poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Rozdrażnieni
Dekada Literacka 2008, nr 1 (227)
Stanisław Wyspiański „Wesele”
Teatr Śląski im. St. Wyspiańskiego
reżyseria Rudolf Zioło,
scenografia Paweł Wodziński,
muzyka Bolesław Rawski,
ruch sceniczny Henryk Konwiński,
kompozycja i realizacja światła
Maria Machowska,
dźwięk Paweł Brzozowski,
projekcje Beata Dzianowicz, Agata Kurzak,
realizacja – Marcin Müller.
premiera: 6 października 2007.


Scena wygląda tak, jakby to wesele już się odbyło. Zostały po nim stoły z jakimiś resztkami jedzenia, butelka z wódką, plastikowe, obrzydliwe fotele z metalowymi lśniącymi nóżkami. Bardzo dużo ustawionych byle jak plastikowych foteli. Srebrny pusty ekran wisi w tym zimnym, nijakim, prowincjonalnym wnętrzu ubogiego ni to domu weselnego, ni to świetlicy. Żadnych obrazów na ścianach, nawet – żadnych ścian. Jesteśmy w teatrze, który pokazuje maszynerie, kulisy. Niczego nie udając, udaje wszystko. Przy pustych krzesłach instrumenty, reflektory, głośniki, jakiś stos pudełek z prezentami. I dziwny duży prostokąt ziemi, oddzielony od sali metalowymi prętami, ogrodzony czerwoną taśmą; w środku tkwi raczej, niż rośnie mała – roślinka? krzaczek? bonsai? Zagadkowa grządka wygląda trochę jak oddzielone od sali miejsce do tańca, albo jak muzealny eksponat, szczególnie chroniony i cenny. Kiedy uaktywni się wiszący nad głowami weselnych gości srebrzysty ekran, pokaże się na nim olbrzymie drzewo, silne i mocne, rosnące wśród bezkresnego pola. Wówczas mała roślinka wyda się jeszcze mniejsza, dziwaczniejsza, choć tak jak duże drzewo łączy niebo i ziemię, a wkrótce wyznaczy przestrzeń, w której zmarli spotykać się będą z żywymi, osoby dramatu z weselnymi gośćmi

Ekran włączy się jednak nieco później. Na razie ryk Czepca „psiekrwie mnieście grać powinni” i ogłuszający ryk muzyki, mielącej „albośmy to jacy tacy, jacy tacy, jacy tacy”, oznacza, że jednak jakaś zabawa trwa, albo się właśnie w tej przestrzeni niezbornej, rozbałaganionej rozpoczyna. Dopiero teraz z widowni, a raczej przez widownię wchodzi Dziennikarz, by na Czepcowe „co tam panie w polityce” odpowiedzieć z nieskrywanym zniecierpliwieniem, jakby się otrzepywał na sam dźwięk słowa polityka. Ryk Czepca, natrętny, groźny rytm muzyki, niechęć Dziennikarza do rozmowy i do rozmówcy, jego zamknięcie się w irytacji, w sobie podają ton wszystkich dialogów w czasie tego wesela. Żadne słowo nie przynosi ulgi, lekceważy się nie tylko słowa cudze, ale i własne, nawet te najważniejsze, jakby się z góry wiedziało, że są zbędne, że inni myślą podobnie, ale to podobieństwo donikąd nie prowadzi, nic z niego nie wynika. Stąd ledwie maskowane rozdrażnienie, rozkojarzenie, traktowanie każdego jak nudnego przeciwnika, natręta, od którego chciałoby się uwolnić od samego początku rozmowy i jednoczesny jakiś przymus mówienia, zwierzania tego, co zbyt dobrze wie się o sobie, o społeczeństwie, o kraju, o tym, co niszczy, choć mogłoby budować. To nie marazm, a stan przewlekłego rozindyczenia, nieustanny dygot nerwów, nieżyczliwość wynikająca chyba z obrzydzenia do siebie i do świata. Mistrzem tego obrzydzenia i złości jest Poeta (Artur Święs), sekunduje mu Dziennikarz (Grzegorz Przybył) i pozornie zajęty tylko żoną Pan Młody (Marcin Szaforz). Wszyscy są „zapalni jak słoma”, wszystkich „bolą myśli” .

Nie ma w spektaklu Rudolfa Zioły podziału na tych ze wsi i tych z miasta. Konflikt rodzi samo trwanie w tym miejscu, w kraju naznaczonym głupotą i cierpieniem, małością, egoizmem, nietolerancją i heroizmem, w kraju, który nadmiernie siebie kocha i ponad miarę nienawidzi. Niechęć do bliźniego swego została w katowickim spektaklu wydobyta z dialogów Wyspiańskiego bardzo precyzyjnie. Czepiec (Andrzej Warcaba) gotów jest poprzetrącać kości i muzykantom, i każdemu, kto się mu nawinie, zwłaszcza Żydowi; także Pan Młody dobitnie i jakby od niechcenia przekonuje Żyda, iż nie ma w „naszej ziemi” miejsca ani dla niego, ani dla Racheli. Z powodu obcesowości Radczyni popłakuje Klimina (Alina Chechelska), tuląc się do skrzypek, wspominając minioną młodość, tęskniąc za weselszymi weseliskami, za miłością... Palce kobiety z czułością dotykają instrumentu, jakby dotykały żywego ciała. To piękna liryczna scena, ale zrodziła się z bezsilnego gniewu.

Tylko we wspomnieniu miłość jest żywa. Na tym weselu nie ma Zosi i Haneczki, ćwierkających o uczuciach, nie ma atmosfery flirtu między Maryną a Poetą, Rachelą a Poetą; ich rozmowy iskrzą się jednie złością. Żadnego zauroczenia erotycznego, raczej ciekawość, jak wiele impertynencji, nieprzyjemnej prawdy o sobie zniesie partner. Bezlitosne obdzieranie się nie tylko z masek, ale i z tajemnic. Maryna (Violetta Smolińska), opancerzona japońską suknią, każde spotkanie z Poetą traktuje jak pojedynek – zwycięski pojedynek. Opryskliwa, niezbyt szczęśliwa feministka, tropi, wyśmiewa, demaskuje chimeryczne diagnozy i nastroje wiecznie niezadowolonego artysty. Ma się wrażenie, że bardzo stara się być niesympatyczna (sieka słowa, jakby wydawała komendy, podkreśla je często nerwowym gestem), i że ta demonstrowana odraza do póz poety nie jest szczera. Manewry Maryny są w jakimś stopniu śmieszne albo zbędne, bo dotyczą człowieka świadomego swojej pokrętnej natury.

Nawet miłosny związek nowożeńców wypełniający energią początek spektaklu nie może być dopełniony. Młodzi szukają gwałtownie miłosnego posłania (gdziekolwiek – na stole, pod stołem), a w ślad za nimi goni tropiący ich księżulek, ponad miarę ciekawy, natrętny. Więc nienasycenie młodych pozostanie nienasycone, choć Pan Młody udaje koguta, wskakując na krzesło, wymachując śmiesznie zgiętymi rękoma jak komicznymi skrzydełkami; choć Panna Młoda (Dorota Chaniecka), by dowieść swej religijności z niejaką determinacją wyśpiewuje prześladowcy w ucho pieśń kościelną, choć żegna się krzyżem z dziecinną nabożnością, gdy dowiaduje się , że mąż chce „po naszemu”. Nic jednak nie zatrzyma stróża moralności, tropiącego chucie, nawet ślubne. Tak walczy o poważanie, czując, że niektórzy chcieliby ograniczyć jego wpływy. Małżonkowie nie ulegną więc erotycznemu szałowi i to trochę komiczne niespełnienie zwiąże się później w spektaklu z inną, tragiczną sceną miłosną między Marysią a Widmem. Gdy ta para będzie chciała spełnić swoje miłosne marzenie, przekona się, że jest ono martwe.

Rachela (Anna Kadulska), pozbawiona wdzięku, konwencjonalnie elegancka, nie ma pretensji do oryginalności, jakby się bała zwrócić na siebie uwagę. Nieefektownie inteligentna, wrażliwa, niemłoda, chyba wie, że nadmiar poetyckiej egzaltacji ją ośmiesza. A jeśli nie wie, to dobitnie powie jej to Poeta. Była już na niejednym takim weselu, jak zawsze będzie tu niemile widziana, obca. Na wszelki wypadek zanim tu przyszła wypiła dla kurażu, niewiele, tylko tyle aby mieć odwagę być sobą, zaśpiewać żydowską piosenkę, a w tej nijakiej sali szukać poezji wbrew wszystkim. Zlekceważona i wyśmiana rozszlochuje się nad sobą, wyśpiewując histerycznie „ukochany kraj, umiłowany kraj”, jakby chciała tę miłość wypluć, albo przeciwnie – patetycznie zamanifestować wbrew logice tego, czego doświadcza i doświadczy w tym ukochanym kraju. Ale to ona, Rachela, znajdzie przestrzeń, gdzie pojawiać się będą najchętniej osoby dramatu, ten pas ziemi, który jest równocześnie muzealną ekspozycją. Stamtąd wykrzyczy groźbę: „zmówię chochoł”. I wywoła demony – niezrealizowanych miłości do społeczeństwa (Stańczyk), do ojczyzny, co walczy i walczy, a na niepodległość i życie wybić się jakoś nie może (Rycerz, tu dziecko-żołnierz z powstania warszawskiego, Wernyhora, zniedołężniały Staruszek, podobny do Marszałka, bardziej nieboszczyk niż wódz). A także demony hańby – Szela i Hetman pokazani są jako urzędnicy wprowadzający i utwierdzający komunistyczny nowy ład. Te uwspółcześnione przez reżysera osoby dramatu nie są jednak tak groźne, jak pamięć historii. Na ekranie, ponad głowami weselnych gości, rozbłyskują na mgnienie oka i natychmiast szarzeją na wpół czytelne obrazy z dziejów Polski i zdjęcia archiwalne: Matejkowski Rejtan, zbombardowana Warszawa, uliczna egzekucja, demonstracje solidarnościowe, dzieci na gruzach Warszawy, obrazy Malczewskiego. Jego krajobraz z Aniołem i Tobiaszem pojawia się tu jak zagadkowa, niewykorzystana wskazówka, że możliwe i potrzebne jest uparte dążenie do celu, zwycięstwo nad losem. Pamięć o pogodnym pejzażu Malczewskiego szybko zostanie wyparta przez mroczne kadry z dziejów najnowszych. Zielone drzewo znika z ekranu – pojawia się na nim groźny, nostalgiczny obraz pustego pola. Tamte przerażające kadry pamięci zdają się wydobywać z kamienistych bruzd. Tyle ich, że percepcja widza nie tylko nie potrafi, ale i nie chce ich rejestrować. Niespokojny natłok obrazów cierpienia i dramatów hańby sprawia, że dużo wcześniej, nim usłyszymy piosenkę Chochoła, tracimy nadzieję, czując się na zawsze uwikłani w chorobliwą zależność od wyroków historii.

Poeta, który dotąd jak smarkacz demonstrował swój brak akceptacji dla uczestników weselnej fety i jak straceniec walczył z anachronicznymi mrzonkami Gospodarza o królu-Piaście, w finale wejdzie w rolę Chochoła, każąc Jaśkowi powyjmować zebranym kosy z rąk. Już nie kontestuje, raczej kapituluje wobec nieuchronności kolejnej klęski. Bo broń, jaką udało się zgromadzić potencjalnym powstańcom, to dwie kosy i dwa styliska. W somnambulicznym tańcu weselnicy niosą krzesła, układają je w rzędy. Scena staje się widownią i aktorzy-widzowie patrzą teraz na widzów-aktorów. W milczeniu, sztywni i nieruchomi. Czy chcą powiedzieć, że jesteśmy tacy jak oni, czy są naszym lustrem? Po chwili odwracają się od nas tak, że tworzymy już jedną widownię, wpatrzoną w pusty, połyskliwy ekran. Nie wiem, czy łączy nas ta pustka, czy oczekiwanie na nowe narodowe nieszczęście... A może właśnie wszystko zapomnieliśmy i ta niepamięć jest nowym dopustem?

„Wesele” przygotowane na stulecie Teatru Śląskiego interpretuje polską współczesność bardzo logicznie, tworząc spójny obraz społeczeństwa, które oduczyło się żyć tu i teraz, nie jest w stanie ani się zmienić, ani zaakceptować, walczy samo ze sobą. Obraz rozpadu społecznych więzi świadczy także o zaniku instynktu przetrwania, o zniszczeniu miłości do ojczystej ziemi, bez której – jak mówi poetka – „nie można owocować”.

Małgorzata Ruda

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas