poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Zbrodnia to niesłychana
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)
„Zbrodnia ferpekcyjna” (“Crimen ferpecto”), Hiszpania 2004, reż. Álex de la Iglesia, obsada: Guillermo Toledo, Monica Cervera, 105 min.

 

Literki się poplątały. Zbrodnia udała się tylko częściowo. Nie była perfekcyjna. Wyszła ferpekcyjnie…

Rafael González (Guillermo Toledo), bohater czarnej komedii Álexa de la Iglesii, jest tak zwanym singlem, a przy okazji lokalnym supermanem. Przynajmniej we własnym mniemaniu. W mieszkaniu ma wprawdzie nieludzki bajzel, ale poza nim prezentuje się świetnie, wszystko mu się błyszczy. Czoło i garnitur. Włosy, jak trzeba, na żelu – nieważne że zdradzają mniej efektowne zakola, buty w szpic, biała koszula: można ruszać w miasto. Rafael wie, że jest męski i przystojny. Może mieć każdą „laskę”, no i ma. Albo raczej: wyobraża sobie, że ma. Bo Ferpekcyjna zbrodnia jest zbrodnią widzianą oczami głównego bohatera i zarazem narratora historii. Do jego finansowych i erotycznych podbojów należy zachować dystans.

Na pewno tego dystansu brakuje Rafaelowi. Jest pewien, że w społecznej hierarchii zaszedł na samą górę. Na szczyt. Jego marzenia są na skalę możliwości. Na skalę świecącego, spoconego czoła i błyszczących garniturów. Rafael urodził się, żeby być sprzedawcą. I jest – subiektem idealnym. Prawie jak Mraczewski w „Lalce” Bolesława Prusa. Pracuje w wielkim domu handlowym, o dwuznacznej nazwie „YoYo’s”, uwodzi klientki, irytuje klientów, radzi, przymierza i adoruje. Aktualnie szefuje działowi damskiemu, z ponętnymi damami (ekspedientkami) przy boku, a po godzinach nawet bliżej niż „przy boku”. Z dumą przedstawia nam swoje erotyczne trofea, prezentując pracownice niczym nową kolekcję dezodorantów. Dowiadujemy się, że Roxanna jest dzika i pełna pasji, Susana ma dwójkę dzieci i efektowny biust, a Helena jest naiwna i prostacka. Wszystkie damy łączy jedno: seks z pryncypałem. Ale ego Rafaela wykazuje tendencję stale rosnącą. Nie wystarczy mu bowiem prowadzenie „działu damskiego” i dokazywanie z damami, González chce królować nad całym piętrem. Także nad działem męskim, a może i dziecięcym? Ma jednak groźnego przeciwnika, ponurego don Antonio Fraguasa (Luis Varela), który dowodzi od lat działem męskim i, dziwnym trafem, osiąga lepsze efekty finansowe niż nasz playboy. To Antonio wygra batalię, zostanie szefem, a następnie, trochę przez przypadek, będzie zamordowany. Na oczach świadka – najbrzydszej ekspedientki w dziale, niejakiej Lourdes (Mónica Cervera). Broń Boże, nie zdradzam pointy – to wszystko wydarzy się w pierwszym kwadransie filmu. Przygody dopiero się zaczynają.

„Zbrodnię ferpekcyjną” de la Iglesii wypełnia żywioł „campu” i kina spod znaku „gore”. Nic dziwnego, cała filmografia Álexa de la Iglesii wydaje się twórczą, przy tym bardzo zabawną, kontynuacją hiszpańskiej la movidy. I chociaż wczorajszy bunt koryfeuszy „la movidy” jest dzisiaj uprawomocnionym nie tylko przez Almodóvara, niemal klasycznym stylem, ale, z polskiej perspektywy, niektóre obrazki z radosnych dzieł de la Iglesii ciągle mogą budzić rumieniec zażenowania. W najgłośniejszym może filmie, „Dniu bestii” (1995) reżyser pokazał madrycką odyseję katolickiego księdza, który „zaprzyjaźnia się„ z satanistą oraz telewizyjnym mistrzem okultyzmu, w „Kamienicy w Madrycie” (2000) żywiołowa Carmen Maura grała Julię, agentkę nieruchomości, która w pewnej nieruchomości znalazła… 300 milionów peso, z kolei film „800 kul” (2002) w tonacji pastiszowej odwoływał się do tradycji hiszpańskiego westernu.

Każdy z tych filmów, znanych w Polsce z telewizji lub z płyt DVD, poza szybko biegnącą do przodu akcją, lepszymi i gorszymi dowcipami, epatował scenami „campowymi”. Zabawnymi, ale na granicy dobrego smaku. To również specyficzna wizytówka dla la Iglesii. W „Zbrodni ferpekcyjnej” oglądamy na przykład taką scenkę. Anotnio jest już zamordowany, trzeba go tylko jeszcze „posiekać„. Rafael wysiada za pierwszym podejściem. Może i jest macho, ale z siekaniem średnio mu idzie. Brzydka Lourdes (imię, a jakże, wymowne) wydaje się za to wprost stworzona do krojenia zwłok. Głowa, ręka, mózg na ścianie. Rafael wymiotuje, ale Lourdes wydaje się wniebowzięta (sic!) i radośnie wrzuca teraz po kawałeczku Don Antonia do piecyka. Nie na zawsze. Wkrótce bowiem Antonio pojawi się znowu. Jako duch. Nieco zzieleniały.

De la Iglesia uwielbia zły smak, zły gust i łamanie wszelkich tabu. Jest przy tym bardzo inteligentny. W jego ciągle niezbyt dobrze w Polsce znanej i docenianej twórczości wpływy wczesnych filmów Almodóvara, ale także Vincente Arandy, Bigasa Luny czy Antonio Giméneza Rica sąsiadują z „bezczelnością„ własną reżysera. Uwielbiany przez hiszpańską publiczność (i rozgrzeszany przez krytyków – „Zbrodnia ferpekcyjna” w 2005 roku miała aż sześć nominacji Hiszpańskiej Akademii Filmowej) de la Iglesia pławi się w kiczu, slapsticku, rozkoszuje w najbardziej tandetnych horrorach; a jednak za każdym razem złe kino ujmuje w mądry nawias. W celny cudzysłów. Groteska nie przestaje być ważnym, nie tylko literackim, gatunkiem, a śmiech nie staje się rechotem. De la Iglesia nie jest także Ed Woodem. Bliżej mu do Guillermo del Toro czy wczesnych filmów Petera Jacksona, de la Iglesia czuje bowiem kino. Czuje złe kino. Jest jego mistrzem.

Specjalnością kina de la Iglesii jest także permanentna, zwodnicza gra z widzem. Bohaterowie ordynarni i nieciekawi w jego filmach budzą perwersyjną sympatię. Jak Rafael. W zasadzie to tylko zarozumiały typek, od którego należałoby się trzymać jak najdalej. A jednak nie sposób go nie polubić. Kiedy, zdezorientowany, zdezelowany i – no, trudno – nieustannie gwałcony przez swoją paskudną żonę „in spe”, wyzna jej, że „niektórzy faceci, wrażliwi faceci, wcale nie zwracają uwagi na wygląd zewnętrzny, bo piękno jest w środku” – to ma się ochotę mu poradzić: „Uciekaj, chłopie, gdzie pieprz rośnie”. I Rafael wyjeżdża. Na kolejne sekstortury. Bo seks – to kolejna prowokacja de la Iglesii – jest dla Rafaela wyłącznie torturą. Marzy o tym, czego tak naprawdę nienawidzi. Żadnej radości. Najpierw pospieszne kopulacje z ekspedientkami po godzinach pracy w klaustrofobicznej przymierzalni, a następnie gwałtowne kopulacje z frywolną – kto by się spodziewał – Lourdes.

Już zatem wiemy, że „Zbrodnia ferpekcyjna” nie tylko bawi i epatuje turpizmem, de la Iglesia, w komediowym sztafażu, pokazuje także niezborność gry w życie. Paradoksy życia. Rafael gra playboya, bo nie czuje się na siłach zagrać nikogo innego. Stara się czasami udawać inteligenta, na chybił trafił cytuje bon moty Arystotelesa, świętego Augustyna i Kartezjusza, ale między Bogiem a prawdą, wszystko mu się miesza. Lourdes nie pozuje na klerka, ona gra modliszkę, bo – według jej obliczeń – jedyną formą zadośćuczynienia za defekty urody będzie zemsta. Na przyjemnych zewnętrznych afektach. Apogeum tej „gry w życie” stanowi znakomita, bardzo almodóvarowska z ducha, scena pierwszej wizyty Rafaela u rodziny Lourdes. Oczywiście przyszły zięć stara się być grzeczny. Oczywiście pudłuje. Zajada przyrządzony przez mamusię Lourdes groszek, który mu nie smakuje. Z obrzydzeniem patrzy na swój życiowy „groszek” – czyli narzeczoną, i chciałby natychmiast uciec do ustępu. Ale ostro gra twardziela i z przerażeniem słucha, co ma do powiedzenia ośmioletnia siostrzyczka Lourdes. A mała oświadcza, że nie będzie jadła, bo jest w ciąży. Beznamiętnym głosem oznajmia, że jakiś czas temu zgwałcił ją nauczyciel WF i aktualnie jest w trzecim miesiącu. Oraz że ma AIDS. Rafael zwiedza mieszkanie Lourdes. Pokój ojca jego dziewczyny wygląda tak, jakby wypełniały go wyłącznie produkty zakupione w sklepie „Wszystko za 5 złotych”. Tam wszystko jest za pięć złotych. Plastikowe jajeczka, jakieś sikawki, kawałki tektury i kwiaty z bibuły. A właściciel tych cudowności? Właśnie zasnął przy obiadku. Z łyżką w ręce. Ferpekcyjne zbrodnie to nic innego jak permanentna gra w życie. Gra z życiem. Bez wygranych.

„Zbrodnia ferpekcyjna” jest filmem przewrotnym do samego końca. W finale upragniony spokój Rafaela zostanie zamalowany perwersyjnym niepokojem Lourdes. Spokój zostanie oblany błotem. A niepokój? Ma w filmie de la Iglesii zmultiplikowaną twarz klauna: dowcipnisia, cynicznego wesołka, który wytnie nam jeszcze niejeden numer.

Łukasz Maciejewski
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas