poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z ANDRZEJEM WAJDĄ rozmawiają Dorota Niedziałkowska i Piotr Marecki
O „Arwie”, Andrzeju Wróblewskim i Stanisławie Czyczu
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)

DOROTA NIEDZIAŁKOWSKA: Kiedy przeczytał pan „Anda”? W 1975 – w roku zamówienia „Arwa”?

ANDRZEJ WAJDA: Nie wiem, nie potrafię dokładnie powiedzieć. Kiedy w latach 70. prowadziłem zespół filmowy X, And został sfilmowany. Zainteresowałem się Czyczem właśnie z powodu tego opowiadania. Wydawało mi się, że autor wyczuwa atmosferę tamtych czasów, dobrze porusza się w tym temacie, potrafi skonstruować postacie, no i nadzwyczajnie pisze dialogi. Okazało się jednak, że tamto już było za nim i szukał innej formy, innego sposobu na pisanie. Samo pisanie zajmowało go zresztą bardziej niż opowieść.

DN: Dlaczego sierpień 1975? W liście zamawiającym utwór wspomina pan o tragicznej śmierci Swinarskiego, o tym, że pokolenie odchodzi... Czy ten rok był w jakiś sposób szczególny?

AW: Nie, film o Andrzeju Wróblewskim zamyślałem od bardzo dawna. Szukałem autora. Wydawało mi się, że musi być nim ktoś z młodszych pisarzy, nie z tych, z którymi pracowałem, jak Andrzejewski, Brandys... Po przeczytania „Anda” doszedłem do wniosku, że musi to być Czycz...

DN: „And” ukazał się w 1961 roku.

AW: Materiał, który otrzymałem, rozmijał się z moimi oczekiwaniami.

DN: Co najpierw otrzymał pan od Czycza, scenariusz czy poemat? W jakiej formie?

AW: Otrzymałem scenariusz, fabularny zaczyn, gdzie są postacie, dialogi. Zorientowałem się, że Czycz nie pójdzie drogą „Anda”. Z jednej strony, nie dostanę materiału, z którego dałoby się zrobić film, gdyż pisarza bardziej interesowała jego rozprawa z tematem. Po drugie, zrozumiałem, że Czycz bardziej ekscytował się konfliktem pomiędzy nami, studentami a profesorami, młodymi a starymi. Konflikt ten przedstawił tak, jakbyśmy chcieli za wszelką cenę ich wygryźć, zdezawuować, a to niezupełnie tak było. Dopiero potem, w latach 50. socrealizm, który on zobaczył, przybrał taką formę. Ale ja byłem już wtedy w Szkole Filmowej.

Chciałem zrobić film o Wróblewskim jako jedynym, w moim przekonaniu, oryginalnym polskim malarzu, artyście, który namalował coś, co odróżnia się całkowicie od tego wszystkiego, co powstało i w tamtym czasie, i dużo później w Polsce. Na temat wojny, naszych przeżyć i tego, co widzieliśmy własnymi oczami – nikt nie wyraził się z większą siłą i brutalnością malarską.

Nie zajmował mnie konflikt socrealistów z profesorami ASP, którzy reprezentowali postimpresjonizm. Interesowało mnie, jak zrobić film o artyście, od którego umarli domagają się, aby ich namalował. Nieporozumienie polega na tym, że „Rozstrzelania”, pierwsze obrazy pod tytułem „Nierówności społeczne”, między innymi „3 x tak”, „Dworzec na Ziemiach Zachodnich”; dwie kobiety, jedna trzyma dziecko, druga pieska – nie mają nic wspólnego z socrealizmem. To najoryginalniejsze dzieła tamtego czasu, nie liczące się absolutnie z żadnymi konwencjami sztuki... Wróblewski stał pomiędzy sprzecznościami. Z jednej strony profesorowie ASP, kontynuatorzy francuskiego impresjonizmu w momencie, kiedy przestał on ekscytować kogokolwiek. Z drugiej strony – Grupa Krakowska, Tadeusz Kantor i przyjaciele, też awangarda spóźniona o lata. Wróblewski zadał się z nimi przez krótki okres, razem z nimi wystawiał w 1948 roku. Ale znalazł jednak swoją własną, niepowtarzalną drogę w tych właśnie kilkunastu obrazach.

Do dzisiejszego dnia myślę... Chciałbym pokazać, kim jest Wróblewski w moim przekonaniu, co naprawdę z jego malarstwa powinno zostać. Ani prace przypominające socrealizm, które potem, z różnych powodów namalował, ani akwarele, które tworzył po okresie socrealizmu, nie wydają mi się jego znaczącymi dziełami. W 1949 roku wezwał mnie do siebie, żeby pokazać pierwsze „Rozstrzelanie”, byłem pierwszym widzem; olśniony tym niezwykłym dziełem w ciągu następnych dwóch, trzech lat stworzył resztę.

DN: Sygnalizował pan Czyczowi, jakie obrazy Wróblewskiego pan ceni?

AW: Rozmowa z Czyczem była jałowa. Słuchał, ale w jego głowie układało się jego własne wyobrażenie, nie mogłem w nie ingerować. Nie był scenarzystą, który pisze dla mnie. On po prostu tworzył dla siebie opowiadanie, które być może nada się do mojego filmu. A to zasadnicza różnica.

DN: Czycz starał się, w pewnym, sensie nawiązać do pańskich sugestii...

AW: Nie, przyniósł mi utwór, bo prawdopodobnie znudził się pisaniem...

DN: Czy pamięta pan, kiedy otrzymał pan tekst?

AW: Nie. Trzeba szukać w moich notatnikach, ale nie wiem, czy w tym czasie prowadziłem takie dokładne zapiski.

DN: W materiałach w pańskim archiwum, na kopercie z „Arwem” widnieje notatka „kwiecień 1980”.

AW: To nie ma nic wspólnego, data mogła dotyczyć innych rzeczy w tej samej kopercie...

DN: Z ilości pańskiej i Czycza korespondencji wynika, Se interesował się pan „Arwem” w 1975 i 1976. Pana listy do niego nie zachowały się...

AW: Nie dotarliście do jego korespondencji, z jego domu?

DN: Sąsiad z Krzeszowic, Kazimierz Kasprzyk, powiedział, że na jego oczach poeta podarł pańskie listy. Zachowały się tylko dwa. Pytam o daty, ponieważ list Czycza do pana z 1976 roku zawiera konkretne, dotyczące filmu uwagi, między innymi: o obrazach, scenie z Wróblewskim, „Kantacie o Stalinie”, filmie kolorowym.

AW: Musiałbym wrócić do listów. Szkoda, że nie ma moich do niego. Teraz jest inaczej, najpierw kopiuję, potem wysyłam. Czycz był nieporządny, to byłby cud, gdyby coś ocalało. Już wtedy był chory. Widziałem, że jak ma lepszy dzień, bierze się do pracy, ale nieczęsto to się zdarzało. Zrozumiałem, że to też stoi nam na przeszkodzie.

Trudność jednak polegała głównie na tym... Dlaczego do dziś nie zrobiłem filmu o Wróblewskim? Nie wpadłem na pomysł, jak można ten temat ująć. Liczyłem na to, że Czycz coś wymyśli. Jako poeta, wolny i swobodny umysł, zaproponuje coś, co mnie zdziwi i pchnie na jakąś drogę. Nie ma dotąd żadnej anegdoty, wokół której dałoby się stworzyć film o Wróblewskim...

Wiemy jedną rzecz: Wróblewski przez rok chorował, na przełomie 1946 i 1947, nie był studentem Akademii. Wrócił i namalował „Rozstrzelania”. Czy ta choroba miała z tym związek? Czy go to ośmieliło? Nie podjąłem wtedy odpowiednich kroków, aby poznać prawdę. Liczyłem na Czycza. Nie rozmawiałem o tym z nikim innym. Można to sprawdzić w moim archiwum – „Filmy niezrealizowane” – czy są jakieś notatki. Filmów, których nie zrobiłem jest około dwustu, nakręciłem pięćdziesiąt. Jeden na cztery. Cóż dziwnego, że wiele zatarło mi się w pamięci.

DN: Pisał pan Czyczowi, iż powinien zająć się tłem, opisać ówczesny Kraków „Nowej Huty i kapistów”. W listach on ciągle powołuje się na to.

AW: Tak. Wydawało mi się... W „Człowieku z marmuru” pojawia się cały ten świat, zresztą bardzo dobrze opisany przez Ścibora-Rylskiego, który świetnie się orientował, umiał takie rzeczy przedstawić. Nie był jednak pisarzem „do Wróblewskiego”.

Sprawa nie dotyczyła jednak tła, ale próby zmierzenia się z tajemnicą malowania. Powstał tylko jeden taki film, który mnie zaciekawił. Na podstawie wyjątkowego opowiadania, „Nieznanego arcydzieła” Balzaca. Opowiada ono historię malarza, jakbyśmy to dziś powiedzieli, minimalisty. W latach 70. nakręcono film, byłem wtedy w Paryżu, robiłem „Dantona”, to mogły być lata 80. Francuska adaptacja dzieje się współcześnie, malarz maluje modelkę, nie widzimy efektu, a jedynie zmaganie, pięknie zagrane. Przez to przewija się dziwna postać żony, jakby zazdrosnej, pozostawionej na boku. Na końcu filmu malarz wybija otwór w ścianie, wstawia obraz, zamurowuje go i tak znika nieznane arcydzieło. Tajemnicę udaje się utrzymać, właśnie dlatego, że nie widzimy tego, co jest malowane.

Istnieją filmy o malarzach... o Rembrandcie, Van Goghu, Goyi. Sam zresztą w Warszawie wyreżyserowałem sztukę o Goyi z Łomnickim w roli głównej. Walka nas, realistów, socrealistów, jakkolwiek by się nas nie nazwało, w każdym razie młodego pokolenia ze starym – nie była moim tematem. Wszystko było przedmiotem manipulacji. Byliśmy naiwni. Do pewnego momentu próbowano, używając nas, stworzyć sytuację konfliktową. Epizod z Czyczem pozostał w zawieszeniu.

DN: Czy opowiadał pan Czyczowi o historii Grupy Samokształceniowej?

AW: O Grupie pisałem, są opracowania, ktoś przygotował pracę magisterską, nie wiem, czy nie jest przypadkiem w moim archiwum.

DN: Praca, gdzie wykorzystano listy pana i Andrzeja Wróblewskiego?

AW: Ktoś z Lublina pojawił się u mnie lata temu...

DN: Czy utrzymywał pan kontakty z Damasiewiczem?

AW: Nie widziałem go lata, wiem, że zmarł.

DN: A z kimś z Grupy? Z Andrzejem Strumiłłą?

AW: Strumiłłę spotykałem, kiedy jeździłem jako senator do Suwałk. Mam jeszcze jedną teczkę. Dziwna rzecz. Był taki nasz kolega, mało namalował, Przemysław Brykalski. Pewnego dnia, dziesięć lat temu, może więcej, zawołał mnie do siebie. Mieszkał w Warszawie. Wręczył mi teczkę „Materiały Grupy Samokształceniowej”. Pytam: „Dlaczego mi to dajesz?” „Niech będzie u ciebie”. Niedługo potem rozstał się z życiem, wiedział, że jest chory. Szara, grafitowa teczka, powinna być w archiwum, może jeszcze w nierozpakowanych pudłach. Były tam pewnie tematy naszych prac, zapiski, kto przychodził... Przemek był trochę kronikarzem. Dłużej był w Krakowie, późno przeniósł się do Warszawy, trudno powiedzieć, jak te materiały znalazły się u niego.

DN: Czy podpowiadał pan Czyczowi kontakty z rodziną, znajomymi Wróblewskiego?

AW: Nie. Napisałem do Czycza. Raz byłem u niego w Domu Literatów na Krupniczej, on dwa, trzy razy przychodził do nas na ulicę św. Jana. To tyle. Nie było z nim kontaktu. Gdy pracujemy, scenariusz nie jest celem, lecz drogą. Ktoś, kto go pisze, wie, że to do czegoś służy, że to nie jest „jego” utwór, który on zabierze, schowa do kieszeni. To nie w duchu Czycza. DN: W drugim z zachowanych listów pisze pan do Czycza – literat broni się, Se nie chce pisać prozy – aby spróbował stworzyć coś poetyckiego.

AW: Powiem, czego się spodziewałem. Poetyckie, w moim rozumieniu, jest to, że on wykreuje obrazy, wpadnie na skojarzenia, które będę mógł przerobić na film. Czycz to słowotwórca. Tłumaczenie na jakikolwiek język innej sztuki nie interesowało go. Dlatego też jego pisarstwo jest ekscytujące, dalece jego własne. Nawet nie wiem, jak można byłoby Arwa wyrecytować, jest on pewnie do czytania samodzielnego.

PIOTR MARECKI: Czycz robił próby czytania na głosy z aktorami, przychodził do Szkoły Teatralnej w Krakowie.

AW: Zawsze aktorzy coś dołożą. Zagajewski napisał esej na ten temat w swojej ostatniej książce, Poeta rozmawia z filozofem. Poezja wyszła z teatru – może dlatego aktorzy próbują dodać jej coś, próbują czytać wiersze, żeby bardziej atakowały wyobraźnię widza. Autor uważa, że jest to chybione.

PM: Myśli pan o nim jeszcze teraz?

AW: Owszem, tylko im bardziej oddalam się, tym bardziej rozumiem, jakiej wyrazistości pomysłu trzeba. Korespondowałem w tej sprawie z profesorem Porębskim – jaki motyw z Wróblewskiego on wydobyłby na plan pierwszy. Potwierdził, że ciekawy byłby wątek choroby, bezpośrednio po której powstają „Rozstrzelania”.

DN: Utrzymywał pan kontakt z Wróblewskim po wyjeździe do Łodzi?

AW: Głównie listowny, Andrzej relacjonował mi, co się dzieje w Krakowie, ciągle jeszcze były rożne sprawy, które nas interesowały... Andrzej napisał scenariusz – jest wydrukowany – zdumiewające, że absolutnie w stylu francuskiej awangardy, której przecież nie wiedział. Tak jak nie znał „Anraktu” Claira, „Baletu mechanicznego” Légera. Chyba potem kluby filmowe pokazywały te filmy. Praktycznie były one dostępne tylko w Łodzi, jako fragment naszego wykształcenia z historii filmu. Byłem zdumiony po lekturze tego, co Andrzej chciałby widzieć na ekranie.

Jestem szczęśliwy, że Czycz rozwinął scenariusz w coś własnego. Cieszę się, że przyczyniłem się do powstania literackiego utworu, który zostanie... Niestety film o Wróblewskim z tego nie powstanie.

Warszawa, 20.08.2007

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas