek łagodnego usposobienia, obraca się ku mnie rzekąc: „Gdyby pan wiedział, jak ja ją kocham, toby mnie pan nie strofował i nie ganił”. „Którą” – pytam – „i jaki ma ona związek z tymi dwojgiem? Czy Pan nie widzi, że ich poza nimi świat w ogóle nie obchodzi i że oni we dwoje są dla siebie całym światem?” „No tę moją” – odpowie on – „i musi mnie pan zrozumieć, że ani chwili nie mogę czekać, by ją o tym powiadomić”. „Rozumiem” – odpowiem mu ja – „ale jaki związek ma powiadomienie pańskiej ukochanej z tymi dwojgiem, których jej istnienie najpewniej nic a nic nie obchodzi?„Myślałem” – odrzecze on – „że może oni mają przy sobie komórkę, z której bym ją powiadomił, jak bardzo ją kocham i do jakiego stopnia żyć bez niej nie mogę”. „Dlaczegóż” – pytam go – „nie nagabnie pan takich, a dzisiaj co drudzy przez nas mijani są tacy, którzy rozmawiają przez komórkę?” Nie pamiętam, co odrzekł, bo tej samej chwili kątem oka dostrzegłem moją ostatnią czternastkę, uwożącą sobą tych dwoje i pokazującą mi, niewczesnemu dobroczyńcy, swój szyderczy ogon.

Wacław Twardzik

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas